Lifestyle

Kubeczek menstruacyjny – do czego służy? Jak dobrać jego rozmiar?

Klaudia Kierzkowska
Klaudia Kierzkowska
1 sierpnia 2022
Fot. iStock / doble-d
 

Kubeczek menstruacyjny to innowacyjne rozwiązanie dla kobiet podczas miesiączki. Ta stosunkowo nowa alternatywa dla podpasek i tamponów, zapewnia komfort i ochronę w trakcie krwawienia. Czym kierować się przy wyborze kubeczka menstruacyjnego? Na co zwrócić szczególną uwagę?

Czym jest kubeczek menstruacyjny?

Kubeczek menstruacyjny, zwany również miseczką menstruacyjną jest środkiem higienicznym używanym w czasie menstruacji. Kubeczek ma postać małego, elastycznego pojemniczka, który w trakcie krwawienia miesiączkowego należy umieścić w pochwie – otworem skierowanym w stronę szyjki macicy. Wydzielina menstruacyjna gromadzi się we wnętrzu kubeczka.

W przeciwieństwie do podpasek lub tamponów nie wchłania krwi i wydzielin, a zbiera je w środku. Kubeczek menstruacyjny to środek wielorazowego użytku. Jego prawidłowe czyszczenie i odpowiednia konserwacja sprawiają, że może być stosowany od 6 do nawet 10 lat. Początkowo kubeczki menstruacyjne wykonywane był jedynie z gumy, obecnie do ich produkcji wykorzystywany jest głównie silikon medyczny i termoplastyczny elastomer poliestrowy (TPE).  Kubeczki menstruacyjne dostępne są w drogeriach, sklepach internetowych i niektórych aptekach. Ich cena, w zależności od materiału z jakiego zostały wykonane, waha się od 30 do 150 zł.

Zobacz również: Tampon, podpaska czy kubeczek – plusy i minusy miesiączkowej ochrony

Jak dobrać rozmiar kubeczka menstruacyjnego?

Prawidłowo dobrany rozmiar kubeczka menstruacyjnego zapewnia komfort i pełne zabezpieczenie podczas krwawienia miesiączkowego. Czym kierować się przy jego wyborze? Głównie obfitością miesiączek i przebytymi porodami naturalnymi. Pod uwagę należy wciąż również siłę mięśni Kegla, budowę ciała i uprawianą aktywność fizyczną. Kubeczek menstruacyjny dostępny jest w różnych rozmiarach i kształtach. Na stronach producentów dostępne są specjalne ankiety, które pozwalają jak najlepiej dobrać rozmiar kubeczka. Większość producentów oferuje rozmiary od S do XL. Te najmniejsze polecane są głównie kobietom o drobnej budowie, o silnych mięśniach dna miednicy, które można wzmocnić np. poprzez ćwiczenia jogi, a także nieródkom. Większe dedykowane są kobietom po minimum jednym porodzie, z obfitymi krwawieniami. Tylko prawidłowo dobrany rozmiar kubeczka i jego odpowiednie umieszczenie w pochwie sprawiają, że jest praktycznie niewyczuwalny.

Zobacz również: Migrena miesiączkowa – co może wywoływać dokuczliwe objawy i jak z nimi walczyć?

Jak założyć kubeczek?

Aplikacja kubeczka menstruacyjnego, wbrew temu co sądzą niektórzy, nie stanowi większego problemu. Już po dwóch cyklach, jego wkładanie i wyjmowanie można opanować do perfekcji. Śliska powierzchnia kubeczka zmniejsza tarcie i ułatwia wprowadzanie do pochwy. Ważne, by przed aplikacją zdezynfekować kubeczek, co najlepiej zrobić poprzez umieszczenie go w gorącej wodzie. Musimy też dokładnie umyć ręce. Istnieje kilka technik, które ułatwiają jego aplikację:

  • Złożenie w literę C – kubeczek składamy na pół po czym umieszczamy go w pochwie.
  • Złożenie w literę S – kubeczek odpowiednio ściskamy, tak by jego krawędzie utworzyły literę S, następnie umieszczamy go w pochwie.
  • Punch down – jedną ze ścian kubeczka wciskamy w środek i umieszczamy go w pochwie.

