Lifestyle

Jeśli kobiety do szczęścia potrzebują zakupów, to ja jestem w tej części, która dodaje – zakupów w lumpeksach. Kocham

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
27 lutego 2017
Fot. iStock/ArminStautBerlin
 

Kocham lumpeksy. I pamiętam czasy, kiedy wstyd było się do tego przyznać. „Ja do lumpeksu? No co ty, nigdy w świecie!”. Lumpeksy były pochowane w podwórkach, w bramach, małe, ciasne i nie ma co ukrywać – często śmierdzące pomieszczenia.

Jestem z pokolenia, które doskonale pamięta czasy powstawania lumpeksów. Sklep z odzieżą używaną brzmiał podejrzanie. No bo jak z używaną, że mam iść i kupić ciuchy, które już ktoś nosił? Brr, a fuj, co to to nie. Przemykałyście po kryjomu do lumpeksów bojąc się, że spotkacie kogoś znajomego? Że ktoś zobaczy, jak wychodzicie z wielką reklamówą używanych ciuchów?

Nie wiem, kiedy lumpeksy zostały odczarowane z mitu, że to sklepy dla biednych, gdzie za niewielkie pieniądze ubrać można było 8-osobową rodzinę. I te przytyki pogardliwie wygłaszane: „A to pewnie masz z lumpeksu”, „Lumpeksiara”. Lumpeksy wyszły na pierwszy plan, mieszczą się przy głównych ulicach, a spotkać w nich można nawet mężczyzn.

Ja natomiast kochałam lumpeksy od początku ich istnienia. Pamiętam taki jeden, oczywiście na tyłach jakiegoś większego sklepu, gdzie się zakradałam po lekcjach, szukając wielkich i rozciągniętych swetrów, ciuchów, o których wiedziałam, że nikt nie będzie miał. Te wszystkie spodnie – sztruksy, podarte dżinsy, dzwony…

Lumpeksy dla mnie odczarowali moi rodzice, kiedy sami postanowili jeden z takich sklepów otworzyć. Która z was nie marzyła choć raz o tym, żeby móc dostać się do takiego sklepu, kiedy wszystkie worki są rozrywane, nowy towar wysypuje się na podłogę, nim trafi do wielkich skrzyń i na wieszaki? Mój tata jeździł starym fordem po te worki. A mama w szale otwierała już je w samochodzie, wyrzucając co chwilę jakąś bluzkę na tylne siedzenie: „O ta dla mnie, o ta też”.

Efekt był taki, że nasz dom stał się jednym wielkim zbieractwem. Po czasach, kiedy ciężko było o nowe pościele, za ręcznikami nawet trzeba było stać w kolejkach, bo nie było. A później jak były, to kasy brakowało, żeby kupić.

Złote czasy lumpeksów to okres, kiedy nagle wszyscy mogli mieć wszystko: nowe pościele, oryginalne zasłony, firany, pięć płaszczy, cztery kurtki. Rety, człowiek kupował wszystko, co wpadło mu w ręce i co mogło okazać się przydatne, choć nigdy takiego statusu nie nabrało. Za małe sukienki, kołdry, na które nie było poszewek, ciuszki dla małych dzieci, choć takich jeszcze w rodzinie nie było.

Minął w końcu szał kupowania wszystkiego jak leci – koszulki z plamą, bo na podwórko będzie, a w sumie ładna, sukienki, w którą może kiedyś się zmieszczę, no ale… ładna, kurtki na syna, którą założy za trzy lata. Wiadomo, cena też zrobiła swoje, co lepsze ciuchy zaczęto wyceniać czasami, za kosmiczne jak na second handy pieniądze.

Moja mama prowadziła lumpeks przez dobrych kilka lat. Kiedy później o tym opowiadałam, nie było osoby, która by mi nie zazdrościła. Oj tak, te magiczne worki, które nie wiadomo, co kryły, czasami serię zupełnie nowych dżinsów, a czasami stare, śmierdzące ciuchy po budowlańcach, spleśniałe od wilgoci kurtki. Naprawdę, można tam było znaleźć wszystko. A to podniecenie nowego towaru nigdy nie minęło.

