Lifestyle

Każdy z nas potrzebuje odrobiny przestrzeni tylko dla siebie, nawet gdy kocha całym sobą

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
23 marca 2016
Każdy z nas potrzebuje odrobiny przestrzeni tylko dla siebie, nawet gdy kocha całym sobą
Fot. Pixabay / Unsplash / CC0 Public Domain
 

„Musimy porozmawiać „ – mówi On. – Potrzebuję więcej przestrzeni”. – „Co ja takiego zrobiłam źle” – myśli Ona i zaczyna analizować swój związek. Bo nagle, jak to w wielu relacjach bywa, prośba o odrobinę autonomii wywołuje panikę i przeświadczenie, że za chwilę „nie będziemy już razem”. Zbyt często, w miłości czy przyjaźni, chcemy „mieć kogoś” w całości, to znaczy razem z jego wolnym czasem, z jego znajomymi, z jego myślami i marzeniami. A przecież każdy z nas potrzebuje odrobiny przestrzeni tylko dla siebie. To naturalne.

Być razem to nie do końca być jednym

Wchodząc w związek tracisz wolność – jest w tym stwierdzeniu dużo prawdy. Zaczynasz wypracowywać kompromisy, uczysz się ustępować w pewnych kwestiach, liczysz się ze zdaniem twojej połówki, a najważniejsze decyzje podejmujesz wspólnie z partnerem. Początki związku to praktycznie czas spędzony tylko we dwoje. Dopiero po pewnym czasie znowu zaczynamy dostrzegać, że świat wokół nadal jest ciekawy i fascynujący, próbujemy więc wygospodarować dla siebie trochę miejsca, odrobinę czasu. I, bywa, napotykamy na opór, zaczynają się wyrzuty. „Wolisz pójść na tę wystawę zamiast spędzić ze mną wieczór?”…

To, że kochasz, nie oznacza, że nie masz prawa do czasu dla siebie. To, że chcesz spędzić czas z przyjaciółmi nie oznacza, że kochasz mniej lub mniej prawdziwie. Owszem, razem z twoim partnerem tworzycie tandem, zespół, działacie razem we wspólnej sprawie: sprawie waszej miłości. Ale nadal pozostajecie odrębnymi bytami, niezależnie od tego jak blisko ze sobą jesteście. Jeden plus jeden daje dwa.

Kocham, dlaczego potrzebuję przestrzeni?

Właśnie po to, by kochać dobrze i mądrze. To znaczy, nie uzależniać się od drugiej osoby jako jedynego kierunkowskazu w swoim życiu. Nie zaniedbywać swoich potrzeb, pozostać prawdziwym. Zakochując się i planując wspólne życie, pamiętajmy, że odrobina przestrzeni w związku :

  1. Pozwoli nam zostać indywidualnością, nie tylko częścią całości

Za to kim jesteś pokochał cię twój partner i to jaka jesteś wzbogaca twój związek. Bez względu na to, jak bardzo przypominasz swoją mamę, ojca czy babcię Wandzię jesteś odrębną osobą. Świadomość tej odrębności jest kluczowa dla rozumienia twoich praw i oczekiwań względem twojego partnera, dla poczucia twojej wartości. Sprawia, że jesteś szczęśliwa, bo nie zapominasz o swoich marzeniach.

  1. Pozwoli zaakceptować różnice i lepiej docenić związek

Dystans pomaga zrozumieć, przyjąć do wiadomości, że nie musimy we wszystkim się zgadzać by stworzyć udany związek. Przecież różnice między nami pomagają przyjąć szerszą perspektywę, zrozumieć punkt widzenia drugiej strony, a to dla nas bardzo rozwijające. Z bliska tego nie dostrzeżemy, bo jesteśmy za bardzo skoncentrowani na sobie i na swoich emocjach.

  1. Umocni relację

Przebywanie ze sobą cały czas, prędzej czy później doprowadzi do momentu, w którym odczujemy lekkie znużenie. I nie chodzi tu o znużenie drugą osobą, ale o tę rutynę, o powtarzalność i ciągłe skupienie uwagi na partnerze. Jeśli zbyt mocno przejmujesz się tym, co twój partner zrobi lub powie, jak zareaguje, to jasny znak, że przebywacie ze sobą zbyt często. Stąd już tylko krok do toksycznej relacji.

  1. Nauczy rozwiązywać problemy

Bo spojrzenie z dystansu studzi emocje i daje chwilę spokoju na przemyślenia, analizę sytuacji. W samotności bardziej racjonalnie ocenisz wszystkie „za i przeciw”, łatwiej dojdziesz do budujących wniosków.

„O czym myślisz?” – spytała Ona trzeci raz w ciągu tego wieczora. – ” O niczym” – odpowiedział trzeci raz On, choć to nie była prawda.  Bo zbyt duża bliskość to nie zawsze dobre, szczere relacje w związku.


