Lifestyle

Mokry wujek Stefan i Żona Lota, czyli cała prawda o tym, jak tańczymy na weselach

Michalina Grzesiak
Michalina Grzesiak
28 listopada 2016
Fot. iStock/TomLester
 

Kto nigdy nie bawił się na weselu niech pierwszy rzuci kamień. Oprócz oczywistych biesiadnych zwyczajów to właśnie taniec gra na zabawie pierwsze skrzypce. Uczestnicy takich imprez doskonale wiedzą co ich czeka jeszcze zanim wiedzą w co się ubrać. Panie chowają wygodne papucie na opuchnięte nóżki, zestaw skauta: plaster i nożyczki, a panowie odstawiają słowiański przykuc w przedpokojach swoich pieczar i sprawdzają, czy nic nie pójdzie w szwie. Żeby nie wiem kto się żenił, żeby nie wiem w jakim mieście i w jakim wieku, niektóre rzeczy pozostają bez zmian, a są to na pewno typy weselnych tancerzy.

Mokry wujek Stefan

Ulubiony typ wszystkich pań na weselnych biesiadach. Już od zakrętu widać, że idzie właśnie do ciebie. Żebyś nie wiem jak mocno starała się minąć wzrok własny z rozbieganym wzrokiem wujaszka nie masz szans – upolował cie już przy kiełbasie na wiejskim stole wychodząc z toalety. Mokry Stefan to typ, który prosząc do tańca powinien najpierw wytrzeć ręce w ręcznik, a skoczny obertasik  w jego wykonaniu przypomina klasycznego jaifa ze zraszaczem do roślin. Przemiły człowiek, taneczny imprezowicz, ale zabawa u jego boku to bardziej czochranie wilgotnego delfina niż walc wiedeński na ¾. Ma tendencje do noszenia koszul w całości wykonanych ze sztucznych materiałów, po których ręka twoja, żeby nie wiem jak się starała zjeżdża po same majki. Jego majtki. To właśnie jemu  małżonek oddaje twoją osobę zupełnie dobrowolnie i pełen „empatii” poklepując po plecach zachęci „no idź, idź, pobaw się Mysiu”. Sam fotorelacjonuje  zza filara za co na pewno pójdzie do piekła.

Uparty kumpel

Jest taki moment na każdym weselu, że żebyś nie wiem jak chciała dalej, mocniej, dłużej to nogi przypominają dwie paryskie bułki zapięte na gustowny łańcuszek z klamerką w okolicach kostki. Makijaż z powiek już dawno zjechał na poliki, a starannie układane włosy popiskują, że do domu, przypominając bardziej zdechłe zwierzę niż koczek za czterdzieści pięć złotych. Nagle na horyzoncie wyrasta jak filip z konopii człowiek, który zawzięcie namawia na ostatnie „Białe jerozy”, a twoją obecność na parkiecie postawił sobie za kamień milowy własnego jestestwa. Odmawiać można długo, ale prędzej zostaniecie na sali do następnego wesela udowadniając sobie rację, niż ten przypadek odpuści ostatnie piruety. Finalnie mdlejąca, z głową opartą o jego ramię i zamkniętymi powiekami, dajesz się ponieść jak worek ziemniaków, taka kulturalna szmaciana kukła błagająca do domu, byleby odpuścił, a ty będziesz mogła bezpiecznie oddalić się na zamówione wcześniej taksi.

Przytulasy

Fani slow motion. Nie ważne, czy „Koń na biegunach” czy „Kochaj mnie” Lady Pank, na środku sali dwa przesympatyczne bobry wtulone w siebie jak rzepy na dzikich kotach suną w kółko na jedno tempo. Nie rozmawiają przy tym za specjalnie, patrzą gdzieś nostalgicznie po ścianach i napawają się każdym postawionym krokiem. Pana z tej pary najprawdopodobniej też się obawiasz, jako potencjalnego tanecznego partnera, bo nie do końca opracowałaś aż tak spokojne akordy. Boisz się, że zerwiesz przy nim z kopyta jak Pielgrzym z Zaklinacza koni, a ten zupełnie zaskoczony nie zareaguje odpowiednio żwawo i porwie spodnie w kroku. Ewentualnie naderwie ścięgno. Całe szczęście te typy są tak zakochane w swoich ślimaczych partnerkach, że taniec przy nich raczej specjalnie wam nie grozi.

