Lifestyle

Kiedy mnie już nie będzie… „Na zmartwienia dobra jest też miłość. Nie czekaj z tym długo, po co czekać na szczęście?”

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
29 kwietnia 2016
Fot. iStock / Yulia Popkova
 

Kiedy ponad trzy lata temu moja bliska znajoma zachorowała nieuleczalnie, rozpoczęliśmy – my, jej przyjaciele i Marcin, mąż Kasi – smutne zajęcia z życia, zakończone trudnym do zaliczenia testem z emocji.

Dziwne i okropne było to uczucie: patrzeć na nią, młodą i silną swoim przekonaniem, że to się przecież nie może tak po prostu skończyć, a jednocześnie wiedzieć, że tym razem cud się nie wydarzy. Chyba na ten cud właśnie czekaliśmy do końca, bo to jej uśmiech, nawet ten wykrzywiony cierpieniem fizycznym łudził nas i kazał wierzyć, że ktoś kto się tak uśmiecha, umrzeć nie może. Nadzieje okazały się iluzją, Kasia odeszła od nas pewnego kwietniowego poranka, dwa lata temu. Odeszła – tak zawsze mówi o Kasi jej mąż, bo w tych słowach brzmi nadzieja, że Kasia wróci. Umrzeć to co innego. Umieranie to ostateczność. A dla niego jej brak wciąż nie jest „ostateczny”.

Kasia zostawiła Marcinowi list. Listy pisywała do nas często, zwłaszcza w ostatnich miesiącach przed śmiercią. Mówiła, że pomagają jej one „wszystko uporządkować”.  Takie straszne wydawało mi się wówczas to kasine „porządkowanie rzeczywistości”. List do Marcina, za jego zgodą i na jej życzenie, by „ktoś się jeszcze nad tym zatrzymał, zanim odejdzie od kogoś drugiego, niekoniecznie na zawsze, ale może za kimś innym” cytuję niżej, trochę z pamięci, jak dowód miłości kobiety do mężczyzny. Miłości ponad umieranie.

Kochany Mężu,

Więc mnie już nie ma. To znaczy jeszcze jestem, ale i ja wiem i ty dobrze wiesz, że już za chwilę rozpłynę się gdzieś, zostanę twoim wspomnieniem, może głosem w twojej głowie, albo obrazem przed oczami. Ja wiem, co teraz pomyślisz, dlatego nie poproszę „ nie zapominaj”. Poproszę: pamiętaj to, co piękne, dobre. Nasze pierwsze wakacje w Zakopanym i mój pierwszy zjazd na desce snowboardowej w pingwinki. Śmiałeś się wtedy, że czapka zsunęła mi się na oczy, a ja tak się bałam, że nie ośmieliłam się jej poprawić. Pamiętaj, że dobre życie składa się z pięknych wspomnień.

Słyszę już jak mówisz to swoje „Ale nie mów do mnie jak do dziecka”…  „Jak to dobrze – szeptała wczoraj twoja mama, bojąc się, że usłyszę – że oni nie mieli dzieci”… Widzisz, to kolejny dowód na to, że jestem już bardziej czasem przeszłym 🙂 . Ale nadal nie wiem czy to dobrze, że nie mieliśmy dzieci. Kiedy umiera matka, wszyscy dzieci żałują. Jednak (wiem to egoistyczne) nasze dziecko byłoby przecież jakąś cząstką mnie na tej ziemi, elementem mnie, takim materialnym, którym mógłbyś się zająć, żeby się już tak nie martwić tym moim umieraniem. Bo na zmartwienia najlepsze są obowiązki, pamiętasz?

Na zmartwienia dobra jest też miłość. My przysięgaliśmy sobie tę dozgonną, do śmierci. Żadnej innej od Ciebie bym nie chciała. Zostajesz po stronie życia, tu też jest miłość, ta rzeczywista. Tam, gdzie odejdę miłość jest bardziej fotografią zmarłej żony, w albumie, na regale. Ja wiem, wierzę, chcę bardzo i proszę: postaw JEJ zdjęcie w miejsce mojego, tuż przy łóżku, przy szafce na książki. I nie czekaj z tym długo, po co czekać na szczęście? To jest rzecz najważniejsza.