Lifestyle

Nic nie muszę, poza tym co naprawdę muszę

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
23 marca 2016
Fot.Unsplash/Llywelyn Nys / CCO
 

Muszę, muszę, muszę. Muszę to, muszę tamto… Nie wiem jak w waszej głowie, ale w mojej owo muszę zamieszkuje już od lat. Wprowadziło się jak byłam dzieckiem i teraz, choć od miesięcy czynszu nie płaci, mieszka sobie dalej jakby nigdy nic. Muszę posprzątać, muszę ugotować, muszę zrobić zakupy, zapłacić rachunki, zdać egzamin, muszę wstać o 5:40 bo przecież do pracy iść muszę. Ta kategoria „muszę” jest przy tym w miarę jeszcze z rzeczywistością skorelowana. Pewne rzeczy faktycznie muszę, abym mogła jakoś do przodu brnąć. Jest jednak i inna kategoria „muszę”, która nie wiem, czy poza self-torturą czemuś innemu jeszcze służy: muszę się zakochać, muszę mieć faceta, muszę wyjść za mąż, muszę sprawić by mnie pokochał, muszę wyeliminować tę drugą kobietę z jego życia. Oto „muszę”, które jak się dobrze przyjrzeć, wcale na takie prawdziwe „muszę” nie wygląda, siłę oddziaływania ma jednak tak wielką, że czasem do pracy nie pójdziemy, bo akurat z bólu musimy wyć, że ten on nie nas kocha, albo że w ogóle go jeszcze nie ma, a przecież już najwyższy czas by był.

Nie wiem, czy mężczyźni też tak muszą, ale kobiety muszą i już. W self-torturze jesteśmy mistrzyniami. Potrafimy poświęcić jej całą swoją życiową energię i moc. Jedno małe „muszę” potrafimy zamienić w potwora z pełnym dostępem do naszego serca, duszy, całej naszej wrażliwości. Na dodatek, poprzez niekończące się rozmowy z innymi zmuszonymi kobietami, dajemy mu dodatkową moc, sankcjonujemy jego istnienie. Nic więc dziwnego, że po jakimś czasie dochodzimy do przekonania, że problem, który zaczął się od „muszę” teraz jest tlenem bez którego nie potrafimy żyć.

Łapię się na tym nie raz, że jak zwariowany chomik w kołowrocie biegnę coraz szybciej. Celu brak, bo kto w kołowrocie był ten wie, że jest to w gruncie rzeczy pusty bieg. Pędzę jednak jak szalona, a czego nie zrobię, zaraz następna sprawa domaga się załatwienia. W zasadzie życie całe mogłabym spędzić w taki sposób. Pewnie przyszłoby mi wtedy z wyczerpania umrzeć. Z tego fizycznego i z tego w głowie.

Życie tymczasem nie na tym polega…

Nie ma w życiu nic takiego co by nakazywało nam żyć w wiecznym przymusie i biegu. Fakt. Potworzyliśmy sobie różne warianty, które rzekomo mają pomóc zorganizować nam życie. Są to etapy, przez które każdy z nas przechodzi. Na początku zaliczamy każdy etap który nam podsuwają, bo za młodzi jesteśmy by decydować za siebie. Idziemy więc do przedszkola, do szkoły jednej, drugiej. Potem już trochę rozumu własnego mamy, ale mamy też rozwiązania gotowe, serwowane na talerzu. I tak znajdujemy sobie pierwszą miłość, marzymy o rodzinie, więc przyjmujemy oświadczyny. Albo i nie. Czasami sprawy nie idą zgodnie z planem.

Tylko z czyim planem ja się pytam? Kto powiedział, że chłopca mieć musimy zaraz po maturze, i że ślub na studiach to logiczna rzecz? Kto powiedział, że musimy mieć dzieci, że się w ogóle żenić musimy? No kto? A jednak wszystko co w życiu robimy podporządkowane jest temu społecznemu modelowi, który kiedyś tam ludzkość wypracowała i który na szczęście, ewoluuje. Ludzie, którzy z systemu wypadli, nazywani często zbuntowanymi, to po prostu ci, którzy spojrzeli w innym niż reszta kierunku i zobaczyli inne drzwi. Zaintrygowani weszli do alternatywnej rzeczywistości, w której nie ma tradycyjnego „muszę.” W której jest inaczej.

Na początku człowiek ma po prostu wrażenie, że odnalazł wolność…

Ja, dla przykładu, po raz pierwszy w tej nowej rzeczywistości powiedziałam na głos zdanie: nie chcę mieć dzieci. Do tej pory powtarzałam za wszystkim jak oszalała: dwójkę chcę mieć, chłopca i dziewczynkę. I mówiąc to czułam, że coś mnie ściska w żołądku. W alternatywnym świecie, powiedziałam: dzieci mieć nie chcę. Kropka. Nie chcę bo nie. I usłyszałam huk. To kamień spadł mi z serca, a ja uwierzyć nie mogłam w ten błogi stan w jakim znalazłam się niemalże natychmiast. Mózg szybko zareagował. Egoistką jesteś mi powiedział. Tak, jestem! Odparło moje nowe, alternatywne wcielenie. Trochę się jeszcze przekomarzali, ale nie za długo. Ostatecznie alternatywny pogląd wziął górę, a ja dostałam swój spokój. Teraz, kiedy pytana odpowiadam grzecznie na pytania o dziecko, obrzucana jestem różnymi spojrzeniami. Patrzą na mnie inne kobiety jak na wybryk natury, do tego biedny jakiś taki. Cóż, kiedy taki jest mój wybór. Wybór, który daje mi spokój, bo w temacie w którym nic nie muszę, już dawno przestałam czuć jakikolwiek dyskomfort.

