Lifestyle

Pieniądze to nie wszystko, teraz pora na prawdziwe życie. Czasem trzeba po prostu odpuścić

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
7 listopada 2017
Fot. iStock/kjekol
 

Karolina ma wszystko o czym marzy wiele młodych kobiet. Pieniądze, wspierającego, mądrego partnera, wiedzę, doświadczenie… Do pewnego momentu miała również świetna pracę, ale o tym za chwilę. Niewiele osób wie, przez co przeszła, żeby znaleźć się w tym punkcie, w którym jest obecnie. Jest w ciąży, upragnionej, wyczekanej. Za miesiąc urodzi syna. Wydawałoby się więc, że wszystko układa się idealnie. Gdyby nie to, że została oszukana i wykorzystana, mogłaby się w pełni cieszyć swoim szczęściem.

Na pomysł założenia firmy Karolina wpadła jeszcze na studiach. Do biznesu miała głowę po ojcu, catering okazał się strzałem w dziesiątkę. Zaczynała od biegania z kanapkami po biurowcach. Wszyscy się śmiali, a ona założyła start up, włożyła w niego zaoszczędzone pieniądze. Znajomi kręcili jej kółko na głowie, a ona wstawała o piątej rano po świeże pieczywo, ser, warzywa ekologiczne. Miała wizję, dobre hasło, pasję. Chciała tego. Obliczyła po jakim czasie powinna zacząć odnotowywać zyski. Wydrukowała ulotki, postawiła na jakość i prostotę. Kanapki, ciepłe tosty przygotowywane na szybko z przygotowywanych wcześniej składników. Potem przyszła pora na lunch boxy z domowymi zupami i schabowym zaprzyjaźnionej mamy koleżanki ze studiów. Załapało.  Mimo dużej konkurencji, mimo zmęczenia, czasem zwątpienia. Karolina miała chyba dużo szczęścia. No i uśmiech, który zjednywał klientów.

Mama mówiła jej: „Dziecko, po co ty się tak męczysz, studia kończysz, pieniądze mamy, nie musisz tak zaczynać. Kupimy ci, jak chcesz salon kosmetyczny, będziesz się na nim uczyła zarządzać. Jeśli koniecznie gastronomia, kupimy cię pizzerię”. Ale ona nie chciała nic od nich dostać, chciała mieć wszystko swoje, od początku. Nie widziała się w firmie ojca, choć on marzył o tym, że u jego boku nauczy się. Chciała sama zapracować na swój sukces. Skrupulatnie, jak mróweczka, od drzwi do drzwi, zdobywała klientów w  biurach, samym centrum miasta. Po trzech miesiącach poprosiła o pomoc koleżankę z roku, bo zrozumiała, że sama nie da już rady. Zaproponowała jej układ 40:60, bo pracą dzieliły się równo, ale firmę stworzyła sama. I plan rozwoju firmy też.

Była na ostatnim roku studiów, pisała pracę magisterską z zarządzania. Mała firma zaczynała się rozrastać. Rodzice, choć wciąż pełni obaw, patrzyli z dumą na córkę. A ona nie zwalniała tempa. Zawsze taka była, od małego. Co sobie wymyśliła, to przeprowadziła krok po kroku. Wszystko obracała w sukces. Po pięciu latach Karolina razem ze wspólniczką zatrudnia już 20 osób.

Udało się utrzymać na powierzchni, znaleźć swoją niszę. To ona była autorką tego sukcesu. Kiedy Karolina bierze ślub z Maćkiem, przyjacielem z dzieciństwa, firma obsługuje już całkiem spore imprezy, wigilie firmowe, spotkania integracyjne. Ma bazę stałych klientów i stałą pozycję na tym, kapryśnym, rynku. Karolina jest szefową, głównym „mózgiem” pomysłodawcą, a Magda, przy jej pełnym zaufaniu, zajmuje się księgowością, rozliczeniami i zaczyna kombinować „na boku”.

