Lifestyle Związek

On, nauczony doświadczeniem, miał dla niej dużo cierpliwości. Ona, szalona, uczyła go dawno zapomnianej spontaniczności

Poli Ann
Poli Ann
30 czerwca 2019
Fot. iStock/anyaberkut
 
Lilka wygrała konkurs. Wpadła do biura z wypiekami na twarzy. Jak bosko. Zwyciężyła. Endorfiny tańczyły w jej ciele. Rysiek akurat nad czymś pracował. Wyglądała tak ponętnie w długiej cienkiej sukience na ramiączkach. Nie miała chyba stanika. Może nawet była naga pod spodem. Był gorący letni wieczór. Pełnia lata. Została dłużej, przyniosła szampana. On był też autorem jej sukcesu. Bezimiennym, stojącym w cieniu, ale niezwykle ważnym. Gadali długo. Jak przyjaciele, którzy nimi być już nie chcą. To Lilka znów wyszła z inicjatywą. Opierał się chwilę. Moment, by w końcu poznać smak tego, o czym tyle czasu marzył.

Spróbowali tabu. Seks z córką najlepszego przyjaciela nie byłby raczej mile widziany. Weszli ma teren zakazany. Choć z drugiej strony oboje wolni, dorośli, nikogo przecież nie krzywdzili. Mimo to, czuli że robią coś niedozwolonego.
Kochali się pięknie. Ona dała mu żar młodego ciała, on doświadczenie. Po wszystkim nie czuli się zażenowani. Nie udawał mówiąc, że zadzwoni. Dokończył szampana. Zamówił jej taksówkę. Ten wieczór był początkiem wszystkiego. Widywali się niemal każdego dnia. Był seks i rozmowy. Doskonale się rozumieli. Nie mieli żadnych oczekiwań wobec siebie. Ukrywali tę relację przed Lilki rodzicami, a Ryśka przyjaciółmi. Wiedzieli, że nie zrozumieją związku (tak, związku), w którym nikt nic nie planuje i jest im dobrze. Marzena zauważyła, że córka ma maślane oczy, że chyba się zakochała i kogoś ma. Patrzyła na Lilkę z czułością. Jej mała dorosła córeczka staje się kobietą, ma mężczyznę i jest taka szczęśliwa.
Kiedy się wydało? Nie w tragicznych okolicznościach. Nikt ich nie przyłapał na ognistym seksie na biurku, nie zauważył w restauracji ani nie przeczytał namiętnego SMS-a. Rysiek sam powiedział. Zaprosił Marzenę i Pawła jak to zwykł czasem robić. Często tak się spotykali. Zamawiali sushi, czasem Rysiek coś gotował. Pili dobre wino lub whisky. Rozmawiali o pracy, życiu, urlopie, polityce jak to robią starzy znajomi. Znali się jak łyse konie. Przyjaźnili od tylu lat, a teraz właśnie ta przyjaźń miała być wystawiona na próbę.
Rysiek powiedział im spokojnie, że się zakochał, że od kilku miesięcy jest w związku, że nie wie jak to się dalej rozwinie, ale chce, by znali prawdę. Radosny uśmiech Marzeny znikał z jej twarzy wraz z każdym wypowiadanym przez Ryśka zdaniem. Szybko połączyła fakty i zanim zdążył powiedzieć, że to Lilka, Marzena blada już wiedziała. Paweł nie bardzo wiedział, czy milczeć, dać przyjacielowi w pysk, wszczynać awanturę czy po prostu wyjść. Niby ok, są dorośli, wolni, mogą robić co im się żywnie podoba, a jednak to było dla niego za trudne zaakceptować, że najlepszy kumpel sypia z jego córką. Nie uwiódł jej, nie oszukał. Byli razem, nie chcieli się ukrywać, woleli się ujawnić. Proste. Ale rzeczywistość nie była taka prosta.
Marzena z Pawłem wyszli szybko. Nie chcieli z nim rozmawiać. Jako, że Lilka z nimi mieszkała, wrócili do domu, by z nią porozmawiać. Może i przekonać, że on się nią pobawi i rzuci. Że rozwodnik, dużo starszy, że nie ma z nim przyszłości, że wpędzi ją w lata i jeszcze kpić z nich będą w środowisku.Lilka uniosła się honorem. Spakowała rzeczy i wyprowadziła się do Ryśka, bo dokąd niby miała iść. Tym ruchem zaczęła prawdziwe dorosłe życie. Pracowała w weekendy w knajpie. Potem u Ryśka w biurze projektowym. Związek kwitł. Nie tylko w łóżku. Dogadywali się znakomicie. On, nauczony doświadczeniem, miał dla niej dużo cierpliwości. Ona, szalona, uczyła go dawno zapomnianej spontaniczności.
Dopełniali się wbrew całemu światu, który wyśmiewał ich wiek i sprowadzał ich związek jedynie do zaspokojenia potrzeb fizycznych. Ślub nie był im potrzebny, choć Rysiek namawiał Lilkę chcąc złagodzić sytuację z Pawłem i Marzeną oraz pragnąc dać Lilce poczucie bezpieczeństwa. Ona póki co papierka nie chciała. Czekała na to, że emocje opadną i że jej rodzice zaakceptują jej związek. Ma ślub nie była gotowa. Kochała i była kochana. Dawała i otrzymywała szczęście. To takie trudne do zrozumienia, bo wyszła poza schematy? Bo dzieli ich wiek? Bo to kumpel ojca? Nie widziała w ich związku żadnej tragedii. Jej znajomi Ryśka przyjęli do ekipy. Różnił się może tym, że miał dobry zegarek, markowe ubrania i że był znakomitym architektem, podczas gdy oni dopiero szlifowali umiejętności. Może nawet patrzyli na niego i Lilkę z zazdrością, ale nie przez pryzmat dobrobytu. Byli świetną parą. Postawili się swoim najbliższym. Mieli odwagę, by walczyć o swój związek, by być razem, choć tak wielu ich piętnowało, że to nie wypada, że to zakazane i nieprzyzwoite. Nie słuchali nikogo poza sobą. Nie budowali swojej relacji na czyimś nieszczęściu. Nie rozbili rodziny, nie krzywdzili nikogo. A że pesele z przodu trochę się różnią, to już chyba ich sprawa?A świat i tak niedoskonali jego mieszkańcy nie mają prawa tego kwestionować, skoro oni chcą spróbować ze sobą po prostu być.


