Lifestyle

Ojcowie, bądźcie rodzicami! Tata to nie opiekunka na godziny, ani pomocnik swojej żony

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
20 marca 2017
Fot. istock/svetikd
 

Ja wiem, czasem (a może często) się tak układa, że to on zarabia więcej, że dłużej zostaje w pracy, że go w domu nie ma tyle, ile „powinno”. Wiem, że stereotypy jeszcze do końca nie umarły i w części z nas ciągle drzemie skandaliczne przekonanie, że do dzieci i garów to matka, a ojciec to ten, co od święta piłkę z młodym pokopie, ale w nocy choremu synowi już syropu nie poda, piżamy nie zmieni i nosa nie podetrze. A jednak, krok po kroku nachodzi „nowe”.

Pewnie trzeba byłoby do tego jeszcze pokolenia, albo nawet dwóch, żeby stało się naturalne, że ojciec, to taki sam rodzic jak matka, a nie żaden pomocnik, czy opiekunka w razie gdyby ona, raczej musiała, niż chciała, na pół godziny wyskoczyć (zostawiwszy uprzednio cały obiad gotowy, żeby tatuś już nic się nie musiał martwić).

Teściowa mojej znajomej regularnie straszy swoje wnuki, kiedy się nimi opiekuje: „nie możemy się spóźnić, bo mama będzie krzyczała”, „nie możemy tego zjeść (no ja bym ci z serca kochany, dała, ale nie mogę), bo mama nie pozwala”, „nie mów mamie, że pozwoliłam ci wchodzić na te drabinki, bo będzie na ciebie zła”. MAMA. Źródło zakazów, przyzwoleń i nakazów, które i tak warto złamać, żeby jej zagrać na nosie. Tata? Tata jest tylko tym, dla którego rysuje się laurki i którego oznacza się w poście na Facebooku popisując zdjęcie „niedziela z tatusiem”. Strasznie mnie to denerwuje. „Pokaż tatusiowi, jakiego cię babcia wierszyka nauczyła, daj mu ten rysunek, który zrobiłeś. Fajnie jest z tatą, co?”… Bezwolny ten tata. Trochę taki „obok wszystkiego”, ale jednak do podziwiania.

Pani w przychodni przeciera ze zdumienia oczy, gdy mój mąż z pamięci recytuje wszystkie choroby które przebył nasz syn, łącznie z datą ostatniego szczepienia. Nieufnie spogląda w moją stronę, jakby szukając potwierdzenia. Odwracam wzrok, podaję książeczkę zdrowia, wszystko się zgadza. Cisza. No bo jak to skomentować?

Lekarka objaśniając nam etapy leczenia anginy, patrzy na mnie i mówi tylko do mnie, jawnie olewając obecność mojego męża. Niech ubierze. Niech usiądzie z dzieckiem i poczeka. Niech siedzi cicho. Przecież i tak nie będzie tych leków podawał. Jeszcze się pomyli. W końcu to facet jest.

W szkole podobnie. Ta mojej córki jest mocno sfeminizowana, nauczycieli jest pięciu – pan od informatyki, dwóch panów od WF-u i dwóch od matematyki. Reszta – same panie. Ale tatuś na zebraniu w szkole to już przecież dawno nie ten, który jedynie „świecił oczami” w sytuacjach kryzysowych, kiedy dziecko nieźle narozrabiało i trzeba było iść przeprosić panią, najlepiej z kwiatkiem. W naszej klasie, tatusiowie udzielają się nawet bardziej niż mamusie, aktywnie walczą o zmianę siejącej postrach katechetki, protestują przeciwko absurdalnym zarządzeniom dyrekcji, a czasem wyjeżdżają na wycieczki jako opiekunowie. Jaka szkoda, że jest ich tylko dwóch. To ciągle za mało.

Ojcowie, dlaczego o wasze prawa rodzicielskie (te w praktyce, nie w teorii) walczycie dopiero po rozwodzie? Dlaczego odpuszczacie, kiedy wasze żony, przekonane, że wszystko robią lepiej niż wy, nie pozwalają wam przewinąć dziecka, albo ułożyć go do snu? Chyba, zresztą, coraz mniej już takich żon, bo kobiety nareszcie zrozumiały, że kluczem do ich osobistego szczęścia, jest dobrze pojęte partnerstwo – również w rodzicielstwie. Idzie nowe, rozejrzyjcie się, bierzcie przykład z kolegów…

Zasada jest prosta  –   chcesz mieć dobry kontakt ze swoim dzieckiem, bądź obecny w jego życiu. Bądź obecny – znaczy bądź pełnoprawnym rodzicem, z przywilejami (tymi przyjemnymi, sprawiającymi, że na sercu cieplej, a duma rozpiera) i z obowiązkami (wstawanie w nocy do katarku i kupki jest jednym z nich). Wiem, że miewacie mało czasu, albo że „tak się umówiliście”, że to wasza partnerka „ogarnia dom”. Ale wtedy, kiedy tylko możecie, przejmujcie inicjatywę, nie bądźcie jedynie bierną opiekunką, czy pomocnikiem własnej żony. Bądźcie rodzicami.