Niezależnie od zastosowanej techniki, kubeczek menstruacyjny zaraz po umieszczeniu w pochwie, dzięki wytworzonemu podciśnieniu powinien się otworzyć. By kubeczek jak najlepiej przylgnął do ścian pochwy, tuż po aplikacji dobrze jest okręcić go w palcach trzymając za jego końcówkę. Kubeczek, w zależności od intensywności krwawienia, należy opróżniać od 2 do 4 razy na dobę. By wyjąć kubeczek należy chwycić za jego końcówkę i delikatnie poruszać na boki, tak by odessać go od ścian pochwy. Następnie powoli wyciągamy go na zewnątrz, opróżniamy i dokładnie myjemy. Kubeczek można wyciągać stojąc z nogą opartą o wannę lub siedząc na toalecie.


źródło: Medonet

 

 


Lifestyle

„Nie jestem już smarkulą, co się niby puszcza na lewo i prawo. Stałam się kobietą i matką. Siłę mam… dzięki teściowej

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
1 sierpnia 2022
barbie
fot. Sandra Gabriel/Unsplash
 

„Od teściowej dostałam największe wsparcie w swoim życiu. To jej zawdzięczam całe swoje poczucie wartości”, powiedziała mi Marta. Ale jak to możliwe? Zazwyczaj słyszę, że kobiety nie przepadają za swoimi teściowymi, walczą z nimi o dominację, a czasem także o synka. „Moja też bywa upierdliwa, ale dała mi wszystko, czego nie dostałam od matki”, skwitowała.

Marta jest szczupłą blondynką z długi włosami do pasa, czarującym spojrzeniem i z lekko skośnymi zielonymi oczami. Ma przyklejone czarne grube rzęsy 3D. Jest opalona jak czekoladka. Z biustem idealnym, silikonowym w rozmiarze miseczki C. Mówi o sobie z dystansem i śmiechem, że była najpiękniejszą Barbie w całym Goleniowie. Już jako nastolatka ubierała się modnie.

„Koleżanki zazdrościły mi dekatyzowanych spodni, które mama przywoziła z Turcji na handel. Byłam śliczna, ale kompletnie tego nie czułam, dlatego musiałam wszystkim nadrabiać. Jako czternastolatka miałam długie wypielęgnowane paznokcie, jako szesnastolatka tleniłam włosy na blond i nosiłam bardzo krótkie spódnice”, mówi. Marta lubiła na siebie zwracać uwagę. Chłopcy się za nią oglądali, ale ona miała ich w nosie.

Puszczalska Barbie

Jednak z tego powodu szybko dorobiła się opinii puszczalskiej. Takie to były czasy, takie miasto.

„A przede wszystkim taki był mój dom. Dom, w którym babcia wyzwała mnie od dziwek, bo poszłam na dyskotekę w kabaretkach. Dom, w którym matka szarpała mnie za włosy, kiedy odkryła, że palę papierosy. Kazał mi potem klęczeć przed krzyżem i przyrzec, że już nigdy tego nie zrobię. Klęczałam z rękoma do góry. Modliłam się i byłam tak zawzięta, że ich nie opuszczałam ani na chwilę”, wspomina.

Marta tak naprawdę była dzieckiem grzecznym, bo nigdy już papierosa nie zapaliła. Świetnie się też uczyła, ale nikt nigdy jej za to nie chwalił. „U mojej mamy wszystko musiało być pod linijkę. Co drugi dzień wycierałam kurz z mebli, a mój brat odkurzał. Do mnie należało też mycie sedesu oraz podłogi. Sobota to już było wielkie sprzątanie: mycie okien, szorowanie całej łazienki i schodów na korytarzu. Gdy coś robiłam za późno, nie na czas, albo niedokładnie, mama mnie biła. Pamiętam taką awanturę, kiedy tak mocno wytargała mnie za warkocze, że potem siedziałam i wyciągałam całe pasma włosów z głowy w swoim pokoju. Nie, nigdy nie płakałam. Byłam okropnie zawzięta. Cierpiałam i znosiłam razy po cichu”, mówi.

Zimny chów

Zimny chów — tak właśnie określa swój dom. Marta rosła w nim bez miłości. Nie czuła się kochana, akceptowana. Nie była przytulna i chwalona. Dlatego nie wiedziała, że jest inteligentna, śliczna i warta miłości.