Lifestyle Związek

Dwadzieścia lat różnicy i jej rodzice, jego przyjaciele… Rysiek znał ją od jej pierwszego dnia życia

Poli Ann
Poli Ann
30 czerwca 2019
ból głowy
Fot. Pixabay / Foundry / CC0 Public Domain
 
Kiedy Rysiek spojrzał na Lilkę inaczej? Pamięta doskonale. Kończył 40 lat, robił imprezę dla najbliższych znajomych. Pawła z Marzeną też zaprosił. Oczywiście, że tak. Paweł był jak brat, choć niespokrewniony. Poznali się w liceum. Cała trójka. Przyjaźń silna przetrwała ponad 20 lat. Był jego świadkiem na ślubie, który Paweł brał na szybkiego, bo Marzena była w ciąży. Szybko zaprosili do swojego życia dorosłość. Wielu wróżyło im rozwód. A tu proszę, wszystkim stuknęła czterdziestka, a oni w przeciwieństwie do innych małżeństw (w tym i Ryśka) trwali z obrączkami na serdecznym palcu.

Rysiek imprezę robił w lokalu. Na 20 osób. Dobra kolacja, trunki, muzyka. Wchodził w kolejną dekadę swojego życia z przytupem. Nawet nie spodziewał się jak mocnym. Z byłą żoną utrzymywał poprawne stosunki. Podobnie jak Paweł i Marzena mieli jedną córkę, ale nie dwudziestoletnią. Ich latorośl przyszła na świat, gdy studia były skończone, kredyt na mieszkanie wzięty, a i ślub zawarty po długim namyśle. Po kilku latach jednak okazało się, że namyślanie się było za długie jednak, bo gdy Zosia miała 7 lat, rozstał się z żoną. Z córką kontakt miał częsty i naprawdę dobry. Miewał romanse, ale bardziej dla zaspokojenia potrzeb fizycznych niż dla uczucia. Był mimo to szczęśliwy. Finansowo pewny siebie, niezależny. Wyglądał dobrze, dbał o siebie. Nie jakoś przesadnie, ale siłownia, fryzjer, raz ma kwartał kosmetyczka. Dobre jakościowo ubrania, buty i perfumy. Czy marzył o kobiecie? Tak, ale nie szukał na siłę. Wiedział, że z bagażem doświadczeń będzie trudniej. Więc nie czekał na tę wyjątkową. Brał to, co życie przynosiło.
Pawła i Marzenę na jego czterdziestkę przywiozła Lilka, ich dwudziestoletnia córka, przez którą to szybciej wylądowali przed ołtarzem dając się związać węzłem małżeńskim. Sama też jechała na imprezę ze swoimi znajomymi. Studentka architektury, odważna, pyskata i oryginalnie się nosząca. Rysiek znał ją od jej pierwszego dnia życia. Opiekował się nią wiele razy, gdy Marzena biegła na uczelnię.
Wszyscy skończyli architekturę. Lilka też poszła w ślady rodziców, bo już jako trzylatka genialnie rysowała. Dla Ryśka była zawsze dzieckiem przyjaciół. Tego dnia jednak, gdy wpadła zdyszana dać mu buziaka urodzinowego i przywożąc rodziców, tak nonszalancko ubrana w za duży czarny i prążkowany męski garnitur, biały obcisły top, i pomarańczowe szpilki, które pasowały do jej aktualnie długich rudych włosów, zrobiła na nim wrażenie. Piorunujące. Nie jako Lili. Jako kobieta. Zganił się za tę myśl i skupił na imprezie. Jednak obraz rudowłosej młodej dziewczyny długo nie dawał mu spokoju.
