Lifestyle

Najgorszy moment to ten, gdy uświadamiamy sobie, że nikt nie jest nam dany raz na zawsze

MamaM&M
MamaM&M
28 kwietnia 2017
Jacek Korzeniewski Fotografia
 

Kiedyś usłyszałam słowa, że stratę męża/partnera przeżywa się bardziej niż utratę dziecka. Bo dziecka się nie wybiera, bo ma się świadomość, że dziecko jest na chwilę, a męża/partnera wybiera się z założenia na całe życie. Swoje życie, nie jego.
Jak prawdziwe i „moje” są to słowa, przekonałam się ostatnio. Od razu uprzedzam, że to nie będzie tekst ani łatwy, ani przyjemny, ale, jak zawsze, mój.

Narodziny drugiego dziecka, w przeciwieństwie do pierwszego, były przeze mnie wyczekiwane. Chciałam, żeby drugi syn był już z nami. Bałam się jak cholera, czy dam radę ogarnąć rzeczywistość z 22-miesięcznym, absorbującym całą naszą uwagę bąblem i noworodkiem, któremu trzeba poświęcić czas przynajmniej na karmienie, przewijanie i usypianie, ale też chciałam już przytulić kopiące mnie w żebra ruchliwe zło. Po powrocie do domu starszy syn okazał się niezwykle dzielnym małym człowiekiem. Choć cała sytuacja z „intruzem” w pierwszych godzinach zdecydowanie go przerosła, bo chciał mieć mamę po 5 dniach nieobecności tylko dla siebie, w kolejnych dobach spokojnie skracał dystans. Niestety po tygodniu nasz starszak zachorował. Konieczna była hospitalizacja.

Jak jeszcze dziś o tym myślę, mam łzy w oczach. Ponieważ karmienie piersią jest dla mnie priorytetem, nie było możliwości, abym została ze starszym synem w szpitalu. Została babcia – niezastąpiona pomoc. Przy wsparciu mojej bratowej zajmowała się wnukiem i spędziła z nim całe długie 10 dni w szpitalnej sali z przerwą na weekend, kiedy to tata nie musiał pracować.

Ten smutny wzrok, mój syn z podkrążonymi oczami, bladą skórą, patrzący na mnie przez łzy i mówiący: „Babcia, zostaw. Mama zostanie z Markiem” wrył mi się tak głęboko w pamięć, że boli jakby to działo się teraz. A mama mogła zostać tylko na chwilę, bo szpital w sąsiednim mieście, a w domu noworodek, którego trzeba znowu nakarmić. Myślałam, że oszaleję z bezsilności, z żalu, a dodatkowo tydzień po cesarskim cięciu nie mogłam nawet wziąć syna na ręce i przytulić mocno. Wtedy myślałam, że nie można przeżywać nic gorszego niż strach o własne dziecko. Aż do pewnego popołudnia.

Mąż wrócił do domu później, ponieważ jego firma organizowała pracownikom badania USG. Robiłam obiad. Kilka miesięcy wcześniej ta sama firma organizowała rozszerzone badania krwi. Wyniki mąż miał dobre, można powiedzieć, że książkowe, więc USG potraktowałam jako oczywistą konieczność – coś jest za darmo, to czemu nie skorzystać. Okazało się, że USG nie było tylko sprawdzeniem, że mąż jest zdrowy.

„Okazało się, że coś tam mam” – mąż, jak zwykle, lakonicznie zakomunikował, co miał do zakomunikowania. Kiedy przeczytałam wyniki, zdałam sobie sprawę, że te moje 2 metry szczęścia nie są mi dane tak na pewno na zawsze. Jak człowiek słyszy słowo „guz”, to od razu ma w głowie najczarniejsze myśli. Wieczorem stałam pod prysznicem i ryczałam jak bóbr. Nie jestem przesądna i nie uważam, że nie wolno myśleć i zakładać najgorszego, bo to się spełni. Uważam, że lepiej zakładać najgorsze i potem po prostu być pozytywnie zaskoczonym.

Jak działa publiczna służba zdrowia, każdy chyba wie. Wiadomo było, że w kolejce nikt, kogo stać, czekać nie będzie i sam sobie zapewni leczenie. To popołudnie to były telefony, telefony, telefony. Szybki research i wiedziałam, jak wyglądają terminy w przychodniach w połowie województwa. A potem już prywatne wizyty: lekarz specjalista, biopsja i oczekiwanie na wynik.

