Lifestyle

Kiedy zostajesz matką, przestajesz być kobietą! Błagam, nie dajcie sobie tego wmówić!

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
16 września 2016
Kiedy zostajesz matką, przestajesz być kobietą! Błagam, nie dajcie sobie tego wmówić!
Fot. iStock / Brainsil
 

Pod jakimś z tekstów przeczytałam ostatnio komentarz: „Matka jest od tego, żeby zajmować się dziećmi”. Przeczytałam nawet z trzy razy, kolejne trzy sprawdzając, czy aby na pewno ten komentarz napisała kobieta?!? Wiecie, są te profile, które małżeństwa mają wspólnie pewnie idąc tropem: „co moje to twoje” w ten sposób kryjąc wzajemny brak zaufania. Ale nie o tym.

Wracając do sedna, dla mnie taki komentarz kryje jeden słuszny przekaz: „Jak matką zostajesz, to kobietą być przestajesz”. Że jestem nadwrażliwa – być może. Że wku*wiona  – na pewno. To po prostu idealne hasło do kolejnej ustawy obywatelskiej, tym razem może odbierającej kobiecie prawo do antykoncepcji. Ach jak mogłam zapomnieć. Tego to nawet ustawą nie trzeba robić. Już wycofano chemiczną antykoncepcję. Jak się okazuje jedyny środek antykoncepcyjny dla kobiet dostępny bez recepty zniknął z aptek. Ministerstwo tłumaczy ten fakt uczuleniem kobiet na preparat… Producenci środków antykoncepcyjnych mówią o szantażu: albo się zgodzą na ich wycofanie, albo zostaną zmuszeni do usunięcia wszystkich swoich leków z aptek w naszym kraju.

Tym samym jedynym środkiem antykoncepcyjnym dostępnym bez recepty jest obecnie prezerwatywa, której przecież nie kobiety używają. Po cichu, bez rozgłosu zbędnego, bo na co ten komu, wchodzimy w dobrą zmianę. Zmianę, która każe postrzegać kobietę tylko w roli matki.

Rzeczona Pani z komentarzem pewnie się ucieszy. Wszak – rodzisz dziecko, jesteś matką. Co to za kobieta, która dzieci mieć nie chce? Co to za kobieta, która otwarcie mówi, że przerwała ciążę? Co to za kobieta, która na pierwszym miejscu stawia karierę zawodową? Tak, tak nie zdążyła zostać matką, za jakiś czas pewnie znowu jakaś kampania społeczna nam o tym przypomni i o nieszczęściu tej kobiety. A jak nie kampania to inna kobieta, która… kurczę znowu się pomyliłam – nie kobieta – matka, uczyni macierzyństwo naszym jedynym powołaniem.

Jestem matką. Ale jestem też kobietą. I wku*wia mnie niemiłosiernie, kiedy ktoś próbuje mi powiedzieć, że jest inaczej. Jestem matką, która zajmuje się swoimi dziećmi, robi im śniadania i kolacje, odprowadza je do placówek i na zajęcia. Mamą, która przytuli, wieczorem położy się koło małego ciałka, mamą, która opatrzy zdarte kolano i tą, co pyta: „jak się czujesz”. Jestem mamą, bo chciałam nią być. Bo kocham nią być, bo kocham moje dzieciaki i większego cudu poza nimi nie uznaję.

Ale na miłość boską, czy to, że zostając mamą jeszcze przed 30tką ma znaczyć, że już do końca życia mam niańczyć swoje dzieci, nie zauważać własnych potrzeb, że nie mam prawa powiedzieć: „Jeny jak mam czasami dosyć, zakleiłabym im usta, związała ręce i kazała spędzić w łóżkach całe popołudnie”. I nie prałabym im w tym czasie skarpetek, nie smażyła naleśników na kolację, ale bezczelnie z drinkiem w ręce gapiłabym się w telewizor oglądając Gesslerównę, albo inne cuda na kiju. Cokolwiek, ale w oderwaniu od bycia matką. A mordercze myśli krążyłyby mi po głowie. Co nie znaczy, że i tak nie krążą. Bo nikt za to, że zostałam matką, nie zabiera mi prawa do bycia kobietą.

