Lifestyle

„A, bo to jedynaczka… Egoistyczna, samolubna, skupiona na sobie, rozpieszczona, niesamodzielna. Szkoda słów!”

Poli Ann
Poli Ann
11 maja 2021
7 rzeczy, których NIE musisz robić, żeby być szczęśliwą
Fot. iStock
 

Ludzie kochani, jak rodzeństwa się nie ma to serio trzeba być rozpuszczonym jak dziadowski bicz egoistą? O losie! No krew mnie zalewa. Co wiadomo do cholery, ja się pytam uprzejmie??? Bo jak siostry się nie ma albo brata to co, od razu samolub ma być? Nieogarnięty? Zapatrzony w siebie i swoje potrzeby, nie nieorganizowany? Arogancki, z nosem zadartym tak, że się chmury przestawia?


Jest się wtedy pasożytem, wykorzystującym innych ludzi? Na litość boską! Obojętnie, czy jedynak czy tez jedynaczka, to już z założenia ma być złym człowiekiem? Ja też jestem jedynaczką. Iiiii? W nosie mam co mówią, w końcu. Nie będę się tego wstydzić! Choć i tak na pamięć znam te wymowne spojrzenia. No tak, rozpuszczona jak dziadowski bicz, pyskata, leniwa i dumna. Księżniczka na ziarnku grochu z nosem na kwintę i służbą u boku. Egoistka widząca tylko swoje potrzeby. Ot co!

No do jasnej Anielki! Aż mnie strzela, nie powiem już co! Owszem rodzeństwa los mi poskąpił. Nie wchodzę w szczegóły czemuż to moi rodziciele się o nie nie postarali. Nie mam to nie mam. Mea culpa? Życie, co począć, skoro oni nie poczęli?

I tak, miałam swój pokój. Doceniam. Nawet bardzo. Pamiętam koleżanki, które dzieliły swoją przestrzeń z bratem i każdego dnia staczały bójki o swoje centymetry kwadratowe. Ale żebym w luksusach opływała? Bez przesady. Zwykła dziewczyna z blokowiska. Uczennica wielkiej szkoły. Stała bywalczyni trzepaka i podwórka. Z kluczem na szyi. Rodzice chuchali na mnie tylko jak leżałam w inkubatorze i jak źle przechodziłam ospę. Nie chwalili za dużo, żeby mi się w głowie nie poprzewracało (a jednak!). Nie pamiętam, żeby mnie wyręczali.

Na kolonie i obozy jeździłam od siódmego roku życia. Radziłam sobie świetnie. I o dziwo wcale nie tęskniłam ani nie płakałam za mamą, jak to wiele moich mających rodzeństwo koleżanek. O tak, te to wyły całe dnie, podczas gdy ja brudna latałam po drzewach, bawiłam się w berka i w chowanego, skakałam przez ognisko i wygrywałam kolonijne konkursy. Mój pokój zawsze miał pierwsze miejsce w konkursie czystości. Raz nawet wszystkie ubrania wyprałam, ręcznie nadmienię, żeby już mamie kłopotu po powrocie z kolonii nie robić. I prawie by było idealnie, gdyby nie fakt, że nie do końca mi ręczniki poschły i torba, a raczej jej zawartość, po paru godzinach podróży autokarem nie była najświeższa:) Miałam 8 lat.

Do szkoły chodziłam na pieszo jak inne dzieciaki. Nikt mi tyłka nie podwoził, choć tata po jakimś dorobił się auta. Nie kupowano mi wszystkiego, co bym tylko chciała. W domu biednie nie było, ale też się nie przelewało. Trzeba było zasłużyć, poczekać, czasem uzbierać oszczędności i dołożyć do wymarzonej zabawki, kasety czy butów.

Miałam dobre stopnie. W nauce mama pomagała mi chyba w pierwszej i drugiej klasie. Potem już nie wiedziała, co to znaczy uczenie się z dzieckiem. Ogarniałam wszystko sama. Co roku przynosiłam do domu świadectwo z czerwonym paskiem. W wieku 10 lat wynegocjowałam kieszonkowe i uczyłam się gospodarowania pieniędzmi. Pamiętam jak mama mówiła, że na kolonie pieniędzy mi nie da. Mam sama odłożyć. Więc ja cały rok ciułałam, by potem było na lody i pamiątki. Zawsze starczyło.

W domu miałam swoje obowiązki. A jakże. Sobota to był mój dzień. Gdy jeszcze nie nikt nie marzył o supermarketach, ja rano ganiałam po osiedlu z listą zakupów. Wiedziałam doskonale, co, gdzie i za ile kupić. I nigdy nie zabrałam mamie reszty. Oddawałam co do grosza.  Ścierałam kurze, myłam naczynia, zdejmowałam pranie, obierałam ziemniaki na
obiad, czyściłam łazienkę, zamiatałam korytarz, wynosiłam śmieci. Jak wszystkie inne dzieciaki. Nikt mnie na rękach nie nosił.

