Lifestyle

Napisałam testament. Dla siebie i dla moich Sióstr Kobiet

Redakcja
Redakcja
31 maja 2022
 

Tak, napisałam testament. Choć mam dopiero 53 lata i nie myślę o odejściu. Napisałam testament, aby innym kobietom ofiarować szansę na życie tak spełnione, jak moje.

Na imię mam Natalia

A nazwiskami posługuję się dwoma. Od narodzin, tym od rodziców – Rudolf. I od 24 lat tym od męża – Niewójt. Przyszłam na świat, wychowywałam się i wciąż mieszkam we Wrocławiu. Kocham to miasto i nie wyobrażam sobie życia w innym miejscu. Na dłużej opuściłam je tylko raz, gdy jako studentka wyjechałam na 1,5 roku do Wielkiej Brytanii. Moi rodzice byli wykładowcami akademickimi. Dorastałam
w domu pełnym szacunku dla nauki, wiedzy, rozwoju. Ukończenie studiów wyższych było dla mnie zatem naturalnym życiowym etapem.

Geologię wybrałam z pasji

Uwielbiałam przyrodę – poznawanie jej, dotykanie, chwytanie jej zapachów i smakowanie. Miałam w szkole wiele ulubionych przedmiotów, a wśród nich były też: geografia i chemia. Dzięki Uniwersytetowi Wrocławskiemu stałam się więc specjalistką od skał i minerałów, czyli mineralogiem i petrografem.

Lata studiów geologicznych to jedna z największych przygód mojego życia. Z ludźmi równie żarliwymi jak ja, na wędrówkach i praktykach w miejscach tak interesujących i nie dla wszystkich dostępnych jak np. Półwysep Kolski, gdzie za kręgiem polarnym, 200 km od Murmańska skutecznie poszukiwaliśmy rubinów i szafirów, czyli odmian korundu.

A potem „wkroczyłam” na rynek pracy

Był rok 1992. Polska, niczym dziecko uczące się chodzić wpełzała na czworakach w świat kapitalistycznej konkurencji, a ja z dyplomem magistra geologii zaczęłam szukać pracy. Szybko jednak okazało się, że popytu na kobietę z moim wykształceniem nie ma prawie wcale; że biegłe odróżnianie od siebie skał jest niczym w porównaniu z biegłą znajomością języka angielskiego oraz równie biegłym poruszaniem się w komputerowym środowisku DOS. Mogłam oczywiście pójść śladem rodziców i pozostać na uczelni. Tyle, że jako początkujący akademicki
nauczyciel nie zarobiłabym wiele. A ja szczęśliwie podczas studiów komputerowo-lingwistyczne umiejętności posiadłam. Zatrudniłam się więc jako sekretarka z pensją prawie równą sumie miesięcznych wynagrodzeń obojga moich rodziców.

Rozpoczęłam także studia typu MBA w Akademii Ekonomicznej we Wrocławiu, aby wkrótce stać się drugim magistrem – tym razem od zarządzania.

„Natalie, kup mi samolot”

To było jedno z pierwszych zadań, które wyznaczył mi drugi w mojej karierze zawodowej szef. Był amerykańskim inwestorem, potomkiem jednej z 500 najbogatszych rodzin w Stanach Zjednoczonych. W Polsce rozwijał nowe interesy. A to sieć kręgielni, a to telewizję kablową, a to pierwszy super nowoczesny klub fitness z rocznym karnetem członkowskim i zagranicznymi trenerami.

A że mój szef interesy rozwijał w wielu miejscach, a nasze ówczesne drogi uznawał za zbyt wąskie i niebezpieczne, a wyposażenie pociągowych wagonów za dalekie od jego standardów, uznał, że będzie się poruszał po kraju samolotem. Zdobycie jednostki latającej wraz ze wszelkimi pozwoleniami na owo latanie, profesjonalną załogą i hangarem powierzył swojej asystentce ds. polskich, czyli mnie. I to był
pierwszy z projektów, które zrealizowałam i które zadziwiają niezwykłością nawet i dziś.