Żona Lota

„Taniec”  to jakieś egzotyczne słowo na „t”. Siedzi od pierwszej lampki szampana przy swoim bileciku z imieniem tak sztywno, że od czasu do czasu tryka ją widelcem mąż i sprawdza czy dyszy. Błaga samą siebie w środku i wyraźnie daje znać otoczeniu, żeby nikt nie prosił jej do tańca. Lubi gadać, jeść, dosiadać się do ciotek, których nie widziała dekady, ale na samo hasło „parkiet” dostaje biegunki. Wypada najgorzej w imadle fanów biesiady, o których później. Dusza towarzystwa weselnego stolika, chętnie popatrzy jak inni robią z siebie weselne pajace. Pije. Odpowiedzialna za zdjęcia i nagrywanie wideo telefonem komórkowym.

Nieskoordynowane kocie ruchy

Samotnik – bez obaw. Do tańca prosi tylko siebie. Zamyka oczy i widzi jakieś niestworzone historie. Na pewno nie bigos, bulionówki ze Strogonowem i bimberek w rogu. Prędzej świecące kule i maszynę do produkcji scenicznego dymu. Macha łapami i nogami dość niebezpiecznie, dlatego zabawa w jego okolicy może prowadzić do urazów. Dla przeciwwagi tych od wiecznego przytulanka ten trzepie się jak komarzyca w dużym pokoju nawet przy spokojnych nutach. Jest atrakcją przez pierwszych kilka utworów później już nikt nie zwraca na niego uwagi traktując jak kuzyna z widoczną dysfunkcją. Po siódmej rano kiedy już świta, a tata Młodego śpi z gębą w wołowym tatarze, ten nadal tańczy. Dopóki nie zgasną światła. Dopóki nie zdejmie go snajper.

Fani biesiady

Sama wiesz najlepiej, że głupio wyglądasz jako wagon pociągu Rysia Rynkowskiego i doprawdy nie chcesz uczestniczyć w weselnej szopce. Migasz się jak możesz przed turbo konkursami z zabieraniem krzesła po przerwanej piosence i nie chcesz zrzucać stanika dla męża, który walczy o pół litra. Ale, ale, nie tak prędko kiedy staje nad tobą znana wszystkim żelazna ciocia Zosia, która się nie patyczkuje. Ludzi zgarnia za chabety wciskając im w ręce atrybuty. Tak oto cała sala tańczy Makarenkę, a ty Bogu dziękujesz, że nie widzi cię nikt z pracy ani uczniowie z klasy wychowawczej.

Dreptacze

– Dzień dobry, mogę Panią do tańca? – powie ci taki starszy jegomość miło, a że nie znasz sylwetki to dajesz się namówić. Kolejne trzy minuty to prywatna orka na ugorze, bo pan sympatyczny raz stawia milowe kroki jak Shaquille O’Neal w butach rozmiar 56 żeby chwilę później  dreptać w miejscu jak wielkanocny kurczak.  No ni*uja nie jesteś w stanie wyczuć nadchodzącego kroku, depczecie sobie po nogach, skrobiecie marchewy, a na koniec i tak dowiesz się, że młodzież w dzisiejszych czasach z tańcem ma na bakier. „Poćwicz jeszcze złotko”, cmok w łapkę. Pod ścianą zasikany ze śmiechu narzeczony szczerzy zęby szyderczo.

Na jedno kopyto poproszę

Para zazwyczaj młoda, która opanowała do perfekcji dwa przeskoki z prawej na lewą, obrót, złapanie w drugą rączkę i trzy kroki w lewo. Choreografię katują do tzw. porzygu tak, że po oczepinach jesteś w stanie dokładnie przewidzieć w którą stronę on nią kolejno szarpnie. Zupełne przeciwieństwo Dreptacza. Umysły matematyczne bez większej zdolności do spontanicznego podejmowania decyzji i życia na krawędzi. Jak ma być w prawo to będzie w prawo, kierowniczko.

