Lifestyle

„Nie mieszają rozumu w sprawy sercowe i serca w sprawy rozumu”. Spotykasz takich ludzi?

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
8 grudnia 2015
Fot. Pixabay/Unsplash / CCO
 

Zauważyłam, że są wśród nas organiczni ludzie. To taki gatunek, albo może jego wariacja. Ludzie ci mają w sobie coś z matki ziemi i pachną deszczem, aż w nosie kręci. Nie bujają w obłokach, jak moja własna wariacja, lecz raczej stąpają krokiem pewnym i ziemskim. Myśli mają uporządkowane w kilometry obfitych grządek. Uprawiają myślenie świeże, będące konsekwencją zasianego ziarna.

To ludzie, którzy żyją zgodnie z natury porządkiem. Nie pchają się pod prąd w rwących strumieniach, nie modyfikują genów istot żywych, nie spryskują myśli nawozem, który ma je wyolbrzymić w jakieś kształtne, myślowe mega-pomidory. 

Organiczni ludzie są jakby bardziej autentyczni.

Istnieją jakby naprawdę, podczas gdy byty z chmur snują się po planecie jak marzenia senne. To ludzie do polegania. Pewni jak internetowe wyszukiwarki, bo mają solidną wiedzę, a nie jakieś powierzchowne info ala inteligentne (poniekąd sama się w nim specjalizuję, nie jest mi więc wcale obce owo nie takie do końca pozorne: „wiem że nic nie wiem”). Organiczni ludzie robią rzeczy, które mają zrobić, a czynią to bez żadnych intro o rzekomej niemocy. Niemoc i prokrastynacja to sprawy nieorganiczne przecież, najczęściej z chmury po prostu wydumane. 

Organiczni ludzie kochają bez komplikacji, bo miłość jest dla nich czymś naturalnym.

Posiana, wyrasta i pięknie zakwita. Jak w naturze. Nie ma dwóch zdań. Dramaty serc połamanych raczej ich nie dotyczą. Wino piją bo lubią, a nie po to by zatopić żal niezatapialny. Posługują się rozumem jak narzędziem, które w intelektualnych relacjach się sprawdza najlepiej. Kochają zaś sercem, bo do miłości serce przecież służy. Nie mieszają rozumu w sprawy sercowe i serca w sprawy rozumu. Tak jak to nagminnie czynią byty pomylone, owa wariacja człowieka podniebnego, u którego wszystko zawsze na opak działa, zaś porządek świata zagubiony w bałaganie, przepada na zawsze i amen. 

Świat ludzi organicznych ma oczywisty sens.

Czarne jest czarne, białe jest białe, a kolorowe się robi wtedy, kiedy przychodzi pora na celebrację. U bytów podniebnych ciągły fowizm za to, wrzeszczy wściekłym kolorem, aż oczy mdleją od nadmiaru pląsu. Tego, u ludzi organicznych nie widać. Przy czym jak mniemam ich sukces w tej mierze bierze się z tego, że ziemi blisko się trzymają, także tej rozumianej jako bezdroża, łąki i ścieżki nieokaflowane. Ten trik niezwykły nadaje im pewien surowy ton jaki właściwy jest chłodnym porankom jesieni. Tacy ludzie wstają wcześnie, razem z rosą i porannym słońcem więc umysł jasny mają niejako z definicji. My ludzie chmur, sypiamy do południa, prowadząc żywot nocny raczej, pełen myśli wzburzonych i zamroczeń wcale nieprzypadkowych. 

Rozpisuję się tu tak obszernie na temat ów powyższy jako, że całkiem niedawno spotkałam właśnie taką, kobietę organiczną idealnie. Piękną, cudowną i oszałamiająco zorganizowaną. Perfekcyjną zapewne też, chociaż nie o ten aspekt jej osobowości tu chodzi. To o co chodzi, to zapach ziemi po deszczu jaki nieodłącznie jej towarzyszył podkreślając w niej prawdę całej natury. Niezwykle przyjemnie się z nią obcowało, nawet takim przypadkom jak mój, na chmurach wykolejonym. I żeby jasne było, nie była ona gatunkiem, za którym nie przepadam, tą wariacją człowieka, który rozumy wszystkie pozjadał i preferuje życie na pospolitym targowisku pseudoakcji, wśród  znajomych przekupek zaangażowanych w cudze żywoty. Taki człowiek nie interesuje mnie ani ani, więc wróćmy po prostu do owej kobiety organicznej, która z wizytą do mnie zajechała. Nie była więc ona człowiekiem przemądrzałym, pewnym siebie i zorganizowanym na tak zwany połysk. 