I ciągle ta myśl z tyłu głowy, że może nas czeka najgorsze, że jak te guzy okażą się złośliwe, to będzie prawdziwy rock and roll. Bo w domu małe dzieci, ale najważniejszy jest teraz mój mąż. Bo ja bez niego nie umiem funkcjonować. I nie jest to uzależnienie i ubezwłasnowolnienie. Ja sobie doskonale w życiu radzę, zarabiam, to ja organizuję dom i to ja „inwestuję” to, co zarabiamy razem. Organizuję też wiele innych rzeczy poza domem, mam wielu znajomych, najlepszych przyjaciół pod słońcem. Mogę funkcjonować jako osobna jednostka i nawet funkcjonuję całkiem nieźle. Tylko tym moim azylem jest mój mąż. Tak, kilka razy w miesiącu myślę o tym, czy, jak go w ogrodzie zakopię z workiem wapna, to mnie posadzą i ewentualnie na jak długo (i czy będę musiała odsiedzieć wyrok z dziećmi, czy jednak będę miała święty spokój). Tak, kilka razy w roku mam ochotę go udusić lub wepchnąć pod samochód na spacerze. Ale jak jestem zmęczona po pracy, jak jestem zmęczona dziećmi, jak mam zły dzień, albo jak coś mi się uda, to właśnie mój mąż jest tym moim azylem, to w jego ramionach się chowam, aby się wypłakać albo żeby się podzielić swoją radością.

I choć wszyscy wkoło mówili, że przecież musi być dobrze, że na pewno wszystko dobrze się skończy, to ta myśl z tyłu głowy, że jednak coś może pójść inaczej, niż zakładamy, nie dawała się wygonić. Bo codziennie widzę, jak na nowotwory umierają dzieci, nawet takie kilkumiesięczne, więc fakt, że mój mąż jest młodym, wyglądającym zdrowo mężczyzną, nie był na tyle przekonujący, aby mnie zupełnie uspokoić.

I tego płaczu pod prysznicem było codziennie dużo. Jedna rzecz tylko mnie uspokajała bardziej niż inne. Bo ja z tym moim mężem spędzam tyle czasu, ile tylko mogę. Wprawdzie czasem ja przed jednym monitorem, on przed drugim, ale obok siebie. Przeżywamy to nasze życie na 100% i ile się da ze sobą, jednocześnie nie rezygnując z realizowania swoich pasji.

I w dniu imienin mąż otrzymał wyniki. I się okazało, że wprawdzie jasno jeszcze nie jest, ale nie jest już ciemno, bo to nie nowotwór, bo z tym da się żyć. I ja już wiem, że sama myśl o tym, że mogę stracić męża jest dla mnie niewyobrażalnym ciężarem.

Ta cała sytuacja nauczyła mnie jednego. Wiem, że niczego nie żałuję. To najlepsze uczucie na świecie…

Tekst powstał pięć miesięcy temu… Dziś jest już po operacji. Jeszcze nie znamy wyników badań, ale już możemy bać się mniej. Co się czuje pod salą operacyjną? Współczuję każdemu, kto musiał to czuć. Nie rozumiem, jak można pod tę salę ukochanej osoby nie odprowadzić i pod tą salą nie czekać…

Lifestyle

Duma mnie rozpiera, gdy moje dziecko się ze mną nie zgadza

MamaM&M
MamaM&M
19 maja 2017
Fot. iStock / ideabug
 

„Niegrzeczny” – najbardziej pojemne stwierdzenie w słowniku rodziców. Co macie na myśli, mówiąc, że wasze dziecko jest niegrzeczne? Ja mam wiele synonimów, ale na pewno nie mówię tak wtedy, gdy syn ma inne zdanie niż ja.

Syn nie chce włożyć sandałów. Ma prawo. Nie chce dać buziaka babci. Ma prawo. Nie chce iść się kąpać. Ma prawo. Nie chce jeść obiadu. Ma prawo. Nie chce iść do żłobka. Ma prawo. Nie chce włożyć czapki. Ma prawo. Złości się, gdy długo jedziemy samochodem. Ma prawo.

Mój syn ma prawo pokazywać, co mu się podoba, na co ma ochotę, a czego w danym momencie nie chce. Ma też prawo płakać, złościć się i obrażać. Ja też się złoszczę, nie gadam z kimś, kto mnie zdenerwuje, nie chcę rano jechać do pracy. Mam prawo. Mam też swoje obowiązki, które często wygrywają z „widzimisię”.

Nie rozumiem, dlaczego rodzice określają swoje dzieci jako niegrzeczne w sytuacjach, kiedy syn lub córka pokazuje, że czegoś nie chce.

Pierwszy przykład: posiłki. Syn nie chce zjeść z nami tego, co przygotowaliśmy. Mówi: – Mamusia, nie będę dziś jadł obiadu. Pooglądam bajkę.