Przykład, który podałam jest może nieco skrajny. Nie trzeba aż tak rewolucjonizować życia, jeśli nie jest się na to gotowym. Co jednak warto zrobić, to przyjrzeć się temu swojemu wewnętrznemu dialogowi, który ciągle nam szepta jak sufler w teatrze, kolejne życiowe „muszę.” Często bowiem, jest to „muszę” przez zewnętrzny świat narzucone. Nie zawsze więc nam służyć musi. Poddajemy się jednak takiej self-torturze, bo najczęściej jest na tyle głośna, że zakłóca nasz wewnętrzny głos. Jedyne co słyszymy to: „muszę to, muszę tamto.” Mylnie bierzemy taki rozkaz za prawdziwy i jak eksperymentalny gryzoń, rzucamy się w kołowrót powinności.

Jeżeli jednak damy sobie szansę i poświęcimy chwilę na to by w ciszy usiąść i wsłuchać się w siebie, możemy usłyszeć takie przekazy o jakich filozofom się nie śniło. A już na pewnie nie nam, spętanym przez cudze myśli i koncepty. Czy warto? A cóż to za głupie pytanie? Dotrzeć do siebie jest zawsze warto. Poznać, odkryć tę istotę, która jak mały dobry duszek pokornie siedzi pod cieżką kołdrą pogmatwanych społecznych i kulturowych komplikacji. Siedzi i czeka na odkrycie. Jak skarb. Przedrzeć się do niego przez dżunglę gęstego muszę, to taka wyprawa po zaginioną arkę. Warta jednak każdej przygody. No i nagroda przejść może nasze oczekiwania.

Systemu nie obalimy eliminując niektóre „muszę” z naszego życia. Świat dalej będzie istniał. Będziemy dalej kochać i płakać, radować się i smucić. Możemy to jednak robić na zasadach, które dla nas samych są lepsze. Które nie dręczą nas swoją zasadniczością i surowością i które dają nam opcję dojrzenia do wszystkiego w życiu. Tak byśmy mogli podejmować decyzje wtedy, kiedy jesteśmy na nie gotowi, kiedy nasze pragnienia są naszymi pragnieniami i nasze życie ma piękną harmonię. Prawda bowiem jest taka, że nic nie musimy, poza tym co naprawdę musimy.


Lifestyle

Dzień #17. Zadbaj o siebie naprawdę. #SlimemGO

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
23 marca 2016
Fot. Picjumbo/Viktor Hanacek / CCO

Dzisiaj kończymy z wymówkami 🙂 Poszukajcie jakiś zajęć, które właśnie dzisiaj się odbywają. Czy to fitness, czy zumba, czy zajęcia z jogi, albo aerobik w szkole waszego dziecka. Nieważne. Dzisiaj jest ten dzień, kiedy wyjdziecie z domu poćwiczyć. I nie szukajmy wymówek – że strój nieodpowiedni, że brak dobrego obuwia, że najpierw schudnę, a później pójdę. 

Postanówcie, że ten jeden raz, w ten jeden dzień pójdziecie na dowolne zajęcia. Dajcie znać, jak było – koniecznie!


 

I jak? Chcecie naprawdę o siebie zadbać? Przyłączcie się do naszej wiosennej akcji: „Zadbaj o siebie naprawdę”.

My będziemy wam prezentować różne formy aktywności, a wy wysyłajcie nam zdjęcia, piszcie, jak o siebie dbacie, jak dbacie o swoje ciało, jak sobie radzicie.

ZADANIE KONKURSOWE:

Jest banalne. Wystarczy wrzucić pomysłowe zdjęcie Waszej aktywności na Facebooka z oznaczeniem #SlimemGO. Czy to rolek na nogach, czy pięknego widoku podczas spaceru. A może zdążycie zrobić fotkę w trakcie pogoni za autobusem, czy przy wchodzeniu po schodach? Liczy się pomysł. Te najciekawsze zostaną nagrodzone zestawami fantastycznych kosmetyków, które też pomogą Wam odwdzięczyć się ciału i zadbać o siebie w sposób wyjątkowy. W opisie zdjęcia, napiszcie nam w paru słowach, jak naprawdę o siebie zadbałyście tego dnia.

SZCZEGÓŁY NASZEJ AKCJI ZNAJDZIECIE TUTAJ

#SlimemGO


Zobacz także

3 zachowania niewerbalne, którymi nieświadomie niszczysz związek

5 prostych wskazówek, jak zbudować swoją siłę i odporność emocjonalną

Rozwiązanie konkursu „Jak zamierzasz zadbać o swoje zdrowie w nowym roku”