Lifestyle

Nów w Skorpionie. Wykorzystaj go dobrze – zakończ wszystko, co ci nie służy

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
5 listopada 2021
fot. m-gucci/iStock
 

Uwielbiam Skorpiony, bo zawsze mówią bez ogródek, co im leży na wątrobie. Żadna niewygodna sytuacja nie jest zamiatana pod dywan. Skorpion czyści wszystko, co jest trudne i nie idzie na żadne kompromisy. I ten nów jest właśnie o tym. Aby przyjrzeć się, jak wiele poświęcamy z siebie, bo boimy się powiedzieć, że nam to nie pasuje. Kontynuujemy sprawy i relacje mimo, że one już dla nas nie działają, są martwe. Nie mamy z nich radości. Dlatego zastanówmy się co musi umrzeć, aby pojawiło się nowe? Emocje są intensywne. We mnie od kilku dni buzuje niezgoda na wyzyskiwanie, wyręczanie się mną, obarczanie mnie czyimiś problemami, życie na mój rachunek. Uwalniam to. Chcę świadomej wolności. Słowa i czynu.


A emocje? Buzują we mnie.

Mam wkurw na to co się dzieje z cenami: za paliwo, za kostkę masła. I nie chodzi o to, że żałuję pieniędzy ale, że te ceny są one absurdalne. I nikt nie bierze odpowiedzialności za to, co robi milionom ludzi. Jak mają żyć i z czego. Że ktoś mierzy nas swoją miarą. Miarą swojego portfela – „zarządcy”. Ktoś narzuca, jak i za ile mamy żyć. Podnoszenie stóp procentowych, gdzie jeden z ministrów, podobno matematyk, nie umie policzyć i się do tego przyznaje, o ile wzrośnie średnio kredyt na mieszkanie.

Mam wkurw na traktowanie kobiet, nas, przedmiotowo i umywanie rąk w kwestiach naszego zdrowia i przyszłości. To ciągłe karanie nas za to, że jesteśmy kobietami. A przed ołtarzem klęczą i się modlą do Matki Boskiej. Po co? Jak można czcić Kobietę, jednocześnie ją niszcząc? Naszą Pramatkę. I wycierać sobie nią usta i ręce. I sumienia.

Mam wkurw na wysługiwanie się ludźmi. Zrzucanie swojej odpowiedzialności na nas i umywanie od tego rąk. Robienie dla kogoś, narażając swoje życie i reputację. Za marne parę groszy. Cała odpowiedzialność i konsekwencje spoczywają na tych, co mają tylko robić i słowem się nie odzywać. Ten wyzysk i traktowanie ludzi jak bydło, jak mięso armatnie, jest da mnie nie do zaakceptowania. Ktoś nam coś każe, a my mamy to robić, a potem za to pokutować. I tu jest iunctim tego artykułu.

Właśnie odszedł mój serdeczny kolega. Niezwykle inteligentny, fachowiec na skalę światową. Facet w kwiecie wieku, który osierocił dwie córeczki i zostawił żonę w żałobie. Od kilku miesięcy się żalił, że nie chce iść ze swoim działem pod innego szefa. Bał się, że cała jego wieloletnia praca pójdzie na marne, że obaj się nie zrozumieją. Że ta zmiana będzie okupiona nie pracą i parciem do przodu, a wiecznym udowadnianiem sobie, kto ma rację. Tak newralgiczny obszar, w którym pracował, wymagał eksperckiej wiedzy. Jakiekolwiek niewłaściwe poprowadzenie sprawy rzutowało na straty dla całej grupy kapitałowej. Wiedza była tak specyficzna, że przez lata żaden prezes nie odważył się ingerować w ten obszar. A tu nagle ktoś zapragnął władzy i kontroli. Mój kolega żywił wielką nadzieję, że zmiany pójdą po jego myśli i odzyska swoją autonomię. Było to bardzo istotne dla dalszej przyszłości firmy,
której poświecił wiele lat życia. Nie poszły. Bardzo to przeżył, bo to oznaczało koniec jego kariery i zniszczenie dorobku nastu lat pracy. Wrócił z pracy do domu. Zawał i śmierć.  Perfidia polega na tym, że „szef” osobiście dzwonił i tulił w żalu rodzinę i znajomych.

Słyszałaś o osobowości… księżycowej? Sprawdź, jaka jest Twoja i co to oznacza

Mam wkurw na to, że wchodząc pierwszy raz od dłuższego czasu na portal kariery zawodowej, wyświetla mi się facet, z którym pracowałam. Facet, który był głównym hamulcowym wszystkich decyzji i umywania rąk od odpowiedzialności. Okazało się, że awansował mocno w strukturze i jest głównym dowodzącym. Ale nie jest nim z powodu swojej zajebistości, a z powodu dobrego patrona.