Przez ułamek sekundy widział biust opięty topem, szczupłą talię, włosy spływające po twarzy i te oczy przenikliwe. I usta lekko rozchylone w uśmiechu. Tak się nie patrzy na córkę najlepszego kumpla. Tak się spogląda na młodą atrakcyjną kobietę.
Nie szukał okazji do spotkania. Nie kusił losu, Lilka sama do niego przyszła. Zgłosiła się na konkurs projektowy. Chciała porady, a tata z mamą byli zajęci jakimś dużym zleceniem. Poza tym głupio jej było ich prosić. Przyszła więc do Ryśka. Zawsze mówiła do niego po imieniu, bo on tak sobie życzył. Jako student nie czuł się wujkiem. Lili przywykła i tak już zostało.
Obiecał pomóc przy konkursie. Był profesjonalny. Zachowywał pozory, choć w środku aż się gotował. Kryzys wieku średniego, cholera? – myślał. Poszedł nawet raz ze znajomymi do klubu. Młode ciała odkryte i nic. Na żadną nie patrzył jak na Lilkę. Niektóre dziewczęta nawet same wpychały mu numer telefonu do kieszeni. Mógłby upojnie zakończyć ten wieczór i choć kandydatki były naprawdę śliczne, nie skorzystał z okazji. I to nie ze strachu. Podobały mu się, owszem, ale nie miały tego czegoś. Lilka miała. Tak fajnie gryzła ołówek i marszczyła nos, gdy coś obmyślała. Mówiła szybko, była energiczna i bardzo szczera. Riposty miała inteligentne, w punkt. Lubiła Ryśka. Czuła się przy nim komfortowo. Nie wyśmiewał jej szalonych pomysłów. Potrafił nadać im formę, czasem doradzić inne rozwiązanie. Miał spore doświadczenie jako architekt. I to poczucie humoru. Z nikim się tak nie śmiała do rozpuku.
Kończyli projekt. Była z niego dumna. Z projektu oczywiście. Ryśkowi była wdzięczna. Tyle czasu jej poświęcił. Wspaniale się przy tym bawili. Kilka tygodni bardzo ich zbliżyło. Rysiek hamował się co i rusz, choć po nocach śnił o córce najlepszego przyjaciela. A Lilka? Nieświadoma jak na niego działa, swobodna i beztroska, najpierw widziała w nim prawie wujka. Ale pewnego dnia bez najmniejszego powodu zobaczyła faceta. Faceta z poczuciem humoru, inteligentnym żartem, świetnego architekta. Cholernie przystojnego (ta broda i szpakowate włosy), zawsze dobrze ubranego i zadbanego. Rysiek był szalony i poważny, beztroski, i profesjonalny, dojrzały, i młodzieńczy. Tak inny od infantylnych kumpli z roku.
To ona pierwsza chciała go pocałować. Odchylił się, bo przecież tak nie wolno. Dwadzieścia lat różnicy i jej rodzice, jego przyjaciele. Zrozumiała i wyszła z biura. Wróciła po tygodniu ciesząc się, że jej projekt przeszedł do kolejnego etapu konkursu. Chciała go dotknąć, ale on trzymał dystans. Bronił się przed tym, co w nich płonęło, a co mogłoby wywołać nie lada pożar dookoła.
Ciąg dalszy nastąpi…