„Matka potrafiła zabierać mnie ze sobą na przemyt na granicę. Miałam trzynaście lat i jechałam z nią fiatem 126p, siedząc na kartonach wódki. Zatrzymywali nas celnicy. Bałam się, ale matka patrzyła im prosto w oczy. Podnosiła na tylnym siedzeniu koc, pokazywała mnie słodką dziewczynkę o wielkich naiwnych oczkach i wstawiała taką bajerę, że zawsze puszczali nas bez rewizji. A ja wtedy umierałam ze strachu, bo nie dość, że pod siedzeniem miałam wódkę, to jeszcze wiedziałam, że mama wkłada ją w drzwi pomiędzy karoserię a tapicerkę”, opowiada.

Córeczka teściowej

Marzyła, by jak najszybciej uciec tego miasteczka. Jak najdalej od kobiet, które wyzywają ją od dziwek, choć nigdy się nie puszczała. Pewnie dlatego właśnie tak szybko zaszła w ciążę facetem starszym o sześć lat. „Nie wiem, czy bym z nim była, gdyby nie to dziecko i nie… przyszła teściów”, mówi. Kiedy Leszek zawiózł ją do swojego domu, stanęła na progu, wgapiając się w czubki swoich butów. Była przestraszona, niepewna siebie, zalała ją fala nieśmiałości. Ale mama Leszka natychmiast przygarnęła ją do siebie swoim silnym, pulchnym ramieniem. „Powiedziała, że jestem najpiękniejszą istotą, jaką w życiu widziała. Gdy dowiedziała się o ciąży, miała łzy w oczach i natychmiast do mnie powiedziała: Córeczko! Tego słowa nigdy nie słyszałam od swojej matki. Ona mówiła do mnie zwyczajnie: Marta albo Martucha. Zdrobnień w naszym domu nigdy nie było”, wspomina. Kiedy więc poznała rodzinę Leszka i zobaczyła, jak bardzo (mimo różnych niesnasek) wszyscy tam kochają się i jak czułą kobietą jest ich mama, nie miała wątpliwości. Jej serce zabiło mocniej, mówiło, że chce do nich przynależeć, że potrzebuje karmić się taką miłością.

 

Od niej bukiet róż

Kiedy Marcie urodził się syn Stanisław, od teściowej natychmiast dostała wsparcie. Natomiast jej mama nie przyjechała zobaczyć wnuka przez długie miesiące. Teściowa, choć mieszkała wiele kilometrów dalej i pracowała na etacie, wpadała co dwa dni, by przywieźć obiad, przewijać wnuka, wesprzeć Martę przychylnym słowem i wytłumaczyć, jak karmić piersią. „Zawsze była ze mnie dumna. Kiedy zaczęłam pracować w sklepie, podziwiała mnie za pracowitość i za to, że chcę się  jeszcze uczyć. Doceniała zwykłe rzeczy: to, że świetnie zajmuję się domem, prasuję Leszkowi koszule do pracy, pamiętam o jej urodzinach, odprowadzam syna do przedszkola i jeszcze pracuję na pół etatu. Dla mojej mamy to wszystko była norma. Natomiast teściowa widziała, że wstaję w nocy do niemowlaka i do pracy chodzę niewyspana”, mówi. Od niej po raz pierwszy w życiu usłyszała słowa: „Marta, odpocznij”. Ona rozumiała, że czasem synowa może być zmęczona. Mówiła: „Usiądź, zdrzemnij się”. „A ja nawet nie wiedziałam, że to mi się należy. Wydawało mi się, że muszę zasuwać non stop na najwyższych obrotach. Kiedy uczyłam się do egzaminów, to teściowa zabierała wnuka do siebie. A kiedy przyjechałam do niej do domu z licencjatem w ręku, czekała na mnie na progu domu z wielkim bukietem czerwonych róż”, dodaje.

Nie jestem już dziwką, jestem już sobą

Dziś Marta czasem zastanawia się, co by z nią było, gdy nie spotkała na swojej drodze tej mądrej kobiety. „Pamiętam, że kiedy ona załatwiła mi pierwszą poważną pracę w biurze rachunkowym, poszłam na rozmowę kwalifikacyjną zlękniona. Chyba nie zaprezentowałam się dobrze, bo byłam jeszcze wtedy taką dziewczyną, która dosłownie przepraszała wszystkich za to, że żyje. Teściowa, która rozmawiała potem ze swoją znajomą z HR-ów, która mnie rekrutowała i musiała od niej usłyszeć, że się po prostu nie nadaję, nigdy nie dała mi odczuć, że się na mnie zawiodła”, mówi.