Lifestyle

Patologia to nie kurtka z sieciówki i starannie dobrany podkład… Bo czy przemocowy ojciec rozmawiałby z dziećmi tak, jak on?

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
11 kwietnia 2017
Fot. iStock/MarinaZg
 

Minęłaś ich wczoraj, kiedy wychodzili z windy. Mieszkają piętro niżej. To taka normalna, miła rodzina. Status materialny: średnia z dużym plusem. Kolorowe, ładne ubranka, modne buciki na dziecięcych nóżkach. Przystojny, ubrany na sportowo on, przemiła i pachnąca delikatnymi perfumami ona – jeszcze młodzi, oboje inteligentni, uśmiechnięci. Dwie córki, jedna pewnie dziesięciolatka, druga właśnie poszła do przedszkola. Grzeczne, zawsze mówią ci „dzień dobry”. Mądre, rozgadane, rozśpiewane. Sielanka.

To nie jest patologiczna rodzina, o nie. Patologia to przecież brud, ubóstwo, tłuste, potargane włosy i odór alkoholu, tego najtańszego. Patologia to 500 plus, za które kupisz wódkę za rogiem. Ale na pewno nie kurtka z modnej sieciówki i starannie dobrany podkład. Co to, to nie. Patrz, jacy uśmiechnięci, szczęśliwi.

Jest wieczór. Słyszysz rozmowę. Jak to możliwe, przez grube ściany? To nie rozmowa, to kłótnia. Krzyk, jeden za drugim. Potem hałas jakby przewracanego mebla. Wychodzisz na korytarz, jedyna na twoim piętrze. Teraz krzyki są jeszcze bardziej wyraźne. Upewniasz się, to oni. Cofasz się jednak szybko do swojego mieszkania. W końcu w najlepszej rodzinie zdarzają się kłótnie. To przecież nie twoja sprawa. Nic się nie dzieje, prawda? Włączasz telewizor, głośno. Wyzwiska? Nie spodziewałabyś się. Ale kiedy człowiek traci panowanie nad nerwami, mówi różne rzeczy, a potem żałuje. Zasypiasz na kanapie. Jest już bardzo późno.

Następnego dnia spotykasz go w windzie. Odwozi dzieci do szkoły. Uśmiechnięty, tym razem elegancki, wita cię uprzejmym „dzień dobry”. „To nie może być zły człowiek” – myślisz. Czy zły, przemocowy ojciec zapinałby dziecku takim gestem kurtkę? Czy odpowiadałby tak cierpliwie na pytania młodszej córki? Nie. Na pewno jechałby z nimi tą windą bez słowa, a dzieci stałyby skulone w rogu windy, milczące, blade, przestraszone.

Po południu widzisz ją przez okna swojego mieszkania. Wraca z córkami do domu. Niesie zakupy, jest nieco smutna, zgarbiona. „Eh – uciszasz szybko swoje sumienie – naoglądałaś się spotów w telewizji” – i wracasz do swoich zajęć. Może ma ciężki dzień, może ta małżeńska sprzeczka tak ją „rozbiła”? A może jest po prostu zmęczona po całym dniu pracy odbierając córki ze szkoły.

Dwa tygodnie później, budzisz się w środku nocy. Nie, nie sama. Budzą cię niepokojące hałasy, krzyki z mieszkania piętro niżej. Trzaskają drzwi, ktoś szarpie za klamki, spadają jakieś przedmioty. Słyszysz przerażone, błagalne głosy – krzyk kobiety i prośby jej dzieci. Rozróżniasz pojedyncze słowa „proszę”, „nie rób tego”, „nie” i masę wyzwisk. Nie masz wątpliwości – tam dzieje się krzywda. Wyglądasz na korytarz, tak jak poprzednio – nikt oprócz ciebie nie decyduje się sprawdzić, co się stało. A jednak. „To nie jest moja sprawa” – myślisz. Jeszcze i tobie się oberwie. To są rodzinne sprawy.  A może twoja sąsiadka nie chciałaby, żeby ktoś się w to wtrącał. Taka przemoc w domu to przecież bardzo wstydliwa sprawa.