Tamtego lumpeksu mojej mamy już nie ma, ale ja pozostałam wierną fanką. Żadna sukienka kupiona nawet za 300 zł nie cieszy mnie tak, jak ta wyszarpana za 5 złotych w ostatnim dniu wyprzedaży przed wymianą towaru na nowy. Nic nie sprawia mi takiej przyjemności, jak bluzka, która kosztuje jakieś 10 złotych, a wygląda jak chodzący oryginał sprowadzony nie wiadomo skąd.

Jeśli ktoś myśli, że w Polsce skończyła się era kolejek ustawiających się przed otwarciem sklepu, to powinien poobserwować, co się dzieje pod drzwiami lumpeksów, kiedy na witrynie wielkimi literami widnieje „DZIŚ NOWY TOWAR”. Kiedyś mieszkałam tak, że okna z mojej kuchni wychodziły prosto na duży lumpeks w starym po PRL-owskim budynku. Towar był w poniedziałek, sklep otwierano o 9:00, ale już półtorej godziny wcześniej ustawiała się kolejka. Pewnego dnia naliczyłam w niej tuż przed otwarciem 67 osób… I uwierzcie cały dzień drzwi się tam nie zamykały. Takie kolejki obserwuję do dziś przejeżdżając koło lumpeksów z nowym towarem.

Ja akurat tym się różnię od ludzi kochających lumpeksy, że nie pcham się w dzień nowego towaru, nie walczę o ciuchy, nie wyrywam z rąk, nie podbieram z koszyków, nie kupuję na zapas, na wypróbowanie, na internetową sprzedaż lepszych marek. To nie dla mnie. Widziałam, jak kobiety potrafią walczyć o jedną sukienkę tylko dlatego, że jedna z nich wyglądała w niej dobrze, nieważne, która jak wyglądać będzie. Sama kiedyś wypróbowałam. Ściągnęłam z wieszaka bluzkę i krzyczę do mojej mamy przez cały sklep: „widziałaś co to za firma? Kurde, że za duża na mnie”. Na efekt nie trzeba było długo czekać. Trzy inne podleciały i chciały złapać. Ostatecznie bluzka skończyła z oderwanym rękawem… A naprawdę była ładna.

Bo cała sztuka w lumpeksach polega na szukaniu. Na cierpliwości przerzucania wieszaków, na wyrobionym w sobie nawyku szukania. Każdy ma swój, inny. Ja chodzę do lumpeksów w piątym, szóstym dniu po nowym towarze, kiedy ciuchy są przebrane, mniej ich na wieszakach, a cena taka, że za trzy pary spodni dla moich dzieci, dwie koszulki, koszulę męską (dla mnie), kurtkę i sukienkę płacę niecałe 30 złotych. To wtedy bez przepychania się, przerzucam wieszak po wieszaku ubrania w kolorze, który mi odpowiada. Bo jak wiadomo – dobry lumpeks ma nie tylko ciuchy podzielone ze względu na rodzaj, ale też ułożone kolorami.

I nic nie zastąpi mi tego poczucia satysfakcji, kiedy czuję się, jak członek dzikiego plemienia, który wszystkich zrobił w konia podczas polowania. Bo zamiast rzucać się na pierwszą zwierzynę, która się nawinęła, odczekałam, i tę najtłustszą trafiłam najmniejszym wysiłkiem, bo zmęczona była po kilkudniowej gonitwie. Ze swoją zdobyczą w torbie wracam do domu z poczuciem dobrze wykonanego zadania, w ręce dzierżę zwycięstwo swojego sprytu i spostrzegawczości. Jestem jak ten, który zasługuje na oklaski i szacunek. I to mojej mamy: „Pokaż, co kupiłaś”. I ta duma, gdy wyciągasz i wyciągasz i na koniec mówisz cenę, za którą w sklepie normalnym nie kupiłabyś ani jednej z tych rzeczy. Eh… I jak nie kochać lumpeksów.

Jeśli kobiety do szczęścia potrzebują zakupów, to ja jestem w tej części, która dodaje – zakupów w lumpeksach.


Lifestyle

Żesz w mordę – w tym roku miałam być do wiosny przygotowana. A ja jeszcze pod ciepłym kocykiem!

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
1 marca 2017
Fot. iStock/stock_colors
 

„O jak pięknie”

„W końcu ciepło!”

„Wiosnę czuć w powietrzu”

Wpadłam w popłoch? Jaka wiosna, gdzie? Przecież ja tu jeszcze pod kocykiem wieczorem zajadając pyszną szarlotkę, bo przecież, kiedy zimno, to organizm domaga się więcej jedzenia, więcej słodyczy, więcej odpoczynku! Więc jaka wiosna?

