Lifestyle

Pięć sygnałów ostrzegawczych, których nigdy w związku nie powinniśmy ignorować

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
17 stycznia 2018
Fot. iStock/mammuth
 

Kto z nas nie chce być kochany? Myślę, że nie ma takiej osoby, która odmówiłaby miłości drugiego człowieka. Bo co by nie mówić, to właśnie miłość czyni nas szczęśliwymi, sprawia, że unosimy się nad ziemią, że mamy ogromny apetyt na życie, gdy możemy dzielić je z kimś, kogo kochamy.

Niestety, czasami tak bardzo pragniemy miłości, że pozwalamy się jej oślepić. Tak o nią zabiegamy, że tracimy z pola widzenia to, co najlepsze dla nas samych. Pozwalamy się nieświadomie krzywdzić nie zauważając, że w naszym związku dzieje się coś niedobrego. Czasami temu zaprzeczamy, wypieramy, usprawiedliwiamy partnera zmęczeniem, stresem, przeciążeniem.

Jest jednak kilka sygnałów ostrzegawczych, których nigdy w związku nie powinniśmy ignorować. Dlaczego? Żeby ochronić siebie przed skutkami relacji, która może być dla nas bardzo krzywdząca i niebezpieczna.

Pięć sygnałów ostrzegawczych, których nigdy w związku nie powinniśmy ignorować

Twój partner szybko wpada w złość, krzyczy

Każdy z nas się złości, to naturalne, jednak to częstotliwość i ciężar reakcji twojego partnera powinien być dla ciebie powodem do obaw. Czasami ktoś potrzebuje się wykrzyczeć, żeby uwolnić ból i frustrację i wszystko jest w porządku, jeśli panuje nad swoim gniewem. Co innego, gdy jego gniew wywołuje w tobie strach, sprawia, że on czuje się panem sytuacji, którą poprzez swoją agresję kontroluje.

Zwróć uwagę, w jaką stronę skierowany jest gniew twojego partnera. Czy bezpośrednio do ciebie kieruje wszystkie paskudne epitety i krzywdzące słowa? Czy często ciebie oskarża o swój fatalny nastrój? Czy twoje ciało reaguje na jego gniew?

Jeśli na choćby jedno pytanie odpowiadasz „tak”, powinnaś przeanalizować jedna z ostatnich takich sytuacji, obiektywnie – jak ktoś z boku. Następnie warto spróbować na spokojnie porozmawiać o tym z partnerem (gdy oboje jesteście w dobrym nastroju), powiedzieć, że się boisz, gdy tak się zachowuje, że rani ciebie w ten sposób, że nie chcesz, by na tobie skupiała się jego frustracja i złość, bo niczemu nie jesteś winna. Jeśli, pomimo jego zapewnień, że się zmieni, on nadal zachowuje się w ten sam sposób, rozważ odejście od niego dla swojego psychicznego zdrowia, ale też fizycznego bezpieczeństwa. Niestety… im szybciej to zrobisz, tym lepiej dla ciebie.

Twój partner ma przed tobą tajemnice, coś skrywa przed tobą

Nie można zbudować zdrowego i dobrego związku bez uczciwości i zaufania. Jest to fundament każdej silnej relacji. Jeśli twój partner o czymś ci nie mówi, odmawia rozmowy na pewne tematy, które tobie nie dają spokoju, nie dopuszcza cię do jakiś obszarów swojego życia, powinno to dla ciebie być czerwoną lampką. Przecież nie jest normalnym, że partner nie chce ci powiedzieć, gdzie był, z kim się spotkał. Jak budować intymną relację, gdy ktoś nie chce cię dopuścić do swojego świata?

Twój partner zmienia drastycznie swój stosunek do ciebie 

Być może w końcu jesteś w związku, w którym wszystko się zgadza. Świetnie się rozumiecie, macie wielu przyjaciół, fantastyczne życie towarzyskie, ale też seksualne. Szczerze cieszycie się swoim towarzystwem. Wspólne życie i miłość są po prostu dobre.