Typów milion ile upodobań muzycznych i podejścia do życia. Polskie wesela to dosyć charakterystyczne historie. Mają w sobie tyle magii, że przyćmiewają drobnomieszczański posmak w ustach i syndrom pani Dulskiej. Możemy się śmiać, dogadywać pod nosem i komentować, ale kto nie lubi od czasu do czasu zerwać z obcasa przy „Jesteś szalona” i „Żono moja”. Zanim zaczniecie kolejny przekrój szyderstwa przez zaproszonych gości zastanówcie się, w której grupie możecie sami się umieścić. Ja na przykład jestem Żona Lota, a mój stary … Mąż Lota. Idealnie dopasowane drętwusy.  Udanej zabawy!


Lifestyle

Czerwony alarm. Kiedy twój wewnętrzny głos każe ci brać nogi za pas i spie…. czym prędzej

Karolina Krause
Karolina Krause
28 listopada 2016
Fot. iStock/iodrakon
 

Znasz to? To uczucie, jak gdybyś nagle znalazła się w potrzasku. Jak złodziej złapany na gorącym uczynku. Ze wszystkich stron jednocześnie zatrzaskują się żaluzje, dookoła lampy zaczynają pulsować czerwonym światłem. A centralny czujnik w twojej głowie bije na alarm. Error! Niebezpieczeństwo! Błąd systemu! Ten sygnał do odwrotu za każdym razem, gdy tylko się do kogoś za bardzo zbliżysz. Bo za dobrze, zbyt intymnie, za słodko , a przecież tak być nie może. Trzeba natychmiast to przerwać, zostawić, odejść.

Wierzcie lub nie, ale większość z nas boi się prawdziwie kochać. I nie ma w tym nic dziwnego, bo miłość za każdym razem wiąże się z możliwością straty. Już jako dzieci uczymy się w końcu, że „decyzja oswojenia niesie za sobą ryzyko łez”. Niektórzy z nas boją się jej jednak tak bardzo, że w obawie przed bliskością niszczą kolejne związki nie mogąc pozwolić sobie na własne szczęście. Dlaczego więc boimy się miłości?

Emocjonalnie nadzy

Zbliżając się do drugiego człowieka, kochając go, stajemy przed nim emocjonalnie nadzy. Odarci ze wszystkich masek, jakie przychodzi nam nosić – w domu, w pracy, przy znajomych. Nie ma już czego udawać, ani ukrywać, cokolwiek byś nie zrobiła, on i tak wie jaka jesteś. To wzbudza w nas poczucie bezbronności, lęku przed odrzuceniem. Bo przecież może czegoś w tobie nie zaakceptować, wyśmiać, znieważyć. Lepiej samemu to zakończyć, nim on pierwszy sięgnie po „broń”.

Jak więc zaradzić sytuacji, nim będzie za późno? Po pierwsze: nie bój się odmowy. Przecież nie wszystkim facetom na świecie musi pasować to, jaka jesteś i vice versa. Twoim celem nie jest przecież przypodobanie się każdemu, a znalezienie tego jednego faceta, który zaakceptuje cię taką, jaką jesteś. Ewentualna odmowa nie będzie oznaczać, że jesteś bezwartościowa, albo że nigdy nikogo dla siebie nie znajdziesz. Po prostu trafiłaś na niewłaściwą osobę. A, że może to już akurat, któraś z rzędu? To w dalszym ciągu o niczym nie świadczy. W każdym razie, nie w kwestii twojej wartości. Potraktuj odmowę jak naturalny element randkowania i postaraj się to zaakceptować. Im szybciej nauczysz się ją traktować jak coś normalnego, tym mniej będziesz się jej bać, a przez to łatwiej ci będzie otworzyć się w związku.

Stare rany

To, co nie pozwala nam zaangażować się po raz kolejny, to rany, które zostały w nas z poprzednich związków. W myśl zasady „boję się, bo wiem jak to może zaboleć”. Stajemy się przez to mniej ufne w stosunku do swojego partnera. „Bo co jeśli okaże się taki sam, jak ten poprzedni gnojek?”. Lęk przed bólem nie zawsze też musi wynikać wprost z minionych doświadczeń, a z ogromnej potrzeby miłości – „Kiedy bardzo za czymś tęsknisz, kiedy silnie tego potrzebujesz, zaczynasz utożsamiać to z bólem”. I tego bólu za wszelką cenę starasz się uniknąć.

