Lifestyle Psychologia

Najgorzej, to jak się ktoś przylepi… Jak uporać się emocjonalnym pasażerem na gapę

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
11 maja 2016
Fot. iStock / petrunjela
 

Zadzwoniła tuż po 9-tej i tonem najbardziej naturalnym na świecie oznajmiła mi, że oczekuje w tym tygodniu wspólnego wyjścia na kawę. Potem, przez dwadzieścia minut wtajemniczała mnie w swoje rodzinne tajemnice prosząc o poradę i opinię. – Czy jej teściowa miała prawo postąpić w taki sposób? Czy jej mama zareagowała tak, jak trzeba?  

Nie, to nie moja przyjaciółka. Panna „Przylepka”, którą poznałam raptem wczoraj, w gronie znajomych. Ledwo wymieniłyśmy uścisk dłoni, a już zostałam jej powiernicą, najlepszym kompanem i życiowym doradcą. Zaproszenie do znajomych na Facebooku wysłała mi jeszcze podczas rozmowy o swoim pierwszym mężu, a kiedy poszłam do toalety zapisywała sobie mój numer telefonu (koleżanka dała wspaniałomyślnie, widząc jak się świetnie razem dogadujemy).

Znacie „panny Przylepki”? Oplatają swoją chęcią zaprzyjaźnienia się tu, teraz i natychmiast i nie zwracają uwagi na delikatne próby zdystansowania się od tej próby zamachu na nasza prywatność. To sytuacja trudna i delikatna, zwłaszcza dla kogoś, kto tak jak ja nie posiada w sobie wystarczających pokładów asertywności i nie przerwie w porę tych zacieśniających się więzów.

Jak rozpoznać Przylepkę:

Brak dystansu

Od pierwszych chwil znajomości Przylepka jest przekonana, że odnalazła w tobie swoją bratnią duszę. W związku z tym, bez skrępowania opowie ci o swoich najbardziej intymnych problemach, od razu wtajemniczy w życiowe dramaty, oczekując oczywiście, że stoisz po jej stronie (niezależnie od tego, że w ogóle nie masz pojęcia o czym mówi).

Intensywność kontaktu

Przylepka chce być blisko. A raczej musi stworzyć sobie to poczucie, że jest z tobą blisko. Więc dzwoni ciągle, chce się spotykać, podczas większych spotkań nie odstępuje na krok. To smutne i krępujące jednocześnie. Przecież chcesz dobrze, czujesz, że może rzeczywiście w jakiś sposób jesteś tu potrzebna, żałujesz Przylepki, a chwilę potem jak się zdenerwujesz (wewnętrznie), że masz dość, ogarniają cię wyrzuty sumienia.

Nie słucha, ale chce być wysłuchana

Bo niby prosi cię o radę, ale i tak postąpi jak to ona uważa za słuszne. Ciebie potrzebuje głównie jako publiczności i dla naładowania sobie energetycznych bateryjek. Zauważysz to dość szybko: czego byś nie powiedziała, pokiwa z podziwem i aprobatą głową i szybko zmieni temat.

Efekt „energetycznego wampira”

Kontakt z Przylepką sprawia, że odczuwasz zmęczenie jeszcze zanim odbierzesz od niej telefon i z obawą myślisz o spotkaniu tête-à-tête. W skrajnych przypadkach uciążliwość Przylepki wzbudzi w was nawet mordercze instynkty.

Zawiązywanie koalicji

Przylepka musi czuć, że łączy was porozumienie, że myślicie tak samo. Więc bez skrępowania przedstawi ci milion sytuacji, w której
pewna osoba” ją zawiodła i będzie oczekiwać, że od teraz nie lubicie jej tak samo. Uważaj, bywa, że ta opowieść to w pewnym sensie przestroga przed tym, co się stanie, jeśli odwrócisz się od Przylepki…

Jak sobie poradzić z „Przylepką”

W okrutny i niepozostawiający wątpliwości sposób, że nie jesteście najlepszymi przyjaciółkami, a wasze spotkanie nie zostało zapisane w gwiazdach. Nie udawaj, że czujesz sympatię, jeśli to litość. Znajdź w sobie siłę i traktuj Przylepkę ze zdrowym dystansem.