A patron? Jest bardzo pomocny kiedy czegoś potrzebuje? Dla tego patrona pracowaliśmy kiedyś całym zespołem. Poświęcaliśmy się, po godzinach, załatwialiśmy sprawy, które były nie do załatwienia. Zawracaliśmy rzekę do źródła. Kiedy staliśmy się niewygodni, to telefon już nie był odbierany. Wraz z odejściem patrona straciliśmy pracę. On sobie znalazł nową, pomógł tej jednej osobie, a swojej ekipie dał wilczy bilet, aby nikt nie był z nim kojarzony. Tłumaczył się, że nic nie może. Mierność i bierność okazały się wyższym dobrem.

Dlaczego o tym piszę? Bo czas skończyć z wyzyskiem i mówieniem nam, co mamy robić i jak. Nie zgadzać się na mierność i wyzysk. Pracą dla kogoś kosztem siebie i bliskich. Zarządzanie nami przez ludzi, którzy nie mają kwalifikacji, wiedzy i odpowiedzialności. Którzy realizują się dzięki nam i żyją na nasz koszt.

Aby wyplątać się z tej spirali „niewolnictwa”, najpierw sami powinniśmy dać sobie zgodę na to, aby skończyć z jakąś chorą karmą niewolnictwa, wpuszczania nas w poczucie winy, karania, grożenia, zastraszania. Potrzeby cierpienia. Bo od tego też chorujemy. Nasze choroby nie wynikają z „chorób”, a z podstawowego czynnika, jakim jest strach i stres. Dajemy sobą manipulować i się zastraszać, bo ktoś uważa, że wie lepiej i że może nam dyktować warunki, jak mamy pracować, ile zarabiać i co jesteśmy warci. W strachu przed naszą wartością i unikatowością, zaniżają nasze poczucie wartości i pełnię cieszenia się życiem. Ktoś nam każe cierpieć i mówić, że życie nic nie jest warte i że jak nie będziemy żyć i pracować na takich, a nie innych warunkach, to czeka nas kara i strata.

Dlaczego dajemy się w to wciągać? Dlaczego chociaż raz nie zrobimy inaczej, aby zobaczyć co będzie i być może to jest dobre rozwiązanie dla nas? Ten nów jest właśnie o tym, o wolności i autentyczności, szczerości wobec siebie, o zakończeniu tego co nam nie służy, przyjęciu i pożegnaniu cienia, o podążaniu za własnymi marzeniami. O cenieniu własnego życia i tego czego chcemy. O zrobieniu tego pierwszego kroku. Zrobieniu inaczej niż zwykle, ale w zgodzie z własnym sumieniem i wolną wolą.

4 fazy księżyca – ich wpływ na zdrowie i urodę


Lifestyle

Znalazłam się w punkcie ZERO. Wszystko trzeba było rozpocząć od nowa, przede wszystkim posklejać siebie

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
12 listopada 2021
fot. urbazon/iStock
 

Dzisiaj opowiem Wam jak się rozpoczęła moja droga duchowa. Nie. Nie dostałam nagle olśnienia, a wraz z tym wyglądu Anioła w blasku poświaty. Nie. Po prostu życie się potoczyło jak się potoczyło. Dostałam parę bęcków, konkretnych bęcków, gdzie na mega wirażu zmieniło mi się życie prywatne i zawodowe. To, co było dla mnie niewyobrażalne i bliskie w moim mniemaniu końcowi świata, okazało się innym życiem, nowym narodzeniem się, lub wreszcie realizowaniem siebie. Był szok, a jednak przeżyłam.

Ale po kolei. Byłam młodą, zbuntowaną czterdziestolatką u szczytu kariery, która rozstawiała wszystkich po kątach i uważała, że ma do wszystkiego prawo i odmówić jej nikt nie może. Inaczej foch! A w środku czułam, że to jednak nie moje i chcę jeszcze w życiu o coś innego się upomnieć😊. Mężatka, ale już ze stażem, czułam że się starzeję. Ciało, potrzeby, marzenia. Gdzieś zaczął mi się kończyć pęd do życia i radość. Jakby zaczynała się jesień. Mój partner był o wiele ode mnie starszy, bo wtedy bardzo chciałam mieć starszego i doświadczonego partnera, no i takiego od życia dostałam. Fajne małżeństwo, ale po mojej czterdziestce poczułam, że entuzjazm gdzieś uleciał, a ja jestem już nie z miłości, a z przyzwoitości. A to przecież nie moja energia. Rozpoczęły się awantury i różne powody do nich.