Kiedy się znowu zakochasz… Już widzę, jak zaprzeczasz ruchem tej swojej mądrej głowy (bardzo kocham Twoją głowę). Zakochasz się, wiem to. I to pewnie będzie na zawsze. Ty nie zakochujesz się na chwilę. Nasze „zawsze”, Kochanie, to jeszcze może kilka tygodni, a może krócej? Ale Wasze „zawsze” może trwać o wiele dłużej. Będzie trwało na pewno. Więc bądź znów czyimś mężem i daj o siebie dbać Twojej żonie.  I powiedz jej to wszystko, o czym nie bałeś się powiedzieć mi. Ona na pewno zrozumie. Będzie głaskać Twoje włosy i mówić: „Oj już nie cuduj, nie cuduj”… Albo się zaśmieje i poczujesz znowu jak to jest dobrze być razem. Tylko tyle bym dla Ciebie chciała. Nie czekaj z miłością przez pamięć o mnie. Ja już wolę – nie pamiętaj. Ale kochaj. Nie starą fotografię. Kobietę, prawdziwą, dobrą. Tak dobrą jak Ty dla mnie przez całe nasze „zawsze”.

Kocham Cię. Cześć.


Siądź z tamtą kobietą
Twarzą w twarz,
Kiedy mnie już nie będzie,
Spalcie w kominie
Moje buty i płaszcz,
Zróbcie sobie miejsce…

A mnie oszukuj mile
Uśmiechem, słowem, gestem,
Dopóki jestem… dopóki jestem…

Płyń z tamtą kobietą
W górę rzek,
Kiedy mnie już nie będzie,
Znajdźcie polanę,
Smukłą sosnę i brzeg –
Zróbcie sobie miejsce…

A mnie wspominaj czule,
Że mało tak się śniłem,
A przecież byłem… no przecież byłem…

Dziel z tamtą kobietą
Chleb na pół,
Kiedy mnie już nie będzie,
Kupcie firanki,
Jakąś lampę i stół,
Zróbcie sobie miejsce…

A mnie bezczelnie kochaj,
Choć smutne śpiewki przędę,
Bo przecież będę… no przecież będę…

Agnieszka Osiecka, „Kiedy mnie już nie będzie”


Lifestyle

Ojciec, to jakiś inny rodzaj człowieka, że każde jego wyjście z dziećmi należy nagradzać brawami i medalem za odwagę?

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
5 maja 2016
Fot. iStock / freemixer
 

O równouprawnieniu między kobietami i mężczyznami, to sobie krzyczeć możemy jeszcze długo. Równouprawnienie to ciągle mit, i nie mam tu na myśli nawet różnicy w zarobkach i mniej lub bardziej otwartej ścieżki awansu zawodowego. Akurat dziś, w ciepły słoneczny dzień, przyszło mi do głowy, że na placu zabaw też równouprawnienia nie ma. I już.

No bo powiedzcie mi, skąd ten ślepy zachwyt nad (sądząc po stopniu fajtłapowatości) niedzielnymi tatusiami wysłanymi przez zapewne styraną po całym tygodniu opieki na maluchami matkę, na godzinkę, półtorej do piaskownicy?! Ojciec to jakiś inny rodzaj człowieka? Jakiś mniej sprawny intelektualnie, słabszy odpornościowo? Każde jego wyjście z dziećmi należy nagradzać brawami i medalem za odwagę i cierpliwość? Ojciec, który zajmuje się dzieckiem, wychodzi z nim na rower, odrobi lekcje, zagra w chińczyka, a wieczorem przeczyta książkę, a nie „spuści na drzewo”, rzucając przez zęby: „zmęczony jestem, głowa mnie boli” to naprawdę bohater? I to częściej ciągle jeszcze bohater z bajek dla dzieci, a nie postać z krwi i kości?

Wiem. Same sobie to robimy. Piejemy z zachwytu na widok tatusiów z wózkiem, bywa, że rozpływamy się z podziwem na widok mężczyzny, który potrafi zmienić swojej córce czy synowi pieluchę. Jeśli jeszcze nie tylko potrafi, ale i zmienia… Cóż to za filozofia zmienić dziecku pieluchę?! Wydawało mi się, że takie podejście do ojcostwa to specjalność pokoleń naszych mam czy babć. A jednak.