Decydując się na kolejny związek zawsze wchodzimy z jakimś bagażem doświadczeń i oczekiwań, które wynieśliśmy z poprzedniej relacji. Część z nich pomaga nam w zbudowaniu lepszej, trwalszej emocjonalnie więzi, a część zwyczajnie staje nam na drodze. Jak te graty, które zastawiliśmy w przedpokoju, a których ciągle zapominamy się pozbyć. Problem emocjonalnego „głodu miłości” jest znacznie bardziej skomplikowany i najczęściej wiąże się z brakiem dostatecznej miłości w stosunku do samej siebie. Jeśli jednak boisz się tego, że po raz kolejny ktoś cię zostawi, albo że twój nowy związek skończy się tak jak poprzedni, powinnaś najpierw zastanowić się, czy są ku temu realne przesłanki. Czy rzeczywiście masz powody, by tak sądzić? Jeśli tak to dlaczego? Czy jesteś w stanie jakoś temu zapobiec? Znalezienie odpowiedzi na te pytania, powinno pomóc ci w przezwyciężeniu strachu przed zaangażowaniem się. Niezależnie od tego powinnaś także porozmawiać z partnerem o swoich lękach. To rozwinie wątpliwości, jakie stają wam na drodze do pełnego bycia razem.

Błąd systemu, czyli prawda niezgodna z „ja”

Sposoby, w jakie zraniono nas w poprzednich związkach, mają swój początek już w dzieciństwie i mają silny wpływ na to, jak postrzegamy samych siebie. Jeśli w przeszłości często zdarzyło nam się usłyszeć przykre uwagi na swój temat, po jakimś czasie zaczęliśmy traktować je jak własne. Ukształtowało to w nas krytyczny obraz siebie, który nie pozwala nam przyjąć ofiarowanej miłości. „Bo jak ktoś mógłby mnie pokochać? Taką niedoskonałą, niewystarczającą, nie-taką-jak-trzeba?”. Kiedy druga osoba zaczyna postrzegać nas inaczej – oczami miłości i zrozumienia – pojawia się wspomniany „błąd systemu”. Bo oto dostaliśmy od kogoś coś, z czym nijak nie potrafimy sobie poradzić – bezwarunkową miłość. Podświadomie więc zaczynamy ją odrzucać.

To co obce i nieznane zawsze będzie budziło w nas strach. Ważne jednak, aby uświadomić sobiem, co go powoduje i czy rzeczywiście coś nam zagraża. Choć bezpieczniej czujesz się z tym, co znasz, a spora dawka miłości może być dla ciebie ogromnym szokiem, poddaj się jej. Z całym strachem jaki wtedy odczuwasz. Pozwól sobie na to, by kochać. Daj się przytulić o chwilę dłużej niż byś tego chciała. Tak jak ten bity pies, którego dobry człowiek zabrał ze schroniska. Bój się, złość się, trzęś portkami, kop, gryź ale zostań. Po pewnym czasie przestaniesz się bać. On już przestał.

Powodów lęku przed miłością może być znacznie więcej. Czasami staramy się je ukryć, wynajdując coraz to lepsze tłumaczenia dla faktycznych powodów rozstania. Uświadomienie sobie własnego strachu przed bliskością i jego wpływu na nasze zachowanie jest pierwszym krokiem do jego przezwyciężenia. I kolejnym w drodze do znalezienia i utrzymania trwałej relacji.


Źródło: psychologytoday.com, polki.pl


Lifestyle

Kto się boi szczęśliwych, rozwiedzionych kobiet? Szczęśliwe, zadowolone z życia mężatki

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
28 listopada 2016
Kto się boi szczęśliwych, rozwiedzionych kobiet? Szczęśliwe, zadowolone z życia mężatki
Fot. iStock/fladendron

Mają po trzydzieści, czterdzieści a może pięćdziesiąt lat. Całkiem niedawno, albo już jakiś czas temu rozwiodły się, zmieniły swoje życie. Są szczęśliwe, wolne, mają swoją niezależność, oddychają pełną piersią. Wreszcie, po związkowych, małżeńskich falstartach, cieszą się życiem, znowu mogą być sobą. Realizują swoje pasje, rozwijają się, mają więcej czasu by o siebie zadbać. Wyglądają jak milion dolarów. Komu to może przeszkadzać? Koleżankom.