Ciekawa sprawa, bo dwa lata później jechały z teściową samochodem do kościoła właśnie z tą kobietą z HR-ów. Marta była już wtedy znacznie pewniejsza siebie i nie wstydziła się wyrażać swojej opinii. Po tej podróży znajoma powiedziała teściowej: „Ależ to jest wspaniała kobieta, masz świetną synową”. Naprawdę nie poznała Marty, tak bardzo zmieniła się i dojrzała „Pękałam z dumy. Czułam jak dzięki rodzinie mojego męża rozkwitłam i że jednak jestem coś warta”, mówi Marta i dodaje: „Nie byłam już tą dziwką, smarkulą, co się puszcza na lewo i prawo. Nie byłam tą niedobrą ladacznicą, która pali papierosy, nosi mini spódniczki i białe kozaki, bo próbuje na siebie zwracać uwagę tylko po to, by ją ktoś pokochał, albo chociaż przytulił. Nie byłam już tą małolatą, która pozwala się lać matce, za to, że niedokładnie umyła podłogę na klatce schodowej.

Stałam się kobietą, matką, żoną. Silną osobą, która wie, czego chce, która może wymagać od męża, która w pracy nie da sobie w kaszę dmuchać, która z każdym potrafi się dogadać i działać pod presją różnych trudnych sytuacji.

Czy zostało coś we mnie z tej zalęknionej i zwracającej na siebie uwagę nastolatki z Goleniowa? Chciałabym powiedzieć, że nie. Ale to byłaby nieprawda. Nadal noszę tlenione włosy, przyklejam rzęsy, robię sobie permanentny makijaż ust. Mam absolutnego świra na punkcie swojego wyglądu! Mówię koleżankom, że nie chcę straszyć ludzi, ale tak naprawdę moja niepewność siebie lokalizuje się gdzieś głęboko pod powierzchnią zadbanej, wysportowanej i nienagannie ubranej Barbie. Dziś śmieję się z tego, ale mam też świadomość, że jednak dziecięcego spieprzonego poczucia wartości nie da się kompletnie pozbyć. Ono drzemie gdzieś głęboko pod skórą. Szczególnie jak moja mama jest niezadowolona i obraża się za to, że wolę spędzić wakacje u teściowej. Bardzo wtedy jej humory przeżywam. Muszę więc zadzwonić do przyjaciółki, porozmawiać z bratem i mężem. Muszę to przegadać i usłyszeć od nich, że jestem już dorosła i mam prawo spędzać urlop, tak jak chcę”.

 

 


Lifestyle

„Miał język, który wydawał się wielkości piłki do tenisa, a do zębów przyklejone okruchy”

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
1 sierpnia 2022
pocałunek
fot. Taisiia Stupak/Unsplash

Naukowcy zbadali z detalami sekret najlepszych i najgorszych pocałunków. Badanie opublikowane w Journal of Relationships Research opisuje wyniki ankiety przeprowadzonej wśród 691 dorosłych Amerykanów, którzy mieli średnio 32 lata. Jakie są wyniki? Okazuje się, że większość z nas pierwszy raz pocałowało się w wieku 15 lat, w ciągu swojego życia robiło to z 18-19 osobami. Prawie połowa (44 procent) stwierdziła, że straciła zainteresowanie kimś tylko z powodu pocałunku, podczas gdy 14 procent, że zyskało je. Wszyscy deklarowali, że dobrze pamiętają „swój najlepszy pocałunek”, a 96 procent, że pamięta też ten najgorszy.

Wspomnienia najlepszych pocałunków

„Poznałam go w aplikacji randkowej. Spotkaliśmy się dopiero, kiedy odbierał mnie z lotniska. Kiedy wsiedliśmy do taksówki, żeby pojechać do naszego hotelu, zaczął mnie całować. Do tej pory nikt nie był wobec mnie tak namiętny. Wspominam to jako bardzo potężne i obezwładniające uczucie”.

„Miałam wtedy 15 lat i bardzo długo czekałam aż on mnie pocałuje. W końcu zrobił to, kiedy oprowadzał mnie do domu. Przed drzwiami, kiedy się żegnaliśmy. W tym momencie, świat zawirował mi i czas jakby przestał płynąć. To było tak ekstremalnie przyjemne uczucie, że nigdy już czegoś podobnego nie przeżyłam. Czułam jakby środek mojego ciała dosłownie rozrywało szczęście”.