No fucking way. Przyjaciółka mówi: „Ideologicznie się z tym zgadzam” z tym, że matka to matka i o swoje dzieci dbać musi. Ale żesz do diabła  – czy ona nie dba? Czy na zawsze ma pokutować na niej brzemię tej, która urodziła? Najpierw swoje dzieci do piersi przytula, a później resztę życia spędza na przytulaniu dzieci swoich dzieci?  To jedyny cel, jedyna słuszna misja? Oj pewnie są tacy, którzy tak kobietę widzieć by chcieli. Przepraszam – znowu pomyłka – matkę, a nie kobietę. Bo kim dla ludzi, którzy nami pogardzają, jest kobieta? Tylko li wyłącznie inkubatorem, który właściwą liczbę dzieci urodzić powinien. I oczywiście w bólu i krzyku bez prawa do znieczulenia, bez prawa decydowania o własnym ciele. Bo aborcja nie, bo antykoncepcja be, praca też nie za dobrze, bo kto dzieci wychowa? Nie no oczywiście, że matka. 500 zł na dziecko dostaje, niech w domu siedzi i nie narzeka. Niech nawet nie myśli, że ktoś pretensje będzie miał, że dzieciom się poświęciła.

I proszę, żeby mi tu dziecka w brzuch nie wkładano – bo oczywiście, jeśli poświęcić się chce – bardzo proszę i pewnie zazdroszczę jasno wytyczonej ścieżki, bo ja z tą moją kobiecością jednak wygrać nie umiem. I połączyć nijak ściśle nie potrafię bez żadnych odstępów między macierzyństwem a  byciem kobietą.

Bo zgrzyt zawsze będzie. Bo wybiorę wyjście na basen, zamiast czytania dziecku książki. Bo zostanę dłużej w pracy i nie ja tylko ojciec dzieci z placówek odbierze, bo z przyjaciółką napić się wina postanowię i wyjadę na dwa dni z domu, a dzieci o zgrozo z ojcem lub babcią zostaną. Bo pewnego dnia powiem: „Jestem zmęczona” i legnę na kanapie prosząc, aby wszyscy dali mi święty spokój, przez ku*wa (dodane w myślach najczęściej) choćby 15 minut.

I niech mi ktoś wytłumaczy jak pięcioletniemu dziecku – jak kobieta kobiecie może napisać: „Jesteś matką, zajmij się dziećmi. To twój zakichany obowiązek”. A może dla mnie to przyjemność w byciu taką mamą, jaką chcę być. W zgodzie z kobietą, którą jestem?

Oszaleję, przysięgam. Oszaleję, jeśli jeszcze kiedyś przeczytam, jak kobieta drugiej kobiecie dyktuje, co ta powinna zrobić, jak się zachować i kim właściwie w życiu być. I oceniać jeszcze będzie, czy nie za bardzo, nie za mało, a może niezbyt aktywnie i ze zbyt mały zaangażowaniem matką jest.

Żesz do diabła, co komu do tego. Czy nie możemy siebie nawzajem akceptować, szanować? A przede wszystkim zrozumieć, że nie dla każdej kobiety zajmowanie się dziećmi to jedyny jest szczyt marzeń? I jedyna misja dla narodu, Boga i ojczyzny i niej samej również? Że są kobiety świadome własnych marzeń, snujące plany niekoniecznie związane z tym, gdzie z dziećmi pojadą i co im pokażą. Są kobiety, które choć zostają matkami, nie zapominają o sobie, nie wyrzucają wraz z łożyskiem własnych pragnień i przekonań.

I choć jest to ku*ewsko ciężkie, starają się łączyć macierzyństwo z pracą, z własnym rozwojem, z realizowaniem tego wszystkiego, co czym marzą. I nie jest to wyrachowanie, nie jest to zepchnięcie najbliższych na margines kosztem własnego egoizmu. Nie. To ich święte prawo do tego, że zostając matkami pozostają kobietami, które troszczę się o siebie równie mocno, jak o własne dzieci. Amen.


