Lifestyle Psychologia

Ło matko i córko!

rakowaPATKA
rakowaPATKA
16 stycznia 2017
Fot. Renata / archiwum prywatne
Fot. Renata / archiwum prywatne
 

Renata w tym roku będzie obchodziła swoje czterdzieste urodziny. W lipcu! Ta kobieta jest w mojej wirtualnej przestrzeni od dwóch, może trzech lat. To nie jest jakiś intensywny kontakt, ale w wielu ważnych momentach jesteśmy jakkolwiek koło siebie. Po swoich doświadczeniach z chorującymi na nowotwory, przestałam namiętnie czytać pozostawiane przez nich wpisy na ich profilach, stronach. Potrzebowałam przerwy od tego. Zaglądam regularnie do dwóch, może trzech osób. I wspieram jak tylko mogę. Zostawiam najczęściej kilka ciepłych słów, by wiedziały, że jestem obecna, że myślę o nich, że gdyby ich nie było – byłoby mi źle. Od jakiegoś czasu zaczęłam uważniej czytać wszystko u Renaty. Za każdym razem myślę sobie, że Ona choruje inaczej. A przecież na to samo. Na raka. Renata jest chora na raka piersi. Prawej! Pod koniec zeszłego roku dowiedziała się o przerzutach. Kolejna chemioterapia nie przyniosła skutku. Guzy nie są większe niż przed rozpoczęciem leczenia, ale są bardziej agresywne. I to daje większe zagrożenie.

Renata nie lubi słowa: nadzieja

Doceniam bardzo to, o czym pisze u siebie. Zamieszcza różne zdjęcia dokumentujące Jej historię. Jak jedzie na badania, na chemioterapię, jak siedzi pod gabinetem lekarskim, jak wraca do domu. Lubię zdjęcia robione w pociągach, wtedy dzieli się swoimi przemyśleniami. To bardzo wartościowe wpisy. Doceniam je, bo też wiem jak chroni swoją prywatność. Nie jest onko – zbieraczem nazwisk na Facebooku. Nie dzieli tej historii z każdą, z każdym. Jest skromna w tym chorowaniu. I głodna życia! Dwa dni temu przeczytałam Jej ostatni wpis. Rozpłakałam się. I ta myśl w tyle głowy, że we właściwym momencie. U mnie teraz trwa emocjonalna, pokoleniowa, podróż na trasie Matka – Córka. Dlatego ten wpis Renaty tak mi wszedł do głowy, wlazl do serca. Napisałam do Niej wczoraj. Zapytałam, czy nie zechciałaby podzielić się tym wpisem z innymi córkami, z innymi matkami. Zareagowała natychmiast. Napisała mi: „Ludzie z reguły za późno się orientują komu ile zawdzięczają. I ja zawsze bałam się, że „nie zdążę”. Zgodziła się i poprosiła o to, by podać imię i nazwisko Jej mamy, która dopiero dziś przeczytała wpis i zostawiła pod nim swój komentarz. Zatrzymałam się na jednym zdaniu. Renaty mama uważa, że każda matka postąpi tak samo. A ja wiem, że nie każda. Nie każda potrafi, nie każda chce.

Czasem trzeba być gotowym złapać za rękę. I poprowadzić. Córkę do matki. Matkę do córki.

Ewa Kozera, jest Pani wspaniałą matką. Nie znam Pani, ale w imieniu swoim i każdej córki, a nawet i każdej matki – pragnę Pani podziękować. Życzę Pani pogody ducha dziś, jutro i każdego dnia. Pani Ewo, te słowa są dla Pani.