Nagle padł pomysł od moich przełożonych, że ciągle dojeżdżam, to dlaczego nie wynajmę mieszkania? Chcieli mnie mieć bliżej siebie, a praca była wtedy dla mnie priorytetem i ujściem dla mojej kreatywności. Zaczęłam szukać, a może bardziej poprosiłam moje ukochane dziewczyny z mojego Zespołu o pomoc. Stwierdziły” „wiemy, czego Ci trzeba”.

Czego mi trzeba, to wiedział chyba lepiej mój tato, który już nie żył, a będąc po drugiej stronie we śnie zaprowadził mnie do mieszkania w pewnej kamienicy. Gdy w realu dostałam trzy oferty mieszkań, wśród nich była wyśniona kamienica. Bingo. Oczywiście, że wynajęłam. Właściciel okazał się młodym i atrakcyjnym mężczyzną, obieżyświatem. Coś we mnie drgnęło, że to nowy początek. Mieszkanie stało się moją poczwarką do przemiany, a właściciel częstym gościem, który zaczął mi tłumaczyć prawdy życiowe jak: miłość własna, empatia, współczucie, otwarcie serca, otwarcie umysłu i nie tylko… Ba, był nauczycielem duchowym. Poszłam za tym, jak w dym. Jak omamiona. Że to właśnie nowy początek życia: kamienica, mężczyzna, moja przemiana i… żyli długo i szczęśliwie. Nie!

To był czyściec. Nauczyciel okazał się satyrem tego świata. Po wzajemnym nacieszeniu się sobą i godzinach pogaduch, stwierdził że jestem zjebana i nadaję się na terapię. Koniecznie tą samą, co on. Czyli on też zjebany? Polecił mi ustawienia Hellingera. Pierwszy raz o tym słyszałam, no ale „nauczyciel” chyba wie, o czym mówi? Poszłam. Pomyślałam, a nie poczułam, że jak pójdę na terapię, to on mnie pokocha i nie będę zjebana, a odjebana! To, co tam przeszłam i czego doświadczyłam, trudno opisać w jednym zdaniu. Może powiem tak – z osoby która nigdy niczego się nie bała, nie oglądała się za siebie, radosna i przebojowa, stałam się zalękniona, płaczliwa, straciłam poczucie własnej wartości i atrakcyjności, zaczęłam odpuszczać istotne dla mnie sprawy. Wszystko analizowałam, grzebałam w historii swojej, mojej mamy, rodziny, oceniałam, pouczałam, wypierałam z siebie swoją osobowość, nie wiedziałam kim jestem i jaka jestem. Przyjmowałam każde gówno, które mi wmówiono. A grupa, włącznie z prowadzącym, na ustawieniach nie oszczędzała mnie. Może mi to było potrzebne? Tego jeszcze nie wiem. Wiem, że trzeba bardzo delikatnie i uważnie dobierać sobie terapię i terapeutów. Ludzi, którym powierza się swoje serce i duszę.

Terapia trwała prawie rok. Nie bardzo wiedziałam, po co tam przyszłam i gdy próbowałam to powiedzieć, to i tak byłam zagłuszana. Czułam się, jakby ktoś rozgrzebał mi każdy mój zakątek, porozrzucał wszystkie rzeczy i zostawił mnie z tym bałaganem. A na koniec śmiał mi się w oczy, zrób teraz z tym porządek sama lub zapisz się na kolejną terapię. Byłam porozrywana na kawałki i próbowałam się sama skleić, bo o kontynuacji tego horroru nie było mowy.

Zaczęłam od początku. Skoro już tyle wątków zostało rozgrzebanych we mnie, to postanowiłam skupić się na zdrowiu, aby móc żyć. Zainteresowałam się totalną biologią. Chciałam wiedzieć dlaczego tyle i tak bardzo chorowałam od dziecka. W międzyczasie moja „miłość z kamienicy” znalazła sobie już inną miłość oraz wiele innych mniejszych i krótszych miłostek, tłumacząc że w ten sposób daje szczęście 😊. Mnie określił, że liczył na zmianę, ale nic mi nie pomoże… Ach ci nauczyciele duchowi…

Totalna biologia dużo mi uświadomiła o mnie i o moim ciele, o procesach które zachodziły w moim życiu, decyzjach. Zrozumiałam co mnie niszczy psychicznie, a potem odbija się zdrowotnie. Odbyła się także nauka przebaczania i odpuszczania. Listy radyklanego wybaczania: do rodziców, bliskich, partnerów. Bardzo to polecam, bo nie ma nic gorszego niż żyć w żalu do siebie i kogoś, i tym się niszczyć. A już nie daj Boże chorować. Nie byłam w tym czasie zdolna do żadnego związku. Puściłam się w rytm muzyki i rozrywki z nowymi przyjaciółmi. Tak nowymi. Dlaczego? W trakcie przemian duchowych, bardzo zmieniają się nasi znajomi. Wszystko się weryfikuje. Wychodzi na wierzch czysta prawda. I może być tak, że z tłumu znajomych ostanie się może jedna lub dwie osoby. To jest bardzo okej.

