Go to content

Nie każ dziecku zasługiwać na siebie – dr Mateusz Grzesiak o rodzicielskiej zazdrości

Chcemy, żeby nasze dzieci miały lepiej niż my. A jednak ich spokojne dzieciństwo, łatwiejszy start, dostęp do terapii, pieniędzy czy odpoczynku mogą uruchamiać w nas emocje, których wolelibyśmy nie mieć. Kiedy niezagojone doświadczenia rodzica zaczynają dyktować dziecku, ile ma się napracować, na co „zasłużyć” i jak żyć, wychowanie może stać się próbą naprawienia własnej historii. O zazdrości wobec własnego dziecka, potrzebie „hartowania”, ambicjach, rozczarowaniu i o tym, jak nie wystawić dziecku rachunku za własne dzieciństwo, rozmawiamy z dr. Mateuszem Grzesiakiem, wykładowca Akademii WSB.

„Chcę, żeby moje dziecko miało lepiej niż ja” – brzmi jak jedna z najbardziej bezinteresownych deklaracji rodzica. Dlaczego więc tak trudno patrzeć na dziecko, które rzeczywiście ma łatwiej: mniej walczy, więcej odpoczywa, szybciej dostaje to, na co my musieliśmy ciężko pracować? Czy uruchamia się wtedy zazdrość o życie, którego sami nie mieliśmy?

Mateusz Grzesiak: Deklaracja i emocja powstają na dwóch różnych poziomach. „Chcę, żeby miało lepiej” to wartość. Jest świadoma, wypowiadana na głos i zwykle całkowicie szczera. Reakcja na widok szesnastolatka, który o jedenastej rano jeszcze śpi, bo nie musi nigdzie biec, rodzi się gdzie indziej. Nie w porównaniu z innymi rodzicami, tylko z własnym szesnastoletnim ja, które o tej porze roznosiło ulotki albo pilnowało młodszego rodzeństwa. Zazdrość jest emocją porównawczą i nie potrzebuje przeciwnika. Wystarczy jej ktoś, kto ma to, czego nam zabrakło, i kto zdobył to inną drogą. Ból bierze się z tej drugiej części. Nie z samego dobrostanu dziecka, tylko z tego, że przyszedł do niego bez ceny, którą rodzic zapłacił.

Chcesz więcej takich treści?
Zapisz się do mojego newslettera i otrzymuj najnowsze artykuły z ohme.pl.

Jest jeszcze jeden mechanizm. Zazdrość wobec własnego dziecka jest kulturowo zakazana. Nikt nie powie na rodzinnym obiedzie, że zazdrości córce spokojnego dzieciństwa. Emocja, która nie ma prawa się nazwać, przebiera się więc w pedagogikę. Wychodzi z ust jako troska o charakter: „rozleniwi się”, „nie doceni”, „nie będzie umiało sobie poradzić”. Brzmi to jak wychowanie, a działa jak wyrównanie rachunku.

Sama zazdrość nie jest tu problemem. Jest sygnałem, że gdzieś w biografii rodzica została niezaopiekowana strata. Problem zaczyna się wtedy, gdy zamiast zostać rozpoznana, zostaje wcielona w metodę wychowawczą.

Czy zdarza się, że rodzic nieświadomie wymaga od dziecka, żeby „zasłużyło” na dobre życie tak, jak on sam musiał na nie zasługiwać? Czy możemy dawać dziecku wszystko, czego sami nie mieliśmy, a jednocześnie emocjonalnie oczekiwać, że przejdzie podobną drogę przez trud i wyrzeczenia?

MG: Tak, i jest to jedna z najczęstszych niespójności w rodzicielstwie. Rodzic finansuje korepetycje, obóz językowy i wyjazd, o których sam mógł tylko czytać, a równocześnie wysyła komunikat, że to wszystko jest zaliczką, którą trzeba spłacić postawą.

Stoi za tym prosty mechanizm psychiczny. Człowiek, który zapłacił wysoką cenę, potrzebuje wierzyć, że cena miała sens. Jeżeli dwadzieścia lat harówki było warunkiem dojścia do czegokolwiek, to biografia układa się w sensowną całość. Jeżeli dałoby się dojść tam samą drogą, tylko lżej, ta sama biografia staje się historią zmarnowanego wysiłku. Psychika broni się przed drugą wersją. Dziecko, któremu przychodzi łatwiej, mimowolnie dostarcza dowodu na tę drugą wersję, więc rodzic zaczyna podnosić mu poprzeczkę, żeby dowód unieważnić. Do tego dochodzi przekonanie o sprawiedliwym świecie, opisane w psychologii społecznej. Ludzie potrzebują wierzyć, że dobro trafia do tych, którzy na nie zapracowali. Dziecko, które ma dobrze bez zapracowania, narusza to przekonanie u własnego rodzica. Efekt bywa dotkliwy. Materialnie dziecko dostaje wszystko. Emocjonalnie dostaje rachunek, którego nie zaciągnęło i poczucie, że jego spokój jest podejrzany. Część młodych dorosłych, którzy trafiają do gabinetów terapeutycznych z poczuciem winy wobec własnego komfortu, wyrasta dokładnie z takich domów.