Nie robię awantury. Syn wie, że nie dostanie w zamian za obiad słodyczy, czy innych przekąsek. Dostanie wodę do picia i propozycję zjedzenia czegoś w porze kolacji. Moje dziecko ma 2,5 roku i dobrze wie, czy jest głodne, czy nie. Jeśli nie czuje głodu, nie zmuszam, nie wpycham łyżeczki ziemniaków za mamę, tatę, babcię i ciotkę z Krakowa. Jest zdrowym chłopcem, nie wygląda na zabiedzonego, ma dużo energii. Widać, że nie jest głodzony i niedożywiony. Nie chcę, aby posiłek był tylko smutnym obowiązkiem i kojarzył się z: „będziesz siedział przy stole tak długo, aż wszystkiego nie zjesz”. Staram się przygotowywać posiłki w taki sposób, aby nie grzebać synowi w talerzu i mówić, że ziemniaków to już wystarczy, chleba też już wystarczy, a najlepiej „zjedz teraz surówkę”. Nie szantażuję syna, że dostanie mięso, jak zje warzywa, albo dostanie deser, jak zje grochówkę. Nie zmuszam do jedzenia absolutnie niczego. Sama nie lubię oliwek i śledzi i chyba tylko wielodniowy głód sprawiłby, że mogłabym te dwie rzeczy włożyć do ust. Proponuję i zachęcam, staram się wzbudzać ciekawość. I takim sposobem było już próbowanie: czosnku, oliwek, chrzanu łyżeczką ze słoika, oliwy z oliwek prosto z butelki, mrożonej kiełbasy, wszelkiej maści owoców i warzyw na surowo (w tym cebuli, którą syn jadł jak jabłko). Nie zabraniam grzebać w garach, tłumaczę, czego nie wolno jeść na surowo.

Drugi przykład: powitania. „Nie musisz się z każdym całować i przytulać. Po prostu powiedz: dzień dobry/do widzenia” – tak zachęcam syna do powitań i pożegnań, kiedy ewidentnie nie chce przybić piątki z wujkiem, ciocią czy nawet babcią.

Zazwyczaj nie ma problemu nawet przy kontaktach z obcymi, ale zdarza się, że, słysząc: „choć ciocia da buziaka”, mój syn chwyta moją nogę i nie puszcza przez kolejne długie minuty.

Nie rozumiem, dlaczego rodzice na siłę każą swoim dzieciom przytulać się do innych. Mam wrażenie (może czyta to ktoś z wiedzą fachową i coś na ten temat doda w komentarzu), że w ten sposób robimy swoim dzieciom krzywdę. Dziś chłopiec lub dziewczynka przytula się, mimo swojego sprzeciwu, do wujka Zenka, cioci Gabrysi i mama chwali, że tak właśnie zachowują się „grzeczne” dzieci, choć dziecko ma łzy w oczach. Za kilka lat to kolega/koleżanka/nauczyciel/sąsiad/ojczym/tata/obcy człowiek widziany pierwszy raz w życiu będzie na siłę przytulał, wkładał ręce w majtki, a dziecko w głowie będzie miało zakodowane, że tak trzeba i nawet mama po wszystkim pochwali, że się nie sprzeciwiło to nasze maleństwo. Zamiast uczyć dziecko, że jego ciało jest wyłącznie jego własnością, wpychamy je na siłę w objęcia innych ludzi, załamujemy poczucie bezpieczeństwa i wmawiamy, że „tak trzeba”. Pękam z dumy, kiedy na hasło: „choć ciocia przytuli”, mój syn odpowiada: „żółwika zrobimy”. Czuję, że dobrze spełniam swoją misję. Wiem, że wychowuję świadomego syna i będę mogła być spokojna o jego bezpieczeństwo, jeśli nadal będę postępować tak, jak teraz. Nie interesuje mnie, co powiedzą inne osoby. Moje dziecko ma prawo nie chcieć się do nikogo przytulać, a już tym bardziej ma prawo nie chcieć, aby ktokolwiek je całował.

Trzeci przykład: „nie lubię cię”. Ile razy pomyślałaś/pomyśłałeś, będąc zdenerwowanym na drugą osobę: nie lubię cię (że o „nienawidzę cię” nie wspomnę)? Twoje dziecko też ma prawo do emocji.