Jednak zdarza się, że w jedną noc cała ta dobroć potrafi wyparować. W ciągu jednej nocy twój partner kompletnie się zmienia, wpada w szał, w skrajne nastroje. Trudno ci go poznać. Ciebie nagle traktuje zupełnie inaczej niż dotychczas. Oczywiście, jest co najmniej sto powodów, przez które może się to dziać, także te dramatyczne. Stracił pracę? Zmarła bliska mu osoba? Dowiedział się o ciężkiej chorobie swojej lub kogoś mu bliskiego? Zastanów się, czy wydarzyło się coś tak tragicznego, co wpłynęło na zachowanie twojego partnera? Trauma – w każdej postaci – potrafi naprawdę mieć na nas ogromny wpływ. Dlatego, gdy odkryjesz źródło tej zmiany, postępuj bardzo ostrożnie.

Jeśli jednak wykluczasz te tragiczne scenariusze, usiądź i zastanów się, co ostatnio działo się w waszym związku? Czy może coś się zmieniło, czego wcześniej nie zauważyłaś. Taka zmiana w zachowaniu może być oznaką nieuczciwości wobec ciebie, być może zdrady, a przynajmniej jej próby? Z całą pewnością powinno być to dla ciebie znakiem ostrzegawczym, że dzieje się coś niedobrego między wami.

Twój partner wykazuje oznaki skrajnego, zaborczego zachowania

Jest coś takiego, jak zdrowe zainteresowanie  życiem partnera. Myślę, że większość z nas na co dzień tego doświadcza. Z chęcią odpowiadamy na pytanie: „Jak ci minął dzień”, „Co dzisiaj robiłaś”, które nie są dla nas w żaden sposób zagrażające, wręcz przeciwnie – są świadectwem troski partnera.

Czerwona lampka powinna się jednak zapalić, kiedy mamy poczucie nadużywania pozornie nieszkodliwych pytań o to, co robiliśmy, dopytywania, z kim się spotkałyśmy, o której godzinie wyszyłyśmy z pracy, o której byłyśmy w sklepie, itd. Takie pytania często połączone są zachowaniem, które staje się dla nas kontrolujące: wysyłanie SMS-ów, chociaż partner wie, że spotkamy się z przyjaciółkami, podjeżdżanie pod miejsce spotkania, żeby sprawić, czy na pewno tam jesteśmy. Ale też zatrzymywanie w domu, podsuwanie alternatywy spędzenie czasu: „Idziesz na siłownię? A ja chciałem, żebyśmy razem wyskoczyli do kina”, „Znowu spotykasz się z przyjaciółkami, a myślałem, że ugotujemy wspólnie pyszną kolację”. To wszystko w efekcie prowadzi do izolacji od znajomych, rodziny.

Jeśli w porę tego nie zauważysz, nie zareagujesz, możesz uwikłać się w bardzo niebezpieczny dla ciebie związek.

Twój partner nigdy cię nie przeprasza

Chociaż może wydawać ci się to błahe, to jednak fakt, że twój partner nie mówi „przepraszam”, gdy zrobił coś złego, coś co się zraniło, może mieć daleko idące konsekwencje. Takie zachowanie może być oznaką postrzegania nierówności w związku, która może mieć dwa podłoża. Twoim zadaniem jest odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego twój partner nie przeprasza.

I teraz tak: być może nie przepraszając twój partner projektuje dominację lub wyższość w związku. Możesz mu o tym powiedzieć, ale gdy on uniknie konfrontacji, zrzuci z siebie odpowiedzialność, a po chwili będzie zachowywać się tak, jak gdyby nigdy nic się nie stało, to uważaj. Akceptując jego zachowanie wysyłasz mu komunikat, że godzisz się na taką sytuację, że nie zasługujesz na uczciwość i że nie jesteście równi w waszym związku.