Tak, mnie się znajomi zmieniali jak w kalejdoskopie łącznie z przyjaciółkami. Przestałam się przywiązywać do ludzi i do rzeczy. Nowe miejsca, przeprowadzki których bardzo potrzebowałam, nowych ludzi, nowych doświadczeń. Czułam, że odżywam. Tak jakbym po czterdziestu latach ustabilizowanego życia potrzebowała łapać chwile, powietrze, kolory i dźwięki. Szybciej i mocniej.

Przygoda z grupą z Hellingera nie zakończyła się. Byliśmy w stałym kontakcie na whatsapp. Miało to być dalszą formą terapii. Nie miałam do tego przekonania, ale zgodziłam się. Że może właśnie tak trzeba. Nie rozumiałam wtedy, co to znaczy stawiać granice. Wszystko sobie pisaliśmy, ale nadal nie wiem, czemu ciągle dostawałam bęcki i to od dwóch gości. Narcyzów.

Nagle miałam wypadek. Pierwszy raz w życiu coś sobie złamałam. Żebra. No ból, jak nie powiem co. Siedząc u mojej mamy, na środkach przeciwbólowych, złapałam kontakt przez portal randkowy z jednym gościem. Szybko, łatwo, przyjemnie. Może to ten wymarzony? Tak mi się wydawało. Ciało zaczęło chorować. Puchły i pokrywały się łuską oczy. Lekarz był bezradny. Potem zrozumiałam, że nie chciałam zobaczyć prawdy. Prawda się nazywała: narcyz z cechami psychopaty.

Był to najbardziej traumatyczny związek z moim życiu, oparty o przemoc fizyczną i psychiczną. Złamanie wszelkich norm, jakie daje słowo „związek”. Nie będę tego opisywać. Na szczęście po roku uciekłam. Do dziś zastanawiam się, dlaczego w to zabrnęłam? Przecież zawsze miałam wyczucie i uważność. Otóż podkopywanie nas przez „pseudo nauczycieli duchowych”, którzy mówią nam, że jesteśmy mniej lub bardziej „zjebani”, że potrzebujemy pomocy, a następnie wpychanie nas w ręce terapeutów, do których z naszą delikatnością nie powinniśmy trafić, sprawia, że zapada nam się cały system naszej wiary w siebie. Poczucia własnej wartości, miłości własnej. Stoimy obnażeni i zamiast ciągnąc nas w górę to ciągnie się nas w dół. W takim stanie naszego samopoczucia przyciągamy narcyzów, psychopatów, sadystów. Nie tylko fizycznych ale i psychicznych. Dlatego ważne jest, do kogo idziemy i komu się powierzamy.

Co było dalej? Koniec ze związkiem, który miał być na całe życie, utrata pracy, która okazała się pijawką mojej krwi i energii, zakończenie udzielania się na „grupie wsparcia”, kolejna zmiana mieszkania i znajomych. Znalazłam się dokładnie w punkcie ZERO swojego życia. Wszystko trzeba było rozpocząć od nowa, a przede wszystkim znowu posklejać siebie.

Ponad pół roku się zbierałam. Pomogła mi jedna dziewczyna, a potem trafiłam na fenomenalnego bioenergoterapeutę, który nastroił mnie jak skrzypce Stradivariusa. Rozpoczęłam nowe życie, ale ta przemiana okupiona była wieloma łzami, przecinaniem wrzodów, gojeniem się starych ran. Było warto. Moje życie zmieniło się o 180 stopni i niczego nie żałuję. Zostawiłam nieszczęśliwe związki, wagonik „pseudoprzyjaciół”, chore korpo i relacje, które ze mnie ciągnęły nie dając nic w zamian. Kwintesencją tego procesu stało się założenie Inkubatora Twojego Sukcesu, do którego zaprosiłam psychoterapeutów i nie tylko, którzy wszystkim chętnym pomogą wyjść z najbardziej skomplikowanych zakrętów życiowych. Wszystko online. Mówimy wprost o uzależnieniach, o nieszczęśliwych związkach, braku satysfakcji z pracy, lęków, chorobach (totalnej biologii), kobiecości i męskości. Jak pokochać siebie.

Czy warto zawalczyć o siebie i swoje marzenia, szczęście? Tak. Bez względu na wiek i doświadczenia. Wszystko sprawdziłam na sobie😊. I mogę szczerze polecić. Tak, aby nikogo nie skrzywdzić.