To młoda, inteligentna kobieta – jeśli by potrzebowała, na pewno umiałaby znaleźć pomoc. Ten ostatni argument przekonuje cię ostatecznie. Wracasz do swojej sypialni, zakładasz słuchawki na uszy. Po trzydziestu minutach odgłosy cichną. Zasypiasz.

Rano dosiadają się do twojej windy – on i jego dwie córeczki. Przyglądasz się, tym razem uważniej. Dzieci mówią bez przerwy, zagadują ojca. Patrzysz na niego i widzisz ze usta zaciskają się w uprzejmym uśmiechu jednak zbyt mocno. Że dzieci gadają jedno przez drugie jakby chciały nie dopuścić do niezręcznej ciszy. Nie, pewnie ci się tylko tak wydaje. Uśmiechasz się na „do widzenia”, kiedy wysiadasz i robisz wszystko, by zapomnieć o tej sprawie.

Po południu mijasz ją na osiedlu. Jest upalny, letni dzień, a ona zarzuciła na siebie sweter, na nogach ma długie legginsy. Kiedy wyrzuca śmieci, sweter zsuwa się na ziemię, odsłaniając ramiona. Teraz widzisz, że jej ręce pokrywają siniaki i krwiaki. Dużo tego. Nieśpiesznie narzuca na siebie ubranie, jakby jej nie zależało, jakby chciała, żebyś zauważyła.

Impuls sprawia, że zawracasz i podchodzisz bliżej. – „Przepraszam, – mówisz w końcu – widziałam siniaki na pani ramionach. Czy mogę Pani jakoś pomóc?”. Odwraca się do ciebie, a jej duże oczy robią się jeszcze większe, w tej szczupłej, bladej twarzy. Serce zaczyna ci bić jeszcze mocniej. Boisz się, że za chwilę usłyszysz niemiłe słowa. Nie, ty boisz się, że kiedy popłynie prawda, nie będziesz w stanie nic sensownego z nią zrobić. Że usłyszysz coś, czego nie będziesz mogła od tak zostawić, bo nie pozwoli ci na to sumienie. Te pięć sekund trwa jak wieczność. Potem jej oczy zapełniają się łzami. – „Przepraszam – mówi niespodziewanie – już dawno powinnam coś z tym zrobić”. Przełamany wstyd jest oczyszczający. Zabierasz ją do siebie, na kawę z mlekiem. Tam, pourywana we fragmenty opowieść powoli składa ci się w całość.

Już wiesz, że zrobiłaś dobrze.


Lifestyle

„Własne brudy pierzesz we własnym domu”. Co ludzie powiedzą, ważniejsze jest niż twoje szczęście, pamiętaj

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
13 marca 2017
Fot. iStock/stock-eye

Usiadła na krześle przy moim okrągłym, kuchennym stole. Usiadła i łzy popłynęły jak drobny groszek,wpadając do kubka z herbatą. – Już nie mogę – wyszeptała. – Już dłużej nie dam rady. Bo też ile czasu można nieść w sobie ciężar, którym podzielić się z innymi nie możesz, bo „własne brudy pierzesz we własnym domu”? Ile czasu można udawać, że ma się wspaniałych, wspierających rodziców, cudowny związek, fantastyczne życie? Dulszczyzna zabija nas od środka nie pozwalając żyć naprawdę, odetchnąć głębiej. Ani zaakceptować siebie samego.

Odkąd pamięta, cokolwiek złego działo się w domu (a działo się dużo, bo ojciec najpierw wychowywał ich twardą ręką, a potem wychowanie zupełnie odpuścił, kiedy znalazł sobie kilkanaście lat młodszą kochankę), nie wolno było nic mówić. Poza tym, co to znaczy „złe”? Przecież dach nad głową był, pieniędzy na wakacje i jedzenie nigdy nie brakowało. Powinni być szczęśliwi. Powinni być zadowoleni i pomagać rodzicom tworzyć ten piękny obrazek. Niech wszyscy widzą, jaką są „porządną rodziną”. W niedzielę szli razem do kościoła, potem spacer, obiad u dziadków. Dobrze ubrani, uśmiechnięci. Na zebrania do szkoły chodzili razem, pod rękę, razem zabierali głos w ważnych, klasowych sprawach. Wychowawczyni Kasi ich uwielbiała. Może dlatego, że nie wiedziała jak jest naprawdę.

