Lifestyle

Pierwszy dzień szkoły – kto się bardziej cieszy? Dzieci? A może rodzice?

Redakcja
Redakcja
1 września 2016
Fot. Facebook / Facebook
 

Pierwszy dzień roku szkolnego? Facebook dzieli się zdjęciami szkolaniaków z mniej lub bardziej zadowolonymi minami. A gdyby tak pokazać emocje rodziców w tym dniu? Czyż nie byłyby podobne do tych, na zdjęciach? 😉

Podzielcie się waszymi fotkami z pierwszego dnia szkoły.

Had a friend send his kids off to school with flair this year. It’s the most wonderful time of the year!

First day of school.

My sister and I also took a first day of school picture

Since everyone posting back to school pictures, I present you my mother and my 6 adopted siblings.


Lifestyle

Sąsiedzie, dobrze, że jesteś… Tyle tylko, że coraz częściej o tym zapominamy

Michalina Grzesiak
Michalina Grzesiak
1 września 2016
Fot. iStock/tirc83
 

W czasach ogrodzonych osiedli mieszkaniowych, z bramą na pilot, panem stróżem i zasiekami, jak w wojskowych bazach bojowych, coraz ciężej o zdrowe relacje z sąsiadami, a pielęgnowanie potrzebnych w codziennym życiu poprawnych komityw i zdrowych, ludzkich odruchów, staje się lekcją trudną do przejścia. Trudno pomóc Pani Helenie spod trójki, kiedy od świtu do zmierzchu pilnujecie tabelek w korporacyjnych laptopach i nie bywacie już praktycznie we własnym domu, wcale nie łatwiej pomachać sąsiadowi zza siatki szczypcami do grilla i zaprosić na kaszankę,  kiedy tuje posadzone dwa lata temu rozrosły się już do rozmiarów małego lasu deszczowego. Czubka głowy nie zobaczysz, co dopiero dobrych chęci.

Do kiedy warto dbać o własną prywatność i zakładać kolejne warstwy zasłon na balkonowe żabki, a kiedy kwestia dobrych, sąsiedzkich więzów powinna odpuścić zakorzenionym w głowach stereotypom i uchylić furtkę na weekendowy karczek z sałatką grecką? Nie wiem czy wiecie, ale istnieje realne prawdopodobieństwo, że za ścianą, albo soczystym, zielonym żywopłotem pomieszkuje dobry człowiek, żeby nie przesadzić – przyjaciel. Przyjaciel sąsiad.

Wolnoć, Tomku, w swoim domku

Potrzebę izolacji wyrabialiśmy sobie na przestrzeni wielu lat, a własne M3 traktowaliśmy jak bunkier, w którym zamknięcie drzwi skutecznie odcinało od obowiązku rozmowy czy skinienia głową na dzień dobry. Nie raz naleciałości te były satyrycznie wydłubywane patykiem polskiej prawdy i wciskane w produkcje filmowe, pokazując pozornie świadomym ludziom skalę farsy. Zaczynając od Kargula, Pawlaka i ich wytłuczonych garnków z płota, na Adasiu Miauczyńskim i dyskusji o „mniej gównianym gównie” z Bożeną Dykiel kończąc.

Wolność jednych nie może być kosztem drugich. Proste. Do tej pory staje mi przed oczami wyraz twarzy matki, której w latach mojej młodości sąsiadka z parteru waliła w kaloryfer kijem od szczotki, a wyrazy „najszczerszej sympatii” w dosyć skomplikowanych jak na emerytkę wiązankach, wysyłała w eter przez pion kanalizacyjny. Lepsza akustyka. A wystarczyło zapukać, poznać dzieci, warunki mieszkaniowe i dać sobie wytłumaczyć, że dwulatka z pierwszego piętra naprawdę nie ma racic zamiast stóp, jak to wstępnie zakładano. Wystarczyło zająć ten sam punkt siedzenia, żeby sprawdzić perspektywę widzenia.

Dzień dobry sąsiad. Zostaw Pan tą kosiarkę, mam zimne piwo!

Zagrzmiał zza krzaków głos mężczyzny, który przyszedł do nas w zeszłym roku zaraz po przeprowadzce i przyniósł integracyjne fanty. Zanim doszliśmy z mężem do furtki i otworzyliśmy salony na nowych gości, gapiliśmy się na siebie nie dowierzając, że takie sceny zdarzają się jeszcze poza salą kina, a czyjś zagubiony palec na dzwonku naszych drzwi, nie ugrzązł pogrążony w fochu. Doświadczenia blokowisk mieliśmy raczej podobne. Nikt do nas nie przypłynął na fali oskarżeń o źle zaparkowane auto, kota wyjącego jak wściekły i prania, jakby za głośno łopoczącego na wietrze. Nikt nie chciał pogrozić strażą sąsiedzką składającą się z pani spod czwórki, pana z drugiego piętra i emerytowanego tramwajarza z bloku obok. Nie. Pod drzwiami zadzwoniło schłodzone szkło, a spomiędzy szczebli błyszczały zęby w bardzo szczerym uśmiechu. Ot, w sierpniowy wieczór poznaliśmy sąsiadów, którzy nie czekali na przypadkową okazję, lecz sami ja stworzyli wprowadzając nas do grona sąsiedzkiej drużyny. Gdyby nie wyciągnięta ręka, która w szczerym uścisku oplotła dłoń mojego męża, pewnie nie znalibyśmy się tak, jak dziś, a tak – właśnie pakujemy się na grilla do Jacka.