 


Lifestyle

„Spuścić powietrze i odpłynąć w kolorowy świat”. To pragnienie prowadzi kobiety prosto na dno uzależnienia

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
29 października 2021
fot. vladans/iStock

Nadchodzą coraz krótsze dni, zimne i ponure. Po codziennej rutynie szukamy czegoś, co nas rozluźni i „wycziluje”. Najczęściej to alkohol, czasem inne używki. O tym, co kobiety w nałogach i dlaczego to robią, rozmawiam z terapeutą od uzależnień Beatą Aszyk, która prowadzi terapie o uzależnieniach dla Inkubatora Twojego Sukcesu.


Beata dlaczego kobiety się uzależniają? Dlaczego wchodzą w nałogi?

Nie mamy do końca pewności, czemu niektóre osoby się uzależniają, a inne nie. Kobiety sięgają po np. alkohol, narkotyki, leki z wielu powodów. Bardzo często szukają w nich  ulgi, nagrody, środka na ból wewnętrzny, na sen. Wiele kobiet żyje pod presją własnych przekonań, biorą na siebie dużo obowiązków, czują się niedoceniane, zmęczone, sfrustrowane, mają poczucie bezradności, czy tkwienia w pułapce, życia bez satysfakcji i poczucia, że to się zmienić nie da… A alkohol choć na chwilę znieczula, podobnie, jak tabletka…

Mózg zapisuje sposób na szybkie i skuteczne poprawienie stanu choć na chwilę, a stąd już niestety łatwa droga do uzależnienia. Mamy też bardzo dużą grupę kobiet, tzw. wysokofunkcjonujących, które żyją na wysokich obrotach, w dużym stresie. Po ciężkim dniu potrzebują czegoś, co je wyciszy, pozwoli zasnąć, zresetować się, by następnego dnia znów zacząć dzień w pełnej gotowości.

Kobiety, których partner pije, czasami piją razem z nim, wierząc, że wtedy on nie wyjdzie z domu. To daje im iluzję kontroli nad sytuacją, ale niestety odkrywają też siłę nałogowego regulowania uczuć, czują szybko i skutecznie ulgę, bo tak działa alkohol.

Kiedy możemy mówić o uzależnieniu?

Kryteria diagnozowania uzależnienia są bardzo jasne i konkretne. Mamy z nim do czynienia wedy, gdy nie mamy kontroli nad ilością i częstotliwością spożywania alkoholu, a w wyniku picia ponosimy bolesne konsekwencje. I mimo to znów sięgamy po alkohol, ponieważ np. doświadczamy przymusu picia. Pojawia się coraz większa koncentracja na źródle uzależnienia, coraz mniej aktywności życiowej jest skierowane w inne dziedziny życia.

Jest coraz większa grupa osób: kobiet i mężczyzn, którzy sięgają po alkohol w ukryciu, tak, by nikt nie widział. I tu konsekwencje bardzo długo są widoczne dla uzależnionego, to on o poranku myśli: znów przesadziłem, nie tak miało być…

Konsekwencje uzależnienia mogą też widzieć inni – wypadek po użyciu substancji, odebranie dziecka, utrata pracy, choroby somatyczne np. choroby trzustki, wątroby, polineuropatia.

„Mój ojciec pije wódkę tak, jak my herbatę. Piwo, jak my wodę. A ja? Mam ataki paniki i napady gniewu”

Czy taka cowieczirna lampka wina to już jest uzależnienie?

Może być. Wszystko zależy od tego, co by się stało, gdyby jej nie było. Jeśli ktoś jej pozbawiony jest wściekły, napięty, nie może się jej doczekać, warto się temu uważniej przyjżeć, po co ona jest, co daje.

Od czego się najczęściej uzależniają kobiety? Od alkoholu, od narkotyków?

Często to jest alkohol. Bo jest łatwo dostępny i społecznie akceptowany. Kobiety często uzależniają się od środków uspakajających i przeciwbólowych. Coraz częściej od mediów społecznościowych, zakupów, nikotyny.

Znam kobiety, które w swojej pracy muszą wykazać się kreatywnością, skutecznością i bardzo często po szufladach, torebkach w pracy trzymają narkotyki.

Takie kobiety mają przekonanie, że muszą sobie poradzić, bo są multizadaniowe, bardzo ambitne. Często, bo chcą udowodnić mężczyznom, że też mogą zwyciężać. Jednak, nawet osoba, która świetnie sobie radzi w dużym stresie, ma ograniczone możliwości energetyczne. Jej układ nerwowy też potrzebuje wyciszenia i regeneracji. Jeśli się nadmiernie ekspluatują, czasami potrzebują „turbodopalania”, takiej dodatkowej energii. To taka cała działka używania „energetyków” i to różnych. I takich, które pojawiają się w sklepach, ale i też tych nielegalnych. Bo… musimy sprostać zadaniom. Kto, jak nie my? 🙂

„Biała kreska” jest też popularn, np. na seks. Po to, aby się rozluźnić, poczuć więcej. Kobiety w stresie coraz mniejszy mają kontakt ze swoim ciałem, a seks często jest jak odreagowanie stresu. Zgadzasz się ze mną?