Fot. iStock / ideabug

Fot. iStock / ideabug

Jeśli sam, rodzicu, rzucasz talerzami, jeśli uderzasz ręką w stół, jeśli tupiesz, jeśli krzyczysz na partnera, dzieci, sąsiada, psa, kota, twoje dziecko będzie robić tak samo. Jesteśmy wzorem (raz lepszym, raz gorszym), a nasze dzieci są naszymi kopiami. Jeśli ty masz prawo się denerwować, jeśli masz prawo powiedzieć po odłożeniu słuchawki: „bujaj się”, twoje dziecko ma prawo powiedzieć tobie, babci, koledze, koleżance: „nie lubię cię”. Zdarza mi się nakrzyczeć na syna. Niemal za każdym razem moje dwuletnie dziecko odpowiada: „Nu nu, mama. Nie wolno krzyczeć. Tłumacz, nie krzycz”. I kiedy on się złości, kiedy rzuca zabawkami, kiedy się wścieka bo mu nie pozwoliliśmy na to, na co miał ochotę, ja też mówię: „nie krzycz, tłumacz, dlaczego się złościsz”. Zamiast strofować dziecko przy innych za powiedzenie „nie lubię cię”, zapytaj, skąd takie słowa. Zapytaj w cztery oczy, weź dziecko na bok i słuchaj, co ma ci do powiedzenia.

Przykłady można mnożyć. Ja cieszę się jak Azor do pełnej miski, gdy mój syn jasno pokazuje, że ma inne zdanie.

Nie chcę, żeby płynął z prądem, bo z prądem płyną tylko zdechłe ryby. Chcę, żeby był świadomy swoich oczekiwań, pragnień, potrzeb. Żeby umiał mówić o emocjach, żeby umiał sobie z nimi radzić, żeby był wyjątkowy, a nie „jak wszyscy”. Chcę, żeby wiedział, że ma prawo żyć tak, jak sobie wymyśli, ma prawo o tym mówić i ma prawo przeciwstawiać się, jeśli coś sprawia, że jego poczucie komfortu jest zaburzone.

To nie znaczy, że wolno mu wszystko, że wolno mu krzywdzić innych, nie stosować się do zasad obowiązujących tam, gdzie akurat się znajduje, że nie wyznaczamy z mężem jakichś granic. Syn wie, że może pytać, dlaczego spać idzie, gdy jest „ta godzina”, dlaczego śpi w swoim pokoju, dlaczego podczas posiłku siedzi w swoim krzesełku i ma prawo do uzyskania wyczerpującej odpowiedzi – choćby pytał kilka razy dziennie o to samo… No i wie, że może próbować z nami negocjować… 😉

Zajrzyj na mój profil na Facebooku i zostaw ślad po sobie. Jeśli się ze mną nie zgadzasz, też zajrzyj 😉

Fot. iStock / ideabug

Fot. iStock / ideabug

 


Lifestyle

Co wy wiecie o przemocy domowej…

MamaM&M
MamaM&M
22 kwietnia 2017
pixabay.com

Cały dzień zbierałam się do napisania tego tekstu. Nie było i już nie będzie bardziej osobistego i intymnego wpisu na moim blogu. Wiem to już teraz, pisząc trzecie zdanie.

Jak kraj długi i szeroki, wszyscy żyją sprawą radnego Bydgoszczy z ramienia PiS, którego żona miała tak wielkie jaja, że odrzuciła poczucie wstydu i opublikowała nagranie (na szczęście sam dźwięk), na którym słychać, jak „pięknie” zwraca się do niej mąż.

Słuchałam tego nagrania (razem z mężem – on grał, ja pisałam jakiś tekst) zanim jeszcze stał się tak popularny w sieci. Słuchałam i nie zrobił na mnie wybitnie uderzającego wrażenia. Dlaczego? Ten radny i jego słownictwo to jest mały pikuś przy tym, co ja słyszałam w moim rodzinnym domu. Tak. Mogę to w końcu przyznać otwarcie. W moim rodzinnym domu takie patologie wcale nie były rzadkością. Tak. Moja mama wysłuchiwała takich rzeczy jak żona radnego i jeszcze gorszych. Tak. Wiem z autopsji, co to jest znęcanie się psychiczne.

Nie będę opisywała relacji mamy i mojego brata z ojcem, ponieważ to jest wyłącznie ich sprawa, ich życie i ich emocje. Nie mam prawa o nich pisać i mówić bez ich zgody, a oni nie wiedzą, że właśnie teraz, kiedy położyłam synów spać i siedzę obok męża, który pochłonięty jest prowadzeniem wirtualnego czołgu, piszę tekst o tym, jak to jest być córką przemocowego ojca.