Fot. Ewa Kozera / archiwum prywatne

Fot. Ewa Kozera / archiwum prywatne

Obudziłam się dzisiaj w południe. We własnym łóżku. Pies leżał pod łóżkiem, kot jak zwykle pod kołdrą. Dom. Onko-wycieczka była inna niż wszystkie. Bardzo inna pod każdym względem. Na inność złożyło się wiele czynników. Począwszy od połączenia (w sensie dojazdu), przez gościnność i przenocowanie (ale o tym osobno), po chwilowe szwędanie się ulicami Krakowa. I żadnego smogu wiszącego między ścianami budynków nie czułam. Więcej jest go miedzy ludźmi. Ale też nie tam. Tam wszyscy i wszystko jest inne. Jakby lepsze. A może to tylko moje nastawienie. Kraków. Może to moje miejsce na świecie, które mnie woła od zawsze. To co najważniejsze tam wczoraj też było inne. Od zawsze wiadomo lekarz lekarzowi nie równy. Dlatego za tym lekarzem, a właściwie za nimi dwoma, jestem w stanie jeździć wszędzie. Najpierw Poznań, później Szczecin a teraz Kraków. Że też oni tak zmieniają miejsce pracy. Dobrze chociaż, że zawsze razem. Znaczy nie, nie są parą. No chyba, że parą wyjątkowych onkologów. Prócz wiedzy, od innych różni ich klasa, kultura, umiejętność rozmowy z pacjentem. Te różnice tworzą przepaść. Przepaść, do której czasami pacjent niestety jak wpadnie, nie jest w stanie sam wyjść. Co oczywiście dodatkowo zmniejsza szanse na życie. Zanim jednak wychwalę pod niebiosa tych dwóch, od których nigdy nikt mnie wołami nie odciągnie, muszę napisać coś innego. Coś, co uświadomiłam sobie dopiero teraz. Niby to wiedziałam, niby czułam…ale chyba nie do końca i nie w pełni. Teraz, dziś i tu o tym. O Niej. Zdaje się, że i ja w takiej przepaści od pewnego czasu tkwiłam. Ale kilka zdań, gestów potrafi stać się drabiną, z której człowiek albo skorzysta, albo nie. Drabiną do czego…? Do powrotu do chęci życia. On (lekarz, ten lekarz) skonstruował drabinę, ona mnie na nią po raz kolejny wepchnęła.

Ona. Wielki mały człowiek, który jest zawsze. Jest. Bez względu na moje humory, uśmiech czy łzy, radość, rozpacz, złość, niechęć czy zobojętnienie. Bez względu na mój stan. Czy leżałam bezwładnie po operacji, czy nie było ze mną kontaktu w trakcie chemioterapii, czy wtedy, gdy ulatywały ze mnie resztki chęci życia. Ona była. Zawsze. Siedziała przy łóżku w szpitalu, płakała pod blokiem operacyjnym, trzymała głowę jak wymiotowałam wszystkimi kolorami tęczy. Zmieniała opatrunki, całowała pocięte ciało, dmuchała żeby nie piekło, okrywała gdy marzłam. Karmiła, myła, ubierała. Sprzątała, prała, gotowała. Opiekę, którą nade mną roztaczała powinna raczej sama otrzymać od mnie. Inni się zmieniali. Nie wytrzymywali. Przychodzili, odchodzili, a Ona ciągle trwała. Każde pchanie mnie w kierunku światła przepłaca niemalże ponadludzkim wysiłkiem. Ale zawsze jest. Zawsze ma czas. Nigdy nie odmawia pomocy. Działa, zanim ja zdążę pomyśleć. Może nie jeść, może nie spać abym tylko ja mogła żyć. Nie zdawałam sobie sprawy ile kosztuję Ją wyrzeczeń, ile milczenia. Ile moich wybuchów musi zdusić w sobie bym tylko „chciała”. Ile gorzkich słów przy mnie przełknęła, żeby później w samotności rozebrać je na czynniki pierwsze. A każda sylaba to bomba robiąca spustoszenie myśli, a każda litera to ostrze dłubiące w sercu. I gdy ja już bywałam po drugiej stronie złych myśli i złości, Ona padała z impetem a ciało Jej pokrywały kolejne rany. Rany, które za każdym razem sama musiała opatrzyć, zatrzymać sól, którą je nieświadomie posypałam. Mimo bólu wstawała…. wstawała i stawała na nowo z podniesioną głową i wyciągniętą w moim kierunku dłonią. Ileż to już razy. Ileż to już upadków na jej drodze krzyżowej było. Ile jeszcze będzie

Wkurzam się jak mówi „ty jesteś całym moim życiem”. Wkurzam, bo nie rozumiem. I nigdy nie pojmę fenomenu bycia i poświęcenia matki dla dziecka. Czasami chcę umrzeć pierwsza, żeby nie być ani minuty bez Niej. Dlatego tylko tu i teraz liczą się sekundy. Renata.

