Lifestyle

„Jestem za prawem wyboru każdej kobiety, ale nie każcie mi klaskać za dokonanie aborcji na życzenie”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
24 października 2016
Natalia Przybysz
Fot. Wikimedia / Andrzej Belina-Brzozowski, Agencja L&B Photo / CC BY-SA
 

Piszę do was, bo nie daje mi spokoju ta sytuacja, a wiem, że na waszym portalu mój głos może zostać zauważony i przeczytany przez wszystkie te kobiety, które czują podobnie jak ja. Otóż od soboty myślę o tym, co się stało. Czemu miał służyć wywiad z Natalią Przybysz dla Wysokich Obcasów, w którym piosenkarka mówi o dokonaniu aborcji. I pewnie sama aborcja nie wywołałaby takiego oburzenia, co sposób, w jaki zostało o niej powiedziane, jakie powody aborcji zostały podane.

Zaczął się hejt, wylewanie wiadra pomyj. Wiadra, ba całego basenu obelg, wyzwisk i gróźb. To z jednej strony, a z drugiej słychać brawa za odwagę, za odczarowanie tematu tabu, o mówieniu głośno, że żadne zakazy i nakazy niczego w decyzji kobiet nie zmienią.

A ja stoję w rozkroku. Bo nie ma we mnie w ogóle potrzeby oceny decyzji Natalii, ani też zachwytu nad tym, że głośno o tym powiedziała. To jej wybór, jej życie i to ona bierze odpowiedzialność za to, co robi i mówi. A przecież o ten wybór walczymy. Także o ten, który nie musi być zgodny z naszym sumieniem. Ktoś głośno w końcu powiedział: hej, nie chodzi nam tylko o utrzymanie obecnego kompromisu, chodzi nam o legalność aborcji, tej do 12-tego tygodnia ciąży. Teraz ten głos wybrzmiał bardzo mocno i bardzo dosadnie. I odniosłam wrażenie, że spowodował podział. Podział wśród tych, które jeszcze trzy tygodnie wcześniej krzyczały jednym głosem.

Bo solidarność kobiet jest bardzo krucha. Jest taka krucha, że złapana mocniej w dwa palce może rozlecieć się w pył. Dlatego uważam, że wywiad z Natalią zrobił mimo wszystko więcej złego, niż dobrego. Bo o aborcji na życzenie nikt głośno mówić nie chce. Zaczęła się nagonka na Natalię, a z drugiej strony na wszystkie te kobiety, które zaczęły stawiać pytania: „Ale o co właściwie walczymy”. Nie chcemy zaostrzania prawa, ale czy chcemy by przerywano ciążę na życzenie? Bo większość kobiet jednak tego nie chce, a tym, które są matkami, trudno zaakceptować fakt, że ktoś ze względu o dbałość własną wygodę przerywa ciążę.

I mam wrażenie, że dziś w kobietach jest strach przed głośnym powiedzeniem: „Nie zgadzam się na pełną legalność aborcji”, bo to znaczy, że wycofują się rakiem ze wspólnej walki o prawa kobiet. Myślę, że tysiące kobiet nagle zamilkło i tak jak ja nie wie, w którą stronę ma teraz pójść. Poprzeć dzisiejszy strajk? Czy może stwierdzić, że ten z 3 października wystarczył, że kobiety pokazały jaka jest w nich moc, wiedząc też, że każdy kolejny będzie obnażał jednak słabość kobiecej solidarności, bo uczestniczek protestów moim zdaniem będzie coraz mniej.

Zupełnie nie wiem, co myśleć. Bo nagle dowiedziałam się, że co czwarta kobieta w Polsce dokonuje aborcji. Wśród moich przyjaciółek, kuzynek, rodziny nie ma żadnej kobiety, która przerwała ciążę, bo nie chciała mieć dziecka, bo nie była gotowa na zostanie mamą. Jasne, że wiele miało wątpliwości, czy podoła, czy sobie poradzi. Nie ma co udawać, że czasami ciąża nas zaskakuje, choć jesteśmy dorosłe i zdawałoby się, że o antykoncepcji wiedzieć powinnyśmy wszystko, ale nie wiemy. Albo wiemy za mało. Popierając strajk kobiet popieram prawo do edukacji seksualnej, do edukowania młodych ludzi o sposobach zapobiegania ciąży, o mówieniu o tym, iż seks nie powinien być traktowany jak narzędzie, a człowiek jak przedmiot.

Popierając strajk kobiet, popieram prawo wyboru każdej kobiety, każdej, która rozważa przerwanie ciąży i tylko ona zna powody, dla których w ogóle taką decyzję rozważa. Czy chciałabym mówić o tym głośno? Nie wiem, są kobiety, które mają taką potrzebę, choć ja nadal nie rozumiem, komu ma to służyć?