Powiecie może zaraz, że to nieludzkie, że w życiu trzeba być życzliwym, że nigdy nie wiadomo, kiedy komuś drugiemu nasze uważne ucho może uratować życie (dosłownie). Wiem, ale zauważyłam taką prawidłowość, która polega na tym, że z reguły to ja wymagam ratunku i wyciągania za uszy z tej dziwnej relacji. Przylepka zaś przeniesie po prostu swoją uwagę i sympatię na inny obiekt, a mnie zaliczy w poczet nietrafionych emocjonalnie inwestycji. Moja przyjaciółka mawia wówczas w takich sytuacjach: – O, „ogonek” ci się wreszcie odczepił.

Dam wam dobrą radę: nie hodujcie Przylepek. Jeśli wyczuwacie instynktownie, że jakaś kręci się właśnie wokół, czekając na cokolwiek co mogłyby zinterpretować jako ciche przyzwolenie, jasno określajcie granice tej znajomości. Przylepki wkrótce pójdą dalej, ale zabiorą za sobą masę waszej energii i zostawią poczucie, że mało w was człowieczeństwa.


Lifestyle Psychologia

O święta naiwności… Uważaj, komu w co wierzysz

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
17 maja 2016
Fot. Unsplash / CC0 Public Domain
 

Są tacy, co wierzą we wszystko. W szkole miałam koleżankę, która z wielkiego zdziwienia rozdziawiała buzię za każdym razem, gdy kolega wmawiał jej, że jego dziadek  był pierwszym człowiekiem, który wylądował na Księżycu. Dziwiła się, ale wierzyła. No przecież tak jej powiedział kolega, dlaczego miałby zmyślać? Nawet w trakcie konfrontacji z rzeczywistością skłonna była przyjąć, że to Amerykanie przekręcili nazwisko Arabski na Armstrong. O ile jeszcze w dzieciństwie takie podejście bywa urocze i zabawne, zbytnia naiwność w życiu dorosłym sporo komplikuje.

– Idę się pouczyć z kolegami, będę późno – powiedział 20 -letni syn mojej sąsiadki mijając nas na korytarzu. – Idź synku, idź – uśmiechnęła się ona tłumacząc, że chłopak jest przemęczony przez te studia. No naprawdę ma tyle roboty, że brak mu czasu na odpoczynek. Kiedy wraca z tych spotkań z kolegami, to w zasadzie tylko pada jak długi na łózko i ona musi go rano budzić, żeby w ogóle zdążył na zajęcia…

Jakiś czas potem, wracając od przyjaciółki spotkałam go przy bramie, kiedy usiłował trafić kluczem w otwór zamka . –Uczyłem się z kolegami – wyjaśnił mi z marszu zionąc nieprzyzwoitą dawką alkoholu, ziół orientalnych i damskich perfum. Pół roku później zmienił kierunek studiów, a sąsiadka tłumaczyła mi, że to wszystko wina tego przeładowanego programu. Kiedy następne sześć miesięcy później żenił się przymusowo, by w niedługim czasie zostać pełnoprawnym tatusiem, była święcie przekonana, że dziecko nie jest jego. Przy takiej ilości nauki, gdzie on by miał tam jeszcze czas na dziewczyny?!

Znajoma czeka na przelew. Już kilka miesięcy czeka. Przyjaciółka zwraca jej pieniądze za ostatni miesiąc wynajmu mieszkania. Ale ciągle coś się dzieje. A to awaria banku, a to Internet wyłączyli w trakcie wykonywania transakcji, a to były nagłe i pilne wydatki, kiedy wujek okazał się śmiertelnie chory i trzeba było spełnić marzenie jego życia, zanim umrze. Dzięki Bogu nastąpiła remisja i wujek zdążył się nawet ożenić i urządzić huczne wesele. Póki co, wszystko jest u niego w porządku. Odpukać. – Wiesz – mówi moja znajoma – nigdy nie wiadomo, co się może komu przytrafić. Nie, nie wydaje mi się, żeby to było dziwne. K. mówiła, że w tym tygodniu zrobi przelew.