Kokaina jest droga, mało kobiet ją bierze – oczywiście mówimy o średniej krajowej. Na pewno powoduje efekt „wow”. Koszmarny środek, jaki się pojawił to syntetyczny mefedron. Niestety zwiększa te doznania i bodźce, ale bardzo szybko uzależnia. Marihuana powoduje, że po zapaleniu odczuwamy wszystko, co się wokół nas dzieje, bardzo intensywnie, mózg nie odsiewa bodźców istotnych bardziej i mniej. Prawda jest taka, że coraz częściej mamy problemy z życiem seksualnym, m.in.: z powodu wielu przekonań jak tego typu: „tego nie mogę, tego nie powinnam, to może być źle zinterpretowane, a co on powie i pomyśli?”.

Bo partner nie rozumie, bo nie ma prawdziwej bliskości, nie znamy swoich potrzeb, bo jesteśmy po prostu zmęczeni. A czego chcą faceci? Chcą fajnego seksu i chętnej, wyluzowanej kobiety. Tego samego chcemy i my, mniej lub bardziej świadomie. Aktywniejszego i bardziej kolorowego życia seksualnego. I jeśli po narkotyku jest fajniej, to może tak się stać, że wchodzimy w to.

Kiedy powinnyśmy się udać po pomoc? Kiedy powinna zapalić się nam ta czerwona lampka, aby pójść na odwyk? Lub kiedy nasi bliscy powinni zareagować? Kiedy jest ten breaking point?

Utrata kontroli i ponoszenie bolesnych konsekwencji. I teraz tak: dla rodziny te bolesne konsekwencje będą w innym miejscu, a dla uzależnionego w innym. Rodzina widzi wcześniej i mówi: „to jest nie ok, to mnie zabolało, to niszczy nam życie, tak dalej być nie może.” Uzależnieni mówią, że to ich nie dotyczy i że rodzina jest przewrażliwiona, bo przecież i w rodzinie się piło, i sąsiad pije, i koledzy czy koleżanki. Przełom jest wtedy, kiedy uzależniony też poczuje, że ma dość i widzi, że coraz gorzej się czuje, że jego uzależnienie zaczyna mu przeszkadzać.

Dlatego, kiedy uzależniony trafi na detoksykację, straci prawo jazdy, straci pracę, partnera, dziecko, to jest bardzo dobry moment, by zaczął leczenie. Bo to jest strata, która dotknęła tego człowieka na tyle, że można z tego zbudować motywację do zmiany czegoś w jego życiu. Dać nowy początek. To idealny moment, kiedy sięga się dna, zaboli. Bo kiedy nadal chronimy i ratujemy uzależnionego, to on nie cierpi na tyle, by cokolwiek zmieniać, skoro nie jest jeszcze tak źle…

No właśnie, przecież najboleśniej dotknięci są nasi partnerzy, rodzina, dzieci. Kiedy widzą, że coś jest z nami nie tak, a my mówimy, że są przewrażliwieni i generalnie jest w porządku, że się czepiają.

Osoby uzależnione są chore. Awantura ich nie uleczy. Rozmawiając z nimi na trzeźwo, warto powiedzieć, czemu są ważni, co w nich cenimy, że wierzymy w nich, mogą wtedy poczuć „dobry klimat” do dalszej rozmowy. I wówczas możemy pociągnąć ten wątek, że są dla nas najważniejsi, ale to, co zrobili było dla nas i innych niedobre i przykre. Kiedy powiemy o swoich uczuciach i postawimy granice, że ich zachowanie nas rani i więcej się na to nie zgodzimy, powiemy wprost, jakie zachowania są dla nas nieakceptowalne – wtedy jest szansa na zmianę.

Każdy normalny człowiek lubi mieć kontrolę i dokonywać wyborów w różnych ważnych dla siebie tematach. My im, uzależnionym, mówimy, co jest w nich dobre, co jest w nich ważne i dlaczego chcemy o nich walczyć, ale jednocześnie mówimy, na co nie dajemy zgody.

Rozmawiając o wpływie uzależnienia jednej osoby na cały system, dobrze jest mieć przygotowane informacje, gdzie osoba chora może szukać leczenia. Bo wielokrotnie może być tak, że oni mieli już w głowie myśl, że potrzebują pomocy, ale nie wiedzą, gdzie pójść i zadzwonić, wstydzą się napiętnowania. Teraz sięgnięcie po pomoc i to taką nieodpłatną – a przecież większość ludzi uzależnionych nie ma pieniędzy na leczenie i to długoterminowe – jest dla nich wyzwaniem. Dlatego fajnie jest mieć taką wersję w ręce i powiedzieć, że jest taki ośrodek, jest taki lekarz czy terapeuta i dać uzależnionemu wybór.