Bo dziś już wśród kobiet toczą się dyskusje o skrajnych feministkach, o politycznym wykorzystaniu kobiet, by podkopać autorytet obecnego rządu. Może kolejny, ten który dziś stoi murem za kobietami, odwróci się od nich, kiedy tylko dotrze do rządowego koryta? Tego nie wiemy.

Myślę, że zgubiona została pierwotna idea solidarności kobiet. Że zamiast mówić o tym, że mamy prawo do samostanowienia, rozmawiamy o 60 metrach kwadratowych Natalii. A przecież nie o to chodzi, nie chodziło o przysłonięcie tego, o co walczymy. Mam takie poczucie, że wiele kobiet poczuło się zrobionych na szaro. Mimo wszystko, choć nie oceniają, wiedząc, że same takiej decyzji nigdy by nie podjęły, to jednak poczuły, że ich protest, ich solidarność jest wykorzystana w innym celu niż na początku było mówione. Bo już nie ma mowy o tym, że moje ciało należy do mnie, nie ma mowy o tym, że ktoś chce nam odebrać prawo do decydowania, nie ma mowy o naruszeniach demokracji przez mających w poważaniu prawa kobiet, na których im zależy.

Nie, w całej tej bardzo moim zdaniem potrzebnej dyskusji i działaniu wszystko zostało sprowadzone do aborcji na życzenie, do aborcji dokonywanej z pobudek, z powodu których pewnie zdecydowana większość kobiet ciąży by nie przerwała. Czy coś to zmienia?

Niestety tak. Obserwuję dziś informacje o strajku kobiet, o którym bardzo mało medialnie informacji się pojawia. Czy znowu ulice miast zaleją rozłożone parasolki, czy jednak część kobiet wycofa się nie chcąc podpisywać się pod wyznaniem Natalii Przybysz? Bo choć jest za prawem wyboru, to jest przeciwna aborcji na życzenie, bo same nigdy by jej nie dokonały. Wybieraj, ale nie mów mi o tym, co robisz – mam poczucie, że taki głos dzisiaj wybrzmiewa. Czy jest to hipokryzja?

Nie wiem.  Czy hipokryzją możemy nazwać fakt, że nie chcę wiedzieć, że ktoś dokonał aborcji na życzenie? Nie chcę wiedzieć, bo mnie to dotyka, bo sprawia, że jest mi zwyczajnie po ludzku smutno. Walczę o prawo wyboru kobiet wiedząc, jakie niesie to za sobą konsekwencje. Ale wyznanie Natalii Przybysz? Czy było potrzebne? Ja za odwagę klaskać nie będę… I tak, jak mam nadzieję, że nie był to tylko chwyt sprzedażowy w końcu szanującego się pisma dla kobiet, które zawsze strajk popierało. Tak muszę przyznać, że to jednak strzał w kolano. Strzał w kolano wszystkich tych kobiet, które nieustannie powtarzały: To, że popierasz #czarnyprotest nie znaczy, że dokonałabyś aborcji, to kwestia wyboru każdej kobiety, indywidualnego wyboru.  Popierasz prawo wyboru, a nie aborcję. A teraz? Te wszystkie kobiety będą utożsamiane z historią Natalii, choć same na aborcję by się nie zdecydowały. Mamy walczyć po to, by ktoś mógł powiedzieć głośno: pięć minut i ulga, i zebrać za to skrajne opinie? Myślałam, że walczymy o to, żeby kobiety miały prawo wyboru. Popieram #czarnyprotest, ale proszę nie każcie mi się zachwycać nad tym, że ktoś dokonał aborcji na życzenie. To jej wybór, ja o ten wybór walczę nie oceniając w żadną ze stron. To wszystko.


Lifestyle

5 ścieżek, które prowadzą do wewnętrznego spokoju

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
24 października 2016
5 ścieżek, które prowadzą do wewnętrznego spokoju
Fot. iStock/stock_colors
 

Jak wiele zupełnie niepotrzebnych spraw zakłóca nasz wewnętrzny spokój. Zbyt często jesteśmy rozedrgani, rozkojarzeni, rozdarci między własnymi wyobrażeniami, a rzeczywistością. Zbyt często wyolbrzymiamy problemy, które dzięki nam urastają do rangi życiowych katastrof. Jeśli żyjemy w poczuciu nieustannego niepokoju, to nie jest dobre życie.

Co przeszkadza nam w osiągnięciu wewnętrznego spokoju

Natrętne myśli, obsesyjna próba kontroli

Kto nie zna sytuacji, w której tak intensywnie o czymś myślimy, nie dopuszczając do siebie świadomości, że nasze wyobrażenie może być mylne, że się „blokujemy”?