Moja dziewczyna była najzwyczajniej w świecie czysto piękna.

Wstawała rano, zaciągała włosy w kucyk i szła w miasto bez jednej kreski na oku, bez różu na policzku, bez pudru, podkładu… no bożesz! Jak można!? A ona tak szła. Naturalna, bez parabenów, wolna od związków ołowiu na ustach, w które nawet jedna igła się nigdy nie wbiła, a mimo to obarczone były jakby pełnią absolutną. Sukienki z bawełny, proste, niezdobione, jedyna ekstrawagancja to bransoletka z najprostszych koralików. Żona, matka, kobieta super sukcesu. Bez śniadania z domu taka nie wychodzi, odżywia się zdrowo, kasą nie szasta na prawo i lewo choć pewnie by mogła, gdyby sobie zechciała. Skromna, pokorna, ale pewna swego, bo co jak co, ale zdanie to kobieta organiczna ma jak najbardziej. Chociaż nie jest inwazyjna, jak większość ludzkości, która za cel sobie przyjmuje przekonać świat do własnej racji. 

Kobieta organiczna nie szarpie się z nikim, nikomu niczego nie dowodzi, ma swoje zasady i swoje reguły, podług których żyje nie wadząc nikomu. Świat takich ludzi jest poukładany i zorganizowany, a nade wszystko świeży w swojej filozofii i praktykowaniu życia. Strasznie orzeźwiający są tacy ludzie. Jak jakaś boska bryza. 

Przez chwilę myślałam, że może to po prostu dojrzałość, przez którą nawet byty z chmur potrafią wieść życie jakby bardziej spokojne. Lecz nie. Dojrzałość dojrzałością, rzecz jasna, ale to musi być chyba jakaś nowa wariacja człowieka po prostu. Wyhodowana w XXI wieku, nowa, organiczna odmiana. Dobrze było ją odkryć, tak w bezpośrednim doświadczeniu, bo ma jeszcze jedną cudowną właściwość. Jest całkowicie i nieuleczalnie zaraźliwa. Jak raz się przypląta tak trzyma człowieka w uścisku, aż człowiek sam zaczyna mieć myśli takie poniekąd, no cóż….. organiczne. Ziemiste myśli, deszczem opłukane, słońcem ogrzane, gotowe jak ziarno wystrzelić w naturę. 

Czy zatem czujesz człowieku?

Czujesz jak roślina, która przebija się przez ściółkę i pnie się ku niebu wypuszczając liście i kwiaty kolorowe? Bez wysiłku, w zgodzie z tym co pisane, a przy tym  całkowicie totalne? No właśnie… jak czujesz to dobrze. Bo wiedz, że tak sobie właśnie żyje ten nowy gatunek ludzi organicznych. Jeszcze może nie są za bardzo a' la mode, jeszcze może okładki ich nie lansują. Dać im jednak chwilę, a pójdą jak grzyby po deszczu. Simply totalnie.


Lifestyle

Jak uczyć się języków obcych skutecznie i bez stresu? 7 praktycznych wskazówek lektorki

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
8 grudnia 2015
Fot. iStock / gpointstudio
 

Co wam sprawia największą trudność w nauce języków obcych? A może w ogóle nie lubicie się ich uczyć? Może powtarzacie sobie to oklepane i nieprawdziwe „Ja to nie mam zdolności. Zupełnie jak ciotka Bronka. Cóż. Geny. Nic nie poradzę.”? Z własnego, lektorskiego doświadczenia powiewem wam jedno: uważam, że nie ma czegoś takiego jak „zdolności językowe”. Jest lepszy i gorszy słuch (to się przekłada na waszą wymowę), lepsza lub gorsza pamięć (należy ją ćwiczyć) i jeszcze motywacja. Lub jej brak. A reszta, jeśli chodzi o efektywność nauki języków obcych, zależy od tego jak bardzo weźmiecie sobie do serca te siedem, poniższych zasad.

Jak uczyć się języków?