Ewa ma 35 lat. Sama wychowuje sześcioletniego synka. Rozwiodła się dwa lata temu, po wyczerpującej batalii sądowej, takiej z wyciąganiem brudów kilka pokoleń wstecz.

– To był toksyczny związek – mówi.– Mój mąż jest człowiekiem dobrze sytuowanym, ale nie panuje nad złością i agresją. W pełni odczułam to dopiero wtedy, kiedy okazało się że zaszłam w ciążę. Była zagrożona od początku. Musiałam zrezygnować z pracy, byłam kompletnie uzależniona od męża. A on, jako świeżo upieczony pracownik olbrzymiej firmy, na wysokim, odpowiedzialnym stanowisku, wszelkie frustracje wyładowywał na mnie, w domu. To było jak uzależnienie. Nie chciał podjąć terapii, nie chciał rozmawiać, nie chciał nic zmieniać. Po drugich urodzinach Adasia, odeszłam, uciekłam właściwie, ze strachu o dziecko i o siebie. Rozwód był piekłem, mąż straszył mnie, że porwie dziecko, że mnie zniszczy. Dziś wreszcie jest między nami spokój, bo ja jestem silna i nie daję się zastraszyć, choć zdarzają się napięcia.

Przyjaciółka wspierała ją od samego początku. Ona i kilka jej dobrych znajomych. Kiedy Ewa się wyprowadziła od męża, razem szukały dla niej miejsca, w którym mogłaby zarzucić kotwicę. Udało się i Ewa zamieszkała razem z małym Adasiem w dwupokojowym mieszkaniu. Tu wreszcie poczuła, że jest wolna, że świat stoi przed nią otworem. A po rozwodzie, „nowe życie”  zaczęła od… remontu, żeby jeszcze mocniej odczuć, że znów wszystko zależy od niej, że ster jest w jej rękach.

Szybko okazało się, że mimo szczerych chęci, nie jest w stanie sobie sama ze wszystkim poradzić. W Warszawie ma świetną pracę jako ceniona i naprawdę dobra księgowa, ale jest sama, znikąd pomocy, jej rodzina pochodzi z południa Polski. Poszukując męskiej, fachowej pomocy, zadzwoniła do przyjaciółki, której mąż niedawno przeprowadzał remont domu.

– Poprosiłam o przekazanie moich pytań Maćkowi, razem z prośbą, czy mógłby przyjść obejrzeć ściany w łazience – mówi Ewa. – Piętnaście minut później przyjaciółka oddzwoniła. Maciek niestety nie może pomóc, powiedział, że nie zna się i że teraz jest bardzo zajęty.

Trudno, pomyślała Ewa. No to poszuka w Internecie, zapyta w sklepie budowlanym. Jakoś sobie poradzi. – Znamy się kilkanaście lat, do głowy by mi nie przyszło, że ta prośba może być odebrana jako coś nieprzyzwoitego – mówi.

Kilka dni później spotkała męża koleżanki w sklepie. Okazało się, że prośby o pomoc żona mu nawet nie przekazała. Wyszło niezręcznie, pośmiali się trochę, ale pozostało takie „dziwne” wrażenie. Ewa wolała już nie pytać Maćka o zdanie w kwestii łazienki.

Później podobna sytuacja powtórzyła się, kiedy zaczęła biegać. Odprowadzała syna do przedszkola i biegała  przed wyjściem do pracy. Kilka razy spotkała męża bardzo dobrej koleżanki. Raz pobiegli wspólnie fragment trasy. Nawet nie rozmawiali specjalne, zwykłe „cześć”. Ewa nie zna go dobrze. Nie ukrywali tego przed nikim, nie umawiali się, zwykły przypadek. Mimochodem, przy jakiejś okazji, Ewa powiedziała tej koleżance, że wie, że jej mąż też biega. Więcej ich drogi się nie skrzyżowały. Zmienił trasę i godzinę biegania, o czym doniosła jeszcze inna koleżanka. Podobno była babska narada,  że co ta Ewka, teraz wolna, biega, dobrze wygląda, to nie wiadomo co jej do głowy przyjdzie…

Zdziwiona Ewa usiadła w domu przed lustrem i pierwszy raz od dawna, zobaczyła w nim „atrakcyjną” siebie.  Ale żeby zaraz odbijać mężów koleżankom?