Lifestyle

Hej kobiety, nie dajmy prawa innym decydowania o naszym życiu! Nie pozwólmy, by decydowano o życiu naszych córek!

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
19 września 2016
Fot. Pexels/ musicFactory lehmannsound / CCO
 

Przepraszam, nie chciałam… Nie chciałam od poniedziałku rano polecieć wku*wem. Myślałam sobie – zacznę tydzień spokojnie, weekend był wystarczająco burzliwy. A dziś poniedziałek, więc po co się denerwować ten dzień już sam z siebie wystarczy za dostateczny wku*w.

Ale co zrobić, jak wstaję po cichu wcześnie rano, kiedy wszyscy w domu jeszcze śpią. Robię sobie kawę  w ulubionym kubku, którego jeszcze nikt inny nie zdążył wyłowić na kakao czy herbatę, siadam i czytam. Czytam, bo interesuję się, co w kraju się dzieje, bo jestem Polką i myślę sobie – nie no gorzej być nie może niż jest. I co? I czuję, jak ciśnienie mi rośnie, jak włosy niebezpiecznie u nasady zaczynają się podnosić, jak kubek ściskam coraz mocniej i trudno, kot miauczący cicho o śniadanie musi poczekać.

Czytam i oczom nie wierzę. Zastanawiam się, jak bardzo trzeba nienawidzić kobiet, żeby nam to robić? Jak wielkim trzeba być szowinistą, żeby mieć kobiety za nic? Jak w końcu mieć mało szacunku do drugiego człowieka, by traktować go jak drugi sort, człowieka-kobietę. Ostatnio pewien lekarz powiedział mi: „Co się dziwisz, w takich czasach żyjemy, kiedy kobieta nic nie znaczy”.

Przeczytałam właśnie, że minister zdrowia chce wycofania zgody na sprzedaż pigułki „po” bez recepty. Jak twierdzi są dziewczynki, które zażywają te tabletki kilka razy w miesiącu. Najpierw zabiło mnie „dziewczynki”, bo kim są te dziewczynki? To 12-latki uprawiające seks? A może 14-latki? Tak, ja wiem, że wiek inicjacji seksualnej znacznie się obniżył, ale jak można mówić w kontekście antykoncepcji o „dziewczynkach”? To po pierwsze. Po drugie, jakim trzeba być ignorantem tłumacząc ten fakt zażywaniem pigułki kilka razy w miesiącu? Przecież to tylko dowód na to, że edukacja seksualna w naszym kraju jest poniżej zera? Dorosłe kobiety mają problem z ustaleniem swoich dni płodnych, a co dopiero te młodsze, nie mające pojęcia, jak rozkłada się ich cykl i kiedy zachodzi prawdopodobieństwo zajścia w ciążę? Przecież to wstyd Panie Ministrze, żeby w XXI wieku dorastającym kobietom nie dano możliwości poznania własnego ciała, własnej fizjonomii. Ale nie, kobiety są złe, złe są już dziewczynki, które nie chcą mieć dzieci. Złe są kobiety, które dzieci chcą mieć ale dla wielu (i od razu chce mi się krzyczeć CO ZNACZY WIELU?!?) w sposób nieetyczny, czyli dzięki in vitro.

No i mój poniedziałkowy spokój szlag trafił. Bo krew się we mnie zagotowała, bo pomyślałam sobie: „Rety, czy to naprawdę się dzieje, czy naprawdę tak trudno zauważyć jak krok po kroku odbiera się kobietom godność, jak dzień po dniu inni chcą nam udowodnić, jak niewiele jesteśmy warte? Jak mało oprócz funkcji rodzenia znaczymy?”. Kim trzeba być, żeby tak bardzo pogardzać kobietą. I tak, wiem, my sobie z tymi kawami siedzimy w ciepłym domku, w pracy między kolegami. Najczęściej mamy już dzieci, jakąś pozycję zawodową z trudem wypracowaną czasami i niższymi zarobkami niż kolega w dziale obok na tym samym stanowisku, ale myślimy sobie: „Oj tam, mnie ma co przesadzać. Mąż mnie szanuje, koledzy w pracy akceptują, po co robić szum. Mamy XXI wieku, przecież nikt i nic nie jest w stanie nam zaszkodzić”.