1. Jeśli zapisujecie się na kurs w szkole językowej, wybierajcie zawsze jak najmniej liczne grupy. Nie chodzi przecież o to, by łatwo zniknąć w tłumie. Chodzi o to, by z pomocy i wiedzy lektora jak najwięcej skorzystać, mieć go jak najczęściej „dla siebie”. Za to w końcu płacicie, prawda?

2. Choć to już nie podstawówka, odrabiajcie ćwiczenia zadane do domu przez lektora. Zabrzmi to banalnie, ale bez choć odrobiny w domu, kurs językowy nie przyniesie trwałych efektów.

3. „Osłuchujcie się” z językiem gdzie tylko się da. Świetnym sposobem takiego „wchłaniania” języka jest oglądanie ulubionych filmów i seriali z oryginalną ścieżką dźwiękową, czy słuchania audiobooków w danym języku.

4. Wyznaczcie sobie cel. Powiedzcie sobie na przykład: za dwa miesiące będę mogła pójść do sklepu i poprosić (np. po angielsku) o takie a takie produkty. I róbcie wszystko by do tego dążyć.

5. Nie zapominajcie, że uczycie się języka po to, by móc się komunikować z ludźmi. Waszym celem jest albo przekazanie jakieś wiadomości albo uzyskanie informacji, a w miarę postępów coraz bardziej swobodna wymiana zdań. Nie zrażajcie się błędami, poprawność językowa jest ważna, ale nie najważniejsza. Dopóki ten przystojny Anglik, czy uwodzicielski Francuz was rozumie, wszystko jest OK. 😉

6. Równajcie „do góry”. W grupie znajdźcie sobie do pracy w parze kogoś, kto jest ciut lepszy i uczcie się od niego. Ale omijajcie szerokim łukiem takich, co choć z językiem obcym radzą sobie całkiem nieźle, zapisali do waszej grupy o poziomie podstawowym, żeby połechtać sobie ego. Waszym kosztem.

7. Zmotywujcie się nagrodą, koniecznie w jakiś sposób związaną z językiem, którego się uczycie. Jeśli zaliczycie egzamin końcowy z francuskiego, kupcie sobie na przykład piękny przewodnik po Francji. A ten przewodnik na pewno zachęci was do dalszej nauki…

Zbliża się koniec roku. Może warto tym razem powziąć jakieś noworoczne postanowienie? Na przykład takie: za 12 miesięcy będę już mogła powiedzieć po hiszpańsku mojemu hiszpańskiemu szwagrowi, co myślę o tym, jaki numer wykręcił mojej siostrze na weselu naszego brata
Życzę wam powodzenia i wytrwałości!:)


Lifestyle

„Powiedz dość, przestań się starać”. Psycholog – Ewa Woydyłło o tym, jak być kobietą w XXI wieku

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
8 grudnia 2015
Fot. iStock / ultramarinfoto

Bycie kobietą to nieustanne wyzwania. Większość z nich wynika z presji otoczenia, środowiska w którym przyszło nam dorastać, żyć, pracować. O sytuacji współczesnych młodszych i starszych kobiet, ciągłym braku pewności siebie i lęku przed przed przemijaniem urody rozmawiamy z psychologiem Ewą Woydyłło.

Anna Frydrychewicz: Mam córeczkę, niedużą, siedmioletnią. I ona wczoraj wraca ze szkoły do domu i pyta: „Mamo, czy ja jestem ładna? Dziewczynki mówią, że Zosia jest brzydka i że nie będziemy się z nią bawić”. Jak z małą dziewczynką rozmawiać o tym, że uroda nie jest w życiu ważna?

Ewa Woydyłło: To niech pani jej powie tak. Masz ładniejsze i brzydsze koleżanki. Wybierz, z którą spędziłabyś cały tydzień, w deszczową pogodę nad morzem, gdzieś przy bezludnej plaży. Z kimś kto jest piękny? Czy z kimś kto jest ciekawy? Z kimś, kto czyta dużo książek, pięknie opowiada, ma niesamowitą fantazję, jest pomysłowy? Pomyśl i zastanów się, czy chciałabyś być tam z tą osoba, która ma nieprzeciętną urodę, czy nieprzeciętne wnętrze. Nawet mała dziewczynka odpowie na to pytanie tak, jakby pani chciała. Proszę zapytać nawet: Czy wolałabyś żeby babcia była śliczna i młoda, czy żeby zawsze na każde twoje pytanie szukała z tobą odpowiedzi w encyklopedii czy internecie?