Dni robocze w Warszawie

A weekendy we Wrocławiu. Tak zaczęłam żyć, gdy mój szef ulokował swoje stałe biuro w stolicy. W czwartek lub piątek pakowałam walizeczkę i jechałam z nią do Wrocławia, aby spędzić 2 dni z moim chłopakiem. A w poniedziałek z walizeczką wsiadałam o 4.00 rano do pociągu, aby wrócić do pracy w Warszawie. I tak przez kilkanaście miesięcy. Ostatecznie – po wielu nieprzespanych nocach, wahaniach i
namysłach – postanowiłam wrócić i osiąść we Wrocławiu.

Przyznaję, pracę miałam dynamiczną, interesującą, pełną wyzwań i niespodzianek. Doskonałą na start kariery. Ale ja już dłużej nie chciałam prowadzić takich dwóch żyć. Ucieszył się z mojej decyzji chłopak, bo znów byliśmy dla siebie przez cały tydzień. Uradowali się rodzice, którzy choć akceptowali moje wybory i nie mieli żalu, że nie kontynuuję rodzinnych tradycji akademickich, to również chcieli, abym była bliżej nich. Tylko, że ja znalazłam się wtedy na… życiowym zakręcie.

Nie pamiętam koloru lampki

Pamiętam, że na pewno jakaś lampka zapaliła się w mojej głowie przestrzegając, abym się zastanowiła nad tym, co usłyszałam. Moja koleżanka oznajmiła, że również odchodzi z pracy i wspólnie z dwiema innymi kobietami zakładają własną firmę. Był rok 1995. Znajomość języka angielskiego i obsługi komputera już nie zachwycały  potencjalnych pracodawców i nie pachniały wielkim biznesem. Jedna, druga, trzecia rozmowa kwalifikacyjna. Każdą kończyłam z niesmakiem i rozczarowaniem, że to nie to. Podświadomie porównywałam ewentualnych szefów z tym, którego zostawiłam i w tej analizie ci pierwsi wypadali jakoś nijako. Zdecydowałam się dołączyć do koleżanek. 30 grudnia zarejestrowałyśmy spółkę, a w kilka dni później wystawiłyśmy pierwszą fakturę.

„Daję wam 4 miesiące”

Zawyrokował prawnik redagujący statut naszej spółki. A wydając wyrok rozsiadł się przy tym nonszalancko na sofie w swoim gabinecie i zaciągnął dymem z papierosa. „Bo jest was 4 dziewczyny. Dłużej, niż 4 miesiące nie pociągniecie” – wyjaśnił. Cóż, nasz prawny akuszer zdecydowanie nie jest dobrym prorokiem. Nasza firma działa bowiem do dziś.

Oferujemy pracodawcom i pracownikom różnego rodzaju kompleksowe, wkraczające w wiele dziedzin zawodowych, życia społecznego i indywidualnego warsztaty i szkolenia rozwojowe. Przez te niemal 30 lat przeszliśmy długą drogę. Od druczków przelewów, z którymi biegałyśmy do banków do bankowości elektronicznej. Od teleksów (!), telefaksów po smartfony. Od ulotek drukowanych na biurowej drukarce po nowoczesną witrynę www.

Pierwsza wspólniczka opuściła nas po 20 latach. Druga odeszła na emeryturę. Naszym pracownikom i współpracownikom urodziło się dotąd 7 dzieci. Były lata tłuste. Były lata chude. Był czas pandemii i wojennego niepokoju. A my trwamy…

Trwam i ja

Wciąż we Wrocławiu. Z mężem obchodzimy w tym roku 25 rocznicę ślubu. A jesteśmy ze sobą od 35 lat. Nasza córka Daria jest studentką Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu. Napawa nas dumą. To mądra i niezależna, młoda kobieta, która od gimnazjum podejmuje samodzielne, przemyślane, najlepsze dla niej decyzje. Mieszka ze swoim chłopakiem, przygotowuje się do obrony magisterium i jednocześnie pracuje.