Drogie Panie, może i nam nikt już nie zaszkodzi, bo za bardzo jesteśmy świadome siebie, bo wiemy na czym nam zależy, znamy swoje priorytety, mocne i słabsze strony. Mamy konkretne plany i marzenia. Ale mamy też córki, córki mają nasze przyjaciółki, znajome, sąsiadka i pani ze sklepu. One są na początku swojej drogi. Na samym jej brzegu. Pomyślcie, że pomimo zaszczepionych im wartości trafią za chwilę na mur nie do przejścia, no mur pozwalający innym decydować za nie same o ich życiu. Pomyślcie, czego chcecie dla tych dziewczynek? Żeby były silniejsze, bardziej pewne siebie, żeby znały swoją wartość i żeby nikt im nie wmawiał, że nadają się tylko do garów i rodzenia dzieci?

Chciałybyście, żeby odważnie patrzyły do przodu? Żeby miały marzenia i plany, których nie będą się bały realizować? Żeby nikt nie oceniał ich przez pryzmat płci, ale po prostu – człowieka?

Chciałybyście, żeby mogły dokonywać samodzielnie wyborów? Żeby były świadome swoich własnych decyzji i nie ulegały presji społeczeństwa, której my niestety nadal często ulegamy?

Chciałybyście, aby musiały stawać przed wyborem – wyjechania z kraju, by czuć się bezpiecznie, by nikt nie osądzał zbyt krótką spódniczką, ilością wypitego alkoholu i wieku określającego ją jako starą pannę?

Chciałybyście, aby żyły w związkach, w których nie stać ich na samodzielność? W których to mężczyzna wyznacza sposób ich wspólnego życia, a raczej podporządkowania się jemu?

Znajoma jakiś czas temu usłyszała, że właściwie to ona nie powinna używać nigdzie stopnia magistra, że ten jej magister po skończonych studiach to pic na wodę fotomontaż. Dlaczego? Bo pisała o feminizmie. A co dzisiaj znaczy feminizm, czy w ogóle w naszym kraju ma rację bytu?

Drogie Panie, niech każda z was utka swoją własną definicję feminizmu, definicję zgodną z samą sobą, bo ile kobiet chcących o sobie stanowić, tyle definicji feminizmu. Każda z nas ma do niej prawo nie musząc zwać się feministką.

Otwórzcie proszę oczy, spójrzcie na to, co się tu wyprawia! Bo za chwilę okaże się, że kobieta bezdzietna będzie płacić wyższe podatki, a niezamężna oddawać część swojej pensji. Rozwódki? One już płacą często dość wysoką karę, bo za to, że pozwoliły sobie odejść, za to, że nie godziły się na męża i jego kolejną kochankę dzisiaj muszą walczyć o alimenty dla dzieci. A rząd chcąc podnieść średnią krajową skutecznie wytrąci im broń z ręki, bo wyższa średnia, to wyższy dochód, na mocy którego kobiecie świadczenie alimentacyjne przysługiwać nie będzie – za wysokie progi dla Funduszu Alimentacyjnego.

Może w naszym kraju zostanie powołana komisja do spraw prokreacji, która powtarzając kobietom, że dzieci najlepiej im rodzić między 20 a 23 rokiem życia doprowadzi do sytuacji, że kobiety przestaną kończyć studia, aspirować to zawodowego rozwoju i wtedy uda się zamknąć je w domu.

Pomyślcie o tych „dziewczynkach”, o których teraz mówi minister Radziwiłł. O dziewczynkach, które chce się chronić przed dostępem do edukacji seksualnej, o dziewczynkach gwałconych, którym chce się odebrać prawo do aborcji, ale nie zaostrza się prawa dla gwałcicieli. O dziewczynkach, które dziś z podziwem patrzą na swoje mamy, ciocie, sąsiadki, które chcą być takie jak my. Czy będzie im to dane to zależy dzisiaj tylko i wyłącznie od nas. Nie zamykajmy oczu na to, co się dzieje. Ja się wku*wiam i o tym moim wku*wie będę mówić zawsze głośno.