Drugi scenariusz związany jest z doświadczeniem przeprosin nieadekwatnych do sytuacji, często ma to swoje źródło w dzieciństwie. Dla takiego mężczyzny przeprosiny są przyznaniem się do winy, do powiedzenia: „Nie jestem doskonały”. Oczywiście, nikt z nas nie jest doskonały, ale partner może się obawiać, że przyznając się do błędu zostanie przez ciebie odrzucony. Warto o tym porozmawiać, wykonać naprawdę ciężką pracę, by okazać mu pełną akceptację, jednocześnie podkreślając, że to „przepraszam” jest dla ciebie ważne.

Związek to nieustanna praca, którą oboje powinniśmy wykonywać. Bywa jednak, że nasze starania nie odnoszą zamierzonych rezultatów, że staramy się tylko my. I gdzieś podskórnie czujemy, że coś nas w tej relacji uwiera. Nie uciekajmy przed tą myślą, zmierzmy się z nią, by na spokojnie przyjrzeć się swojemu związkowi i określić, czy aby na pewno jesteśmy w nim szczęśliwe.


źródło: goodmenproject.com

 


Lifestyle

„Jedne klepią biedę, drugie z niemowlakiem w chuście podbijają świat. A ja po prostu chcę żyć normalnie”. List samotnej matki

Listy do redakcji
Listy do redakcji
17 stycznia 2018
Fot. iStock/Mladen Zivkovic
 

Jestem mamą. I choć ostatnio wszędzie unika się słowa „samotna”, zastępując je bardziej niezależnym i pełnym optymizmu „samodzielna”, zdecydowanie o sobie mogę powiedzieć i jedno i drugie. Zwłaszcza to drugie. Dlaczego?

Dla mnie bycie samodzielną jest czymś naturalnym. Przecież nie potrzebuję nikogo, żeby zrobić zakupy, sprzątnąć mieszkanie czy pojechać do warsztatu samochodowego. Fakt, mając pomoc w postaci męża czy partnera jest prościej, jednak nie uzależniam swojego codziennego funkcjonowania od jego obecności w moim życiu. Wręcz przeciwnie. Nawet wtedy, kiedy był, nie miałam w zwyczaju przerzucać na niego wielu rzeczy. Nie zrozumcie mnie źle – nie mówię tu o prośbie, podziale obowiązków, czy przysłudze, czyli o tym, co normalne w zdrowo funkcjonującym związku, ale zwykłym „to ty jedź i załatw tę sprawę”. Właściwie nie wiadomo dlaczego. Oboje mamy tak samo mało wolnego czasu po pracy i tak samo nie po drodze. Tak samo możemy daną sprawę załatwić. Być może jestem trochę Zosią Samosią, ale która z nas nie jest? Po prostu wolę zamiast miliona telefonów, wielominutowego planowania, ustalania, zastanawiania się, przejść do działania i odhaczyć sprawę z „check-listy” do zrobienia na ten tydzień.

Dlatego mówię o sobie, że jestem samotną mamą. Z premedytacją. U mojego boku nie ma bowiem nikogo, kto załatwiłby drugą połowę spraw ze wspomnianej „check-listy” i zażegnał połowę doraźnych kryzysów, gwarantując tym samym obu zainteresowanym wolny wieczór. Nie narzekam. Jestem samotna mamą z wyboru. Na decyzję o tym, że chcę, aby tak właśnie wyglądało moje życie wpływ miało wiele czynników. Wiem, że żadna z nas nie chce być samotna. Ba, nie chce tego żaden człowiek. A już na pewno nie znajdzie się chętny do wychowywania dziecka w pojedynkę. Ale życie rzadko wygląda jak w reklamie telewizyjnej i niestety dorosłość ma to do siebie, że musimy się z nią zmierzyć niezależnie od tego czy chcemy tego, czy nie.