Ja nie jestem gotowa na wiosnę! No przecież obiecałam sobie, że tym razem zgubię tę oponkę na brzuchu – tę małą co kryje się pod tą większą, żeby – wiadomo – za wysoko sobie poprzeczki nie stawiać. A tymczasem – wiosna! A ja jeszcze w nocy wyjadam kawałek sera z lodówki, albo z łyżeczki pyszny miód zlizuję – no dobra z dwóch, bo coś mnie w gardle drapie. Wiadomo, że miód najlepiej smakuje zimą. I mi nadal smakuje, więc jak to wiosna?

No przecież wiosną trzeba wyjść spod tego koca, przeciągnąć się, wyprężyć grzbiet jak kot i zacząć działać. A ja tak jeszcze marzę, żeby choć przez chwilę móc bezkarnie leżeć wieczorem, każdy kawałek usprawiedliwiać tym, że ciemno, buro, że jak już tak brzydko, to chociaż na czekoladową przyjemność muszę sobie pozwolić.

A za chwilę usłyszę, że ptaki śpiewają, kwiaty rosną – to prawdziwa przyjemność, a nie jakaś tam czekolada.

Żesz w mordę – w tym roku miałam być do wiosny przygotowana. Miałam nie dać się zimowemu nastrojowi, nie zapaść w sen, ale tak mi się błogo zrobiło… I wydawało mi się, że jeszcze tyle czasu mam.

No i stres. Stres, bo trzeba już, zaraz zrobić porządek w szafie, wyciągnąć narzędzia zbrodni w postaci spodni lekkich i kolorowych, w które… no w końcu ze sobą jestem szczera – na bank nie wlezę. A jak wlezę, to ta oponka, co to zniknąć do wiosny miała, a teraz jak na nią patrzę to większa mi się wydaje, wystawać haniebnie będzie.

Fuck. Przecież sobie obiecałam, że nie dołączę do grona tych, którzy nagle wysypują się na ścieżki biegowe w poszukiwaniu wiosny i na chama chcą zgubić zbędny już po zimie tłuszcz. Nie będę ściskać się na siłowni z tymi, którzy też zapomnieli, że zima się w końcu kiedyś kończy i czas wystawić łeb do słońca, a ciało przystosować do zwiększonej aktywności.

Jasne, i mogłabym to wszystko olać. Przecież to moje ciało, moje życie i wszystkim ch*j do tego jak wyglądam i się czuję. Mogłabym toczyć się jak niedźwiedź polarny do kolejnej zimy. Ale nawet mój młodszy syn (zoolog z zamiłowania psia kość) uświadomił mi, że nawet białe misie gubią tłuszcz na wiosnę. Im to się pewnie topi pod tym futrem… Cwaniaki.

No więc siedzę oszołomiona faktem, że jednak za ciepło mi w zimowej kurtce, kiedy lecę po syna na trening (jessu wszędzie ten sport), że może czapkę czas już ścignąć i o włosy jednak zadbać, a nie przykrywać je futrzakiem – ot i sprawa załatwiona.

Jeny, jaka zima jest cudowna w tych ukrywankach. Tu czapka na tłuste włosy, tam gruba kurtka, pod nią bluza i zawsze możesz powiedzieć, że na cebulę się ubrałaś, a nie że czekolady za dużo. Bieganie w mrozie – brrr, przecież katar się trafił. Nikt w weekend na rower cię nie ciągnie, każdy rozumie, że z książką zaszywasz się pod kocem, bo przemarzłaś w kolejce do mięsnego – zimno od tych lodówek jak cholera było. Możesz pić grzane wino, gorącą czekoladę, herbatę z ogromną ilością miodu i myśleć sobie: „świat jest piękny, a jak przyjdzie wiosna, będzie jeszcze piękniejszy”.

A tu ZONK. Wiosna przyszła, świat pięknieje, tylko nie ty! No dobra, udaję, że nie słyszę, że meteorologiczna wiosna się zaczęła. Do topienia czarowonic – tfu – marzanny jeszcze trochę zostało.

