Lifestyle

Płakałyśmy przy jej piosence i nad jej losem. Wspaniała Jane nie żyje

Redakcja
Redakcja
22 lutego 2022
 

Jane Marczewski nie żyje. Artystka, która sławę zdobyła dzięki programowi „Mam talent”, odeszła w sobotę 19 lutego. Jej fani do końca mieli nadzieję, że pokona śmiertelną chorobę…

Jane spodobała się tak bardzo, że otrzymała od Simona Cowella tzw. złoty przycisk, przenoszący ją automatycznie do finału programu.  Po jakimś czasie poinformowała, że musi zrezygnować z udziału w programie. Jej stan zdrowia znacznie się pogorszył.

„Dzielenie się sercem ze światem było zaszczytem i spełnieniem marzeń” – napisała pod zdjęciem, na którym siedzi na łóżku. „Mój punkt widzenia tego lata był zdumiewający. Co za cud, że ból, przez który przeszłam, może zostać przerobiony na piękno, które sprawia, że ​​ludzie na całym świecie szerzej otwierają oczy”.

Jane Marczewski odeszła kilka dni temu. Tuż przed śmiercią napisała:

„Spędzam dużo czasu z zaciśniętymi oczyma. Próbuję sobie przypomnieć, w co wierzę. Liczę oddechy uciekające w chmurze żalu. Chowam twarz w koszuli Pana Boga. (…) Wściekam się, płaczę i wciąż mam nadzieję; towarzyszę w tym każdemu, kto potrzebuje wściekać się, płakać i mieć nadzieję dziś wieczorem”.

 

Wyświetl ten post na Instagramie

 

Post udostępniony przez Nightbirde ⚡️ (@_nightbirde)

It’s OK” to tytuł piosenki, z którą do amerykańskiej edycji „Mam talent!” przyszła 30-letnia Jane. Przed występem tradycyjnie jurorzy zadawali mnóstwo pytań – skąd jest, czym się zajmuje, o czym będzie piosenka. Z minuty na minutę dowiadywaliśmy się o Jane coraz więcej. Okazuje się, że od kilku lat nie pracowała zawodowo, ponieważ… walczyła z rakiem. Jurorzy z każdym jej zdaniem wpadali w coraz większe osłupienie – słowa, zachowanie i wygląd Jane kontrastowały z tym, o czym opowiadała.  „Masz piękny uśmiech, blask – nikt by nie podejrzewał…”

„Ostatnie badania wykazały obecność nowotworu w kręgosłupie, wątrobie i płucach – mówiła Jane i dodała: – To ważne, żeby wszyscy wiedzieli, że definiuje mnie więcej niż tylko złe rzeczy, które mi się przytrafiły”

Posłuchajcie jej piosenki:

 


Lifestyle

Depresja to potwór. jest jak wirus, jak zaraza, przed którą nie ma ratunku. Źle zrobiłam uciekając, bo przed nią się po prostu nie da uciec

Anika Zadylak
Anika Zadylak
23 lutego 2022
Fot. iStock/lolostock
 
Mam dziś 29 lat, a czuję się czasami jak staruszka stojąca nad przepaścią  i czekająca na to, że ktoś ją w końcu zepchnie w dół. Jestem zła, wściekła i  zazdrosna o to, że inni mają normalne życie, że potrafią się uśmiechać, czerpać garściami z każdego dnia, że są szczęśliwi.

Mam żal do losu i do rodziców, że nie potrafili mnie ochronić, że pomagali tylko mojemu choremu bratu, że wszystko kręciło się wokół niego. Tak jakby ta cholerna choroba dotyczyła tylko jednej osoby, a przecież cały nasz dom gnił od jego złych emocji, od ciągłego cierpienia i smutku. Matka uciekała w pracę, ojciec popijał po kątach i większość czasu spędzał na działce. Nawet zimą.
Wiesz jak to jest, gdy masz 12 lat i  z radością gnasz  na obiad pochwalić się rodzicom kolejną dobrą oceną? Ja nie wiem, bo zawsze wracałam najdłuższą drogą. Przesiadywałam na ławce w parku, żeby tylko oddalić ten moment, gdy przekraczam próg naszego mieszkania, w którym depresja mojego  brata pogasiła wszystkie światła, zasłoniła rolety i kazała nam milczeć. I patrzeć, jak bierze sznur i zakłada pętle, na jego szyję.