Jakie jest samotne rodzicielstwo? Niewątpliwie trudne. Głośno mówi się i pisze o samotnych mamach, którym brakuje pieniędzy albo o tych, które wchodzą z bobasem w nosidle na ośmiotysięczniki. Ale oprócz tych dwóch skrajności jest jeszcze grupa – nazwijmy je – po prostu mamy. Te z nas, które zmagają się ze zwykłą, szarą codziennością. Z grypą jelitową w poniedziałek rano tuż przed ważnym spotkaniem w pracy, z telefonem z przedszkola w środku dnia, bo dziecko ma gorączkę, z zapowietrzonymi grzejnikami, uszkodzoną matrycą w laptopie i wymianą sworznia, wahacza albo innej kosmicznej części. Te z nas, które mierzą się z odbiorem zakupów spożywczych, zrobionych online z dostawą po 22:00, wizytą w banku, na poczcie czy w urzędzie z dzieckiem pod pachą. Albo co gorsza w gabinecie u ginekologa. Te, które nie mogą zadzwonić do mamy, teściowej czy niani, bo ta pierwsza mieszka daleko, drugiej nie ma wcale a na trzecią jej nie stać. Wszystkie te, które liczą każdą wydaną złotówkę, żeby spełnić marzenie dziecka o wizycie na lodowisku, czerwonej sukience czy sobotnim obiedzie w pizzerii. I swoje, drobne, jak nowy lakier do paznokci, buty czy długi weekend nad morzem. Z marzeniami o ciepłych krajach. I te, które z wizyty w supermarkecie albo odśnieżania samochodu robią zabawę.

Te, które starają się żyć.

Każda z nas doskonale radzi sobie w wyżej wymienionych sytuacjach. I niewymienionych również. Często wykazując się ponadprzeciętną kreatywnością i mówiąc korpojęzykiem – multitaskingiem. Jestem przekonana, że żadnej z nas nie jest lekko, że chodzimy niewyspane, w ciągłym niedoczasie, z pomysłami na siebie ale bez możliwości ich realizacji. I kiedy już naprawdę dopada mnie taki „zjazd” jak teraz, że siłę mam tylko popłakać, myślę sobie, że to tylko gorszy moment. Że w zamian za podwójny wysiłek czeka mnie podwójna nagroda. I że nie dzielę dziecięcej miłości, uśmiechu i przytulasów na pół.

Głowy do góry. Nie ma nic lepszego niż bycie mamą.

A szanse, że kiedyś pojawi się ten, który zamieni poranną „zabawę w odśnieżanie auta” na chwile wolnego czasu, w którym można ulepić bałwana, są ogromne.  Oby tylko śnieg się utrzymał!


Lifestyle

Najciemniej pod latarnią, czyli dlaczego rodzina i najbliżsi mogą nas doprowadzić do depresji

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
17 stycznia 2018
Fot. iStock/Martin Dimitrov

Kiedy nie mamy już dwudziestu lat i z powodu jakiegoś życiowego kryzysu szukamy pomocy terapeuty, jednym z najczęstszych problemów odkrywanych przez nas „przypadkowo”, jakby „obok” tego, z czym przychodzimy do specjalisty, stanowi depresja. I z reguły jest to spore zaskoczenie, bo przecież nic „aż tak smutnego” w naszym życiu się nie wydarzyło. Nie musiało. Ostatnie badania pokazują bezpośredni związek między tą chorobą a naszymi (często „niewypowiedzianymi”) konfliktami z matką lub rodzeństwem. Związek ten jest szczególnie silny w przypadku kobiet. W przypadku mężczyzn zaś istotna okazuje się relacja między depresją a długością życia.

