Lifestyle

Jaka matka – taka córka, czyli dlaczego tak bardzo zawsze chciałam być inna

Świeża Rozwódka
Świeża Rozwódka
13 kwietnia 2017
Fot. iStock/swissmediavision
 

Niedaleko pada jabłko od jabłoni, jaki ojciec, taki syn i szkoda wymieniać dalej, jakże dzisiaj nieaktualnych powiedzonek naszych babć. Bo nieaktualne, taka prawda. Jestem totalnym zaprzeczeniem swojej mamy.Myślami wróciłam do czasów swojego dzieciństwa. Nikt się mną nie zajmował. Nie zajmował oczywiście w dzisiejszym sensie „zajmowania się”. Miałam 8 lat, na szyi klucz, w drodze powrotnej ze szkoły odbierałam swoją młodszą siostrę z przedszkola, odkurzałam całe mieszkanie, a za pięć piętnasta wstawiałam obrane ziemniaki na obiad. Taki codzienny rytuał. Dzisiaj co najwyżej, klucz można sobie powiesić na szyi w celach ozdobnych lub wytatuować.

Mama wracała z pracy o 15:15 i była bardzo zmęczona. Nie latała z nami na zajęcia popołudniowe, nie siedziała przy odrabianiu lekcji, nie czytała lektur na głos. Tak sobie po cichu myślę, że dzisiaj odebrano by jej prawa rodzicielskie, bo pozwalała nam na totalną samodzielność: samodzielne wałęsanie po mieście, chodzenie na wszystkie zajęcia pozalekcyjne, na naukę tańca w ośrodku kultury. W domu mnie nie było. Do biblioteki miałam daleko i kiedy tylko trzeba było obgadać ważne sprawy z dziewczynami, bywało, że latałam do niej trzy razy w tygodniu! I co dziwne, nigdy włos mi z głowy nie spadł, nie potrącił żaden samochód. Pamiętam słowa swojej mamy, które towarzyszyły mi przy każdym wyjściu: „Tylko niech ci się coś stanie, to popamiętasz!”… No, nie mogłam sobie na to pozwolić, to zrozumiałe. A kiedy po trzynastu latach przerwy urodziła się najmłodsza siostra, mama wstawiła nam (mi i mojej siostrze) łóżeczko do pokoju, bo chciała się wyspać. O prasowaniu pięćdziesięciu tetrowych pieluch dziennie – nie wspomnę.

Ileż w nas było empatii dla tej naszej dzielnej mamy, która urodziła troje dzieci. Urodzić troje dzieci, to jest coś, nie to, co dzisiaj. Nawet medal honorowy dostała z takiego specjalnego koła rodzin (ale chyba nie dawali już później za kolejne etapy wychowania). A kiedy ostatnią nadzieję na poznanie bardzo przystojnego syna sąsiada odebrał mi okropny wózek, którym musiałam telepać się z małą siostrą po ulicy na spacerach, pomyślałam, że ja swoim dzieciom nigdy tego nie zrobię i będę wszechobecna na każdym etapie ich życia. Jedyne, czego chciałam, to mieć takiego męża, jak mój tata. Moja babcia zawsze mówiła o nim, że „żywcem pójdzie do nieba”. Szybko zrozumiałam dlaczego, a z każdym dniem przekonywałam się o tym coraz bardziej. Dzisiaj nie ma już takich facetów. Dodam tylko, że to mówiła mama mojej mamy, więc nie ma co rozwijać tematu. No i dodam jeszcze, że nie trafiłam na takiego mężczyznę, jak mój tata.

Jak to możliwe, że nie zginęłam bez tej matczynej obsesji, że „wyszłam na ludzi” i właśnie za to kocham dzisiaj swoją mamę najbardziej? I to nieinteresowanie się każdym dniem moich zmagań ze wszystkim dookoła powoduje, że z tym większą ochotą dzielę się z nią sukcesami, finałem swoich spraw. Sama, przywiązana pępowiną do swoich dzieci, która już zaciska się na mojej szyi, (bo przecież nie ich), tak bardzo chcę zrekompensować im swoje porażki życiowe, że za chwilę się uduszę, jak nie odpuszczę.

Ale i może dlatego z kolei tak tęsknię za kimś, kto jak mama mojej znajomej przyjechałby do mojego domu, zrobił za mnie porządek w moim życiu…


Lifestyle

A – jak alimenty, czyli alfabet świeżej rozwódki

Świeża Rozwódka
Świeża Rozwódka
22 kwietnia 2017
Fot. iStock/AleksandarNakic
 

Alimenty są jak wrzód na tyłku każdego mężczyzny, który rozstaje się z matką swoich dzieci. Do dzisiaj nie zbadano, co ich tak boli najbardziej, portfel, czy duma. (celowo pomijam przypadki, kiedy to rozwódka musi płacić alimenty, bo całe życie dziada utrzymywała i musi zapewnić mu godne warunki, do jakich go przyzwyczaiła).

