Lifestyle Związek

Małżeństwa z rozsądku, bo wpadka i dziecko, albo latka lecą, a tu stara panna i czas się ustatkować

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
6 maja 2022
Fot. iStock/olegbreslavtsev
 

Małżeństwo. Jest taki moment w życiu, gdy decydujemy się związać z drugą osobą. Świadomie lub mniej świadomie. Dać jej swoje słowo. Ślubować. Przysięgamy, że będziemy kochać, szanować, wspierać, być wiernym w myślach, słowach i czynach, do końca życia. Słowa przysiąg są różne. Od tych standardowych proponowanych przez księdza czy urząd po własne, znalezione gdzieś w wierszach, słowach piosenki czy scenach z filmu. Patrzymy sobie w oczy, wkładamy na palce obrączki i ślubujemy  ważne zaklęcia i obietnice. Moment magiczny. Połączenie. Czy na zawsze?

Świat zwierząt, roślin też się kocha, a jednak nie przysięga sobie. Nie mają i nie potrzebują ślubów i przysiąg. Wybierają siebie i są ze sobą. Zmieniają partnerki czy partnerów? Tak. A my tego nie robimy? Jedni decydują się być ze sobą na całe życie i przetrzymać wszystkie burze, trzęsienia, posuchy i katastrofy, a inni tego nie chcą i każdy pretekst jest dobry do zerwania i poszukania innej osoby. To po co nam ślub?

Co nam daje małżeństwo?

Od kilku tygodni chodzę z tym pytaniem. Byłam już małżonką. Dziesięć lat byliśmy w związku bez ślubu i było dobrze, ale partnerowi to nie wystarczało. Ciągle posądzał mnie o niewierność i to, że nie zna wszystkich moich myśli i światów. No cóż, każdy ma swoje piekło w głowie i projektuje to na drugą osobę. Zapytałam się, czy jak zgodzę się być jego żoną, to czy to go uspokoi? „Tak”. Pobraliśmy się. On szczęśliwy, biegający z certyfikatem ślubu dookoła kościoła. Rodzina i przyjaciele w euforii, że „wreszcie”. A ja zdjęłam od razu obrączkę z palca, bo czułam, jak ten kastet mnie uwiera i pali. Przyznałam sobie w duchu, że tak naprawdę to zrobiłam jakąś transakcję, ale nie wiedziałam, czy do końca opłacalną dla mnie. Przetrwaliśmy jeszcze cztery lata. Jakieś takie byle jakie. Nie było tego żaru i wszystkiego tego ważnego, co na początku.

Mentalny spadek

Patrzę sobie tak z perspektywy na związki w mojej rodzinie. Jakie były i co ja dostałam mentalnego w spadku? Patrzyliście kiedyś, jak wyglądały małżeństwa waszych rodziców, dziadków? Czy były z miłości, czy z rozsądku, a może aranżowane? Uzależnienia, mezalianse, przemoc, a może romantyzm i miłość po grób? Ja poszperałam i zaniemówiłam. Nie ma przypadków.

Do dziś są państwa jak Pakistan i Indie, w których małżeństwa są aranżowane. Nie wyobrażam sobie związać się z człowiekiem, którego nie znam. Kiedyś, w arystokracji, aranżowano śluby dzieci z dziećmi, lub dzieci ze starszymi ludźmi, wszystko po to, aby zawrzeć sojusze między państwami, wzmocnić skarbiec, zapewnić następcę. Dramaty kobiet, które nie mogły decydować o sobie i o swoim łonie. Miały obowiązek zrobić co im się każe, bo miały służyć państwu.

W jednej z firm, w której pracowałam, mieliśmy w naszym oddziale, w Pakistanie kierowcę z grupy etnicznej Pasztunów. Jechaliśmy któregoś dnia razem i kierowca opowiadał mi o swojej rodzinie: „Madame, mam żonę. Ale nie taką, którą kazano mi poślubić, tylko taką, którą sam wybrałem, bo tak ja chciałem bez względu na tradycję. Ja ją kocham. Bardzo. A ona kocha mnie. Jest w ciąży. Czekamy razem na poród”. Za kilka dni w nocy telefon do biura. Odebrał kolega, który był szefem oddziału „Sir, mam syna. Żona zdrowa. Jesteśmy szczęśliwi”, powiedział do telefonu kierowca. Byliśmy drugimi osobami po jego rodzicach, do których zadzwonił.