Park, plac zabaw. Drabinki. Wianuszek mam, dwóch, może trzech ojców. Panowie asekurują swoje pociechy, stawiają babki, huśtają… Jeden ma problem. Okazuje się, że cierpliwość kończy się wtedy, dziecko zasypie ci mokrym piaskiem ekran smartfona. Ale pozostali panowie spisują się świetnie. W pewnym momencie jeden z maluchów (ten „tatusiny”) zaczyna płakać. Zdecydowanie wymaga zmiany pieluchy. Jedna z pań nie wytrzymuje. Oferuje pomoc. Przecież to niemożliwe, żeby facet SAM dał sobie z TYM radę – uśmiecha się pani zalotnie. No jasne. Dawanie sobie rady SAMEMU to domena nasza, matek. Ale następuje coś, z czym pani poradzić sobie ni nie umie: odmowa. – Myśli pani, że sobie nie poradzę? To moje dziecko. – pada. – Nie, no wie pan… Faceci zazwyczaj mają z tym problem. – mówi pani przechodząc do defensywy. – Faceci może mają, ja nie – mówi ten facet i odchodzi by zająć się zmianą pieluchy. Brawo on. Za odpowiedź, nie za pieluchę.

Kilka dni temu wpadł mi w oko jeden artykuł. Zdjęcia znanego aktora na spacerze z dzieckiem, pewien dziennikarz opatrzył podpisem: To szczęście mieć takiego tatę… Wynika z tego, że opieka ojca to ciągle coś, co traktujemy jako szczęśliwy bonus, a nie normę… Przyznaję, sama się na tym złapałam, kiedy przez głowę, na widok jednego tatusia z nosidełkiem z trzymiesięcznym maluchem i rowerkiem dla kilkulatka, przeleciała mi myśl: o, ten to fajny, opiekuje się dziećmi. A to przecież, kurka wodna, powinna być norma. A ciągle nie jest. Bo od mężczyzn ciągle w tej sferze wymagamy mniej. No i dlaczego?

Skwerek przed moim blokiem, kilka starszych pań na ławeczce. Wszystkie wpatrzone rozmiłowanym wzrokiem w bohatera podwórka: tatę biegnącego za synem debiutującym właśnie na rowerku. – Ach, proszę, jaki tata – unosi się szmer zachwytu. No, naprawdę. Jakoś nigdy nie słyszałam, żeby tak kibicowały mnie i mojej córce, kiedy obie uczyłyśmy się jeździć na rolkach. Nigdy nie słyszałam też, że macierzyństwo jest seksi, ale ciągle spotykam się z opinią, że nie ma bardziej seksownego widoku niż męskie ramię obejmujące niemowlę. Ach, ślinka leci, ależ to jest mężczyzna!

Wchodzę z wózkiem do pewnej popularnej drogerii. Ledwo udaje mi się otworzyć ciężkie drzwi, pan stojący tuż obok unosi tylko z politowaniem brwi. Pewnie myśli sobie: „Wybrała się z dzieciakiem na zakupy, to niech teraz ma”. No, przynajmniej taką ma minę. Tak samo większość współtowarzyszy moich porannych podróży metrem, kiedy to razem z synem odwożę córkę do szkoły. Wózek? W metrze? W godzinach szczytu? Trzeba było iść na piechotę. Czasem, widząc te miny, nerwy i słysząc cmokanie pana, któremu rączka wózka wcina się w pokaźny brzuch, mam ochotę się rozpłakać. Serio. Taka tam babska emocjonalność. I tylko przez myśl przemyka mi szybko: gdyby ten wózek prowadził facet, to pewnie nawet miejsce by się znalazło. Siedzące.

Panowie! (ci normalni, opiekujący się swoimi dziećmi.) Ode mnie braw nie będzie, bo i za co? Zdaje się, że w procesie tworzenia potomka braliście podobny udział co wasze żony i dziewczyny. A jak się coś stworzyło, to się bierze za to odpowiedzialność. I już.