„Najlepsza Siostra”

A ja coraz więcej czasu poza tym rodzinnym i zawodowym spędzam z kobietami. Matkami, partnerkami, przyjaciółkami, opiekunkami rodziców seniorów lub dzieci z niepełnosprawnościami. Kobietami, które pragną wyjść poza te codzienne role i rozwijać się na innych polach. A im jestem starsza, tym kobiet-towarzyszek jest wokół mnie więcej. Od prawie 10 lat jestem członkinią Wrocławskiej Rady Kobiet – gremium doradczego przy urzędzie Prezydenta Wrocławia oraz międzynarodowego stowarzyszenia Soroptimist International.

Pierwszy klub Soroptimist powstał w 1921r. w Kalifornii (USA), a swoją nazwę organizacja zaczerpnęła od łacińskich słów: „soror” i „optimae” co tłumaczy się jako: najlepsza siostra. Stowarzyszenie jest apolityczną i awyznaniową organizacją zrzeszającą kobiety, które myślą podobnie, pomagają sobie wzajemnie w skali makro i mikro, wspólnie stawiają czoło wyzwaniom, stają się globalnie i lokalnie rzeczniczkami interesów dziewcząt i kobiet. W Polsce działa ok. 10 klubów Soroptimist, w tym mój: Klub Wratislavia.

Dlaczego kobiety?

Rachunek moich własnych zysków i strat pokazuje jak wielkie miałam szczęście. Urodziłam się w dużym mieście, w rodzinie, w której wiedza i wykształcenie były wartościami nadrzędnymi, dzięki czemu mogłam rozwijać się i dokonywać własnych wyborów. Samorozwój. Tym jednym słowem mogę określić nie tylko profil mojej firmy. To także moje własne motto. W dzisiejszym świecie stałe uczenie się, nabywanie nowych kompetencji stały się koniecznością, a nie wyborem. Chciałabym zatem stworzyć tym dziewczętom i kobietom, które nie mają takiego szczęścia jak ja, warunki i możliwości, aby stale kształtowały siebie i nie stały się analfabetkami przyszłości. Taki jest cel mojego zaangażowania. To także jeden z powodów, dla których spisałam już swoje ostatnie życzenie.

Napisałam testament

Konieczności jego istnienia byłam świadoma od wielu lat. Myśl o nim błysnęła we mnie już kilka razy przy przełomach. Kiedy urodziła się Daria, albo gdy skończyłam 40 lat. Gasiłam jednak te błyski. Ze strachu. Testament kojarzył mi się z odchodzeniem ducha, wyłączeniem funkcji organizmu, własnym niebytem i rozpaczą tych, którzy pozostali. Odsuwałam więc zadanie napisania go na później. Tłumaczyłam sobie, że to nie pilne, że są sprawy ważniejsze, że jeszcze przyjdzie czas, że nie jestem jeszcze taka stara, aby się żegnać. Testament rozumiałam jako pożegnanie. Dopóki nie straciłam rodziców…

Pierwsza odeszła mama. Tata 3 lata później. Po rozległym udarze, który sparaliżował jego ciało. Podłączony do respiratora przeżył 3 lata zachowując świadomość, ale bez szansy na skontaktowanie się z nami. Żadne z nich nie pozostawiło testamentu. „Masę spadkową”, z której często żartował tata, podzieliliśmy zgodnie z prawem i bez sporów. Ale może tata chciałby, aby jego księgozbiór chemiczny przekazać konkretnej uczelni, a jego ulubioną wędkę któremuś wnukowi? Tego się już nie dowiem. Za to mam szansę podpowiedzieć swoim bliskim, czego ja sobie życzę.