Mój ojciec nigdy mnie nie uderzył, ale wiele razy słyszałam od niego” ty głąbie”. Ja, wzorowa uczennica ze średnią ocen w okolicach 5,0, pracująca od 16. roku życia, pomagająca w nauce słabszym kolegom, pomagająca także jemu w napisaniu najprostszego pisma do jakiegokolwiek urzędu. „Głąb” to określenie wręcz pieszczotliwe. Przy obcych: „córuś”. Tak do mnie mówił przy obcych…

Ojciec nigdy nie awanturował się, gdy był trzeźwy. Mój obrazek z dzieciństwa: ojciec wraca pijany, po awanturze mama zabiera nas do prababci. Kiedy rano idę do szkoły, widzę, że w naszym mieszkaniu w oknach nie ma szyb. Ojciec, który wyzywa matkę i który nie ma hamulca, żeby do kilkunastoletniej córki skupionej wyłącznie na nauce powiedzieć: „ty suko”, nie zasługuje na miano taty. Córka takiego ojca ma w głowie obraz mężczyzny: bydlaka, pijaka, chama, prostaka. Nie chce mieć chłopaka, bo nie chce, żeby mówił o niej tak, jak ojciec mówi do mamy. Nie chce być poniewierana, nieszanowana, gnębiona. Boi się miłości, boi się okazywać uczucia, boi się bliskości, boi się okazać słabość, wstyd i boi się ludzi.

Do dziś nie wiem, co sprawiło, że udało mi się założyć szczęśliwą rodzinę, a wcześniej otworzyć się na uczucia mojego męża. Powiedziałam mu, jak się sprawy u mnie mają i może też dlatego on do tego naszego związku długo zabierał się jak pies do jeża. On się mnie bał. Bał się moich reakcji, bo widział, jak jestem rozsypana. Potrzebowałam strasznie dużo czasu, żeby zaufać, żeby uwierzyć, że można się czuć bezpiecznie, gdy partner wychodzi z kolegami na piwo, bo po powrocie po prostu położy się spać, a nawet usiądzie i opowie kilka śmiesznych sytuacji ze spotkania. Bo nie przyjdzie półprzytomny i w dowód niezadowolenia nie postawi lodówki na stole, nie kopnie mnie tak, że wylecę na klatkę razem z drzwiami i w ogóle nie będzie zachowywał się inaczej niż przed wyjściem, bo poszedł się dobrze bawić, a nie „nabrać odwagi do robienia porządków”.

Słuchałam tego nagrania z Bydgoszczy, a potem tłumaczeń radnego. On tym swoim gadaniem udowodnił jedynie, że jest burakiem, że jest podłym prostakiem. Mówi, że kocha, a jednocześnie obrzuca swoją żonę inwektywami, które wstyd cytować. Ja słyszałam, także pod swoim adresem, słowa, których nie miałam odwagi powtórzyć na sali sądowej podczas rozprawy rozwodowej rodziców. Słowa, których się nie zapomina. Może dlatego tak ważne jest dla mnie to, że my umiemy się z moim mężem kulturalnie kłócić, że umiemy przejść z godnością przez największy spór, że w cywilizowany sposób rozwiązujemy każdy konflikt, że nie potrzebujemy trzech głębszych „na odwagę”.

Mam nadzieję, że ten medialny szum pomoże kobietom, nie tylko żonom, ale też córkom, mówić o tym, że mieszkają w piekle, że nie ma siniaków i powodów do zrobienia obdukcji, ale w głowie i w sercu jest ruina. Spustoszenie, które wywołał bydlak o dwóch twarzach: biznesmen, przykładny szef, pracownik, uczynny sąsiad i znajomy, z którego za progiem mieszkania, zwłaszcza po kilku głębszych (choć przecież niekoniecznie) wychodzi potwór, prawdziwy potwór.

Nie wiem, czy ten tekst powstałby, gdybym nie usłyszała, że człowiek, który przez 20 lat doprowadzał moją psychikę  do skraju wytrzymałości, który zabił we mnie dziecięcą radość, wierność, otwartość, po założeniu nowej rodziny mówi: „teraz to ja dopiero jestem szczęśliwy”. Teraz to szczęśliwi jesteśmy my. Kochamy się wszyscy i szanujemy i nikt już nie ma prawa nas poniżać, gnębić, obrażać i traktować jak ludzi gorszej kategorii.

Jeśli wiesz, że twój facet po alkoholu zachowuje się agresywnie (w czynach lub słowach), jeśli nie masz z nim ślubu i dzieci, to uciekaj. On się nie zmieni. Ślub go nie zmieni, dzieci go nie zmienią, ty go nie zmienisz. Uciekaj i bądź szczęśliwa!

 

Zajrzyj na mój profil na Facebooku i zostaw ślad po sobie. Jeśli się ze mną nie zgadzasz, też zajrzyj 😉