Lifestyle

Szukam żony dla mojego taty. Zmieniam życia na lepsze od ręki…

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
25 kwietnia 2016
Szukam żony dla mojego taty. Zmieniam życia na lepsze od ręki...
Fot. iStock / triloks

Na niebieskiej, świeżo malowanej ławce pod moim blokiem, ktoś przykleił kartkę. A może nie przykleił jej tam wcale, tylko oderwała się od jakiegoś słupa ogłoszeniowego, a wiatr przywiał ją tutaj z daleka, na ten kwadratowy placyk z fontannami, małym, wesołym klombem kolorowych kwiatów i porzuconą dziecięcą zabawką – ciężarówką z plastiku. Na kartce, trzepoczącej delikatnie jedną stroną, ów ktoś napisał dwa zdania: Szukam Żony dla Mojego Taty. Musi być najlepsza. Pod spodem widniał numer telefonu komórkowego i śmieszny, dziecięcy rysunek, skopiowany lub zeskanowany i powielony w czarno-białym kolorze. Na rysunku dom, taki dokładnie jak malują go dzieci: prostokąt i dach z trójkąta, a na tym prostokącie trzy postacie – dwie duże i jedna mniejsza. Ścisnęło mnie za gardło. Dlaczego? Nie nadaję się na żonę, a nawet jeśli, to już jeden mąż popełnił to szaleństwo i się ze mną ożenił. Mimo to, zanotowałam skrzętnie ten numer telefonu, bo zdarzenie to wydało mi się tak piękne, że warte choćby upamiętnienia banalną notką w telefonie. Tego popołudnia wybrałam zapisany czarnym atramentem numer.

–  Halo, słucham? – powiedział zdecydowany głos męski, ani trochę nie dziecięcy. – Dzień dobry, ja dzwonię w sprawie ogłoszenia. – Ogłoszenia? – Tak. Wie pan, na moim osiedlu, na ławce z napisem „świeżo malowane” znalazłam karteczkę z tym numerem telefonu. – Z tym numerem? A co ja niby mam do zaoferowania?

– Pan nie oferuje, pan szuka. A właściwie nie pan, tylko pana córka lub syn. Ale ja nie dzwonię dlatego, że mogę nią być. Tą żoną. Ja dzwonię, bo mnie ta karteczka wzruszyła. Jestem dziennikarką i…

Chwila niezręcznej ciszy. Dociera do mnie, że to może jakiś dziecięcy psikus, zaczynam przepraszać i tłumaczyć się głupio, ale męski głos przerywa mi szybko.

– To są jakieś kpiny. Proszę sobie nie robić żartów. Do widzenia!

Siedzę jeszcze przez chwilę w poczuciu, że zrobiłam coś niewyobrażalnie głupiego, gdy w moim ręku zaczyna wibrować telefon. To ON. Facet z ogłoszenia.

– Przepraszam panią. Źle panią potraktowałem. Córka napisała te ogłoszenia w zeszłym tygodniu. Od śmierci żony ma takie dziwne pomysły. Ona myśli, że…

– Że panu źle samemu, że kogoś pan potrzebuje?

– Tak, chyba tak.

– Denerwuje to pana? Myślę, że to to cudowne, że córka chce by był pan szczęśliwy. Ale z drugiej strony… Co one mogą wiedzieć o nas, te dzieci. I o naszym dorosłym życiu. Niech pan to ukróci. Nie można przecież dzieciom pozwalać by kierowały naszym dorosłym życiem.

– Myśli pani? O, moja córka jest bardzo mądra. Ona bardzo dużo widzi, wie pani. Wie, że będę miał katar, zanim jeszcze zacznie mnie kręcić w nosie. Ufam jej w tych sprawach.

– Zgoda, w sprawie kataru. No, ale nie powinna przecież zajmować się pana życiem miłosnym, prawda? Pan wie najlepiej, co dla pana dobre. Pan jest dorosły. Sam mógłby jej pan coś doradzić w tej kwestii. Ile ona ma lat? 9?

– 11, jest całkiem dużą dziewczynką. Rozsądną. To już cztery lata, od kiedy żony nie ma, wie pani. Ale ja naprawdę nikogo nie szukam, tylko głos pani wydał się zachęcający do rozmowy. Ja tak mało rozmawiam ostatnio. Chyba, że w pracy. Ale to nie są rozmowy o życiu, o tęsknocie.

– Pewnie córka myśli, że pan tęskni za drugim człowiekiem. Niech pan jej powie, że to nieprawda. Niech się niepotrzebnie nie martwi.

– Tak… Właściwie, to wie pani… Ja tęsknię za drugim człowiekiem. Dziękuję.

Kończymy rozmowę, a ja czuję, że mała dziewczynka, która napisała czarnym atramentem dwa krótkie zdania zmieniła dziś nie jedno, lecz dwa życia. A kto wie, czy nie więcej.