Gdzie kończy się zdrowe „hartowanie dziecka”, a zaczyna przerzucanie na nie własnych lęków? Czy rodzic, który mówi „życie nie będzie cię oszczędzać, musisz być silny”, przygotowuje dziecko do dorosłości, czy uzasadnia własne trudne dzieciństwo?

MG: Granicę wyznacza kryterium, według którego dobiera się trudność. W hartowaniu punktem odniesienia jest dziecko: jego wiek, zasoby, aktualna odporność. Zadanie ma być o pół kroku trudniejsze niż to, co już umie, i ma się kończyć doświadczeniem poradzenia sobie. W przerzucaniu punktem odniesienia jest wspomnienie rodzica. Trudność zostaje ustawiona na poziomie tego, co on musiał kiedyś znieść, niezależnie od tego, kim jest dziecko stojące przed nim.

Kilka pytań pozwala to rozdzielić w praktyce. Kto czuje ulgę, kiedy dziecku jest ciężko. Czy trudność została wyjaśniona i czy dziecko wie, po co ją przechodzi. Czy w tle jest dostępny dorosły, czy tylko obserwator sprawdzający wytrzymałość. Czy porażka jest dopuszczalna bez wycofania bliskości. Zdanie „życie cię nie oszczędzi” bywa jednym i drugim. U rodzica, który sam ma spokojną relację ze swoją przeszłością, to realistyczne przygotowanie. U rodzica, który nigdy nie opłakał własnego dzieciństwa, to zdanie kierowane wstecz, do siebie samego. Wtedy nie opisuje świata, tylko broni tezy, że skoro tak wyglądało jego życie, tak wygląda życie w ogóle.

Odporność psychiczna nie rośnie z samego cierpienia. Rośnie z doświadczenia poradzenia sobie z czymś trudnym przy wsparciu, które było dostępne. Cierpienie bez wsparcia produkuje nie siłę, tylko nadmierną czujność.

Dlaczego tak łatwo porównujemy dzieci, ich wyniki, ambicje, zaradność, nawet jeśli deklarujemy, że najważniejsze jest ich szczęście? Czy ambicja rodzica może być próbą leczenia własnych kompleksów?

MG: Porównujemy to, co da się zmierzyć. Szczęście dziecka nie ma jednostki. Średnia ocen, wynik z matury, liczba języków i pozycja w klasie mają. Deklarowana wartość zostaje więc w sferze deklaracji, a codzienna ocena przenosi się na wskaźniki, bo tylko one dają natychmiastową informację zwrotną. Głębsza przyczyna dotyczy tego, gdzie rodzic ulokował swoją samoocenę. W kulturze, która traktuje rodzicielstwo jak projekt z mierzalnym rezultatem, dziecko staje się dowodem na jakość rodzica. Wtedy jego sukces przestaje należeć do niego. Zaczyna być punktem w rachunku dorosłego, który przy rodzinnym stole albo w rozmowie z sąsiadką potrzebuje potwierdzenia, że nie zawiódł.

Ambicja bywa czystą przyjemnością obserwowania, jak dziecko rozwija to, co lubi. Bywa też protezą. Rozpoznaje się ją po dwóch rzeczach: po tym, czyj to był pomysł i po reakcji na porażkę. Jeśli słabszy wynik dziecka wywołuje u rodzica wstyd, a nie współczucie, to znaczy, że rodzic wystawił własną wartość na cudzy egzamin. Wstyd jest emocją dotyczącą siebie. Jego obecność w tym miejscu zdradza, kto tak naprawdę zdawał.

Co dzieje się z rodzicem, kiedy dziecko mówi: „Ja nie chcę tego/takiego życia”? Czy rodzic ma prawo czuć rozczarowanie? Jak odróżnić zwykłe ludzkie emocje od karania dziecka za to, że nie realizuje naszego scenariusza?

MG: Rozczarowanie jest naturalne i rodzic ma do niego pełne prawo. Przez kilkanaście lat budował w głowie obraz, w którym jego wysiłek miał ciąg dalszy. Ten obraz właśnie się rozpadł. To realna strata i wymaga przeżycia żałoby, tak jak każda inna. Różnica leży w adresacie. Rozczarowanie przeżywa się u siebie, ewentualnie z partnerem, przyjacielem albo terapeutą. Karanie polega na przesłaniu rachunku dziecku. Robi się to rzadko wprost. Częściej przez wycofanie ciepła, przez gaśnięcie zainteresowania rozmową, kiedy temat schodzi na jego życie, przez ironiczne pytania o to, kiedy wreszcie zajmie się czymś poważnym, przez uzależnienie pomocy od zmiany decyzji. Dziecko odczytuje to bezbłędnie, nawet jeśli nie padło ani jedno krytyczne zdanie. Prosty test: czy dziecko wie o rozczarowaniu rodzica, czy je czuje. Powiedziane wprost, raz, z zaznaczeniem, że to emocja dorosłego i jego sprawa, buduje uczciwość w relacji. Sączone przez lata w formie chłodu zamienia się w komunikat, że miłość obowiązuje warunkowo. Zdanie „nie chcę tego życia” bywa zresztą jedną z najzdrowszych rzeczy, jakie dziecko może powiedzieć. Oznacza, że ma dostęp do własnych preferencji i odwagę, żeby je wypowiedzieć wobec kogoś ważnego. Wielu dorosłych pacjentów przychodzi z problemem odwrotnym. Zrealizowali cudzy scenariusz co do joty i nie potrafią odpowiedzieć na pytanie, czego chcą sami.