Lifestyle

Jak powiesz, co myślisz, to urządzimy cię tak, że cię własna matka nie pozna. Jak żyć w kraju mieniącym się „katolickim”

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
7 września 2016
Fot. iStock / kadirdemir

Kto pochodzi z małego miasteczka? Ręka do góry? Kto wychował się w małej społecznej zaściankowości, gdzie Bóg, honor i ojczyzna to była podstawa waszej egzystencji. Tata koleżanki z ławki tłukł ją za każdą złą ocenę, ale co niedzielę trzymając ją za rękę w białej koszuli szorował do kościoła i do komunii przystępował?

Kto widział jak sąsiadka nie raz uciekała do was przed mężem tyranem, płakała waszej mamie w ramię przepraszając, że głowę zawraca, a następnego dnia rano niosła mu ciepłe bułki i butelkę piwa na śniadanie za niemym przyzwoleniem ogółu?

Kto widział chłopców kopiących psy, podpalających koty, którzy później stali jako ministranci w kościelnych ławach?

I kto miał ojca, który działał w Solidarności w stanie wojennym albo nauczyciela, który, chociaż nie było tego w książkach, mówił wam o Katyniu?

No tak, czasy się zmieniły. Dziś podobno nikt nie musi nikogo udawać, mamy wolność słowa, prawo decydowania o sobie i każdemu g*wno za przeproszeniem do tego, co myślisz, co robisz, kim jesteś. Jasne… Tak. Guzik prawda.

Zastanawia mnie od dłuższego czasu, gdzie ja do cholery żyję. Wychodzi na to, że my potrzebujemy zamordyzmu, kogoś kto będzie nas twardą ręką trzymać w kupie, bo inaczej sami siebie pozjadamy w swojej mani wielkości. W swoimi poczuciu, że ta oto my jesteśmy kimś. To my stoimy na straży suwerenności Europy, jesteśmy jej najważniejszym trybikiem, tak niedocenianym przez inne mocarstwa, ale my im pokażemy, gdzie ich miejsce. Kiedyś.

Bull shit. Jesteśmy krajem małych ludzi, co teraz widać doskonale. Jesteśmy krajem, które mieni się głęboko katolickim, gdzie na każdym możliwym metrze kwadratowym wyrasta nowy kościół, pomnik lub ogromna statua Jezusa. Krajem, w którymi symboli chrześcijaństwa jest więcej niż boisk do gry w piłkę dla dzieci. I krajem, w którym są tysiące głodnych dzieci z patologicznych rodzin, ale ogromne sumy pieniędzy przeznacza się na budowę kolejnego sanktuarium. Może cegłami chcą nakarmić ciemny lud?

A my, chowamy się w przyciasnych mieszkaniach dużych miast, bo tu łatwiej o anonimowość. Nie chodzimy w niedzielę do kościoła, bo po co. Ksiądz nie da nam czasu na spędzenie z rodziną, nie odpisze na maila i jeszcze czasem nie da rozgrzeszenia, jak powiemy, że właściwie to raczej wątpimy w sens tej wiary, niż wierzymy. Każdy z nas ma swoją własną codzienną modlitwę i to w co dzisiaj aktualnie wierzy.

Jakiś czas temu papież Franciszek ogłosił Matkę Teresę z Kalkuty świętą. Każdy kojarzy staruszkę i towarzyszący jej strój w biało błękitne pasy. Wie, że pomagała ludziom, że poświęciła właśnie temu swoje życie. I okey. Chrześcijanie się radują, bo oto kolejna święta, ale niewierzący przypominają, że wiele rzeczy z życia Matki Teresy zostało niewyjaśnionych. Paulina Młynarska na swoim Facebooku napisała wprost o ogromnych sumach pieniędzy, które nie wiadomo na co zostały przeznaczone, o przymykaniu oczu na pedofilię, na nadużycia kościoła. Pisze: „Ja tam jestem niewierząca, więc nie mam dylematów. Ale gdybym była, to bym miała. Albo nie. Nie miałabym, bo przecież dawno bym zwątpiła”. I tyle. Szczery komentarz do sytuacji, szczery, bo zgodny z tym, co sama pani Paulina wyznaje.