Znajoma „umiera” za każdym razem, gdy jej mąż wychodzi na służbową kolację. Myśli o tym jak on się doskonale bawi, podczas kiedy ona tkwi sama w niemowlęciem w domu. Wyobraża sobie jego swobodne rozmowy z koleżankami i zdawkowe odpowiedzi, które otrzyma od niego po jego powrocie do domu. I faktycznie, kiedy on wraca, jest już tak negatywnie nastawiona, że, mimo najszczerszych chęci, trudno się z nią porozumieć.

Koleżanka nie potrafi pogodzić się z dorastaniem syna. Wakacyjny obóz, na którym pojechał z z klubową grupą sportową jest dla obojga koszmarem – przez jej ciągłe telefony. Wyobraźnia podpowiada jej obrazy, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością. Gdyby zamiast dążyć do pełnej kontroli potrafiła zaufać – relacja między matką a synem byłaby o wiele bardziej zdrowa i autentyczna. Tam, gdzie jest zaufanie jest też zazwyczaj chęć bycia szczerym, udowodnienia, że jest się tego zaufana godnym

Kompleksy, negatywny obraz samej siebie

Może nosisz je w sobie, jak znamię, od dzieciństwa, może „nabawiłaś się” ich na skutek różnych życiowych doświadczeń. Twoja wiara we własne siły jest złamana, z jakiegoś powodu widzisz w lustrze „gorszą” wersję siebie, tak odstającą od tego, kim chciałabyś być. Porównujesz się często do wszystkich, których podziwiasz i cenisz, w tych porównaniach wypadasz oczywiście zle, w najlepszym wypadku – przeciętnie. Ale też, nie spodziewasz się niczego innego. To jest bardzo dziwny niepokój, takie rozdarcie między wewnętrznym pragnieniem by być „kimś lepszym”, a przeświadczeniem, że i tak ci się nie uda.

Nierozwiązane, nieprzepracowane problemy z przeszłości

Wracają do naszych głów w najmniej odpowiednich momentach, psując to, co co dobre, zasłużone, odbierając możliwość spokojnego życia „tu i teraz”, czasem blokując możliwość rozwoju emocjonalnego. I wpływając na nasze relacje z najniższymi. Bo jakim prawem oczekujemy harmonii i sielankowego spokoju w związku z ukochanym, gdy w głowie i w sercu niebezpiecznie piętrzą się obrazy i zdarzenia, które natychmiast „przyklejamy” jak kalkomanię na na związek?

Jak odzyskać wewnętrzny spokój – Droga pięciu ścieżek

Osiągnięcie stanu psychicznego komfortu to zawsze efekt naszej ciężkiej pracy nad sobą. Warunkiem powodzenia tej całej „akcji” jest konsekwencja, przekonanie, że zmiany są nam potrzebne, że przyniosą upragniony stan duszy: bezpieczny spokój.

Ścieżka pierwsza: Ustalenie priorytetów

Kiedy targa tobą niepokój, odpowiedz sobie na pytanie : co jest dla mnie tak naprawdę ważne? Czy bardziej niż na własnym szczęściu i poczuciu, że postępujesz zgodnie ze sobą, zależy ci na dobrej opinii wśród innych?

Czy wolisz podejmować działania, kosztem twojego zdrowia emocjonalnego (i fizycznego również), tylko dlatego, że masz wrażenie, że się tego od ciebie oczekuje? Czy naprawdę wszystko musisz kontrolować, mając świadomość, że na większość rzeczy nie masz wpływu?

Ścieżka druga: Nauka podejmowania decyzji

Skoro ustalisz priorytety, wiesz już jakie decyzje podjąć, by żyć zgodnie ze swoim sumieniem. Problemem pozostaje jak zwykle konkretne działanie. Wdrażanie podjętych przez siebie decyzji wymaga czasem sporej odwagi (zwłaszcza, gdy w konsekwencji obróci twoje dotychczasowe życie o 180 stopni), czasem umiejętności wychodzenia ze strefy komfortu. Nie oczekuj szybkich efektów, nie nastawiaj się też, że będzie bardzo trudno. Spróbuj na chwilę odsunąć wszystkie skrajne emocje na bok.

Ścieżka trzecia: Akceptacja

Podstawą wewnętrznej równowagi jest umiejętność godzenia się z tym wszystkim, na co nie mamy wpływu (a dotyczy to właściwie większości zdarzeń, które przynosi nam życie). I nie chodzi tutaj o smętne podawanie się złemu losowi, ale o to, by wiedzieć, kiedy odpuścić.  Nie oczekuj, że twoje życie będzie wspaniałe i bezbolesne. Już przychodząc na świat, sama przynosisz cierpienie, dając jednocześnie mnóstwo miłości i radości. Odpuszczaj, nie trzymaj się kurczowo złych emocji, wspomnień i ludzi.