W. ma fajnego męża. Ale naprawdę fajnego: to dusza towarzystwa i jeszcze ma świetny kontakt z dzieciakami. Dlatego W. często zaczyna z nim rozmowy o powiększeniu rodziny. – Oj, kochanie, teraz to nie – mówi jednak on. – Zobacz tyle mam pracy, coraz więcej… I odsuwa się, unika bliskości. Do domu wraca coraz później, coraz bardziej zmęczony i nieskory by wspólnie spędzać czas. – On tak by chciał, żeby niczego nam nie zabrakło. Bierze nawet te wyjazdy weekendowe i prowadzi szkolenia. Trudno, zaczekam – zwierza mi się W. Czeka już dwa lata. Uparcie ignoruje sygnały, o których mówią jej znajomi. – Widziałem twojego męża w sobotę w sklepie. Był z jakąś blondynką. Znasz ją? – mówi jej przyjaciel. – To niemożliwe – upiera się W. – W sobotę Piotrek był na szkoleniu w Lublinie. Przysyłał mi link do strony z hotelem, w którym nocował.

Nie uwierzyła nawet wtedy, kiedy jej mama, a jego teściowa pokazała zrobione telefonem zdjęcie, na którym zięć obejmuje ową blondynkę ramieniem w kawiarni nieopodal domu rodzinnego W. – To pewnie ta nowa koleżanka z pracy, może się gorzej poczuła – skwitowała, jak zwykle zdziwiona.

Nie wiem, czy to jeszcze naiwność, czy też rozpaczliwa próba wypierania, że coś lub ktoś może być zupełnie inne niż byśmy chcieli, niż wierzyliśmy do tej pory. Wiem tylko, że prędzej czy później życie w takiej iluzji rozpadnie się w końcu na setki kawałków.  Co z tej katastrofy wyniknie? Dla jednych ból, rozczarowanie i mądrość, wiedza o tym, że zaufanie to kwestia bardziej doświadczenia niż chęci. Dla innych ból, rozczarowanie i ostrożność… do następnego razu.


Lifestyle Psychologia

Jeśli buty na obcasie to dowód kobiecej siły i pewności siebie, to sorry – ja wysiadam

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
8 maja 2016
Fot. Pexels/pixabay.com / CCO

Mam ich dwie pary. Ostatni raz założyłam je na pewną BARDZO WAŻNĄ OKOLICZNOŚĆ, bo wydawało mi się, że ten wysoki obcas nada powagi mojej, z natury niewysokiej posturze. Błąd nowicjuszki, potęga stereotypu. Ból, (za jakie grzechy?!) i niepewność czy za chwilę nie wyląduję z nosem w sałatce pewnego znanego szefa kuchni towarzyszyły mi przez całą imprezę. Wróciłam do domu i rzuciłam moją piękną, prawie nieużywaną parę butów na wysokim obcasie w diabły. Przeżyłam bez obcasów 30 lat życia. Przeżyję szczęśliwie i całą resztę. Mam swoje powody.

Nogi… do podłogi

Złapałam się na tym. Przyznaję. Zakładałam buty na wysokim obcasie, żeby mieć wrażenie, że moje nogi nie kończą się zaraz po tym, jak się zaczynają. Przez chwilę działało. I – żeby było jasne – to była ta chwila przed lustrem, w domowym zaciszu. Bo zaraz po wyjściu z domu zaczynała się walka o przetrwanie. – Co ci jest? – spytała zaniepokojona koleżanka, podczas tamtej BARDZO WAŻNEJ IMPREZY. – Masz minę, jakbyś cię coś bolało.