Kuba był starszy o 4 lata i zawsze taki skryty i cichy. Takie spokojne, kochane dziecko –  mawiała nasza babcia –  zupełne przeciwieństwo Lenki. Ja uwielbiałam głośno się śmiać, wygłupiać, śpiewać i broić ile wlezie. Brat nie był lubiany na podwórku, bo nie chciał ganiać z innymi chłopakami za piłką, stronił od hałasu i zabawy, wolał książki i siedzenie w swoim pokoju. Najlepiej sam, żeby nikt mu nie przeszkadzał.

Nauczyciele zwracali uwagę rodzicom, że ich syn unika rówieśników, że jest bardzo zamknięty w sobie. Pamiętam, że ojciec nieraz truł mamie, że Kuba jest jakiś dziwny, że może pójść z nim do lekarza, poradzić się kogoś. Że to nie jest normalne, żeby chłopak w tym wieku, nie miał żadnych zainteresowań i kumpli. Mama tylko głaskała go po głowie i  warczała do taty, żeby tak przy nim nie mówił, że sprawia mu przykrość, że widocznie taki już ma charakter. Ja się go trochę bałam,  bo miał taki nieobecny wzrok. Czasami, nagle, przytulał mnie mocno i się trząsł, jakby się bardzo czegoś bał, a zaraz potem uśmiechał się  i czytał mi bajki. Wtedy tego nie rozumiałam, nawet się go wstydziłam, bo na naszym osiedlu ciągle się z niego śmiali. Mówili, że pewnie jest pedałem, dlatego taki grzeczny i cichutki. Tydzień, po jego 16-tych urodzinach, ojciec zabrał mnie ze szkoły w trakcie lekcji. Był zmartwiony, szeptał coś z moją wychowawczynią. W samochodzie, powiedział mi, że jedziemy do szpitala, bo mój brat się bardzo rozchorował, że teraz będziemy musieli wszyscy bardziej na niego uważać. Byłam dzieciakiem, ale już wtedy czułam taką niesprawiedliwość, bo przecież ciągle wszyscy, martwili się tylko o niego. Leżał w szpitalnym łóżku, miał zabandażowane nadgarstki. Mama siedziała przy nim zgarbiona, a ojciec mocno mnie do siebie tulił i powtarzał, że wszystko będzie dobrze. Kłamał, bo było coraz gorzej.