Napisałam więc testament. Bez pośpiechu, powoli, akapitami, analizując jak daleko wchodzić w szczegóły, czy rozkładać moją „masę spadkową” na setki puzzli, czy może skupić się na najważniejszych elementach. Obdarowałam w nim wszystkich i wszystko co dla mnie ważne. Przypomniałam sobie o światowej tradycji donatorów społecznych i przekazałam także część moich pieniędzy na organizacje
pozarządowe, w których działam. Aby kiedyś, kiedy mnie już nie będzie, Kobiety Siostry stały się również, albo bardziej barwne i twórcze jak te, które towarzyszą mnie.

Natalia jest bohaterką kampanii społecznej Zapisz Dobro. Jeśli chcesz się dowiedzieć, jak można pomóc jednym zdaniem, wejdź na www.zapiszdobro.pl. W ramach trwającej do 10 czerwca kampanii Zapisz Dobro, możesz zadzwonić na infolinię testamentową i skonsultować swoją indywidualną sprawę z ekspertem.


Lifestyle

Mam dość, podpieram się nosem, nie mogę na nikogo liczyć. Sprawdź, bo może to syndrom Atlasa?

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
31 maja 2022
Fot. iStock/DGLimages
 

Czy znasz takich ludzi, którzy pomimo przeżycia traumatycznych doświadczeń, wydają się niewzruszeni i dalej dzielnie zapewniają stabilne życia sobie i swoim bliskim? Myślisz sobie: ja bym w takiej sytuacji już dawno się poddała. Albo zachorowała na depresję. A ci ludzie wydają się jakby ulepieni z innej gliny, bardziej odporni, wytrwali, silni wobec przeciwności losu?

Irena Pospieszyl, autorka książki „Syndrom Atlasa. O tych, którzy byli silni zbyt długo”, PWN zadaje pytanie: „Czyżby los chciał bardziej doświadczyć, tych którzy potrafią więcej znieść?” Opowiada o osobach, które po trudnych przejściach funkcjonują bez zwracania na siebie specjalnej uwagi. O takich, które nie opuszczają bezradnie rąk i nie szukają pomocy u innych. Zazwyczaj mówimy o nich: „ten człowiek to ma charakter”, „nie poddaje się”, „jest silniejszy i niż inni”. Na pewno znasz kogoś takiego.

To jest samotna matka, która nie dostaje alimentów i dawno już przestała o nie walczyć, biorąc na siebie drugi etat, by utrzymać rodzinę. To kobieta, która straciła ciążę, ale nie płacze i nie przeżywa depresji, tylko dzielnie zajmuje się trójką dzieci. To też twoja sąsiadka, która nie dość, że pracuje na pełen etat, to jeszcze sama opiekuje się dwójką schorowanych rodziców, nie prosząc nikogo o pomoc.

Twarda skóra Atlasa

Moim Atlasem i Supermenką oraz Superbohaterką jest Magda, która nigdy się nie skarży, a jednocześnie wygląda na bardzo zmęczoną. Fakty są takie, że życie ją nigdy nie oszczędzało. Odszedł od niej mąż, została sama z czwórką dzieci w różnym wieku. A jednak sobie świetnie radzi, za co większość znajomych bardzo ją podziwia. Bo jest za co! Magda zawsze jest na czas, ma nowe pomysły, którymi rzuca jak z rękawa na zebraniu w pracy. A przy tym jest świetnie zorganizowana. Zawsze zdąży odebrać dzieci z zajęć pozalekcyjnych, zrobi pyszne śniadanie, a na urodziny szefowej jeszcze upiecze tort. Jak ona to robi?

Autorka książki twierdzi, że nierzadko w przypadkach takich osób ulegamy złudzeniu, że mamy do czynienia z kimś – mniej wrażliwym, z kimś o twardszej skórze i kto potrafi więcej udźwignąć od innych. „Uważam jednak, że takie postrzeganie ludzi nadmiernie dzielnych jest nieprawdziwe, i krzywdzące. Żadne trudne przeżycie nie pozostaje bez śladu”, twierdzi Pospieszyl. Według niej heroizm to swego rodzaju hiperprzystosowanie się do pokonywania problemów. To mechanizm obronny, który może utrzymywać się u niektórych nawet przez całe życie. „Jest on tym trudniej rozpoznawalny, że większość traktuje go jako przejaw właśnie doskonałego zdrowia psychicznego. A jednak takim nie jest”, twierdzi autorka.