A potem zdarza się nieszczęście. Karolina stoi przy oknie w biurze, właśnie przed chwilą zobaczyła, że na koncie firmy nie zgadzają się pieniądze. Brak 20 000 złotych. Robi jej się ciemno przed oczami i czuje ból, taki jak przy miesiączce, tylko coraz silniejszy. Krew. Robi jej się gorąco, potem budzi się w szpitalu. Przerażona twarz męża będzie jej się śniła przez kilka tygodni. To był trzeci miesiąc, straciła ciążę. Potem próbują jeszcze raz. I jeszcze raz i jeszcze. Za każdym razem kończy się tak samo. Aż z twarzy Karoliny znika radość, a w oczach pojawia się lęk i smutek. Bo co jeśli nigdy nie będzie mogła mieć dzieci? W firmie Magda zapewnia ją, że wszelkie wydatki są pod kontrolą. Tłumaczy, że były przejściowe kłopoty, że nie chciała Karoliny martwić. Że chciała dobrze dla firmy. Te 20 tysięcy oddaje w ratach. W końcu każdy popełnia błędy, Karolina nie ma zresztą do tego głowy. Lata wyciężonej pracy i stresu robią swoje, zaczyna się depresja.

Choć dla Karoliny najlepszym lekarstwem na smutki jest praca, nie potrafi się na niej skupić. Potem będzie sobie zarzucała, że wszystkiego nie dopilnowała, że mogła by ostrożniejsza. Ale skąd mogła wiedzieć?

W końcu  udaje jej się utrzymać ciążę. Przez długie miesiące zostaje w domu, pod opieką ukochanego męża i mamy. Maciek jest chirurgiem, nie zna się na prowadzeniu biznesu, chce tylko wiedzieć swoją żonę szczęśliwą i spokojną. Też ufa, że w firmie wszystko jest pod kontrolą. Kiedy nic już nie zagraża ciąży, Karolina dzwoni do Magdy i mówi, że wraca choć na trochę. I przeżywa szok.

To nie jest już jej miejsce. Za jej  plecami zmieniono dostawców, spada jakość usług i produktów. Magda korzystając z nieobecności Karoliny zatrudniła swoich znajomych, pozbyła się sprawdzonych kontrahentów. Kilku ważnych klientów zrezygnowało z usług. W papierach bałagan, chaos.  Ale z Karoliną dzieje się coś dziwnego. Nie ma na to siły, odpuszcza.

Ma dylemat. Wynająć prawnika, zebrać dowody, wytoczyć koleżance proces, odebrać jej udziały w firmie, bo dokonała w niej zmian, do których nie miała prawa, nawiązała współpracę z ludźmi, których Karolina w swojej firmie nie chciała widzieć? Walczyć o swoje? Zaczekać do porodu?

Właściwie chciałaby uciec, podpisać papiery i sprzedać Magdzie swoją firmę, byleby już się nie denerwować nie myśleć. Mama mówi, że najważniejsze jest zdrowie, bezpieczeństwo. Że szkoda nerwów, że pieniądze to nie wszystko. Tata jest innego zdania, ale boi się o córkę, mliczy.

A Maciek? Obejmuje ją delikatnie i mówi: zostaw, teraz ty jesteś najważniejsza. Ty i dziecko. I chyba Maciek ma rację, bo Karolina już nie chce walczyć. Udowodniła sobie, że potrafi stworzyć coś z niczego. Może za jakiś czas spróbuje jeszcze raz. A teraz pora na prawdziwe życie.


Lifestyle

Jeśli nie potrafimy się ze sobą komunikować, jak mamy tego nauczyć innych? A czy ty, wiesz jaka jest siła twoich słów?

Ewelina Celejewska
Ewelina Celejewska
8 listopada 2017
Fot. iStock / mikkelwilliam
 

„Ta Ola, wiesz, ta moja przyjaciółka, zapisała się na taki specjalny kurs, żeby poznać różne rodzaje win” – powiedziałam do mojego partnera, krzątając się w kuchni. Jakoś tak dziwnie zaczął mi się przyglądać. Milczał. „O co chodzi? Czemu tak na mnie patrzysz?”. „A po co jej ta wiedza?” – zapytał, z wymalowanym na twarzy wielkim znakiem zapytania. „No jak to? Bo lubi wino i chciałaby wiedzieć, które do czego podawać. Co w tym takiego dziwnego?” – odpowiedziałam. „Aaaaa bo ja pomyślałem, że ty mówisz o numerach VIN pojazdów…”. Mężczyźni są z Marsa, a kobiety z Wenus? Niekoniecznie. 

