Go to content

„Jest ktoś” – usłyszałam od męża nie bardzo rozumiejąc o co mu chodzi. „Jak to jest ktoś?” – spytałam…

Fot. iStock/elenaleonova

Mam 45 lat. Przez ostatnie dwadzieścia wydawało mi się, że mam cudowne życie. Fajnego męża, którego poznałam na studiach, a który był zawsze opiekuńczy. Fajną dwójkę dzieci, które teraz studiują. Piękny dom, ciekawą pracę. Czego można chcieć więcej? Ile razy słyszałam: „Ty to masz dobre życie” i nikt nie musiał mi tego udowadniać, bo sama tak czułam.

„Jest ktoś” – usłyszałam od męża nie bardzo rozumiejąc o co mu chodzi. „Jak to jest ktoś?” – spytałam, ale gdy dotarło do mnie brzmienie tych słów, już wiedziałam, co znaczy, że jest i że ktoś. Ten ktoś może miał blond włosy, mniej lat ode mnie, długie nogi i uśmiech podkręcony botoksem. Na pewno na czas pofarbowane włosy, żeby nie było widać odrostów i nigdy nie widział jej w dresie zmęczonej po całym dniu pracy i innych obowiązków.

Nie mogłam zasnąć. Jak to na idealnym zdjęciu naszego rodzinnego zdjęcia pojawiła się rysa? Przecież było tak dobrze, wszyscy nam zazdrościli, że bez kryzysów, upadków wspólnie za rękę idziemy przez życie? Ale jak to? Jak to „ktoś”? Jak on mógł tak po prostu, jednym zdaniem przekreślić wszystko to, co zbudowaliśmy, w co – wydawało mi się, wierzyliśmy.

Nie chciał odejść. Mówił o tym, ile nas łączy, ile wspólnego razem przeżyliśmy. On nie wie, jakie to ma znaczenie, czy coś z tego będzie, a może w ogóle… A ja przecież jestem, tyle lat. Skok w bok niczego między nami nie musi zmieniać. On tylko poczuł się staro i nie chciał w życiu żałować czegoś, czego nie spróbował, choć miał okazję.

Ja chyba ku*wa śnię?

Przez dwadzieścia lat naszego małżeństwa byłam cała dla niego, pełna poświęcenia i miłości. To dla niego zrezygnowałam z kariery zawodowej, zostałam w jednym pewnym miejscu pracy niezmiennym od lat, bo karierę robił on. Musiał się szkolić, wyjeżdżać na konferencje, musiał się uczyć po nocach, pracować dłużej niż inni. Byleby osiągnąć sukces. Ja byłam żoną, która prasowała jego koszule, pakowała mu walizki, która w nocy wstawała do dzieci, żeby on mógł się wyspać. Gotowałam, sprzątałam, siedziałam z dziećmi nad lekcjami, siedziałam przy ich łóżkach, gdy miały gorączkę, przytulałam, gdy zawiódł ich przyjaciel. Chodziłam z nimi do kina, wyjeżdżałam na wieś do babci. Co miałam w zamian? Męża, który mógł bez problemu piąć się po szczeblach awansów, który zarabiał coraz więcej, dzięki czemu stać nas było na cudowne wakacje, na narty czy dobre szkoły dla dzieci. Byłam z niego dumna. Byłam dumna, gdy na kolejnych konferencjach gratulowali mu osiągnięć. Byłam żoną spełniającego się faceta, żoną, która mu to umożliwiła, która miała wkład we wszystko do czego on dążył, do czego wspólnie dążyliśmy. Mówił, że to dzięki mnie, że jest wdzięczny za cudowne dzieci, za to, że zawsze na niego czekam, że nie mam pretensji, gdy on dłużej musi zostać w pracy lub pracować w weekend. Przełykałam wtedy gorycz, żal, że jemu wydawało się to takie łatwe, że uważał, iż nie stanowi dla mnie problemu siedzenie w jego cieniu. I nie, nie chodziło o to, że ja chciałam się wybić przed niego, że chciałam świecić mocniejszym blaskiem. Chciałam też się spełniać. Też mieć czas wyskoczyć na siłownię, na plotki z przyjaciółkami. Dusiłam w sobie te myśli. Przecież tak, jak jest, jest idealnie, po co komplikować.

W pracy było mi dobrze, znane kąty, przestano mi już proponować awans, bo zawsze odmawiałam, za to nigdy nie odmawiałam większej ilości obowiązków. Potrafiłam się zorganizować, a im dzieci były starsze, tym było mi łatwiej.