 Psychiatra, psycholog, leki uspokajające, antydepresanty i terapia – to zbiór słów, których szczerze nienawidzę. Nie miałam dzieciństwa, depresja Kuby przysłoniła wszystko, bo każdy przejaw radości gasił jego przejmujący smutek. Albo dziwne wybuchy euforii, takiej krótkiej, nienaturalnej, jakby on sam jej nie rozumiał, jakby się tych stanów obawiał. Nie umiem tego wytłumaczyć, ale to tak, jakby przerażał go uśmiech, jakby bał się zwykłej codzienności.
Patrzyłam na ojca, który miotał się pomiędzy, skrzętnie ukrywaną flaszką wódki, a byle pretekstem, żeby tylko wyjść z domu. I na mamę skrajnie zmęczoną, pracą i ciągłą walką o mojego brata. Biegającą od gabinetu do gabinetu, z terapii indywidualnych na rodzinne, których nie znosiłam. Bo miały pomagać, a gówno dawały. Rodzice przerzucali na siebie winę, Jakub płakał i powtarzał, że to bez sensu bo i tak nikt  go  nie zrozumie. Ja milczałam, zastanawiając się, czy w ogóle jeszcze ktoś pamięta, że  tu jestem. Że czuję, że tęsknię za dotykiem rąk mojej mamy, za przejażdżką rowerem z moim tatą. Ciągle słyszałam tylko o nowych metodach leczenia, nowocześniejszych ośrodkach, nawet o znachorach. Zupełnie, jakby moi rodzice byli ślepi, że nie tylko Kuba cierpi. Jakby nie dostrzegali, że my wszyscy potrzebujemy pomocy, bo się rozpadamy i oddalamy od siebie.
Wybłagałam szkołę z internatem, bo czułam coraz większą niechęć, do swojego brata. Obwiniałam go, że zabrał mi normalny dom, że wyniszczył psychicznie rodziców. Gdy tylko, dzwonił ktoś z domu, bałam się, że znowu o niego chodzi, że znowu się pociął albo nałykał prochów. Myślałam, że on to robi specjalnie, bo to  przecież niemożliwe, żeby pomimo takiej pomocy i leczenia, nadal w tym tkwić, że to pewnie jego wina, bo było mu tak wygodnie. Lubił te swoje ciemności, tę rozpacz, którą skrzętnie się okrywał, ten stan beznadziei, którą się otaczał i  w której tkwił. Jeździłam do domu coraz rzadziej, nie chciałam już w tym uczestniczyć, odbierałam co piąty telefon od mamy, bo i tak wiedziałam, o kim będziemy rozmawiać.
Ale z drugiej strony ściskały mnie wyrzuty sumienia. Może przez to, że nie wierzyłam w jego zmianę, że zbyt długo patrzyłam na tylko chwilowe zrywy, po których znowu choroba rządziła nim i nami wszystkimi. Do dziś gorzko się śmieję, gdy słyszę, że z depresją można żyć normalnie, że można z niej wyjść.
Trzy lata temu, w Wigilię, gdy wszyscy łamali się opłatkiem i śpiewali kolędy, ja trzymałam Kubę a tata, usiłował go odciąć. Mama krzyczała do słuchawki, żeby się pospieszyli z karetką. A  ja,  przełykałam łzy i błagałam cicho w sobie, żeby jeszcze tym razem zdążyli, żeby choć na chwilę odzyskał świadomość, żebym mogła mu powiedzieć to, co powtarzam za każdym razem, gdy jestem u niego na cmentarzu. Chciałam ci powiedzieć, braciszku, że dziś już wiem, że to nie twoja wina. Że depresja to potwór, jest jak wirus, jak zaraza, przed którą nie ma ratunku. Że źle zrobiłam uciekając, bo przed nią się po prostu nie da. Dziś staram się myśleć, że już jest ci dobrze, gdziekolwiek jesteś, że już nie dręczy cię ciemność, nie dusi ciągły strach, a smutek przestał zabierać twój spokój. Czasem tylko, gdy jestem sama, zasłaniam szczelnie zasłony i gaszę światła. Chowam się w ciemnym kącie, żeby zrozumieć, jak to jest. Wiedzieć, że za oknem świeci słońce, ale go nie widzieć i nie czuć. I już wiem, że  nie ma gorszego piekła.

Wysłuchała Anika Zadylak

Lifestyle

Romantyczny weekend w spa? „Zesrałam się do jacuzzi”

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
22 lutego 2022
fot. GoodLifeStudio/iStock

„Wywołałam wilka z pochwy”, śmieje się w rozmowie z Oh!Me Joanna Mokosa-Rykalska, która właśnie wydała zbiór opowiadań „Matka siedzi z tyłu”. „Albo mnie pokochasz, albo znienawidzisz! Ja nie biorę jeńców”, dodaje. Mówią o niej, że jest mistrzynią ciętego humoru, słownej szermierki i jechania po bandzie! Mówią też o Joannie –  Bareja w spódnicy! Nie bez powodu. Ta książka na pewno rozśmieszy nie tylko kobiety. Pełno w niej cennych spostrzeżeń, czasem okraszonych przekleństwami (jej ulubione „O kurwuniu”!). Ale Joanna taka właśnie jest odważna i niepokorna. Dla Oh!Me zgodziła się na publikację jednego ze swoich najbardziej niegrzecznych opowiadań. Czytajcie „Bąbelkowe love”.

Czy można znaleźć plusy w niemieszkaniu z biologicznym ojcem swoich dzieci? Można. Gdy Mańka oddaje swoje potomstwo biologicznemu ojcu, jest wolna jak ptak. Co rusz słyszę, że idzie na zumbę, rumbę, gry terenowe albo ma chwilę relaksu. Niby też bym mogła wygospodarować trochę czasu dla siebie, ale powiedzmy szczerze, najzwyczajniej w świecie wolę oglądać serial, leżąc pod kocem. Zauważyłam, że z upływem czasu, a ten jakoś nie chce płynąć do tyłu, dawkuję sobie atrakcje, żeby nie dostać zadyszki.