Trzeba też mieć na względzie, że osoba uzależniona może powiedzieć, że poradzi sobie sama, bo może być przekonana, że wie, jak to zrobić. Warto wtedy powiedzieć, ok, ale jeśli jednak to ci nie wyjdzie, umawiamy się, że zgłosisz się do profesjonalisty. Mimo wszystko mają wybór: czy same, czy z pomocą terapeuty? Natomiast z czystym sumieniem mogą sobie powiedzieć „próbowałem, ale mi nie wyszło, daj mi te swoje sposoby”. To oznacza wybór. Ludzkie i z szacunkiem podejście do problemu, a nie bycie marionetką, sterowaną przez innych bez prawa głosu i wyboru, decyzji o swoim życiu. A tak mogą sami zadecydować, która opcja jest dla nich najlepsza. Mają wtedy poczucie wartości: jestem człowiekiem i sam decyduję o swoim zdrowiu. To pomaga w terapii. Robią to dla siebie, a nie poświęcają  się dla rodziny. Traktują to jako inwestycję w siebie.

Dodam, że ludzie którzy przychodzili z nakazu sądowego do szpitala, najczęściej przez dwa tygodnie „międlili to”, że ktoś ich zmusił do terapii i to w takiej formie, że ich nie zrozumiał. A tak daje sobie czas i przyzwolenie na skorzystanie z różnych opcji. I powie terapeutce, że jest gotowy spróbować, a to oznacza już dziesięć kroków do przodu.

Powiedz, czy musi być sytuacja ekstremalna aby cokolwiek się zmieniło?

Nie. Bardzo często jest tak, że ludzie do mnie przychodzą i mówią „nie podoba mi się to, źle mi jest z tym”. Każdy człowiek ma swoje „dno”, swoją ścianę do której dochodzi i czuje, że coś mu się nie podoba i nie chce już tak dłużej żyć. Na szczęście większość ludzi nie musi dochodzić do miejsca, w którym już nic więcej nie ma. Pamiętajmy, że uzależnienie to choroba postępująca. I wcześniej czy później wejdzie się na kolejny etap uzależnienia, a wtedy organizm się bardziej popsuje, układ nerwowy także, nie mówiąc już o relacjach społecznych itd. Nie musi tak być i nie musi do tego dojść. Dlatego my pracujemy nad tym, aby ludzie mogli się jak najszybciej zgłosić do terapii, aby nie musieli cierpieć i trafiać na taki etap w życiu, kiedy pewne rzeczy i fakty są już nie do odkręcenia.

Uzależnienie kobiet od alkoholu. 8 szkodliwych mitów, w które nie można wierzyć

Co stanowi o tym, że można zaufać terapeucie? Powierzyć mu z zaufaniem swoje demony i piekła w głowie i ciele? Bo każdy się boi, że jak pójdzie, to zostanie oceniony, zbesztany, poniżony, ukarany. Będzie porównany do wszystkich najgorszych.

Sama doskonale wiem, jak trudne jest to zadanie, aby otworzyć się przed terapeutą. Kiedy spotykam się z pacjentem, to mówię o tym, żeby pamiętał, że spotyka się człowiek z człowiekiem. Mamy wspólny cel. Ty chcesz czegoś, a ja chcę ci pomóc. Najprawdziwsza prawda jest taka, że trzeba dobrze się poczuć ze swoim terapeutą, bo jeśli nie poczujemy tego „flow”, to niewiele możemy zyskać. Czasem warto poszukać kogoś innego, rozmawiać o tym, co nam przeszkadza, bo to może być bardzo rozwojowe. Niektórzy potrzebują mamuśki, inni zamordysty, jeszcze inni przyjaciela. I to jest w porządku. Każdy z nas jest inny i czego innego potrzebuje i co innego daje. Tak jest z uzależnionymi i też tak jest z terapeutami. Więc najważniejsze jest to, aby była empatia, zrozumienie, a przede wszystkim szacunek. Ja na przykład lubię swoją pracę i pacjenci mówią mi, że to czują. Wiem, że ludzie mogą zdrowieć, że są wartościowi i to oni czują. Ale przychodzą też pacjenci, którzy po pierwszym spotkaniu mówią mi, że potrzebują kogoś bardziej radykalnego i wymagającego. I to też jest ok.