Efekt. On kogoś ma. Dlaczego o tym piszę? Bo chcę, żebyście zrozumiały, że zawsze w każdym związku powinniście pozostawić część samej siebie, nim będzie za późno. Przez te dwadzieścia lat ani przez chwilę nie pomyślałam o sobie. Przez myśl mi nie przeszło, żebym zrobiła to, na co właśnie mam ochotę. Nigdy. Najważniejszy był mąż, zadowoleni teściowie, moi rodzice, a później jeszcze szczęśliwe dzieci. Całe swoje życie im poświęciłam. Gotowałam obiady, słuchałam „dobrych” rad teściowej bez cienia sprzeciwu. Czekałam z ciepłą kolacją na męża bez względu na to, o której godzinie wracał, a o której ja musiałam wstać czy to do dzieci, czy do pracy. Moje potrzeby były na samym końcu. Chciałam chodzić na basen, na masaż, bo miałam problemy z plecami, ale kiedy? Kiedy? Skoro dzieci trzeba było rozwieźć, zakupy zrobić, odebrać od męża telefon z informacją: „kochanie będę później, dasz sobie radę?”. Zawsze dawałam, z czasem przestał pytać. Może bał się, że w końcu powiem, co naprawdę gdzieś w sobie czułam, że wydobędę na zewnątrz cały swój bunt przeciw temu status quo. Przyjaciółki jeździły wspólnie do SPA na weekend, ja wyjeżdżałam zawsze z mężem i dziećmi, kiedy tylko on miał czas. Zawsze razem. Jak pie*dolona nierozłączna rodzina, idealna.

Jasne, że się buntowałam, że nie chciałam być tylko kurą domową, która przy okazji chodzi do pracy. Ale on miał zawsze gotową odpowiedź: „Chcesz, zatrudnimy panią do sprzątania, do prasowania. Tylko powiedz, nie musisz robić wszystkiego”. Ale jak nie robiłabym wszystkiego, to do czego byłabym potrzebna, co bym miała? Mój status był moją wartością, nie miałam nic więcej.

Dzieci zawsze były blisko. Dopiero na studia się rozjechały. I nagle dom stał się pusty, a ja zyskałam masę dodatkowego czasu. On też. Bo nagle nigdzie nie trzeba było dzieci wozić, odbierać z imprez, zabierać na zakupy. Nie było rozmów popołudniowych i wieczornych. Zostałam sama. I nagle tych koszul do prasowania było jakby za mało. Tych naczyń do umycia także. Mniej gotowania, mniej sprzątania. Mogłam usiąść z książką, z winem bez poczucia, że czegoś nie zrobiłam. Mogłam zostać dłużej w pracy, gdzie patrzyli na mnie ze zdumieniem.

W jego życiu nic się nie zmieniło. Tylko nam zabrakło tematów do rozmów. Nie było zwykłej wymiany informacji, co u dzieci, co na obiad, jak u niego. Lista zaczęła niebezpiecznie się skracać. Nie potrafiliśmy wspólnie usiąść, obejrzeć film. Jak para obcych sobie ludzi. On patrzył na mnie ze zdumieniem, gdy wyrzucałam z siebie, że nie wiem, kim jestem, że pozwoliłam, by zabrał mi tyle lat, że on nigdy nie zauważył, jak mnie używa, że jak mógł myśleć, że to dla mnie pełnia szczęścia. Patrzył, słuchał i nie rozumiał. A ja? A ja nie wiedziałam, czego chcę, nie znałam siebie, nie wiedziałam, co lubię robić, z czym mi dobrze. Bałam się pomyśleć o sobie. Samotne wyjście do kina, teatru, kiedy jego nie było, wypełniały mi czas.

Dwadzieścia lat, kiedy zapomniałam zupełnie o sobie, a on teraz kogoś ma. On żyje swoim życiem, takim, jakim chciał, o jakim decydował, w którym podejmował samodzielnie wybory. Mówi, że mnie kocha, że łączy nas przeszłość. Ale co teraz? Co z dzisiaj? Czy dzisiaj coś nas jeszcze łączy, czy dzisiaj nie jestem już mu potrzebna, bo wypełniłam swoją rolę – matki jego dzieci i organizatorki jego życia, ułatwiającą mu sięgnięcie po to, czego on pragnął? Już to ma. Ja mogę zejść na drugi tor. I wiecie co, chyba tak zrobię, chyba w końcu muszę zadbać o siebie i pójść swoją własną drogę. Boję się jak diabli, ale na co mam jeszcze czekać? Ryzykować swoim czasem? Nikt mi go nie zwróci.

Nie przegapcie tego wszystkiego, czego ja nie zauważałam. Pamiętajcie o sobie.