Lifestyle Związek

„Czuł, że nie jest na swoim miejscu. Chciał czegoś innego. Jeździć daleko…”. Portret Kierowcy

Poli Ann
Poli Ann
17 czerwca 2019
Fot. iStock

Samochody kochał od zawsze. Już jako malutki chłopczyk piszczał na widok zabawkowego auta. Osobówki, wyścigówki, śmieciarki, cysterny czy ciężarówki. W latach osiemdziesiątych posiadanie takiej zabawki było nie lada luksusem. Pierwszego resoraka dostał, gdy był w pierwszej klasie. Nie spał z wrażenia całą noc, a zabawkę traktował przez lata z wielkim namaszczeniem. Po dzień dzisiejszy stoi na komodzie i nikomu, ale to nikomu nie wolno jej dotykać.

W domu się nie przelewało. Ojciec nie raz miał ciężką rękę, ciężko pracował po 12 godzin na dobę. Nerwowy był. Mama dobra, cicha, zajmowała się domem i wychowaniem czwórki dzieci.
Po szkole podstawowej, w której ocen szałowych nie miał i nawet raz miał zostać w szóstej klasie, marzył o samochodówce. Ojciec jednak, nie wiedzieć czemu, nie pozwolił. Kazał mu na kucharza się uczyć.

Ludzie żreć będą zawsze, a na fury nie każdy ma forsę – mawiał.

Mariusz ojca posłuchał. Do gastronomika poszedł, ale o samochodach marzył dalej. Sąsiad miał warsztat samochodowy to biegał do niego po cichu i podpatrywał jak ten auta naprawia. Szybko nauczył się jeździć. Praktycznie od razu. Wsiadł i pojechał, jakby się za kółkiem urodził. Uwielbiał, gdy sąsiad wysyłał go po coś i dawał kluczyki od swojego poloneza. Mariusz czuł się wtedy jak młody bóg. Marzył, że będzie kiedyś jeździł zawodowo.

W szkole nieźle mu szło. Po praktykach dostał nawet pracę. Pierwsze pieniądze wydał od razu na prawko. Zdał za pierwszym razem u najsurowszego egzaminatora. Ten nawet go pochwalił twierdząc, że będą z niego ludzie. Mariusz fruwał. I choć kuchnia to nie był to jego wymarzony zawód, pracował jak szalony, by sprawić sobie pierwsze własne auto. W latach dziewięćdziesiątych było to już możliwe. Volkswagen Golf 1, kolor zielony. To był jego cel, do którego dążył. Zarabiał nieźle. Dorabiał też jako kelner. Po dwóch latach trzymał kluczyki od Żabki. Tak pieszczotliwie nazwał swój ukochany samochód. Zresztą każdy jakoś nazywa. Traktuje jak człowieka. Myje, woskuje, ulepsza i prowadzi tylko do warsztatu sąsiada. Do nikogo innego nie ma zaufania.
Życie się toczyło. Poznał kobietę swojego życia. Został ojcem. Wszystko się układało. Tylko ta praca. Trochę mu wadziła.