Nikogo nie obraziła. Nikomu noża w plecy nie włożyła, za to znalazły się setki osób (jeśli nie tysiące), które ten nóż włożyłyby w jej plecy. Czytałam i nie wierzyłam, ile brudu i nienawiści może wylać się z ludzi. Z ludzi, dla których Bóg, wiara i ojczyzna są symbolami najwyższymi. Dla których „nie czyń drugiemu, co tobie nie miłe”, „kochaj bliźniego swego jak siebie samego”, pojęcie miłosierdzia, wybaczenia i zrozumienia powinny stanowić najwyższą wartość. Ale chyba czas przestać się oszukiwać.

Religia dzisiaj zdaje się być najpotężniejszą z broni, jakie można użyć przeciwko człowiekowi. Bronią, którą można zmanipulować ociemniały tłum, bo przecież ci co mówią o miłości i dobroci, jeśli mówią: „Żona powinna być posłuszna mężowi”, „Uchodźcy to największe zło i niebezpieczeństwo, jakie może nas spotkać”, „Miłosierdzie papieża Franciszka jest czymś niezrozumiałym, dzisiaj zbieramy datki na wyprawienie 60-tej rocznicy urodzin naszego księdza proboszcza. Dziękujemy, państwa nie zaprosimy. Pomódlcie się w jego intencji” – to oni mylić się nie mogą.

A ja się pytam, gdzie macie swoje rozumy? Kto każe wam ślepo podążać za tym, co mówią inni? Kto każe nienawidzić, negować, poniżać i błotem obrzucać? Kto jest bez winy niech pierwszy rzuci kamień – stalibyśmy i patrzyli na siebie szeroko otwartymi oczami. Żyjemy w kraju, gdzie za każde słowo nie idące w parze z tym, co myśli góra, a góra myśli to co kościół, grozi wirtualna śmierć. Bo panią Paulinę już powieszono, spalono na stosie, utopiono w rzece i wywieziono na taczce gnoju. Za co? Za to, że napisała, co uważa? Nikogo nie obraziła, bo gdyby napisała: „Sąsiadka spod szóstki doprowadza mnie do szału, bo pół niedzieli klepie schabowe”, to czy tę sąsiadkę by obraziła? Nie! Bo pisze o swoich odczuciach, a niej o niej, że jest głupią cipą, co to tylko w kuchni stoi i za grosz rozumu nie ma.

Tu problem tkwi, gdzie indziej. My fanatycy nieomylni jedyni, doszliśmy do władzy. Daliśmy siłę tym, którzy nienawidzą, którzy za nic mają drugiego człowieka, tylko dlatego, że myśli inaczej niż oni. Przecież w naszym kraju nawet najważniejsza kobieta rządu własnego zdania nie posiada. Nawet komisja, która odwołuje jednego prezesa, by zaraz go jednak powołać z powrotem nie działa bez presji. A układanie się rządu z kościołem za religię na maturze, mówi bardzo dużo.

Nie mamy dyskutować. W języku tych, którzy rządzą i tych, którzy dzięki nim nienawidzą nie ma słowa D-S-K-U-S-J-A. Jest podporządkowanie. Pokazanie szarej masie, gdzie jej miejsce. A jak się wychylisz, to shejtujemy cię tak, że cię własna matka nie pozna.

Chcecie iść w tę stronę? Proszę bardzo. Chcecie przymykać oczy, twierdząc, że was to nie dotyczy? Bardzo proszę. Obyśmy tylko wszyscy nie obudzili się pewnego dnia z ręką w nocniku przytrzymywaną przez gościa, który mówi nam, że zawartość nocnika to woda święcona.

I oby przyciasne mieszkanie w centrum wielkiego miasta nie okazało się jednak nadal zaściankiem.