– Jadę do spa – oznajmiła mi ostatnio Mańka.
„No i bosko” – pomyślałam sobie i tu akurat poczułam ukłucie zazdrości. Na miejscu wszystko jej podadzą, przyniosą, a ona będzie musiała tylko być.
– Z Pawłem – dodała. I tu historia zaczęła robić się ciekawsza.
Mańka zdecydowanie nie siedziała i nie płakała po rozstaniu z partnerem, tylko próbowała ułożyć sobie życie od nowa. Paweł był kimś w rodzaju umilacza czasu, ale do ołtarza się nie szykowała. Jak to mówią, z niejednego pieca chleb jadła. Wiadomo, że taka chrupiąca, cieplutka kromka smakuje najlepiej.
– Paweł wynajął zajebisty hotel z odnową biologiczną. Będę się mogła taplać we wszystkich glonach, wodach i innych uzdrawiających cudach – oznajmiła szczęśliwa.
W końcu to kochała najbardziej. Była jeszcze wielką fanką wspinania się po ściankach i skałkach. Zawsze się śmiała, że gdyby straciła pracę, mogłaby myć okna w wieżowcach. Hotel jednak znajdował się na płaskim obszarze, więc zostały jej glony, no i on.
– Jestem już cała spakowana i gotowa udać się na randkę – powiedziała.

Cieszyłam się jej szczęściem i tym, że poczuje motyle w brzuchu

Z relacji esemesowej dowiedziałam się, że podróż przebiegła dobrze. Trochę się stresowała, czy wypadnie dobrze. To był taki etap związku, kiedy człowiek przejmował się, który profil twarzy ma ładniejszy. Po pewnym czasie zadzwoniła, żeby pokazać mi hotel.
– Zobacz, jak tu jest zajebiście! Paweł poszedł ogarnąć coś do jedzenia, to pokażę ci wszystko. Jakie piękne szamponiki i mydełka mi przygotowali, żebym mogła je zabrać do domu – cieszyła się jak dziecko.
Miałam wrażenie, że kosmetyki hotelowe stały się dużą konkurencją dla Pawła.
– Tak, weź sobie to wszystko i się ponacieraj, wariatko. Nogi ogoliłaś, mam nadzieję, czy na tarkę będziecie dzisiaj lecieć? – podpytałam dla pewności.
– I brochę, i nóżki, wszystko pod kontrolą – odparła, prezentując mi szybko gotowe dzieło.
Na szczęście zamiast tego widziałam tylko trzęsący się fragment sufitu i podłogi. Nie była mistrzynią nagrywania filmików telefonem.
– Dobra, kończę na razie, odezwę się potem, paaaa.
Rozłączyła się. Do domu wróciły dzieci, a niedługo potem mężu.

Zajęłam się rzeczami godnymi kobiety…

takimi jak gotowanie, odkurzanie tego, czego robot nie wypatrzył, a nie jakieś łajdaczenie się po hotelach. Był piątek, więc tego dnia planowaliśmy wieczór filmowy z popcornem. Wspólnie wybraliśmy film. Było przyjemnie, rodzinnie i bardzo relaksująco. W międzyczasie dostałam od Mańki parę zdjęć dokumentujących pobyt. Wszyscy byli szczęśliwi – ja pod kocem, a moja przyjaciółka w glonach.

Gdy film dobiegł końca i dzieci zaczęły się szykować do spania, zadzwoniła Mańka. Pewnie znów chciała mi coś pokazać, może tym razem pośladki Pawła.
– Asiunia?
– Nie, kurwa, wójt Pcimia..
– Błagam, przyjedź po mnie – usłyszałam w telefonie szlochającą Mańkę.
– Ale że co, szamponiki ci zabrali? – szydziłam sobie.
– Przyjedziesz po mnie? Wszystko ci opowiem, tylko szybko – zanosiła się dalej. To był znak, że nie chodziło o szamponiki.
– Dobra, już się zbieram, tylko z godzinę to na pewno się zejdzie. Ale powiedz, czy on ci coś zrobił? – Byłam już bardzo zaniepokojona.
– Nie, nie zrobił, czekam na ciebie. – I się rozłączyła.