Płaczę nad moim kocykiem… Odstawiam wielki kubek herbaty, w której tonęły kilogramy cukru – bo przecież z cytryną i wyciągam butelkę wody. Zakazuję kupowania moich ulubionych słodyczy. Czas na detoks. Otwieram okno, wciągam głęboko powietrze i wiecie co… Wzruszam się. Na szczęście nikt nie widzi. Wzruszam się, bo idzie nowe. Oponkę na bank zgubię, rower odkurzę, z dzieciakami spacer długi w weekend zaplanuję. Moje koty wpadają przez otwarte okno do domu…Kurde, już zdążyły trochę schudnąć. Pies patrzy spode łba – stary wyglądasz jak ja po zimie. Idzie wiosna! Syn – ten od niedźwiedzi – krzyczy: „Mamo, patrz, żurawie”.

I już nie czuję paniki. Prostuję się, puszczam do siebie oko przechodząc koło lustra, bo wiem, że zaczyna się znowu cudowny czas pod tytułem: „wszystko mi się chce, kocham życie, siebie i w dupie mam oponki”. No. To idę pobiegać, żeby pooddychać wiosną. A wy?

P.S. Wróciłam. O ja cię pierdzielę… Zima odcisnęła na mnie swoje piętno, kiedy jak parowóz marzyłam, by dostać się do domu… Uważajcie może z tym hura optymizmem.


Lifestyle

Jeśli usłyszę: „będzie dobrze”, kiedy mi najgorzej, to przysięgam – nie ręczę za siebie!

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
9 lutego 2017
Fot. iStock/kieferpix

Nic na świecie nie wku*wia mnie tak, jak ludzie, którzy „chcą dobrze”, którzy „chcą dobrze” dla ciebie oczywiście.

Dlaczego? Po pierwsze i przede wszystkim dlatego, że „chcą”? Ile ja rzeczy w życiu chcę – chcę na przykład mieć długie włosy, których nigdy w życiu pewnie już nie zapuszczę. Chcę mieć nogi jak Julia Roberts (matko nawet jej włosy mogłabym mieć) i chcę mieszkać na Karaibach. To takie chcenie, które najlepiej, jakby samo by się spełniło, bo przecież ja i tak nie mam na to wpływu, albo prawdziwych chęci.

I ci ludzie, którzy tak do nas mówią, oni jedynie „chcą” i nic więcej. Musiałam to sobie wyłożyć.

Ile razy w życiu słyszałyście:

– nie martw się, będzie dobrze

– dasz radę, w końcu kto, jak nie ty

– jesteś silna, zobaczysz, ogarniesz wszystko?

Nożesz ja kurde cię molę nie mogę! No nie mogę tego słuchać, dostaję piany na ustach niczym wściekły zwierz, który jest o krok od rzucenia się na swoją ofiarę. I on wcale nie chce się rzucić, on to po prostu zrobi.

Każde poklepanie po plecach, szepnięcie do ucha: „ułoży się” to woda na młyn mojej szewskiej pasji.

Zastanawiałam się, czy może ze mną coś jest nie tak, że może ja jestem aspołeczna, mało wrażliwa, nieempatyczna. No bo człowiek chce (wrrr) dla ciebie dobrze, a ty się obruszasz i ciskasz piorunami.

No, ale odwracając sytuację:jeśli ty nie wiesz, gdzie ręce włożyć, jesteś w ogromny pie*dolonym dole, gdzie naprawdę przez chwilę nie widzisz żadnego światła, żadnej iskry nawet, a słyszysz: „będzie dobrze, jestem z tobą”, to chcesz wyć do księżyca. Może choć on zaszczyci cię na chwilę swoim odległym blaskiem.

Bo to, że ktoś jest z tobą, nie znaczy wcale, że jest. Czy naprawdę mówiąc komuś coś takiego, siadasz obok niego, przejmujesz się jego losem, wchodzisz w jego buty i czujesz to wszystko, co wtedy targa jego emocjami i ciałem? Uwierz, on akurat najmniej potrzebuje takich słów.

Jest we mnie takie nieodparte uczucie, że owo „będzie dobrze” dla tej drugiej strony, która dobrze się ma, załatwia wszystko:

– wyrzuty sumienia

– dobre samopoczucie

– poczucie spełnionego obowiązku

– wrażenie bycia dobrym przyjacielem.