Czasem babcie same mają problem z tą urodą. Z przemijaniem urody. Da się jakoś „oswoić” ten proces starzenia?

Sposobów na to, żeby nie ulegać panice na myśl o starzeniu, czy swoim, czy kogoś bliskiego jest bardzo dużo. Przede wszystkim, jeśli wychowujemy się w rodzinach wielopokoleniowych, to przemijanie jest czymś naturalnym. Bycie „w kontakcie” przyzwyczaja nas, że taka jest normalna kolej rzeczy. Teraz pani o tym napisze, ktoś to przeczyta i może go to zainspiruje? Zacznie się zastanawiać: skąd się bierze lęk przed ujawnieniem wieku, przed świadomością, ze pewnego dnia ta uroda minie? Przecież nie można się obrażać na naturę. Jeżeli ktoś to robi, to jest dowód na brak racjonalności, na brak dojrzałej refleksji, na wielką niedojrzałość.

A jednak ciągle chcemy ten czas zatrzymać, korzystamy z zabiegów…

Nie zamkniemy sklepów z kosmetykami albo klinik kosmetologicznych. Natomiast korzystając z tych dobrodziejstw, musimy mieć jedną świadomość. Obsesyjna pasja zaprzeczania swojemu wiekowi, dbania o wygląd aż do przesady to jest z góry przegrana bitwa. Przez setki tysięcy lat funkcjonowania ludzkości jeszcze nigdy nikogo nie było kto by nie umarł. W Internecie widziałam niedawno zdjęcie pewnej osoby, niegdyś bardzo pięknej. Dzisiaj, ta bardzo piękna kiedyś kobieta jest po 70tce i ma usta rozciągnięte, wypchane silikonem. Wygląda karykaturalnie. Ale sama taką decyzję podjęła.

Telewizja nie lubi zmarszczek. My też ich nie lubimy.

Oczywiście, zmarszczki nie są atrakcyjne, ale jeżeli człowiek tylko tę jedną stronę swojej tożsamości respektuje, a ona się akurat starzeje, to dość nieszczęśliwie wypada. Bo można też respektować drugą stronę swojej tożsamości. Tę, która polega na tym, że na przykład łatwo się uczymy, mamy zdolności do śpiewu, bardzo pięknie urządzamy przyjęcia… Tę stronę niezależną od wyglądu. Można mieć 84 lata i nadal te zdolności pielęgnować. Natomiast uroda to jest tylko dekoracja. Coś co samo w sobie nie jest treścią. Przecież jedyną radością, jaką sprawia uroda, jest to, że się człowiek podoba innym.

Ale uroda daje nam czasem pewność siebie. A z tym brakiem pewności siebie, to my kobiety, zwłaszcza młodsze, ciągle mamy problem.

Ogromną rolę w tym jak się czujemy ze sobą, w sobie, w kontakcie ze społeczeństwem, ma nasza kultura, mentalność, obyczaj. Są wokół nas przykłady nieco innego modelu funkcjonowania w tym społeczeństwie, ale ciągle jeszcze dostajemy międzyludzkie sygnały, że kobieta jest gorsza od mężczyzny. Że nie zasługuje na tyle samo względów. Wielkie gwiazdy biznesu, kobiety, mówią często, że musiały skończyć cztery fakultety i osiem kursów zawodowych, żeby zauważono ich doskonałe umiejętności, przygotowanie. Mężczyźni nie muszą się tak starać, ponieważ oni już to miejsce mają „wygrzane”. Na wszystkich dobrych pozycjach.

Kobiety muszą się bardziej starać.

Kobiety muszą się bardzo starać. Bardzo dużo młodych dziewczynek to czuje. Nawet w telewizji mamy przewagę mężczyzn nad kobietami. Dziewczynka widzi i czuje, że kobiety nie są takie „pożądane” w tym życiu. A jeszcze jeśli ciągle słyszy od cioć, babć, albo w kościele, że dla kobiety największą rolą jest urodzić dziecko? A jak już urodzi, niech z nim będzie cały czas, bo po co żłobek? Dziecko powinno być z mamą. Jakoś dziwnie nikt nie mówi, że z tatą, zauważyła pani?