Jak było w domu? Smutno, cicho. A czasem, kiedy rodzice kłócili się w swojej sypialni głośno i okropnie. Wulgaryzmy i okrucieństwo taty zapadały jej głęboko w umysł, stawały się codziennością. Ale jeszcze bardziej chyba ta przezroczysta mina mamy. Bo po wszystkim mama wychodziła z sypialni do Kasi i uspokajała ją rzeczowym, oschłym tonem. „To nic, wszystko jest w porządku. Rozmawialiśmy. Pamiętaj, nie mów dziadkom”. Więc Kasia nie mówiła, rosnąc w przekonaniu, że nawet jak jest źle i smutno, zostaje w czterech ścianach. Zostawało tez wtedy, gdy próbując się buntować, jako nastolatka dostała od ojca kilka razy w twarz i usłyszała, że jest dziwką, spóźniając się kilkanaście minut do domu.

I jeszcze wtedy, gdy zobaczyła ojca z tą kobietą, w parku. Wracała z koleżanką z kina, a on szedł głośno śmiejąc się i trzymając za rękę koleżankę z pracy. Kasia wbiegła do domu z mocno bijącym sercem, prosto do pokoju, w którym nad słownikami i tłumaczeniem siedziała jej mama.

–  Nie wolno o tym nikomu mówić. – tyle usłyszała. – Mamo, to o tym wiesz? – pytała. – Nie pytaj, za młoda jesteś żeby coś z tego zrozumieć. Z resztą, z tym można żyć. A jak teraz się rozwieść? Rozstać? Co ludzie powiedzą? Dziadkowie? Czy ojciec nie przynosi pieniędzy do domu? Nie masz się w co ubrać, nie masz co jeść?

Patrzyła potem na ojca przy kolacji i na mamę trochę bladą, ale nakładająca mu makaron na talerz. Patrzyła i robiło jej się niedobrze. I wtedy też, gdy całował ją w rękę przy rodzinie i znajomych, a wieczorem krzyczał w sypialni, że jest do niczego. A ona odpowiadała, że go nienawidzi. Ale tylko tam, w czterech ścianach byli naprawdę sobą. Bo gdy przychodziła gwiazdka, przykładnie dzielili się opłatkiem i składali najlepsze życzenia.

Tak Kasia wkroczyła w dorosłość. I bardzo szybko uciekła z tego domu, w związek, w miłość. Mówi, że każdy by uciekł. Paweł, chłopak Kasi dał jej miłość i czułość której nie doświadczyła od rodziców, ani której między nimi nie widziała. Pochłonął ją ten związek. Zakochała się bez pamięci, bezkrytycznie, nieostrożnie. Mama Kasi nie zaakceptowała faktu, że zamieszkali razem. W środowisku jej rodziców wszyscy wszystko o wszystkich wiedzą, a oni tak bez ślubu, bez pierścionka nawet.

Wyjechali razem do Warszawy na studia, kontakt z rodzicami sprowadzał się do jednego telefonu na miesiąc. Że żyje, że w porządku, że studia ciekawe, że praca dobra, że szansa…. O Pawle ani słowa, jakby nie istniał. Od znajomych Kasia wiedziała, że mama opowiada wszystkim, że jej córka zamieszkała z koleżanką w akademiku. Ani tego, że Paweł jest z rozbitej rodziny.

Kiedy uderzył ją pierwszy raz, Kasia spakowała walizki i odruchowo pojechała na dworzec po bilet do domu. Mama otworzyła jej drzwi, ale pół godziny potem już je za nią zamykała. – Po co przyszłaś? Jak już z nim mieszkasz, to pierz swoje brudy u siebie.

Po drugiej awanturze, rozmawiały przez telefon. – Tylko nie mów nikomu – mówiła jej mama. – Bo będzie wstyd. Z resztą, co się dziwisz, skoro jesteś taka szybka, masz za swoje. Widocznie zasłużyłaś. – A ty czym zasłużyłaś na zdrady ojca? – wypaliła Kasia zanim jej mama rzuciła słuchawką.

Po trzecim razie, wysłała tylko SMS: „Mamo, przyjadę, nie oceniaj mnie. Paweł znów podniósł na mnie rękę, mam siniaka. Chcę od niego odejść”. Odpowiedz przyszła po godzinie: „Tylko dziwka odchodzi od męża. Ty nawet nie jesteś żoną. Nie przyjeżdżaj, nie chcę, żeby ludzie gadali”.

Po czwartym, Kasia znalazła się w mojej kuchni. Zmieszana, załamana, zagubiona, spragniona ciepła najbliższych osób. Ciepła, którego nie dostanie, bo dla nich liczy się tylko to, „co ludzie powiedzą”.