Cóż więc jest takiego niewygodnego w tej, jakże bolącej sprawie?

Ojciec moich dzieci, z którym się rozstawałam twierdził, że alimenty płaci się tylko kobietom lekkich obyczajów, więc żeby go nie ranić używałam słowa – mecenanty , od słowa „mecenas” – patron, opiekun.

W ogóle uważam, że rozprawa alimentacyjna, jest swoistego rodzaju przypowieścią o człowieku, który odchodzi… „Po alimentach ich poznacie” – rzekłabym nawet. W tej jednej sumie, wyszarpywanej z gardła facetowi, któremu urodziłaś dzieci, jest coś odbierającego godność nam, kobietom, które zostają z całym tym gównem po rozstaniu. Niebywałe jest również ich przekonanie, że to pieniądze, które rozpuścimy na waciki i inne własne przyjemności, bo przecież sumy są to zawrotne, a my już do 18-tego roku życia będziemy dzieci karmić zupą z proszku i podrzucać sąsiadce na wakacje, wysyłając fotki z parówkami znad morza. Zadziwiający jest również wyraz ich twarzy, kiedy pierwszy raz dostają podsumowanie wydatków, jakie ponosimy każdego miesiąca na dziecko. – Co to jest? Jedna para spodni kosztuje 80 złotych?? I nie wiesz, czy masz się śmiać, czy płakać, czy nie machnąć ręką na te całe alimenty dla świętego spokoju. O nie, drogie Panie po rozwodach, nie ma świętego spokoju, nic takiego nie istnieje. Ja po czterech latach od „rozwodu” spokój mam tylko wtedy, kiedy mój były „mąż” kłóci się ze swoją obecną kobietą. Zabawne są te zwroty akcji, ale o tym w kolejnym odcinku

Ja nie dopilnowałam sprawy alimentów przy rozstaniu, bo uwierzyłam w dobrą wolę i stwierdzenie – „będę płacił za szkołę”. „Będę płacił za szkołę” dzisiaj bowiem oznacza: opłać obiady, zajęcia dodatkowe, opiekę na świetlicy… No i tak obcinał z roku na rok, a ja tylko z wezwań do zapłaty orientuję się, ile jeszcze dołożyć. Opłacam wszelkie „bieżączki”, dlatego tatusia stać na zakup kilku markowych rzeczy w roku i wakacje zagranicą. Z pewnością nie jest po równo, a już z pewnością nie według potrzeb.

Im bardziej starałam się być w porządku, tym więcej gnoju leciało na moją głowę. I wtedy mnie olśniło. Jeśli już dostaję za wszystko, jak leci, to przynajmniej niech będzie wiadomo za co! Przede mną kolejna rozprawa alimentacyjna i postanowiłam pójść na całość. Kujcie drogie Panie żelazo, póki gorące. Zdanie na swój temat i tak znacie, bo przecież znacie. Była teściowa: „Zawsze była pazerna”, były mąż: „Tylko pieniądze są dla ciebie najważniejsze”, obecna kobieta byłego męża: „Dziwię się, że nie ma w sobie za grosz godności”. Brzmi znajomo? Dlatego nie odpuszczajcie żadnej złotówki, honor zakopcie razem z pamiątkami z małżeństwa (ok, ślubne zdjęcie na pamiątkę dla waszych dzieci może zostać) i zalejcie cementem. Wiem, co piszę.


Lifestyle

Fazy rozwodu i rzeczy, których nigdy rozwódka nie chciałaby słyszeć. A słyszy…

Świeża Rozwódka
Świeża Rozwódka
13 kwietnia 2017
Fot. iStock/Dobino

Z rozwodem jest trochę jak z żałobą. Przechodzisz dokładnie takie same jego fazy. Być może tylko częściej rzucasz mięsem. „Z dwojga rzeczy, lepiej w tę stronę” – jak mawiał Shrek.

U mnie było dokładnie tak samo. W pierwszej fazie, kiedy odkryłam, że jestem ewidentnie robiona w konia, przeżyłam szok i otępienie. Z trudem docierały do mnie dowody, a ja sama zachowywałam się jak zahipnotyzowana. Potem spędziłam noce na tęsknocie za dawnymi czasami i zwyczajnie było mi żal, że wszystko, co dobre dawno już za mną. Niestety. To było przełomowe odkrycie, ale kiedy w pełni do mnie dotarło, zaczęła się faza dezorganizacji i rozpaczy. Nie mogłam spać, bałam się wyjść z domu, nasłuchiwałam jak królik szelestu orlich skrzydeł pod drzwiami i zalewałam się łzami ze strachu.