– Dopóki byłam nieszczęśliwa i zaniedbana, byłam niegroźna – śmieje się Ewa – teraz nie zapraszają mnie nawet na spotkania towarzyskie. Oficjalnie? „Bo wiesz, wszyscy będą z kimś, a ty sama jesteś. Żebyś nie czuła się nieswojo”…

Żeby jeszcze była typem „flirciary”. Ale zrobiła rachunek sumienia – jej stosunek do znajomych mężczyzn, mężów i partnerów koleżanek nie zmienił się po rozwodzie. Jest chyba jeszcze bardziej zdystansowana.

Karolina jest 7 lat po ślubie. Ma 43 lata, wysportowane, zadbane ciało i uwielbia się śmiać. Z uśmiechem jej pięknie i bardzo do twarzy. Rozwód był dla niej prawdziwym przełomem. Mąż, znany prokurator, znęcał się nad nią psychicznie.  – Żyłam w tym związku z przekonaniem, ze jestem nikim, że nie mam nic, bo tak naprawdę wszystko należy do niego – opowiada. Nie mieli dzieci, na szczęście. On musiał być zawsze na pierwszym miejscu, dziecka by nie zniósł. Po rozwodzie Karolina długo chodziła na terapię, długo uczyła się od nowa, że jest kimś wartościowym i mądrym.

Pozbierała się, razem z siostrą założyła własną firmę tłumaczeniową, jest szczęśliwa, dobrze zarabia. Jednak z licznego grona koleżanek, zostały jej jedynie dwie.

­– Miałam zawsze dużo znajomych. Wszystkie zgodnie twierdziły: „powinnaś go rzucić, zacząć nowe życie, znaleźć faceta”. Z tych, z którymi nadal jestem blisko, jedna jest samotna z wyboru, druga szczęśliwie zamężna. Szczęśliwie – podkreśla Karolina – czyli nie obawia się rozwódek. Karoliny nie zaprasza się na spotkania towarzyskie, odkąd zafundowała sobie „metamorfozę” – nową fryzurę i kolor, które odmłodziły ją o dobre 10 lat. No i odkąd okazało się, że ma całkiem niezłe nogi. Na Sylwestra chodzi do kina, na seanse filmowe, albo wyjeżdża w góry. Karolina chciałaby się zakochać, ale nie goni za miłością. Uważa, że jak coś ma przyjść, to przyjdzie i nie należy tego przyspieszać. Na ostatnim spotkaniu towarzyskim z dawnymi koleżankami – imieninach jednej z nich – miała na sobie piękną, niebieską sukienkę odsłaniającą ramiona.  Bała się przywitać z partnerami koleżanek, bo czuła niespokojne spojrzenia ich żon. A panowie, owszem spoglądali, zagadywali. Na wszelki wypadek odpowiadała monosylabami.

– Śmiałyśmy się potem z tymi moimi dwiema koleżankami, „które zostały”. Że dorośli ludzie, a się tak pilnują. Że tyle lat związku, a pojawia się „wolna” kobieta i nagle panika. Ale tak na dłuższą metę, nie czuję się z tym dobrze.

Karolina i Ewa uważają, że ich otoczeniu nie na rękę z tą ich wolnością, niezależnością, na nowo odkrytą kobiecością.  – Zobacz – mówi Ewa – tyle się mówi, żeby kobiety o siebie walczyły, żeby uciekały od złych relacji. Ale kiedy to się dzieje, kończy się babska solidarność…


Zobacz także

Na miejsca, gotowi, start. Bieganie ma być przyjemnością, a nie wyścigiem. Akcja „Polka na diecie”, dzień #15

Poznaj pięć kroków do lepszej organizacji czasu

Remonty – sport dla odważnych. Brzmi znajomo? Co nas nie zabije, to nas wzmocni