Nie dogadaliśmy się, ponieważ nadawca i odbiorca komunikatu są innej płci, dzieli ich spora różnica wieku, a także inne doświadczenia życiowe i zainteresowania. Mimo szczerych chęci, komunikacja zawiodła. Grunt, że sytuacja została wyjaśniona. Gorzej, gdyby każde z nas zinterpretowało ją na swój sposób i pozostało ze swoimi wnioskami. Z pewnością uważałby wówczas, że z tą Olą to chyba faktycznie jest coś nie tak. Przypomniałam sobie tę naszą rozmowę, czytając niedawno książkę dla nastolatków „Franek i siła słów”. Pozycja ta, dedykowana dzieciom, powinna moim zdaniem znaleźć na liście obowiązkowych lektur szkolnych. Co więcej, dobrze byłoby, gdyby sięgnęli po nią także niektórzy dorośli. Funkcjonowanie w społeczeństwie byłoby wówczas o wiele łatwiejsze i przyjemniejsze.

Ewa i Łukasz Świerżewscy przygotowali wspaniałe kompendium wiedzy dla dzieci. Książka składa się z dziewięciu rozdziałów, a każdy z nich podzielony jest na dwie części. Pierwsza to krótkie opowiadanie o przygodach Franka – ucznia szkoły podstawowej. Druga część wyjaśnia zagadnienia związane z komunikowaniem się, problemami w komunikacji, rozwiązywaniem konfliktów, argumentowaniem, dyskutowaniem. Wszystko to podane jest w prosty, zrozumiały dla dzieci sposób. Zweryfikowały to dwie córki autorów (11-  i 13-latka), które jednogłośnie orzekły, że książka odpowiada na potrzeby ich rówieśników. Chociaż pozycja dedykowana jest dzieciom, które skończyły minimum 9 lat, z całą pewnością jest lekturą, do której wraca się kilka razy na przestrzeni całego okresu dojrzewania. Młodsze dzieci już w trakcie czytania o przygodach Franka mogą zapoznać się w podstawowymi zasadami właściwej komunikacji. Starsze natomiast mogą już czerpać wiedzę z drugiej, teoretycznej części książki. A ponieważ próżno szukać w niej infantylnych zwrotów i odniesień, wiele wyniosą z lektury także dorośli.

Naszym zdaniem, w szkole niewiele mówi się o komunikacji, a jest to temat bardzo ważny. Skoro my sami, jako dorośli, nie potrafimy się ze sobą komunikować, to od kogo mają się tej sztuki nauczyć dzieci? Obserwując nas, powielają tę społeczną nieudolność. Pomyśleliśmy sobie, że warto zwrócić na to uwagę poprzez książkę. Łukasz jest specjalistą z zakresu komunikacji, więc napisanie części teoretycznej, za którą był odpowiedzialny, przyszło mu z łatwością. Ja natomiast zajmuję się słowem od zawsze. Mając więc pewne kompetencje, postanowiliśmy napisać taką książkę dla dzieci – Ewa Świerźewska, współautorka książki „Franek i siła słów”

Dzieci mają ogromne problemy z komunikacją – nie znają podstawowych zasad, nie potrafią rozwiązywać konfliktów czy przekonywać do swoich racji, ponieważ nikt ich tego nie nauczył. Umiejętność wypowiadania słów czy pisania nie oznacza przecież, że potrafimy właściwie komunikować się z drugim człowiekiem. Oczywiście, doświadczenia życiowe, które każdego dnia zdobywamy, uczą nas pewnych zasad, jednak często bywają niewystarczające.