Pewnie można by mnożyć, co jeszcze. Tylko teraz wyobraźcie sobie taką sytuację. W waszym życiu dzieje się coś nieprzewidzianego – ktoś odchodzi, ktoś porzuca, ktoś wymaga od ciebie więcej niż powinien. A ty czujesz, że masz dość, że rzeczywistość zwyczajnie cię przerasta, że dłużej nie dasz rady. Chcę ci się wyć, ukryć pod kołdrą własnego łóżka, przespać wszystko to, co się dzieje wokół i wrócić, jak już wszystko się ułoży. Najlepiej niech ułoży się samo, bez twojego udziału.

Ale przecież jesteś dorosła, wiesz, że to tak nie działa, że pewnego dnia będziesz musiała wstać z kolan, podnieść głowę i zacząć działać, zmieniać siebie i ten najbliższy ciebie świat. Do cholery, wiesz, że będzie dobrze, ale wiesz to tylko dlatego, bo to będzie zależeć do ciebie. Więc farmazony w stylu jakoś się ułoży są ci po nic, bo NIC nie ułoży się SAMO. Na wszystko TY musisz mieć wpływ! Ale na to przyjdzie czas, teraz jest moment płaczu, strachu, bezradności i smutku.

I czy naprawdę tak trudno to zrozumieć? Czy naprawdę w momencie, kiedy nie chcesz myśleć, co kryje się za rogiem, chcesz robić po prostu NIC, ktoś musi ci wciskać: „ogarniesz wszystko”!?!

Nie jesteś małą dziewczynką, żeby tego nie wiedzieć ale ten, kto to mówi jest pieprzonym egoistą, albo idiotą. Przepraszam, naprawdę tak myślę i sama nie raz jak taka idiotka się zachowałam. Teraz wolę powiedzieć: „przepraszam, nie mam nic mądrego do powiedzenia”, zamiast dukać jakieś farmazony tylko po to, żeby było miło, oczywiście mi miło, bo przecież w moim mniemaniu umiałam się znaleźć w trudnej sytuacji.

Tymczasem sama słysząc takie słowa… Para mi idzie uszami mam ochotę cisnąć czymś ciężkim, co na rękę mi się nawinie i powiedzieć: „a idź se do diabła”, bo dobrymi chęciami to właśnie jego mieszkanie jest wybrukowane. Wrrr.

Na szczęście oprócz szału wściekłości wypracowałam taką przypadłość: jak mnie coś doprowadza do wrzenia, próbuję ogarnąć te emocje, usiąść z boku i przyjrzeć się – co można by zrobić, żeby to zmienić i z czego ta wściekłość się bierze.

Skąd się bierze już wiem – z samego tylko chcenia, które może i chęcią wsparcia jest wypełnione, ale to nadal tylko chęci. Ja chcę realnego poczucia, że ktoś przy mnie jest w trudnych chwilach i nie próbuje tego załatwić zwykłym: „nie martw się, będzie dobrze”. Bo ja teraz chcę się martwić, chcę płakać, chcę czuć się jak bezsilna dziewczynka, którą ktoś przytuli pogłaszcze, a na końcu zamiast gadać pierdoły, spyta:

„co czujesz?”,

„jak ci pomóc?”

„czego potrzebujesz?”

„zostać na noc?”

„mam nic nie mówić?”

Że niby co za różnica? OGROMNA. Bo za tym wszystkim kryje się: obchodzi mnie, jak się czujesz, chcę ci pomóc, jestem – tak naprawdę jestem tuż obok, choćby po to, żeby zrobić herbatę.

Tu nie ma chcenia, tu jest bycie z kimś, wsparcie, poczucie, że nie jest się samym – zwłaszcza superbohaterem, który wszystko ogarnie, ułoży i tylko czasu potrzeba!

Nie. Tu ktoś daje ci prawo do bycia słabym, zrozpaczonym, załamanym. Nie każe ci stawać na baczność na hasło: „będzie dobrze” nie dając ci żadnych wskazówek, jak to zrobić, zostawiając cię z tym pustym frazesem, samemu jedynie czując się lepiej.

„Rozmawiałaś ostatnio z Zośką?”. „Tak”. „I co?”. „No nic mówiłam jej, że będzie dobrze, czasu tylko potrzeba”. Przysięgam, uduszę, jak kiedyś to usłyszę! Wy też macie do tego prawo – naprawdę!

Uff. Dziękuję za uwagę.