Bingo. Kto przeżył, zrozumie. I nie mówcie, że nie zadawałyście sobie pytania: „Po co ja do cholery je założyłam” i, że nie obiecywałyście sobie: „nigdy więcej”. A jednak, zupełnie nieumiejętnie lewitując na tych zabójczych (dosłownie) szczudłach, zacisnęłyśmy zęby i uśmiechnęłyśmy się dzielnie w myśl zasady: chcesz być piękna, to cierp. Do tej pory wydawało mi się, że ta reguła dotyczy jedynie pań poddających się ostrzom chirurgicznego skalpela. Dziś wiem, że sama padłam ofiarą tego przedziwnego stereotypu.

Miłość, szczęście i pewność siebie

Wysoki obcas jest seksy, zapewni ci męską uwagę, poczucie pewności, wzmocni wiarę we własne siły, podbuduje cię wewnętrznie. To efekt znany psychologii. Wszystkie silne kobiety noszą buty na obcasie. Oglądałyście przecież „House of cards”?…

A teraz, całkiem poważnie. Jeśli noszenie butów na obcasach ma świadczyć o kobiecej sile i zdolności pokonywania przeszkód, to chyba tylko jako jakaś cholerna alegoria życiowych problemów. Te podwójne standardy w mediach wokół kobiety i wysokich obcasów są z resztą wyjątkowo irytujące. Bo z jednej strony wmawia się nam, gdy je założymy wyglądamy wyjątkowo, z drugiej wyśmiewa, gdy niepewnym i niewprawnym krokiem dążymy do tego ideału. (Wiedzieliście na pewno filmiki z potykającymi się na niebotycznych „szpilkach” paniami.)

Uwaga? Pewnie, kto nie spojrzy z zaciekawieniem na kogoś, kto z uśmiechem przez łzy stawia dalekie od perfekcji (tej z filmów i pokazów mody), chwiejne kroczki i za Chiny Ludowe nie skupi się na swobodnej konwersacji. Co najwyżej, parafrazując Bridget Jones poszukującej toalety na pewnym eleganckim przyjęciu, zapyta: „Nie wie pan, gdzie tu można usiąść?”.

Miłość? Jednej randki możesz być pewna. Nosząc przez dłuższy czas buty na wysokim obcasie, prędzej czy później spotkasz się oko w oko z jakimś przystojnym (albo nie) ortopedą. I może nawet coś tam zaiskrzy. Wiecie, że dziewięć na dziesięć kobiet noszących buty na wysokim obcasie źle je dobiera? Buty ściskają palce, są za luźne w kostce albo obcierają pięty. A osiem na dziesięć kobiet przyznaje, że noszenie tych butów zwyczajnie… boli. Więc dlaczego?

–  Noś obcasy –  piszą w babskich magazynach. – Twój tyłek będzie lepiej wyglądał. Piersi ci się optycznie powiększą. Nogi wydłużą i będą taaaakie zgrabne. Optycznie. Obcasy sprawią, że będziesz chodzić w charakterystyczny, seksowny sposób.

Pewnie, każdy by chciał… Tylko czy to naprawdę aż takie ważne? Problem w tym, że świat stawia przed nami dużo większe wyzwania niż bycie miłym dla oka erotycznym obrazkiem i optyczne powiększanie sobie różnych części ciała. Pole do walki jest olbrzymie –  równość płac, równouprawnienie, przemoc mężczyzn…  Golić czy nie golić nogi, zrobić makijaż, czy nie, założyć szpilki czy trampki to przy tym wszystkim problemy błahe i niewiele znaczące. Sztuczne. Więc jeśli  jeszcze boli, dla mnie wybór jest jasny.

Nie założę więcej butów na wysokim obcasie. To nie jest kwestia feminizmu. Feminizm to o wiele bardziej to, w co wierzysz, niż to, co nosisz. To kwestia dystansu. Najbardziej kobiecego atrybutu jaki można mieć. I najtrudniejszego do osiągnięcia. Więc dziś trampki. Cześć.