Sąsiedzie, dobrze, że jesteś

Dla spokojnego życia warto zadbać o najbliższe otoczenie. W końcu wychodzicie minimum raz w tygodniu skosić trawę, wyrzucić śmieci, czy podlać rabaty, a do żon i dzieci w zdrowych warunkach odzywacie się z szacunkiem, więc dlaczego nie spróbować i opuścić granice drucianej siaty. Zdrowa relacja może przynieść więcej dobrego niż złego. Pamiętam przypadek wiekowych dziadków, którzy żyli sobie jak Bóg przykazał, bez nowości technicznych, bieżącej wody i z ogrzewaniem na węgiel. Nic do szczęścia nie potrzebowali oprócz własnej obecności i świeżych pomidorów wielkości pięści z ogródka.

Kiedy ona zachorowała na raka i potrzebowała nagłej pomocy w środku nocy, on założył buty i pobiegł do przyjaciela, który na sam koniec pomagał im jeszcze przy odśnieżaniu chodnika i zbieraniu liści.  Ten wyrwany ze snu, w piżamie, wsiadł w auto i zawiózł dziadków do szpitala, modląc się po drodze o dobry finał. Kilka tygodni później pani opuściła sąsiedzką brać i męża, mąż opuścił osiedle zabrany przez córki do miasta, ale do tej pory kiedy pytamy mieszkańców tego małego osiedla co z Zenkiem, chórem odpowiadają: – To był bardzo dobry człowiek. Bardzo dobry.

A wy tam po drugiej stronie ekranu nie czekajcie na pierwszy krok i kawałek ciasta od sąsiadki zza furtki. Przeczeszcie włosy, strzepnijcie bluzy i zapukajcie rodziny do drzwi. Być może wasza obecność jest komuś po prostu potrzebna, być może w zasięgu wzroku mieszka niezwykle wartościowy człowiek.


Lifestyle

„Jestem singielką i dobrze mi z tym! A miłość sama przyjdzie. Albo przyjedzie na białym koniu”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
1 września 2016
fot. iStock/mediaphotos

To nie będzie kolejna opowieść o tym, jacy faceci są źli, a bycie singielką bywa męczące. Dobrze, może czasem przydałby się ktoś do przytulenia. Jednak nauczyłam się, że życie w pojedynkę może dać mi więcej niż związek. Zacznijmy od początku. Mam 34 lata, rok temu wróciłam do Polski. Dziesięć lat spędziłam pracując na Wyspach. Byłam jedną z tych dziewczyn, które liczyły na dobrą przyszłość właśnie tam. Zakochałam się w Irlandii od pierwszego wejrzenia. Naprawdę! Nie przeszkadzał mi deszcz, wiatr… Zawsze mogłam przecież uciec na torfowiska i poczuć się, jak w moich ukochanych, rodzinnych Bieszczadach.

Przed emigracją rozstałam się ze swoim długoletnim chłopakiem. Z dnia na dzień zmieniły mu się plany na życie. Mieliśmy kupić wspólne mieszkanie, rozmawialiśmy o ślubie… A on postanowił wyjechać na platformę wiertniczą do Norwegii. Poinformował mnie o tym w dniu swojego wyjazdu, dodając uprzejmie, że nie widzi jednak dla nas przyszłości. Uroczo, czyż nie? Wtedy żyłam z dnia na dzień. Nie chciałam być w miejscu, w którym wszystko przypominało mi niedoszłego męża i potencjalnego ojca moich dzieci. Padło na Irlandię. Najpierw staż, potem długoletni kontrakt – praca stała się moim życiem.

Oczywiście nie oznaczało to, że żyłam w celibacie. Oj nie! W pracy poznałam Węgra. Był jak mój wymarzony książę z bajki. Ciemna karnacja, ciemne włosy… Dość szybko porzuciłam swoje pracowite życie na rzecz przystojnego „bratanka do wódki i szabli”. Zaręczyliśmy się. I znów zaczął się wir planowania mieszkania, dzieci, wesela… Może to jakieś przekleństwo? Tym razem to ja nie wytrzymałam tej presji, którą sama nakręcałam. Rozstaliśmy się.