Po ciężkim okresie niezrównoważenia emocjonalnego, przyszedł czas na reorganizację. Zreorganizowałam się solidnie. Bezsilność zamieniłam we wściekłość, dzięki czemu miałam taki przypływ energii, że można było ją wykorzystać do skoszenia trawnika o powierzchni 5 hektarów. Co najmniej. Energia ta pozwoliła mi przeprowadzić się w ciągu kilku godzin do nowego mieszkania, przygotować stosowne papiery i spojrzeć „śmierci” w oczy.

Przefarbowałam włosy, wyjechałam na tydzień wakacji i założyłam firmę. Nawet zaczęłam się odchudzać. Zmotywowała mnie nowa kobieta byłego męża (no dobra, była po prostu chudsza ode mnie) i chęć wyjścia do ludzi. Stan odchudzania trwa do dzisiaj, ale ludzi poznaję ciągle nowych. I to jest największa frajda. Bo od nich słyszę zupełnie co innego, niż od „starych”. Przede wszystkim nie chcą mi pomagać za wszelką cenę i nie traktują jak ułomnej. I żeby niepotrzebnie się nie rozwijać, zrobiłam po prostu spis najczęstszych wyrażeń, które zdecydowanie popychały mnie w etap rozpaczy, niż reorganizacji. Nie żebym była złośliwa, umówmy się po prostu, że my rozwódki, wolałybyśmy tego nie słyszeć.

1. On nie był Ciebie wart

Na pierwszym miejscu zdanie, które słyszałam przynajmniej kilkaset razy. Że niby wyszłam za mąż za idiotę, idiota jest ojcem moich dzieci, a wszystko przez moje niskie poczucie wartości. Bo przecież, jeśli byłabym bardziej dowartościowana, nigdy w życiu za idiotę bym nie wyszła, prawda? Dodajmy jeszcze, że z reguły mówią to „przyjaciółki”, którym rzeczony idiota zawsze bardzo się podobał.

2. Czas leczy rany

Oskar dla tego nieśmiertelnego powiedzenia. Najbardziej znienawidzone zdanie wszystkich zdradzonych, porzuconych, którym świat właśnie się zwalił na głowę i w dupie mają fizyczne teorie na jego temat. Ale słyszymy je statystycznie rzecz biorąc 10 razy od pięciu przyjaciółek przez pierwsze dwa miesiące. Masakra.

3. Za dobra byłaś dla niego

To najbardziej kuriozalne stwierdzenie, które podejrzewam słyszy każda jedna kobieta, kiedy rozstaje się z facetem. Ma poprawić samopoczucie i utwierdzić w przekonaniu, że „mężczyźni wolą zołzy”. Nie wiem kto to wymyślił, ale wiem, że każdy jeden, który miał za dobrze i postanowił szukać lepszego, zawsze wracał. A tego umówmy się, nie chciałybyśmy.

4. Rozwód to nie koniec świata

Pewnie, że nie koniec, tylko dlaczego ciągle trzeba o tym przypominać?

5. Zawsze mogłaś trafić gorzej

– Słyszałaś? Mąż tej córki Kryśki, tej mojej koleżanki z biura, co ci mówiłam, no wiesz, ta, co u nas była, co jej matka wzięła kredyt na organizację wesela, pamiętasz, no! Powiem Ci, ta dopiero ma życie. Mąż ją leje, Kryśka spłaca wesele, rozwieźć się nie mogą, bo ta Kasia jest w ciąży… Ty ciesz się, że tak nie skończyłaś.

Tak. Moja mama zawsze wiedziała, jak mnie pocieszyć. I tylko wizja mojej hipotetycznie zakrwawionej twarzy pozwalała mi dziarsko wziąć się za siebie i dziękować Bogu za łaskawy los.

Każda przeżywa po swojemu. Takie ludzkie prawo. Targane po sądach, szantażowane przez ciągle jeszcze mężów, a te z większym szczęściem przez byłych, chwilowo nie nadają się do życia. Zwłaszcza towarzyskiego. Wracają do żywych zgodnie z własną potrzebą. Od czasu do czasu potrzebne są lekkie wstrząsy (na przykład świeżo doczepione rzęsy u nowej zdziry męża, czy zdjęcie „szczęśliwej pary” u niego na Facebooku). Każdy impuls jest dobry, oprócz poklepywania po ramionach. Czas wziąć się w garść. Szkoda go po prostu.