Stworzenie części merytorycznej tak, żeby dziecko w wieku wczesnonastoletnim nie miało problemu ze zrozumieniem jej, wcale nie było takie łatwe. Wiele musieliśmy uprościć i skrócić, ponieważ zahaczało o kwestie, które mogły być za trudne na tym etapie. Słownictwo nie jest proste i to nie bez powodu. Zależało nam, żeby dzieci w trakcie lektury angażowały swoich rodziców – pytały o to, czego nie rozumieją. To przecież kolejna okazja, by porozmawiać w gronie najbliższych. Wspólne czytanie książek jest pewną formą edukacji pozaszkolnej, którą może praktykować w swoim domu każdy rodzic – Ewa Świerźewska, współautorka książki „Franek i siła słów”

Zarówno my, jak i nasze dzieci, każdego dnia mierzymy się z różnymi sytuacjami, w których znajomość podstawowych zasad komunikacji jest niezbędna. Na przykład wtedy, gdy musimy przyznać się do winy, a obawiamy się konsekwencji lub gdy chcemy przekonać kogoś do swojego pomysłu, a brakuje nam argumentów. Istnieją sposoby, by takie sytuacje rozwiązać. Wystarczy tylko poznać i nauczyć się odpowiednich technik. „Franek i siła słów” z pewnością w tym pomoże. I małym i dużym.

Chcesz się spotkać z Autorami książki „Franek i siła słów?

Zapraszamy w środę 15 XI do NABO Cafe w Warszawie, ulica Zakręt 8 na godzinę 18:30


Lifestyle

(Dla)czego nie powinniśmy mówić partnerom o swoich „byłych”

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
7 listopada 2017
Fot. istock/Vasilisa_k

Koszmar pierwszej randki. Siadacie naprzeciwko siebie, atmosfera trochę się rozluźnia i nagle, nie wiadomo jak i kiedy, rozmowa schodzi na… jego byłą partnerkę. Chociaż wcale tego nie chcesz, dowiadujesz się szczegółów z ICH wspólnego życia – tego, dlaczego się rozstali, co ich połączyło i … jaki jest status tej relacji.

Są takie osoby, które kochają porównywać swoich partnerów do byłych miłości. I zazwyczaj nie robią tego w złej wierze. Czasem rzeczywiście, są perfidnie złośliwe. Ale z reguły po prostu zbyt szczere (tak, to możliwe), nieudolnie szukają sposobu na zmotywowanie ukochanego do zmiany albo nie grzeszą rozumem. Bo na dłuższą metę, nikt takich porównań nie zniesie.

Oczywiście, są takie sytuacje, gdy rozmowy o byłym partnerze uniknąć się nie da (na przykład wtedy, gdy łączą nas wspólne dzieci, albo trudna przeszłość w jakiś sposób wpływa na was oboje), ale jeśli to możliwe starajmy się nie rozmawiać o tym, co już skończone, bo:

– to zawsze wywołuje zazdrość, a nie każdy z nas potrafi sobie z nią dobrze radzić (złe emocje są wam zupełnie niepotrzebne),

– priorytetem jest obecny związek oraz samopoczucie twojego obecnego partnera (porównywanie go do „byłego” i opowiadanie o tym, jak było wam wspaniale),

– nie ma powodu by wracać do zamkniętego rozdziału, teraz tworzysz coś nowego, zupełnie innego i nie powinnaś się oglądać za siebie,

– nie ma powodu, by opowiadać o swoim złamanym sercu, bo dajemy obecnemu partnerowi do zrozumienia, że do „byłego” wciąż coś czujemy (rzadko który związek kończy się zgodą i przyjaźnią).

A jeśli nie możesz się powstrzymać, to po prostu zdobądz się na uczciwość i sama sobie odpowiedz na pytanie, czy „były” jest naprawdę byłym…


Zobacz także

Podobają ci się brodaci mężczyźni? Czy wiesz, co zarost o nich mówi?

90 kilometrów od Warszawy, otoczony stawami i zielenią, stoi XIX wieczny Pałac w Trojanowie. Tak mogłaby się zaczynać piękna bajka…

„U nas po nieudanej reanimacji rzucamy rękawiczki i zajmujemy się kolejnym pacjentem. Mój rekord pracy to 72 godziny z rzędu”. Z życia pielęgniarki