I wpadłam w sidła Polaka. Polak w Irlandii, w dodatku z miejscowości obok mojej. Marzenie! Po roku zaczął znęcać się nade mną psychicznie. Potem uderzył. Raz, drugi… A ja myślałam, że to moja wina. Dopiero kiedy zaczął grozić mi nożem wyrzucając, że jak odejdę, znajdzie mnie i moją rodzinę, zrozumiałam, co się dzieje. Robił mi zdjęcia, gdy nie widziałam – w łóżku, wannie… Na wszystkich byłam naga. Myślał, że to będzie jego karta przetargowa. Przerażona wróciłam na kilka miesięcy do Polski. On się uspokoił. Chyba zrozumiał, że nie jestem jedną z tych słabych kobiet, które tylko czekają na męskie spojrzenie. Wtedy obiecałam sobie, że już nigdy nie dam się tak poniżyć. Wróciłam do swojej irlandzkiej pracy.

Przez dziesięć lat w Irlandii wspinałam się po szczebelkach kariery. Każdy związek powodował, że nie starałam się być kobietą sukcesu, bo po prostu nie miałam na to czasu. No i energii. Ciągle słyszę, że powinnam sobie znaleźć jakiegoś faceta. Bo mam już tyle lat, a zegar biologiczny tyka! Doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że tyka. Jednak gdy przypomnę sobie mój ostatni związek, nie wiem czy potrafiłabym teraz stworzyć coś nowego. I zaufać do końca. Ostatnio poszłam na pierwszą randkę po długim czasie. Było cudownie! Wino, rozmowy, śmiech… Do momentu, aż spojrzałam na swój nadgarstek. Ciągle mam na nim ślady po nożu, od którego uciekłam. Dalej nie byłam już taka radosna.

Życie singielki wcale nie jest takie złe! Nie chodzi tylko o facetów, którzy nie mogą cię skrzywdzić. Po ostatecznym powrocie do Polski postanowiłam założyć swój własny biznes. Miałam przecież ogromne doświadczenie po dziesięciu latach zarządzania gastronomią. Może powinnam podziękować każdemu swojemu ex-partnerowi? Dzięki nim jestem teraz naprawdę silniejsza. I przede wszystkim, nie uciekam, gdy coś nie idzie po mojej myśli.

Związek wymaga poświęceń, uwagi dla drugiej osoby, czasu… Może to niezbyt wiele, ale skoro już wszyscy czepiają się mojego wieku, ja też się go uczepię! Mam 34 lata, świetne wykształcenie, genialne doświadczenie i kreatywne myślenie w pakiecie. Kiedy miałabym otwierać swój własny biznes, jak nie teraz? Okej, nie mam dziecka. Mam za to świetnie prosperującą restauracje.

Kilka dni temu miała miejsce zabawna sytuacja. Gość zachwycony kolacją, którą podaliśmy jego rodzinie z okazji urodzin żony, chciał rozmawiać z właścicielem lokalu. Z radością i butelką szampana podeszłam więc do ich stolika. Pan podziękował za szampana i poprosił, żebym jeszcze raz zawołała szefa. Uprzejmie odpowiedziałam, że to ja. Chciał więc rozmawiać z moim mężem, święcie przekonany, że prowadzimy biznes razem.

Często spotykam się ze swoimi rówieśniczkami, które bardzo młodo wyszły za mąż. To w żadnym momencie nie była przemyślana decyzja, choć wtedy myślały, że tak było. Dziś mają po dwójce dzieci, mężów, których już nienawidzą i pracę, do której z radością uciekają na kilka godzin dziennie. Kiedyś im zazdrościłam tej stabilizacji. Dzisiaj to one zazdroszczą mnie.

Jestem singielką. Singielką w małym mieście. Prowadzę dobrze prosperujący biznes, a jedyne kilka wolnych godzin w tygodniu które mam, mogę przeznaczyć dla siebie. Gdybym miała jeszcze gotować obiad, sprzątać i prać skarpetki, pewnie wylądowałabym w psychiatryku. Nie chodzi wcale o to, że nie chciałabym mieć u swego boku faceta. Cholernie bym chciała! Przestałam mieć na to ciśnienie. W moim przypadku szukanie miłości zawsze źle się kończyło. Choć ostatecznie dzięki nieudanym związkom dziś pasja jest moją pracą. Nie zmienia to jednak faktu, że na miłość wolę zaczekać. Sama przyjdzie. Albo przyjedzie na białym koniu.


Zobacz także

Jak poradzić sobie z arogantami i ignorantami?

Jak poradzić sobie z arogantami i ignorantami?

magia świąt

Czym jest myślenie magiczne i skąd się bierze

slushy

Szukasz orzeźwienia na letnie wieczory? Spróbuj (bez)alkoholowe slushy