Ogarnęłam się od razu i ruszyłam w drogę.

Podróż trochę trwała, a ja cały czas myślałam, co tam się mogło wydarzyć. Hotel, mimo swojego all excuseme, dżakuzi, spa, glonów i szamponów gratis, był na takim zadupiu, że ledwo go znalazłam. Tuż przy wjeździe do kompleksu, z boku parkingu stała Mańka ze swoimi tobołami. Gdy mnie zobaczyła, szybko wsiadła do auta i rzuciła mi się na szyję.

– Maniuś, spokojnie, co się stało? – zapytałam przyjaciółkę, która na mój widok znów zaczęła płakać.
– Nie powiem – odparła.
– No chyba cię pogięło! Dymam tu po ciebie jak na sygnale, a ty mi nie chcesz powiedzieć? – przywołałam ją do porządku.
– Nie powiem, bo się wstydzę, ale dobra. – I nastała cisza.
– No? – Gorzej niż z moimi dziećmi.
– Poszliśmy z Pawłem do spa. Wynajął jacuzzi tylko dla nas – szlochała Mańka.
– No to chyba wspaniale? – zapytałam.
– Były kwiaty, świeczki, muzyka relaksacyjna, taka, jakiej nie znosisz – kontynuowała.
– Oj, zaraz nie znoszę. Po prostu doprowadza mnie do szału – skwitowałam.
– I potem wyszedł na chwilę, żeby przynieść nam szampana i truskawki. Wiem, banalne, ale romantyczne.
– No i dlatego płaczesz, bo wolałaś winogrona? – Próbowałam ją rozśmieszyć. – Jak on wyszedł, to ja, ja… – zaczęła się jąkać.
– No co ty? – dociekałam zniecierpliwiona.
– To ja zesrałam się do tego jacuzzi! – I znów zaczęła szlochać.

No dobra, wygrała, przebiła wszystkie nasze młodzieńcze wybryki.

Nie mogłam wyjść z podziwu jej umiejętności robienia nastroju.
– Jak to się stało? Nie mogłaś iść do toalety? – zapytałam trzeźwo, ale ledwo się powstrzymywałam, żeby nie ryknąć śmiechem.
– Napiłam się wcześniej środka przeczyszczającego, żeby mieć płaski brzuch. Myślałam, że nie działa. Do czasu, aż weszłam do środka. I te bąbelki chyba jakoś pomogły, bo, kurwa, zadziałało! – opowiadała. – I to wszystko tam pływało, więc wzięłam dupę w troki i uciekłam. Matko, jaki wstyd, przecież on tam potem wrócił i to zobaczył! A teraz do mnie wydzwania. Pewnie rachunek za sprzątanie chce mi wystawić! – dodała zrozpaczona.

Musiałam przyznać, że wejście Mańka miała spektakularne. Gdy wyobraziłam sobie stan jacuzzi, parsknęłam śmiechem. Wystraszoną jak dziecko zawiozłam do Warszawy. Po drodze płacz mieszał się ze śmiechem. Musiała mi wszystko ze szczegółami opowiedzieć. Paweł dzwonił, ale Mańka nie miała odwagi odebrać. Trzeba przyznać, że sprawa była gówniana. Za to nowe szamponiki i mydełka stanęły na półce w łazience. Moja przyjaciółka może być pewna, że będę drwić z tego do końca życia.

Po pewnym czasie, gdy emocje opadły, odebrała telefon od Pawła. To był znak, że ich znajomość przeszła na kolejny, głębszy stopień znajomości.


Joanna Mokosa-Rykalska, producentka i kierowniczka produkcji  z wieloletnim  doświadczeniem filmowym i telewizyjnym, była dziennikarka radiowa, autorka popularnego bloga „Matka siedzi z tyłu”, który stał się inspiracją do napisania debiutanckiego zbioru opowieści. Bez podróży nie wysiedzi nawet miesiąca.


Zobacz także

„Gdziekolwiek, Skarbie, będziesz, to ja będę z Tobą myślami, duchem”. Akcja „List do dziecka”

Poczuj energię jogi - oto 8 korzyści, dla których warto ją ćwiczyć

Poczuj energię jogi – oto 8 korzyści, dla których warto ją ćwiczyć

Regulamin konkursu „#CzułeWięzi”