Obok druga historia, z tego samego miejsca. Pakistański księgowy, z zacnej i znanej rodziny fabrykantów tkanin. Małżeństwo aranżowane. Z początku nie kochali się, nic nie wiedzieli o sobie, nie znali się. Rodziny zadecydowały o ich ślubie. Jednak miłość zakwitła. Niestety żona księgowego nie mogła mieć dzieci. Okazało się, że jest bezpłodna. Siedzimy oboje z księgowym w restauracji, a on płacze: „Aga, kocham ją. Rodzina kazała mi ją wyrzucić z domu, bo nie będę miał kontynuacji rodu, a mnie to w ogóle nie interesuje. Chcę być tylko z nią. Co mam robić?”. Tylko ucieczka by ich uratowała i wieczne potępienie rodzin. Trudny wybór i w tych okolicznościach kulturowych równoznaczny ze śmiercią.

Małżeństwo, które może dać wielkie szczęście…

…może być wielką rozterką, wyborem i to ekstremalnym. Samo przysięganie sobie, że „na zawsze” jest piękne i romantyczne, ale z drugiej strony, czy mamy prawo uzależniać drugą osobę od siebie? Zabierać wolność? Bo przysięgałaś! Nikt i nic nie jest dane na zawsze. My się zmieniamy i otoczenie, ludzie i partnerzy też się zmieniają. Być razem na całe życie to wielka sztuka przez duże „S”.

Małżeństwa z rozsądku, bo wpadka i dziecko potrzebowało ojca, bo co ludzie powiedzą, bo we dwoje łatwiej przeżyć niż samemu, bo latka lecą, a tu stara panna lub wieczny kawaler – czas, aby się ustatkować. Lub chcę dziecko, a jakiś się nawinie, to zrobi, ale dziecko ważniejsze niż partner itd. Składanie sobie przysięgi bez miłości i przekonania, że to jest to, czego chcemy. Tworzenie układu, który na jakiś czas służy, a miłość może się z czasem pojawi. Może, ale nie musi.

Miłość. A może bardziej przyzwyczajenie? Nie piszę tutaj o małżeństwach dla celów majątkowych, chociaż to wcale nie jest rzadkość, czy małżeństwach, które zawiera się dla obywatelstwa. W czasie przysięgi, ślubowania, nie zdajemy sobie sprawy, że oddajemy kawałek siebie, że ta przysięga pozostaje w nas, że gdy naprawdę kogoś pokochamy innego, to ta przysięga będzie nas blokować. Będzie wywoływać poczucie winy i zdrady. Słowa mają moc. Że małżeństwo to absorbowanie zwyczajów i programów małżonka oraz naszych w małżonku.

Czy ktoś z was robił rytuał oczyszczania siebie po małżeństwie?

Uwolnienia tego, czym w małżeństwie się nasiąka czy się chce lub nie? Dziwnie brzmi, a jednak. Potem nie rozumiemy, dlaczego kolejne związki są podobne do poprzedniego. I schematy i partnerzy oraz to, jak projektujemy swoje lęki na nowych partnerów, którzy nigdy tego nie doświadczyli co my. I powstaje błędne koło z pytaniem: „Dlaczego ciągle takich samych przyciągam?”.

Nasze obecne czasy to partnerstwa. Życie razem bez papierka. Szkoda, że nie jest to uszanowane przez system podatkowy, kościelny, lekarski, prawny. Słowo „konkubina” brzmi dla mnie jak kwoka, która nie może znieść jajek. Jak ktoś wybrakowany, a przecież jest to wybór bardziej odpowiedzialny i wymagający większego wysiłku bycia razem i szanowania drugiego partnera, niż ceremonie, które urządza się dla wszystkich. Często na pokaz.