„Zrobiliśmy to w jego samochodzie. Wiedziałam, że on ma żonę. Ale nas też przed laty łączyło uczucie, którego nigdy nie skonsumowaliśmy. Całował mnie tak, że najchętniej poszłabym od razu z nim do łóżka. Pomyślałam sobie, że facet, który potrafi tyle zrobić językiem w moich ustach, musi być fantastycznym kochankiem”.

„Pocałowała mnie już na pierwszej randce. Podobało mi się, że widziała czego chce. Już w tym momencie poczułem, że będziemy w łóżku kompatybilni. Po prostu w tym pocałunku było wszystko, co lubię: pasja namiętność i zachłanność”.

Większość uczestników opisywała, że swoje najlepsze pocałunki przeżyła z osobami, z którymi byli w pozytywnej intymnej relacji. Często był to ich pierwszy pocałunek z obecnym lub byłym partnerem. Niektórzy jednak największą ekscytację mieli z kimś nieznajomym. Wielu wiązało swoje najlepsze doświadczenia z konkretnymi wydarzeniami i pozytywnymi wspomnieniami, takimi jak: zaręczyny, sylwester, wakacje. Tylko 16 osób stwierdziło, że ich pierwszy pocałunek był najlepszy.

Wspomnienia najgorszych pocałunków

„Najgorsze było, że właśnie skończył jeść chleb czosnkowy. Do zębów miał przyklejone okruchy. A potem praktycznie wyczyścił sobie język usta tym pocałunkiem i jeszcze… obślinił mnie. Musiałam się wycierać dłonią, co było po prostu ohydne!”

„Miał język, który wydawał się być wielkości piłki do tenisa. Za każdym razem, gdy mnie całował, wypełniał moje usta i prawie schodził do gardła, był mokry i obrzydliwy”.

„To było naprawdę jak całowanie martwej ryby. Ona nie potrafiła oddać się namiętności. Była zimna i zachowawcza. Tak jakby przyjmowała, a niczego nie potrafiła dać. Dla faceta to ważne.”

„Całował nerwowo i bez pasji. Jego język był wąski i dźgał mnie miarowo między zęby. Nie można się było w tym zapomnieć. Nie czułam przyjemności, byłam tym zdziwiona. Nic więcej. Zero przyjemności. A potem niestety okazał się równie beznadziejnym kochankiem. Od tej pory nie chodzę już do łóżka z tymi, co się nie potrafią całować”.

Podobnie jak w przypadku najlepszych pocałunków, tylko 24 osoby stwierdziły, że ich pierwszy pocałunek był najgorszy. Dla kontrastu, większość uczestników mówiła o cechach fizycznych, opisując swój najgorszy pocałunek jako „nieprzyjemny”, „nie do zniesienia” lub „obrzydliwy”. Ponadto, w przeciwieństwie do najlepszych pocałunków, które zwykle miały miejsce z obecnymi lub byłymi partnerami, najgorsze pocałunki mieliśmy z osobami, których nie znaliśmy.

Na koniec

Naukowcy na koniec przedstawili swoje wnioski z badania. Wynika z niego, że najlepsze pocałunki zwykle mieliśmy z partnerem, którego już znaliśmy i który wywołał w nas pewną iskrę i silną reakcję emocjonalną. Natomiast najgorsze pocałunki częściej dotyczyły nieznajomych, z którymi brakowało nam intymnego związku, a sam pocałunek miał nieprzyjemne cechy fizyczne lub odbywał się w niepożądanej sytuacji. I jeszcze ciekawostka. Na pytanie, czy woleliby zrezygnować z całowania na zawsze, czy z seksu oralnego, 49 procent uczestników badania odpowiedziało, że zrezygnuje z seksu oralnego, a 23 procent, że zrezygnuje z całowania (28 procent nie mogło się zdecydować).


Zobacz także

Co bym powiedziała swojej wnuczce? Krótki poradnik 70-latki

6 chorób, których objawem jest zmęczenie

Przyjaźni nie otrzymujemy na zawsze i czasem trzeba ją zakończyć. Rozczarowania także czegoś nas uczą