Skąd się biorą te zależności? Żeby to zrozumieć należy wyjść poza schematy i zrezygnować na chwilę ze stereotypowego myślenia dotyczącego tak zrozumiałych zmian w relacjach, jakie następują między członkami rodziny, kiedy dzieci wchodzą w dorosłość i opuszczają dom rodzinny. Kiedy po dwudziestu latach dom, który był zawsze pełen pustoszeje, a córka i syn zaczynają „żyć swoim życiem”, rzeczywiście bywa ciężko. I oczywiście, syndrom „pustego gniazda”, może przyczynić się do depresyjnego nastroju, tak samo jak konieczność opieki nad niedołężnymi rodzicami, naturalna zwłaszcza w naszej kulturze. Osoby, które doświadczyły jednej lub obu z tych zmian często sięgają po leki ze względu na obniżony nastrój.

Ale, po za tymi „typowymi” czynnikami ważna jest również jakość naszych relacji z bratem lub siostrą oraz z matką. Jeśli pozostajemy z nimi w ciągłym konflikcie, ciągnie się za nami mnóstwo niewyjaśnionych spraw, odczuwamy ciągłe napięcie, podobnie jak w przypadku związku z partnerem, wiąże się to bezpośrednio z objawami depresji. Prędzej, czy pózniej – pojawią się.

Psychologowie zaznaczają, że dla kobiety relacja z matką ma podobny efekt dla zdrowia psychicznego jak relacja z partnerem, konflikt w małżeństwie nie jest tu czynnikiem silniejszym. Toksyczna, narcystyczna matka i nasza nieumiejętność poradzenia sobie z jej zaborczym wpływem na nasze życie powodują, że zaczynamy chorować. Nie potrafimy poradzić sobie z tą sprzecznością: „męczy nas”, dusi relacja z kimś, kto jest nam (lub powinien być) szalenie bliski. To samo dzieje się w przypadku niekorzystnego dla nas związku.

Kiedy osiągamy wiek średni, kończymy czterdzieści , pięćdziesiąt lat,  stajemy przed koniecznością częstszego porozumiewania się z rodzeństwem, na przykład w kwestii opieki nad rodzicami. Rodzi to napięcia, wzajemne przerzucanie na siebie odpowiedzialności, poczucie winy jednej ze stron i całą gamę niewypowiedzianych (bo nie wypada) emocji. Jest ciężko. Więcej tu stresu i coraz więcej niezgody, dodatkowo towarzyszy nam lęk przed przemijaniem, bo jesteśmy świadkami odchodzenia najbliższych, tych, którzy towarzyszyli nam od początku, byli „zawsze”.

Jeśli chodzi o matki i ich dorosłe córki, trzeba jeszcze nadmienić, że ich relacje są najbardziej bliskie, ale jednocześnie najbardziej konfliktowe, takie sprzężenie tych dwóch czynników daje dość katastroficzny efekt końcowy. Bo kochamy, ale również nienawidzimy, potrzebujemy kontaktu, ale także uciekamy przed nim, bo jest on dla nas wyniszczający. No i, bardzo rzadko szukamy pomocy specjalisty, ponieważ sami nie potrafimy zdefiniować swojego problemu. W rezultacie, kiedy już trafiamy do psychoterapeuty z objawami depresji, domniemana przyczyna naszych problemów okazuje się jedynie wierzchołkiem góry lodowej.

Zawsze warto zacząć analizę swojego zdrowia psychicznego od szczerej odpowiedzi na pytanie o relacje rodzinne. Często to właśnie one stanowią trudne do zidentyfikowania i nazwania wprost, centrum naszych problemów „z samymi sobą”. Depresja, jako choroba duszy, karmi się również słabością wypływającą z naszej niepewności w kontaktach z tymi, których kochamy i nie chcemy ranić, ale którzy niekoniecznie stanowią dla nas wsparcie.


Na podstawie: psychologytoday.com

 


Zobacz także

Chcesz coś zmienić w swoim życiu, ale ciągle czekasz na lepsze jutro? Jutro jest dziś

Poświęcenie czy masochizm. Gdzie leżą granice życzliwości

Poświęcenie czy masochizm. Gdzie leżą granice życzliwości

BLACK LINE – jesienna nowość w BIG STAR