Jest taki program „Ślub od pierwszego wejrzenia”. Nie mogę się nadziwić ludziom, że decydują się przysięgać nieznanej osobie, którą na ślubie widzą pierwszy raz w życiu na oczy. A decyzję o ich połączeniu podejmują obcy im ludzie. Raz się uda, a raz się nie uda i się rozchodzą. Przecież to rozstanie, rozwód to forma żałoby. Nie jest to dla nas obojętne. To często skaza, która blokuje nas na inne związki, a my decydujemy się na małżeństwo jak na połknięcie pigułki od bólu głowy. Z intymnego spotkania robi się telewizyjne show dla obcych ludzi, którzy potem w tysiącach lajkują swoich „bohaterów”. Okey może jest to droga do kariery sprzedawczyni kremów. Ludzie docierają się i poznają latami, a tutaj jest na to miesiąc…

Małżeństwo to dla mnie miłość i wolność, uszanowanie i akceptowanie drugiego człowieka takim, jakim jest. Codzienne dodawanie sobie skrzydeł i troszczenie się, aby drugiej osobie było dobrze. To nie związek dwóch połówek, ale dwóch całości, kompletnych i świadomych. To wiara w miłość bezwarunkową i umiejętność dawania i otrzymywania. To także miłość puszczenia wolno ukochanego człowieka, który jak ptak chce odfrunąć… mimo że wspólne kredyty, dom i zobowiązania. Hehehe.

Zobacz także: Pech, zdrada, smutek, rozłąka… Oto najpopularniejsze i najbardziej „hardkorowe” ślubne przesądy. Znacie, wierzycie?


Lifestyle Związek

Kobiety! Na spokojnie. Dać im się poderwać, pooglądać taniec godowy, a niech się namęczą

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
13 maja 2022
fot. uzhursky/iStock
 

Randki w sieci. Nie. Nie Tinder, a Facebook. Ponad miesiąc temu gruchnęła we mnie ilość ponad 100 zaproszeń od mężczyzn. Dziennie. I tak przez miesiąc. Nigdzie nie klikałam, ani na randki czy jakieś fora, gdzieś pewnie algorytm wrzucił mnie do propozycji znajomości. Nie wiem, bo się nie znam. W każdym razie, to było bardzo ciekawe doświadczenie. Przede mną otworzyła się galeria przedstawicieli płci męskiej w wieku od 24 do chyba 70 lat. Z czasem pojawił się przegląd narodowości.


Oczywiście, gdzieś tam w środku, jak w romantycznym filmie, odpaliło się we mnie, że może właśnie tu znajdzie się ten jedyny i wyśniony. Z drugiej też strony była taka ciekawość, co dalej z tym będzie, a ponieważ jestem empatką, to też trudno mi było wszystkich wykasować za jednym razem. Zrobiłam casting, czyli przegląd, kto i co?

Pięknotek

Jako estetka, oceniłam najpierw wygląd. No różnie z tym bywało. Wysocy, niscy, z brzuszkiem, chudzi, szkieletory, z włosami lub bez, zadbani lub mniej, z uzębieniem lub jego brakiem, czyli w bezzębnych uśmiechach. Anyway, prężyli na zdjęciach swoje muskuły i wypinali pierś. Patrzyli groźnie, radośnie lub niczym pies Pluto merdali zalotnie. My, kobiety, jesteśmy bardzo krytyczne, kiedy zamieszczamy zdjęcie na Facebooku czy Instagramie, stresujemy się, żeby nie być źle ocenioną. Czy nam się marszczy coś, czy nie, czy widoczna jest fałdka, a nogi za grube, czy za krótkie, no i co mężczyźni mogą powiedzieć? Przecież z nie wystartuje do mnie Banderas, Daniel Craig czy Chris Hemsworth. Nawet jakby napisał, to nie odpowiedziałabym, bo co? Na pewno się pomylił. A tu? Huzia na Józia.

Panowie absolutnie bezkrytycznie ze swoim wyglądem i oczekiwaniami wobec mnie, zaczęli składać liczne oferty i badać teren. Bo przecież kobiety po jednym takim ryknięciu lwa, powinny po nogach sikać, że oni nas chcą. Od razu też lecą ze swoim programem: „co robisz, bejbe? Kiedy się umówimy? Widzę, że Ci się podobam prześliczniutka i przemilutka Agusiu i życzę Ci miłego dzionka”.