Samotność Superbohaterki

Przyjaciele Magdy wiedzą już o niej więcej. Wiedzą, że mimo uśmiechu przyklejonego do twarzy, nie jest tak naprawdę szczęśliwa. Przeciwnie – nawet bardzo samotna w swoich staraniach. Nie śpi po nocach, zamartwia się o finanse i tak naprawdę goni już resztką sił. Przyjaciele zazdroszczą jej nawet trochę kontaktu z córkami, bo one są nad wyraz grzeczne i współpracują z matką, wykonując wszystkie jej polecenia, by się tylko nie denerwowała. Myślą, że dzieci Magdy rozumieją więcej niż ich własne rozpieszczane i niewdzięczne.

Fakt, Magda sprawia wrażenie twardzielki. Ale to pozory! Choćby dlatego, że takie osoby jak ona, nie mają poczucia spełnienia, nie czują dumy z pokonywania trudności. „Zakończony powodzeniem trud nie przynosi im ulgi, nie odpręża, nie daje przyzwolenia na chwilę odpoczynku. Wręcz przeciwnie – wzbudza nieustanną potrzebę potwierdzenie statusu bezpieczeństwa, zapewniania o słuszności wyboru, kontroli rzeczywistości swojej i wszystkich, z którymi jednostka czuje się związana. Jest zatem czystą kompulsją i jak każda tego rodzaju adaptacja powoduje negatywne konsekwencje. W tym przypadku należy do nich: poczucie przeciążenia i pokrzywdzenia, uzależnienie od bliskich i nadmierna ingerencja w ich życie, lęk przed wykluczeniem, a wreszcie poczucie osamotnienia osoby tak heroicznie nastawionej do życia”, twierdzi autorka.

Gołębie serce w cierpieniu

Ale na tym nie koniec! Magda jest bowiem osobą o wyjątkowo dobrym sercu, dlatego wiele przyjaciółek prosi ją często o radę, a ona stara się pomóc wszystkim. Może dlatego, że sama tyle wycierpiała? – zastanawiają się jej znajomi. Ale dlaczego, kiedy jej córki kończą 18-lat, natychmiast wyprowadzają się, jakby chciały być jak najdalej od matki. Nie, żeby Magda była zła mamą, w żadnym wypadku. Zawsze przecież stawiała potrzeby dzieci ponad swoimi, starała się im zapewnić dosłownie wszystko, co tylko mogła. Ale jednak córki nie specjalnie chcą dziś spędzać z nią wakacje, a nawet święta.

Autorka książki kompletnie nie dziwi się takim sytuacjom. Twierdzi, że gotowość niesienia pomocy wszystkim jest bardzo typowa dla Superbohaterek, bo samopoświęcanie mają we krwi i nieświadomie w ten sposób podnoszą sobie poczucie własnej wartości. „Człowiek taki zaniedbuje swoje potrzeby, uznając, że może z nimi zając się później, gdy wszystkie kłopoty miną, jeżeli tylko zdoła. A jeśli nie, to może się w ogóle obejść bez ich zaspokojenia. O sobie pomyśli wtedy, gdy już wszyscy będą mieć się dobrze. A że powodów nigdy dość, więc dogadzanie sobie pozostaje raczej marzeniem niż spełnioną obietnicą,” twierdzi Pospieszyl. Magda więc dziennie dźwiga na sobie cały świata, uginające się pod jego ciężarem i z każdej strony spodziewa się katastrofy. „Z kolei u tych, którzy są obiektem jej szczególnej troski, pojawia się: poczucie znużenia, osaczenia, irytacja i pragnienie pogłębienia dystansu między nimi a tak gorliwymi opiekunami”, mówi autorka. Nic więc dziwnego, że dorosłe dzieci Magdy – uciekają od niej.