Choć ludzie chwalili jego dania czuł, że nie jest na swoim miejscu. Chciał czegoś innego. Jeździć daleko. Nie tylko Żabką. Marzył o odległych trasach. Pięknych widokach. Wielkiej ciężarówce, w której byłby swoim jedynym szefem. Pragnął, by ta jedyna stworzyła mu dom, który on by utrzymał. By wracając z trasy jego dziewczyny z utęsknieniem czekały na niego, a on przywoziłby im pamiątki i następnego dnia zabierał do restauracji, na zakupy i do kina. I dokąd by tylko chciały.

Jego marzenie bardzo szybko miało się spełnić, ale połowicznie.

Ukochana odeszła. Zakochała się tak po prostu, o czym on przekonał się na własne oczy wracając kiedyś szybciej z pracy z powodu straszliwego bólu głowy. Zastał ją z nim pod prysznicem w sytuacji niepozostawiającej złudzeń. Z nim, kierownikiem restauracji. Ból głowy zniknął jak ręką odjął. A na długie miesiące pojawił się ból serca. Zdradzony podwójnie postanowił skupić się na marzeniu. Zrobił prawo jazdy na tiry. Szybko znalazł pracę. Przed pierwszą samodzielną już jazdą nie spał całą noc z wrażenia jak wtedy, gdy był małym chłopcem i dostał resoraka.
Trasa do Francji. Malownicza, długa i trudna. Już po pierwszym razie wiedział, że to jest to. Łatwo nie było. Niby GPS, Internet. Ale i tak miał stres jak dojechać do firmy, czy parking jest bezpieczny, czy nie będzie jakichś korków, wypadków lub objazdów. Czy czasu jazdy mu starczy, by dojechać na parking. Czy się wyrobi.

Dał radę. Każda trasa, choć z czasem znana, była zawsze pełna wyzwań i mieniła się innym obliczem. Raz witało go słońce, innym razem deszcz. Widoki zdawały się przebierać. Góry bywały nagie lub otulone mgłą, lub skąpane w promieniach słońca. Łąki kusiły soczystą zielenią, by za chwilę chować się w szarości. Chmury czasem zdawały się siedzieć mu na drodze. Innym razem płynęły po niebie. Ta natura go urzekła. Najbardziej słońce. Od jaskrawego blasku po głęboką czerwień. Uwielbiał patrzeć na jego wschody i zachody. Taki bonus za trudy wyprawy. Nie do opisania.

Praca była wymarzona. Kontakt z byłą i córeczką niezły. Wracał jednak do pustych czterech ścian marząc, by ktoś na niego czekał.  Było kilka kandydatek. Miał jednak pecha. Uciekały dowiedziawszy się, że jeździ. Albo nie miały uregulowanych spraw z byłym mężem/partnerem. Albo nie umiały się zdecydować, czy chcą spróbować z nim być, czy może nadal walczyć w pojedynkę. Bo bycie z kierowcą ciężarówki to czekanie. Żadna nie chciała zrozumieć pasji. Każda chciała go całego nie pojmując, że ciężarówka i on (obecnie o imieniu Diana) to jedność. Czy zwykły facet, który ma w końcu pracę, która go kręci i daje niezły pieniądz, musi wybierać? Albo kobieta i stałe nudne zatrudnienie, albo jazda po Europie i samotność? Przecież to się da połączyć. Gdzie kobieta, która zaakceptowałaby to takiego, jakim jest? Z Dianą w tle (cholewka, trochę duże to tło:)))

Mariusz póki co przemierza hiszpańskie i francuskie trasy. Odkłada pieniądze. Na razie jego serce należy do Diany. Przestał rozpaczliwie szukać kobiety. W końcu uwierzył, że ta się znajdzie, gdy on poszukiwań zaprzestanie.

Udostępnij