Kiedyś ktoś dzwoni na Messengerze, w pośpiechu odbieram, nie sprawdzając kto. A tu jakiś starszy, z łysym nieładem na głowie gość siedzi, uśmiecha się do mnie z brakiem zęba na przedzie i kiepując popiół z papierosa na ekran telefonu – czyli na mnie – pyta: „Co porabiasz mała?”. Eeee yyyy … „wiesz mam drugi telefon. Oddzwonię”. Były też liczne sondaże, w drugim zdaniu nowej znajomości padało pytanie, czy jestem wolna, czy mam dzieci, ile mam w biuście i jaki lubię seks?

Byli też i tacy, co koniecznie na randkę, nawet znaleźli lokal – a niezły – po czym zmieniali zdanie, że najlepiej się spotkać u niego w domu, bo ma duży telewizor i razem pooglądamy filmy. Kilku pojawiło się z oświadczynami. Opowiedzieli, że chcą mieć prawdziwy dom, kobietę, przysłali wyciągi z banku, ile zarabiają i jak są uczciwi i szczerzy. Przez neta się oświadczyli i że przyjadą nawet z drugiego końca Polski. Było to wzruszające, wręcz budzące litość, ale na dłuższą metę graniczyło z jakimś zaburzeniem. Bardziej wytrwali zaczęli przesyłać kiczowate – lukrowate liściki z różyczkami i aniołkami, życząc o – 5 rano!!! – smacznej kawusi, pysznego śniadanka, miłego raneczka, cudownego południa, uroczego popołudnia, dobrej nocy cudownymi kolorowymi kocurkami i wymiotnymi aniołkami.

Aaaa były jeszcze piosenki italo disco i disco polo i amore mio. Tak codziennie aż do zablokowania konta. Aha. Zapomniałabym. Był jeden, który nie mógł zrozumieć, dlaczego się nie zachwycam nim i nie chcę się umówić. Dał mi czas do namysłu. I że jak przekroczę ten czas, to mnie zablokuje. Przed zablokowaniem jeszcze się upewnił i na koniec przysłał wiadomość „nawet nie wiesz, co straciłaś”. Nie wiem i nie wiem, czy chcę wiedzieć.

Od NYC po Mediolan czyli Nigeria na Sycylii

Potem była fala, niczym tsunami, panów podszywających się pod innych panów. Czyli pod modeli, superprzystojniaków, mówiących w języku langłidż, czyli ni to polski, ni angielski, a bliżej do raratonga. Wygląda to tak, że Pan dobiera sobie zdjęcie jakiegoś przystojniaka, no i pisze, czaruje, wzdycha, wysyła róże – wirtualnie – różne zdjęcia – i nie chodzi o jego osobistą broń masowego rażenia – ale coś tam ciekawego. No i można się nabrać, bo czasem wygląda to sensownie. Dwa razy się nabrałam.

Pierwszy raz napisał Paweł. Lekarz z Gdańska. Fajne zdjęcie, ciekawy mężczyzna. Tylko ten polski jakiś pokraczny. Pytam się czy na pewno Polak. Tak, tylko od lat mieszka w Niu Jork Citi i on już langłidż zapomniał, a bardzo misju za mną i jaka jestem biutiful. No zajebiście. Po głębszym riserczu okazało się, że „Paweł” to owszem zagranicą, ale w Nigerii – ten google tłumacz mu trochę poprzestawiał język, bo ani po polsku, ani po angielsku nie mogliśmy się porozumieć, co więcej zdjęcia „Pawła” ma kilku innych chętnych na publikowanie się pod jego wizerunkiem, czyli skuteczne hot ciacho.