 


Lifestyle Psychologia

Jak przetrwać żałobę, nie oszaleć i pamiętać?

rakowaPATKA
rakowaPATKA
30 października 2016
Fot. iStock/YinYang

Wielu z nas kogoś straciło, wielu z nas za kimś tęskni. Żałoba to nic innego jak stan, w który wprowadzamy się po odejściu bliskiej nam osoby. To bolesny etap, na który większość ludzi nie jest gotowa. Bo nikt nie jest gotowy na śmierć. I to przeżywanie straty jest bardzo indywidualne. Limit czasowy? Obawiam się, że nie istnieje. Przez to trzeba przejść. Nieważne czy będzie to droga na skróty, czy też inna. 

Przez ostatni rok doświadczyłam tego przeżywania. Nie broniłam się przed tym. Moja żałoba, ta kalendarzowa, dobiega końca. Ta patolgiczna zakończyła się jakiś czas temu. Ta osobista, emocjonalna jeszcze się nie kończy. Sądzę, że to długa jeszcze droga. Ja nawet nie chciałabym jeszcze jej końca. I choć temat śmierci jest trudny i nie każdy potrafi się tym podzielić, nie każdy potrafi o tym rozmawiać. Ja to robiłam od pierwszego dnia. Nie tylko oswajałam z tym siebie i swoich bliskich, ale też grono moich przyjaciół i znajomych. Chciałam, by oni wiedzieli, że ja cierpiałam, że było mi źle, że próbowałam nie oszaleć w tym najtrudniejszym momencie swojego życia. Dziś jestem im bardzo wdzięczna za wsparcie, jakie mi okazywali. Wiem też, że oni sami uczyli się ode mnie nie tylko tych trudnych emocji, ale też oswajania się z tym, że trzeba to jednak przeżyć. Po swojemu i z różną intensywnością. Przeszłam poważny kryzys, który doprowadził do wielu zmian – tych psychologicznych, somatycznych, a także społecznych.

Nie myślałam w ogóle o pracy, nie wychodziłam z domu przez kilka dni, nie chciało mi się umyć, a co dopiero wejść do wanny, poleżeć i potem pachnieć.

Byłam pełna smutku, gniewu, złości do ludzi i przeogromnego żalu. Bardzo tęskniłam za tym młodym człowiekiem, którego straciłam. Czułam potworny niedosyt. Wylogowałam się z życia społecznego, unikałam ludzi, nie chciałam z nikim rozmawiać. Do podtrzymania relacji wystarczała mi klawiatura. Karmiłam się nieustannie tym, że skoro kilka lat temu, postanowiłam zająć się działalnością charytatywną na rzecz chorych onkologicznie – to doświadczenie, które zdobyłam a które utwardzało mój tyłek, spowoduje, że jakoś dam sobie z tym radę, że będę potrafiła sobie sama pomóc. Tak jak pomagałam wielu innym. Liczyłam na to, a jednak dla siebie nie potrafiłam znaleźć ani ciepłego słowa otuchy, ani siły. Oszukiwałam wszystkich, oszukiwałam w internecie, na swoich kanałach komunikowałam, że słońce świeci i jest tak pięknie. A tak naprawdę to słońce raziło mnie w oczy. Nienawidziłam dni, kochałam noce. Nie mogłam spać, gubiłam włosy, do życia wystarczała mi kawa. Pocieszałam się, że i tak jestem silna, bo nie topiłam się w kieliszku wina! Natomiast potrafiłam zjeść całą czekoladę. Ja, która dba o swoją profilaktykę, zaczęłam żywić się cukrem. Na efekt uboczny nie musiałam długo czekać. Musiałam poszukać stomatologa. I gdzieś w tyle głowy, od czasu do czasu, zapalała się lampka, że nie mogę tak dalej ciągnąć, bo przecież w taki sposób narażam siebie na trwałą utratę zdrowia. A przede wszystkim narażam moje dziecko, które było świadkiem mojego rozpadu. Dziecko, które robiło wszystko by odnaleźć miejsce i dla siebie w tej żałobie, była dzielna, ale też przyszedł moment, że usłyszałam:

– Mamo ja już nie wiem jak tobie pomóc. Ja już nie potrafię!