Co to jest syndrom Atlasa?

Polega on na utrwaleniu przekonania, że tylko ja mogę zapanować nad całą złożonością sytuacji, w jakiej się znalazłam i że do mnie należy rozwiązanie problemu. Jeśli tego nie zrobię sama, nikt mi nie pomoże. Towarzyszy temu często dodatkowo poczucie nadmiernego lęku o najbliższych. Ktoś, kto przyjął taką postawę wobec życia, próbuje samotnie pokonywać wszystkie trudności, nie szukając wsparcia u innych i nie wierząc, że takowe mógłby otrzymywać. Kompulsywnie walczy o zapewnienie sobie i bliskim poczucia bezpieczeństwa. Chroni ich przed możliwym zagrożeniami, stara się uczynić ich życie łatwiejszym niż własne, wyręcza w obowiązkach itp.

Sprawdź, czy syndrom Atlasa dotyczy ciebie:

– nadmierna potrzeba kontroli otoczenia
– przejmowanie obowiązków za innych
– zbyt duże poczucie odpowiedzialności za siebie i innych
– wzmożona czujność, niezdolność do rozluźnienia
– przeciążenie
– skłonność do irytacji konflikty z otoczeniem
– nadmierne poczucie winy
– poczucie bycia wykorzystywanym
– poczucie braku wsparcia
– poczucie osamotnienia
– poczucie braku wyboru
– lęk przed rozpadem istniejącej więzi
– uzależnienie własnego poczucia zadowolenia od aprobaty osób, z którymi czujesz się związana
– przekonanie o konieczności rezygnacji z własnych potrzeb na rzecz obowiązków
– brak satysfakcji z własnych dokonań
– niska samoocena

Ukształtowany z dramatycznych przeciwieństw

Autorka podsumowuje: Atlas… „z jednej strony stara się być pomocny, czasem wręcz wyprzedza oczekiwania innych, a z drugiej strony czuję się wykorzystywany. Skupia przy sobie bliskich, a czuje się samotny. Zrobi wszystko, aby stworzyć wokół swojej osoby swoiste centrum życia rodzinnego, jednocześnie nie ma poczucia zakorzenienia. Jest samowystarczalny, a przy tym kompulsywnie przywiązany do innych. Ma wiele umiejętności, którymi się chętnie dzieli, a zarazem czuje się niewiele wart. Jest skuteczny, a trwoni go poczucie bezsilności. Jest odważny, a jednocześnie podszyty strachem. Jest dobrze zorganizowany, ale nie potrafi zarządzać rodziną”.

Jeśli widzisz w tym opisie siebie sięgnij koniecznie po książkę: Irena Pospieszyl, autorka książki „Syndrom Atlasa. O tych, którzy byli silni zbyt długo”, PWN

 

 


Lifestyle

Jak spakować się na wakacje? Przeczytaj koniecznie!

Klaudia Kierzkowska
Klaudia Kierzkowska
31 maja 2022
fot. martin-dm/iStock

Jak spakować się na wakacje, by cieszyć się udanym wypoczynkiem? Dobra organizacja i sprawnie spakowana walizka jest gwarancją udanej podróży. Niestety, pakowanie często bywa największym wyzwaniem.

Jak spakować się na wakacje?

Przygotuj listę rzeczy

Przemyślana i dobrze przygotowana lista znacznie ułatwi pakowanie – w szczególności, jeśli na wyjazd wybiera się kilka osób. Kilkanaście dni przed wakacjami dobrze jest sporządzić szczegółową listę rzeczy, które chcecie zabrać na wakacje. Dzięki niej pakowanie stanie się łatwiejsze i przyjemniejsze.

Zabierz tylko to co potrzebne

Nie zabieraj rzeczy na wszelki wypadek, które gdzieś, kiedyś, mogą ci się przydać. Nie pakuj ubrań, których nie lubisz, w których nie czujesz się dobrze, licząc, że podczas wakacji może się do nich przekonasz. Nie zabieraj rzeczy, które nie są ci potrzebne. Przed pakowaniem ręczników dobrze się zastanów – sprawdź, czy miejsce w którym będziecie mieszkać nie ma ich na wyposażeniu.