Za parę dni … tutaj absztyfikant się wysilił – zaprasza bardzo przystojny Włoch w moim wieku, całkiem intersująco i intrygująco piszący. Jego hobby to tantra… Zrobiło się … parno i duszno. Mieszka na Sycylii, ale mama ma hotelik w Mediolanie i jej pomaga. Wzruszające. Przysłał zdjęcia swoje, pieska i tam tiruriru po włosku. Uroczo. Zaintrygowała mnie tantra. Podekscytowana zapytałam, gdzie się uczył, co wie na ten temat itd. Do momentu kiedy się nagrał… prosząc, że zgodnie z tantrą powinnam perfumować swoje ciało w specjalnych miejscach i prosi abym to zrobiła teraz i koniecznie zapachem jaśminu, co będzie mnie rozgrzewać przez cały dzień, a on będzie myśleć tylko o mnie.
Wow. Molto fantastiko, tylko że głos był starego człowieka, a nie dojrzałego mężczyzny. No chyba, że ta tantra go tak wykończyła i wycieńczyła, że aż gardło zdarła.

Kochane Kobiety!

Nie miejmy kompleksów. Ten eksperyment dowiódł, że przede wszystkim trzeba wierzyć w siebie, w swoją moc. Co jest dla mężczyzn najważniejsze? Nie nasze dziubki i fochy czy cierpienie w oczach „proszę, weź mnie” a szczery uśmiech na zdjęciu. Śmiejące się oczy. Bycie miłą, ale znającą swoje granice. Wybierać, tak długo aż poczujecie że to on. Nie godzić się, bo przyszedł ktoś w spodniach.

Nie gonić za mężczyznami, nie tłumaczyć ich, nie analizować bo i tak nie dojdziemy o co z nimi chodzi. Nie dzwoni? Następny proszę. Zaręczam Wam, że to doświadczenie pokazało, że jak mężczyzna jest zainteresowany to dziurę do nas wykopie. Wcale nie jest tak łatwo się ich pozbyć. My możemy być tymi królewnami i czekać na nich. Przyjdą. Dać im się poderwać, pooglądać ich taniec godowy, a niech się namęczą, a nie od razu podsuwać obiadek pod nos i full serwis. Nawet jak się ich zablokuje to będą pisać z innego konta. Ruch jest zawsze po ich stronie i oni wiedzą co mają robić. To nie są dzieci specjalnej troski i nie trzeba ich trzymać za rączkę.

W tym czasie pojawiło się też kilka wartościowych znajomości, które kontynuuję i też z których wiele otrzymałam dobrego. Jednak, już tak całkiem na serio, jest wielu pokrzywdzonych mężczyzn, którzy naprawdę szukają kobiety i chcą być z nią i dać jej to co najlepsze. Widać, że są okaleczeni przez matki lub ich brak, przez partnerki. To nie jest tak, że tylko kobieta jest ofiarą w związku. Bądźmy sprawiedliwe jak królowe, a nie sfoszone księżniczki. Dajmy tym mężczyznom szansę i czas na udowodnienie, że są nas warci. Każdy znajdzie kogo szuka. Podobno, to jakich mężczyzn przyciągamy mówi, jakie jesteśmy w środku. No … to miałam co do przemyślenia i popracowania ze sobą. Opłaciło się. Dobrej zabawy Wam życzę.


Lifestyle Związek

Ta relaksacja to powolne odpuszczanie. Jakby ktoś spuścił nam powietrze

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
1 kwietnia 2022
joga, medytacja
fot. filadendron/iStock

Medytacja. Temat chodliwy, bo dzisiaj bycie „świadomym”, czyli mającym kontakt z własnym ciałem, umysłem i duszą jest w dobrym tonie towarzyskim. Osoba, która medytuje jest w kontakcie ze sobą i przyrodą, kocha, wybacza, świeci światłem, nie ocenia i jest integralną częścią świata. Jest w workbalance i lifebalance, wibruje całym mindfulness. No dobra, to tyle tych bon-motów przestrzeni światła. A co to wszystko znaczy?

Siadasz. Jak już znajdziesz tę chwilę, że dzieci nie włażą ci do pokoju co pięć minut, bo coś tam jest w tym momencie bardzo ważnego, a mąż ma jakiegoś focha nie wiadomo o co i oby za chwilę nie przyszła sąsiadka, która się nudzi sama w domu. Dobra, jesteś. Zamykasz oczy. Wdech i wydech.