Każdy z nas jest inny i potrzebuje czegoś innego dla siebie. Na pewno potrzebujemy szacunku i na pewno potrzebujemy aby ktoś nas słuchał, był uważny na nasze problemy. Moje doświadczenie jest takie, aby się pytać pacjenta czego potrzebuje i jak się z tym wzajemnym kontaktem czuje?

My, jako specjaliści: psychoterapeuci, psychologowie, terapeuci od uzależnień to niby ta sama grupa zawodowa, ale zajmujemy się zupełnie innymi rzeczami. Uzależnienie jest taką działką, gdzie się pracuje trochę inaczej. I nawet doskonały psychoterapeuta może nie wiedzieć o różnych „mykach” w leczeniu. Może pomóc rewelacyjnie z psychoterapią, natomiast te drobne – aczkolwiek istotne – myki w leczeniu uzależniania mogą mu umknąć. Można współpracować, można prowadzić dwie terapie jednocześnie.

Ja często współpracuję z psychiatrami, a także proponuję moim pacjentom zaufanych lekarzy lub psychologów, np. na testy. Bo nie ma jak współpraca, kompatybilność działań, doświadczeń i wiedzy. Wszyscy mamy coś. Każdy z nas ma kawałek pomocy do zaoferowania. Dla osób uzależnionych bardzo dużo pomocy jest w farmakoterapii, dużo można pomóc wiedzą psychologiczną, współpracą ze środowiskiem sportowym. Kiedy się uzależniony przestawi na inny i zdrowszy tryb życia, to dotrze do niego, jak nie niszczyć go sobie nałogiem i że życie ma fajniejszy „haj”, ale w trzeźwości.

Jak wygląda taka terapia? Ludzie boją się wbijania w poczucie winy i obniżania własnej wartości, bo już i tak czują się na totalnym własnym dnie emocjonalnym.

Osoby uzależnione są chore i to trzeba sobie uświadomić. To poważna choroba, a nie ich złośliwość czy rozrywka. Cierpią, bo mają poczucie, że są nikim i nie rozumieją że ktoś może chcieć być z nimi. Czują się nikim. Często doświadczają moralniaka, poczucia winy, ponoszą konsekwencje swoich działań i zachowań.

No to jak mają się czuć ? I to, co jest w terapii najważniejsze, to właśnie zobaczyć, co mają pod spodem. Dlaczego i z czym sobie nie radzą? Z kontaktami z ludźmi, z historią rodzinną, z emocjami, z partnerami, z pracą i obowiązkami? I spróbować im pomóc inaczej. Bo alkohol pomaga szybko i skutecznie, ale właśnie na skróty. I to nie jest tylko na poziomie naszego rozmawiania i zrozumienia, a ewidentnie na poziomie naszego mózgu. Nasz mózg potrzebuje nagrody. I taką jest alkohol, narkotyki, zakupoholizm itd. Dostaje nagrodę, dostaje spokój i ulgę, rozluźnienie i odpuszczenie, przyjemność, np.: po zażyciu alkoholu etylowego. A jak dostaje i to działa, to czemu ma z tego nie korzystać?

To jest taka rzecz, którą mózg robi przeciwko nam. Daje nam najszybszą i najbardziej efektywną formę działania, pozwala zapomnieć o dylematach codziennych, poczuciu winy. To jak komputer, jak twardy dysk. Potrzebujesz – dostajesz. Jest bodziec i interakcja. A dylematy ludzkie zostają między ludźmi. Więc to, co jest najważniejsze w terapii, to człowiek i zobaczenie,  co mu ten nałóg daje, dlaczego i do czego jest to mu potrzebne? Jeśli mu to zabierzemy, to czym innym sobie to zapełni? Czyli co by go cieszyło tak, aby miał frajdę z życia. Co innego niż picie.

Większość ludzi, którym pomagamy i którzy trzeźwieją i czują, że życie zaczyna być fajne, że związek i praca cieszą, czują, że tak chcą, nie chcą zniszczyć dobrego życia powrotem do czynnego uzależnienia. Realizują się na przykład w sporcie lub rybki sobie łowią. Zaczynają świadomie kierować swoim życiem.

Jak sobie zdadzą sprawę, że jak wypiją lub coś innego sobie wezmą na „zapomnienie” i potem będzie ich boleć główka, będą mieć inne dolegliwości, rodzina się będzie czepiać lub będzie zawiedziona znowu, to pomyślą sobie: „a po co mi to?”. Mają wtedy wybór: mogłem się napić ale nie zrobiłem tego. Już nie podświadomie, ale świadomie wybierają życie w trzeźwości. W tym kierunku idzie terapia. Oni dokonują już takich wyborów „wiem, że by mi to szybko i miło podziałało, ale nie chcę już wracać do tego stanu nietrzeźwości i ponosić konsekwencje. Mnie to już nie odpowiada”.