Ścieżka czwarta: Przekonanie, że jesteś warta miłości

Przede wszystkim, tej najważniejszej – własnej. Kiedy stać cię na miłość do siebie samej, na wybaczanie sobie błędów i niedoskonałości, na bycie ze sobą samą szczerą, a w stosunku do siebie troskliwą – stać cię na najpiękniejszą miłość. Dobra miłość przynosi wewnętrzny spokój, bo organizuje życie, zaprowadza w nim harmonię i porządek. Zła miłość lub brak miłości własnej to życiowy chaos i destrukcja.

Ścieżka piąta: Nauka bycia szczęśliwym

Bycie szczęśliwym to dostrzeganie wartości i dobra w tym wszystkim, co już mamy, w relacjach, które tworzymy z – nie tylko najbliższymi – ludźmi. Mi osobiście wydaje się, że to najtrudniejsza z pięciu ścieżek. Cieszyć się tym, co posiadamy, nie pragnąc niemożliwie więcej, potrafi niewiele osób. Niech będą dla nas wzorem.

Jeśli potrafisz już kroczyć każdą z tych ścieżek, choć po trochu, jesteś na najlepszej drodze by osiągnąć wewnętrzny spokój.


Lifestyle

Wytrenuj swój mózg do… miłości!

Agnieszka Sierotnik
Agnieszka Sierotnik
24 października 2016
Fot. iStock / South_agency

Każda z nas marzy o wielkiej miłości. Możemy nie mówić o tym otwarcie, ale nie ma co się oszukiwać, potrzeba bycia kochaną w końcu dopada każdą z nas. Ponoć największym lękiem pokolenia Milenialsów jest ten, że nigdy nie znajdą miłości. Okazuje się jednak, że jest na to sposób. Bo mózg można do miłości wytrenować!

Mogłoby się wydawać, że trening który ostatecznie ma prowadzić do zakochania jest po prostu nie możliwy. Przecież trenować możemy mięśnie, pamięć, ale miłość?! Arthur Aron podjął wyzwanie i niedowiarkom postanowił udowodnić, że to naprawdę możliwe. Stworzył pakiet 36 pytań, które mają doprowadzić nas do zakochania, co więcej – udowodnił, że naprawdę działają. Jego zestaw pytań został stworzony z myślą o parach heteroseksualnych, które przez 45 minut naprzemiennego zadawania pytań powinny siedzieć naprzeciwko siebie i utrzymywać kontakt wzrokowy. Zaraz po zadaniu wszystkich pytań, przez cztery minuty para powinna patrzeć sobie w oczy.

Pytania zaczynają się od tych najprostszych, pozwalających na lepsze poznanie. Na przykład – 'Jeżeli w twoim domu wybuchłby pożar, co byś uratował?' lub 'Jutro możesz obudzić się z jedną super mocą, którą wybierasz?' Może brzmi banalnie, ale jak wszystko ma to swój cel. „Gdy odsłaniamy przed kimś swoją wrażliwość, a w zamian dostajemy to samo, czujemy się bardzo komfortowo” – tłumaczy doktor Margaret Clark, profesor na Yale University. Eksperyment opiera się na budowaniu wzajemnego poczucia bezpieczeństwa, zaufania i empatii. Jedna z par, która poddała się eksperymentowi, wzięła ślub po sześciu miesiącach!

Dlaczego to działa?!

1. Budujemy empatię

W trakcie trwania eksperymentu w mózgu wydzielana jest oksytocyna, która odpowiada za empatię. „Duża dawka oksytocyny jest niezbędna, żeby zbudować długotrwały związek!” – mówi dr Lucy Brown, neurobiolog.

2. Przeżywamy razem coś zupełnie nowego

36 pytań oraz następujące po nich cztery minuty patrzenia sobie w oczy to coś, czego nie robimy na co dzień. To niesamowite doświadczenie, które wspomaga aktywność dopaminy w naszym organizmie. Doktor Brown uważa, że to właśnie klucz do sukcesu. „Im więcej nowych rzeczy przeżywamy razem, tym bardziej się do siebie przywiązujemy, a nawet zakochujemy.”

3. Nic nie trwa wiecznie

Dlatego też eksperyment może zadziałać tylko raz i tylko z jedną osobą. Dlaczego? Bo później po prostu przyzwyczajamy się do pytań, mamy w głowie wcześniej wymyślone odpowiedzi. „Nie doświadczamy czegoś nowego. W tym cały problem” – podkreśla Brown.


źródło: Bustle.com


Zobacz także

„Przecież cię nienawidzę, wiec skąd ten żal?”. List do męża, z którym się rozwodzę

A gdyby w prezencie podarować sobie i innym piękny uśmiech? Akcja „A co ty byś sobie podarowała w prezencie”

Kłamstwa mają swoje kolory. Którego z nich ty używasz najczęściej?