Bez wątpienia chwytało mnie to za serce, łapało za pysk, ale i tak było ponad ludzkie siły. Zmuszałam się do tego, by powłóczyć nogami do parku i móc przebiec chociaż kawałek. Dla siebie. Dla mojego dziecka, które zaczęło się o mnie najzwyczajniej bać. Sprawy się piętrzyły, ja je odkładałam. Nie wyglądało to dobrze. Moją ucieczką od rzeczywistości było rozpamiętywanie. I pisanie o tym. Zaczęłam pisać książkę, wtedy kiedy wszystko było świeże. O książce poświęconej walce z rakiem myślałam od kilku lat, ale dopiero wtedy, kiedy znalazłam się w takiej sytuacji, gdzie mogłam towarzyszyć bardzo bliskiej mi osobie – ta inicjatywa nabrała realnego kształtu i prawdziwej emocji. I w taki też sposób postanowiłam przerobić to wszystko – co się ze mną działo. Wracałam do hospicjum, do miejsca w którym odszedł mój bliski. Początki były trudne, potrafiłam rozpłakać się nawet w autobusie, w który wsiadałam, a który się kojarzył. Jednocześnie odczuwałam przejmującą tęsknotę i pewnego rodzaju ulgę, gdy przebywałam w hospicjum. Dlaczego wracałam do tego miejsca? Dlaczego nie unikałam go? Może dlatego, że to tam był ostatni przystanek mojego bliskiego. I tylko tam mogłam pójśc. Prawdą jest, że wszystko tam przypominało i ból i cierpienie, ale też przypominało najpiękniejsze wspólne momenty. Gdy widziałam innych chorych, ich bliskich, śmiech przez łzy, rozpaczliwe łapanie każdego oddechu – moje serce klękało. I to było takie mi bliskie. Cieszę się, że nie uciekałam od tego miejsca, że nie znienawidziłam, że nie omijałam. A nawet zapragnęłam rozwijać je, w miarę swoich możliwości. A możliwości jest wiele, czasem wystarczą małe, ale konsekwentne działania.

St Joseph's Hospice, Londyn Fot. Patka Pastwińska

St Joseph’s Hospice, Londyn/Fot. Patka Pastwińska

Może to nawet zabrzmi nieprawdopodobnie, ale ja tam odpoczywałam. Odpoczywała moja głowa, odpoczywało moje serce. Odnajdywałam inspirację. Wychodziłam silniejsza, a to dlatego, że mierzyłam się z tym wszystkim. Hospicjum to życie. I to jest niesamowite.

Po kilku miesiącach takiego bycia w tej swojej przestrzeni podjęłam decyzję o terapii. Spotkania z psychologiem, które kontynuuje do dziś – bardzo mi w tamtym czasie pomogły. Pomagają mi do teraz. W czym pomogły najbardziej? Pomogły zrozumieć złość, której było we mnie tak dużo. Na terapii trzeba być bezwzględnie szczerym i nie kontrolować siebie. Tylko wtedy to ma sens. Trzeba ze sobą nad sobą pracować. Wtedy się uda. Postanowiłam spisać wszystko to, co mnie bolało i uwierało i wysłać w liście do rodziny. To była część mojej terapii a jednocześnie niesamowita odwaga i ulga. I to było też pewnego rodzaju zakończenie jakiegoś etapu, z pewnością najbardziej bolesnego. Staram się w tym wszystkim też pamiętać,że nie tylko ja cierpiałam, nie tylko ja tęskniłam. Byli inni, którzy zostali z tym cierpieniem. Nie zawsze życie pozwala nam, by dotrzymać kroku i być obserwatorem. Ja musiałam się uratować. Dzięki temu doświadczeniu, zrozumiałam, że pewnego rodzaju egoizm jest niezbędny w życiu. Z depresją poradziłam sobie bez wsparcia środkami farmakologicznymi, mam tak, że się tego boję, po prostu. Okazuje się, że dałam radę. I dziś jestem już bardzo daleko, a jednocześnie tak blisko. Blisko wspomnień. Dziś uśmiecham się do nich, pielęgnuję je i przechowuję w sobie. Nie chciałabym i wierzę, że tak się stanie, że czas mi ich nie pozaciera. Bo ja choć z każdym kolejnym rokiem będę starsza, moje odczucia będą dojrzalsze.

Wszystkim Wam, którzy pójdziecie w ciągu najbliższych kilku dni na cmentarze i zatrzymacie się przy grobach swoich bliskich – chciałabym życzyć dobrej refleksji, ciepłych myśli, do których będziecie uśmiechać się nad palącymi się zniczami. Zadumy nad przemijaniem. Zwolnijcie prędkość. Uspokójcie swoje serca.