Czy można być zazdrosnym o własne dziecko, nie o jego rzeczy, ale o jego możliwości? O dostęp do terapii, wiedzy, pieniędzy, odpoczynku, swobody, których nam brakowało? Co zrobić z takim uczuciem, żeby nie zamieniło się w odbieranie dziecku tego, czego sami potrzebowaliśmy?

MG: Można i zdarza się to często, zwłaszcza w pierwszym pokoleniu, które awansowało społecznie. Rodzic patrzy na córkę wracającą z sesji terapeutycznej i widzi w niej przestrzeń, której sam nie miał, kiedy przechodził rozwód bez żadnego wsparcia. To nie jest złośliwość. To reakcja na widoczną różnicę między dwiema biografiami. Nierozpoznana, ta zazdrość znajduje sobie ujście w ocenach. Terapia zostaje nazwana fanaberią, odpoczynek lenistwem, dbanie o granice egoizmem, rozmowa o emocjach rozczulaniem się nad sobą. Rodzic ma wtedy poczucie, że przekazuje twarde zasady życia. Faktycznie ogranicza dziecku dostęp do zasobów, których brak sam odczuł najboleśniej.

Trzy rzeczy pomagają to zatrzymać. Pierwsza to nazwanie emocji po imieniu, przed sobą albo przed drugim dorosłym. Zazdrość nazwana traci sporo z siły sprawczej, bo przestaje działać spod progu świadomości. Druga to opłakanie tego, czego rzeczywiście nie było. Nie było wsparcia, nie było spokojnych wakacji, nie było pieniędzy na studia. To fakt, który należy przeżyć, a nie fakt, który dziecko może cofnąć. Trzecia to sięgnięcie po część tych zasobów teraz. Terapia w wieku pięćdziesięciu lat, urlop bez telefonu, wieczór bez poczucia winy. Rodzic, który przestaje sobie odmawiać, przestaje pilnować, żeby dziecko też sobie odmawiało.

Jak rodzic może rozpoznać moment, w którym przestaje wychowywać dziecko dla jego dobra, a zaczyna wychowywać je po to, żeby naprawiło jego własną historię? Jakie pytanie powinien sobie zadać, zanim powie: „w życiu trzeba się postarać”, „nie możesz mieć za łatwo”, „wykorzystaj swój potencjał”?

MG: Kilka sygnałów ostrzegawczych da się rozpoznać samemu.

Siła emocji jest nieproporcjonalna do zdarzenia. Niewyniesiony śmieć wywołuje reakcję adekwatną do zdrady. Nadmiar zwykle nie należy do bieżącej sytuacji, tylko do czegoś starszego.

W wypowiedzi pojawia się własna biografia. „Ja w twoim wieku” jest sygnałem, że punktem odniesienia przestało być dziecko.

Ulga po czyjejś porażce. Kiedy dziecku coś nie wychodzi, a rodzic obok złości czuje coś na kształt satysfakcji, warto się przy tym zatrzymać. To rzadko ma związek z wychowaniem.

Argumenty są niewymienne. Rodzic potrafi bronić swojej racji na dziesięć sposobów, ale nie potrafi wskazać żadnego warunku, w którym mógłby ją zmienić. Przekonanie oparte na doświadczeniu daje się negocjować, przekonanie broniące starej rany nie daje się.

Pytanie przed wypowiedzeniem tych zdań jest jedno: czyją potrzebę zaspokoi to, co zaraz powiem. Jeżeli odpowiedź brzmi „potrzebę dziecka”, zdanie zwykle da się przełożyć na coś konkretnego, dotyczącego tej sytuacji i tej umiejętności. Jeżeli odpowiedź brzmi „moją”, zdanie zostaje ogólne, moralizujące i o kilka tonów za mocne. Dobrą kontrolą jest też sprawdzenie, czy w tym samym zdaniu jest miejsce na pytanie o dziecko. „Wykorzystaj swój potencjał” go nie ma. „Czego chciałbyś spróbować w tym roku” ma. Różnica między wychowaniem a naprawianiem własnej historii często sprowadza się do tego, czy w rozmowie zostawiono dziecku prawo do odpowiedzi. Pytanie nie brzmi, czy rodzic zazdrości dziecku lepszego startu. Brzmi, czy zdąży to zauważyć, zanim zacznie ten start dziecku skracać.

Rozmawiała: Hanna Sawicka

Udostępnij