Czekaj. Może żeby „ukochanych” nie słyszeć to jakaś muzyka. Najlepiej relaksacyjna. Może jakiś healing lub women energy czy coś tam? Piszą, że wysokie wibracje i herce. O co chodzi? Nie wiesz. Ładnie brzmi, to będzie miło. Aaa… jeszcze świeczka. To światło, na którym można się skupić i od razu żeby ładnie pachniało jak w świątyni. To ma być Twój czas. Teraz jest wszystko. Zamykasz oczy. Wdech i wydech. Głęboki. Ommm jeden, ommm dwa, ommm trzy i ommm cztery. Wydech. Jest nieźle. Masz nie myśleć i skoncentrować się na polu między brwiami. Tam ma się pojawić światło. Starasz się.

W głowie przeleciało… Czy zamknęłam auto i czy pralka przestała prać? Mogliby w tym czasie rozwiesić pranie. I może jakieś zakupy zrobić na kolację? Czekaj. Masz nie myśleć. Wyłączyć się. Płyniesz. Jesteś Ty i Wszechświat. Nagle coś walnęło i drzwi z hukiem się otworzyły. Dzieci „… mamusiu tu jesteś, bo my cię wszędzie szukamy. Co robisz?”. No i po medytacji…

Powiedzenie komuś, żeby zaczął medytować, to jak zburzenie muru i jego budowa od nowa. To proces. Często wieloletni. Aby dojść do wprawy wyłączenia umysłu i skierowania uwagi na poziom serca i duszy trzeba wieloletniej praktyki. To stan fal alfa i theta, które równoznaczne są z głębokim snem, wnikaniem w siebie, połączeniem z intuicją, dostępem do podświadomości. W tym stanie wycofujemy się do świata naszego wewnętrznego i dostajemy sygnały: żywe obrazy, wizualizacje, słyszymy głos naszej intuicji, otrzymujemy dostęp do informacji z poza naszej normalnej i codziennej świadomości.

Naukowcy udowodnili, że częstotliwości alfa i theta pomagają złagodzić stres, zrelaksować się, zsynchronizować pracę obu półkul mózgu szczególnie kiedy dodamy do tego oddech (wdech raz lewą raz prawą dziurką, zaczynamy od lewej). Możemy zredukować ból, zwiększyć wydzielanie endorfin, pozyskać kreatywne rozwiązania dla naszych spraw. To podróż, często głęboka i bez trzymanki. Można zacząć od samego posiedzenia ze sobą, najlepiej na łonie natury. Poczucia jak się mają nasze nogi, biodra, piersi, ręce, barki, głowa. Jaki smak mamy w ustach, jaki zapach czujemy, co słyszymy, co widzimy pod powiekami, co czuje nasze ciało? Ta relaksacja to powolne odpuszczanie. Jakby ktoś spuścił nam powietrze.

Fot. iStock/Oleh_Slobodeniuk

Tego potrzebujemy. „Umysłowego” wyjścia z pracy i myśli o jej wynikach, zadaniach, twarzach innych pracowników i przełożonych, czy coś jest okey czy nie okey i czy nam coś nie zagraża. To samo z domem, jego obowiązkami i potrzebami. Medytacja to uwolnienie lęku, oczyszczenie umysłu, zaprzestanie kontrolowania i krytykowania siebie i innych, skupienie się na tym co tu i teraz. Wejścia w swój spokój na poziomie serca. Bo spokój tylko tam jest.

Kiedy są myśli, to niech będą, puszcza się je, nie skupia na nich. Ogląda się jak płynące chmury. Popatrzenie co nas boli i dlaczego, z czym to może być związane? Napięcia w ciele są jak supły spraw, których nie rozwiązaliśmy. Czyli jakich? Zapytajcie się siebie i zaraz będzie odpowiedź. Nie chodzi o wyczyny bycia w stanie nirwany. Wystarczy parę minut, kiedy organizm się odpręża i resetuje. To jak najlepsza drzemka.