Przygotuj zestawy

Zaplanuj konkretną ilość poszczególnych elementów garderoby. Przygotuj kilka zestawów, których poszczególne elementy będzie można ze sobą dowolnie łączyć. Nawet z niewielu uniwersalnych i stonowanych kolorystycznie ubrań można stworzyć wiele kombinacji.

Nie kupuj butów na wyjazd

Istnieje ryzyko, że nowe buty mogą być niewygodne. Założone po raz pierwszy obetrą skórę lub okażą się za ciepłe albo zbyt przewiewne. Chcesz żeby wakacje były udane – nie eksperymentuj i zabieraj tylko sprawdzone rzeczy.

Pamiętaj o apteczce

Do podróżnej apteczki spakuj leki, które przyjmujesz na stałe i te, które warto mieć przy sobie, przykładowo: coś od bólu głowy, na przeziębienie i problemy ze strony układu pokarmowego. Nie zapomnij o plastrach i płynie odkażającym rany. Wybierając się na wakacje z małymi dziećmi zabierz koniecznie – leki od gorączki, syrop na kaszel, coś od bólu gardła, aspirator do nosa dla niemowląt oraz probiotyk.

Nie zapomnij o kosmetykach

Na liście rzeczy do spakowania na wakacje nie może zabraknąć kosmetyków i akcesoriów do pielęgnacji. Kosmetyków wszystkich uczestników podróży nie pakuj do jednej dużej kosmetyczki, lepiej przygotuj mniejsze zestawy dla każdego z osobna. Nie zapomnij o kremach z filtrem i balsamach do ciała! Nie zabieraj dużych opakowań, lepiej skorzystaj z małych wersji produktów lub przelej je do mniejszych opakowań.

Dobierz odpowiedni rodzaj bagażu

Bagaż dostosuj do obowiązujących ograniczeń. Pod uwagę weź również swoje potrzeby, miejsce wyjazdu i to, co macie w planach robić podczas wakacji. Wybierając rodzaj bagażu upewnij się, że spełnia wymogi linii lotniczej. Szykując się na wakacje często pakujemy więcej rzeczy niż potrzeba – a za dodatkowe kilogramy bagażu wykraczające poza ustalony limit, trzeba dodatkowo zapłacić. Lecicie na wakacje do ciepłych krajów – zabierz walizkę na kółkach. Wybieracie się na turystyczne wakacje – lepiej sprawdzi się plecak wykonany z nieprzemakalnych materiałów.

Zobacz również: Patchworkowa rodzina jedzie na wakacje… Czyli o tym, jak przeżyć urlop z dziećmi swojego partnera i z nikim się nie pokłócić

Pakując zadbaj o bezpieczeństwo

Delikatne, drobne przedmioty schowaj do skarpetek lub owiń w szalik. To co może się wylać, schowaj do foliowego i szczelnego opakowania. Przed schowaniem do walizki sprawdź, czy wszystko jest dobrze zamknięte.

Sprawdź pogodę

Zamiast przygotowywać po kilka zestawów ubrań na różną pogodę, po prostu ją sprawdź. Wybieracie się na wakacje, gdzie słońce i wysokie temperatury są  niemalże gwarantowane? Postaw na przewiewne, delikatne i wykonane z naturalnych materiałów stroje. Asekuracyjnie możesz zabrać jedną bluzkę i spodnie z długim rękawem.


Zobacz także

Poczuj się jak mała dziewczynka. Akcja #ŁapENDORFINY, wyzwanie #15

Mówią, że przyjaźń miedzy kobietą a mężczyzną to fikcja...

Kiedy spotykasz jego przyjaciół pierwszy raz. Krótki poradnik towarzyski

Jak obejść system roboczy i zatęsknić za naturalnym rytmem?