No i tacie łatwiej odejść od tego dziecka, żony.

Więc mężczyźni odchodzą, zostawiają kobiety same. I to do tych kobiet ma się pretensje. Bo mężczyzna by nie odszedł, gdyby ona była świetną kochanką, kucharką, niańką, pielęgniarką i jeszcze na dodatek psychologiem. Ona musi przecież rozpoznawać, jak jemu coś się nie podoba.

Dziewczynki chłoną tę postawę?

Bystre dziewczynki i kobiety szybko łapią, że „żebym była OK” to muszę się niesamowicie postarać. Jeśli młoda osoba ma poczucie, że ciągle musi się sprawdzać, to oczywiście wpływa to na jej brak pewności siebie. I na postawę: ostrożną, niewychylającą się. Takie poczucie wartości nie mierzy się tym, jakie dziewczynka ma stopnie w szkole. Ono mierzy się tym, czy to, że ona ma takie stopnie plasuje ją wysoko na drabinie społeczności szkolnej.

 Jest jakieś światełko w tunelu? Czy coś się powoli zmienia?

Gdzieniegdzie to „pęka”. Jest coraz więcej kobiet, które tupnęły nogą i powiedziały: dość, teraz my. I jest wiele fajnych przykładów, że to jest możliwe. Ale ciągle jeszcze jesteśmy odbiorcami obrazu, w którym przeważa koloryt męski. Nie mówimy tu o Warszawie, o kobietach spełniających się zawodowo w wielkich korporacjach, czy naukowo na uniwersytecie. Mówimy o dziewczynach z tak zwanych „mniejszych” miejscowości. Tam (choć i Warszawie często też) nawet niezwykle utalentowane, dzielne i doskonale przygotowane kobiety cofną się o krok. Widzą, że wymagania w stosunku do nich są dużo wyższe niż w stosunku do mężczyzn.

A pani też to odczuła?

Ja jestem bardzo doświadczona życiowo i zawodowo spełniona, nie mam wielu osobistych przykrych doświadczeń. A poza tym mój głos jest już dość słyszalny. Ja w sobie takie rzeczy filtruję, dla mnie ważne jest samo przeświadczenie, że racja jest po mojej stronie (jeśli oczywiście tak jest). Choć niedawno miałam pewną sytuację z jednym dziennikarzem. Skomentowałam jego machistowską wypowiedź i on mnie podał do sądu. Nie walczyłam o swoje, bo nie wierzę w ten nasz społeczny porządek, który ciągle jeszcze opiera się na utrącaniu racji kobiet. Żeby nawet sam papież mówił o szacunku i respektowaniu kobiet, to tak naprawdę „baba” ma siedzieć cicho… I jak to się przekłada na kobiece poczucie wartości?

 Ciągnie nas to w dół. To co robić?

Trzeba to w sobie „przefiltrować”. I pomagać sobie. Wierzyć w swoje racje. A w małych dziewczynkach od małego rozwijać zmysł krytyczny. One muszą rosnąć w przekonaniu, że uroda to tylko dodatek, a Barbie nie mogłaby istnieć naprawdę. I trzeba je chwalić, dużo chwalić. Najlepiej za to, co przychodzi im z wysiłkiem. Ponieważ prawdziwe poczucie wartości to duma z naszych własnych dokonań.

 

Ewa Woydyłło doktor psychologii i terapii uzależnień, autorka licznych książek, m.in. Wybieram wolność, czyli rzecz o wyzwalaniu się z uzależnień, Zaproszenie do życia, Sekrety kobiet, Rak duszy. W Polsce spopularyzowała leczenie oparte na modelu Minnesota, który bazuje na filozofii Anonimowych Alkoholików. Otrzymała medal św. Jerzego za osiągnięcia w dziedzinie terapii i profilaktyki uzależnień, a za pracę z uzależnionymi w więzieniach odznaczenie Ministra Sprawiedliwości.

 

 


Zobacz także

Dlaczego mężczyźni zdradzają? Podobno jest 12 powodów, dla których to robią

„Nauczyłam się nie zakładać, że czegoś się nie da, że nie potrafię, bo tego się nigdy nie wie, dopóki nie spróbuje”

Konkurs "Kocham swoje zdrowe stópki"

Konkurs „Kocham swoje zdrowe stópki”