Kiedy medytować? Mówi się, że najlepsza pora to 4 rano, albo przed snem. Powiem tak, medytujcie zawsze kiedy potrzebujecie i możecie. Wielu ludzi i mistrzów doradza, a najważniejsze jest słuchać siebie. Dobrze siedzieć ze skrzyżowanymi nogami i wyprostowanym kręgosłupem, po to aby był przepływ energii przez siedem czakr.

Dłonie mogą swobodnie przebywać położone na kolanach, a mogą być też zwrócone wnętrzem do góry, aby mieć lepszą komunikację niebo – ziemia. Można je także układać w mudry. Każda mudra ma swoje znaczenie dla naszego zdrowia, są pięknie opisane w necie.

Dla początkujących polecam medytacje prowadzone. Ponadto można znaleźć świetne relaksacje, gdzie ciało odpuszcza całe napięcie, a umysł zaczyna się regenerować i odlatywać na wyższe rejestry. Modlitwa też jest medytacją, nawet samo sprzątanie i porządkowanie jest świetną medytacją. Spacer po lesie czy parku z ćwiczeniami oddechowymi. Po prostu pobycie sama ze sobą ma najwyższą wartość.

W necie jest sporo medytacji zbiorowych. Pięknie to wygląda, natomiast to jest jak z higieną osobistą. Jak branie po kimś łyżeczki do kawy kiedy nie wiemy, kto ją wcześniej używał, czy jest czysta. Tu jest to samo. W trakcie medytacji otwieramy się z naszą energią, przekonaniami, potrzebami. Otwieramy swoje pole. Nie wiemy co jest w polach innych osób i niestety często po medytacjach zbiorowych możemy się gorzej poczuć. Ból, lęki, niejasne myśli. Dlatego i tutaj jest bardzo ważne BHP medytacji.

Najlepiej usiąść sobie samej lub z prowadzącym, do którego mamy zaufanie. Osoba, która poprowadzi nas w energii kobiecej, a mężczyzn w energii męskiej. To wszystko są istotne szczegóły dla naszego zdrowia. Po medytacji warto się uziemić. Pójść na spacer, posiedzieć na łonie natury i ciągnąć energię z ziemi od stóp aż po czubek głowy i z powrotem. Medytuj codziennie. Rano i wieczorem. Wszystko na ile jest to możliwe i kiedy możesz. Jeśli nie masz czasu, nie karz się za to. Zobacz kiedy możesz i korzystaj.

Ważne aby konsekwentnie wracać do tego stanu. Zwróć uwagę na zmiany jakie zachodzą w tobie, kiedy masz parę minut bezruchu i milczenia od codziennej gonitwy. Kiedy już uzyskasz komfort dodaj coraz więcej minut aż do dwudziestu.

fot. DianaHirsch/iStock

Możesz medytować z intencjami czyli zgłaszać do Absolutu zapotrzebowanie na to czego chcesz. Puszczasz to i zapominasz o tym. Nie kontrolujesz. Możesz zadawać pytania na tematy, które cię nurtują. Po prostu medytacja powinna mieć cel. Odpowiedzi przyjdą do dwóch dni. Bo wiedza i mądrość są w nas. Możesz zacząć dostawać nagle wiele informacji. Znam osoby mocno wizyjne, które mają przed oczami obrazy różnych sytuacji i ludzi, podróżują też w czasie i innych wymiarach. To jest możliwe – choć sama nie wierzyłam w to, a ktoś powie że to szatan – to nasza podświadomość pracuje. Podczas medytacji mamy dostęp do naszej wiedzy, doświadczeń, ukrytych potrzeb i potencjałów.

W obecnym czasie kiedy jesteśmy poranieni pandemią, a w tle jeszcze rozgrywa się wojna i huśtawka ekonomiczna, medytacja staje się złotym i bezpłatnym środkiem złapania balansu i dystansu do życia. Jedyną inwestycją, i chyba tą najdroższą, jest czas. Bezcenne jest wejście w siebie i odcięcie się od codziennego szumu, lęków i paniki. Skontaktowania się ze sobą czego najbardziej pragniemy dla siebie, co nam służy i co jest dla nas dobre, bezpieczne. Medytacja to nasz złoty schron przed codziennością.