Dostałam się do świetnego liceum. Nigdy nie miałam uwagi. Znów co roku pasek. Jak chciałam, żeby mama mi kupiła super bluzę to często dokładałam ze swoich oszczędności. Nie chciałam od rodziców ciągnąć pieniędzy. Byłam dumna. I tak mam do dziś.

Na studia dostałam się bez problemu. Rodzice przelewali mi jakąś kwotę na przeżycie. Raz starczyło, raz nie. Trzeba było sobie radzić. Na drugim roku zaczęłam pracować. Byłam spokojna, że w razie kłopotów, do rodziców po kasę nie zadzwonię. W akademiku i na stancji odnalazłam się praktycznie od razu. Dostosowałam się do panujących zasad i wsiąkłam w życie studenta. I wiele razy słyszałam: Ty jedynaczką? Nie wyglądasz.

A co to w ogóle znaczy?! Ja się pytam. Jak wygląda jedynaczka? Ma być gruba czy chuda? Włosy proste czy kręcone? Jasne, a może ciemne? A charakter? Jedynak nie może być samodzielny i pracowity? Musi ciągle mieć mamę przy sobie, nawet jak pani w dziekanacie jest niepomocna? Ma dostawać dodatkową kasę, gdy tylko zapragnie? I sam cv też nie napisze? Jeszcze pewnie do toalety z kimś powinien chodzić, żeby mu się nic nie stało.

To ja Wam powiem, że wyjechawszy na studia, zaczęłam dorosłe, niemal samodzielne życie. Rodziców nie interesowało nic. Ja płaciłam rachunki, za bilety, książki i jedzenie. O dziwo przeżyłam! Serio. Cała i zdrowa. Skończyłam studia. Dostałam pracę. Dziś mam mieszkanie na kredyt jak większość równolatków.

Założyłam rodzinę. Dałam radę. Niesamowite! Przecież jestem jedynaczką. Nie powinnam była, nie? Teraz staram się by to role się odwróciły. Żebym to ja była dla rodziców
wsparciem, a nie wciąż czekała z wyciągniętą dłonią na prezenty. Co roku mam problem z pytaniem, co chcę na urodziny. Bo w sumie dali mi tyle, że ja nic nie potrzebuję. A ciuchy, kosmetyki czy książki mogę kupić sobie sama.

Tak jestem jedynaczką. Będę zdana na siebie, gdy rodzice nie będą domagać i gdy ich zabraknie. I dam radę, bo na szczęście nie trzymali mnie pod kloszem, dali mi po prostu wędkę i co złowiłam, to moje.  Jestem jedynaczką. Mam grono przyjaciół. Umiem pomagać. Odnoszę i porażki, i sukcesy. Jestem ambitna. Stawiam sobie cele i do nich dążę.  Dziś od rodziców chcę tylko, żeby byli. Czasem przytulili czy otarli łzę. Ja z całą resztą sobie poradzę. Nie ma innej opcji. W końcu jestem jedynaczką:)


Lifestyle

„Wiesz jak to jest być z Panem Bumerangiem? Nie? To ja Ci opowiem”

Poli Ann
Poli Ann
23 maja 2021
Photo by Soulseeker - Creative Photography on Unsplash
 

– Wiesz jak to jest być z Panem Bumerangiem? Nie? To ja Ci opowiem – Laura patrzy na mnie zielonymi oczami. Ma jakieś dwadzieścia kilka lat. Szczupła, niewysoka. Mówi cicho.

– Poznaliśmy się w liceum. To była szczenięca miłość, która miała trwać wiecznie. To z nim uczyłam się bliskości. Te niemal dziesięć lat było bardzo intensywne. Pełne pasji, emocji i miłości. Bo przecież się kochaliśmy jak wariaci. Dwójka małolatów oczarowana sobą. Tylko każde z nas to uczucie pojmowało…

Laura znów spojrzała na mnie. Z jej zielonych oczu biła taka radość. Jej twarz się rozpromieniła. Musiała być wtedy naprawdę szczęśliwa. Łukasz żył chwilą, a ja oczekiwałam już czegoś innego. Wszak związek powinien ewoluować, dojrzewać. Ja chciałam czegoś więcej, po kilku latach, dziesiątkach zjedzonych obiadów z rodzicami, wspólnych wakacjach, miałam prawo myśleć, że jestem tą jedyną.

– Nawet mi to mówił… – tym razem posmutniała. Kolor oczu jej się zmienił, a może tylko przymknęła powieki i mi się zdawało? – Pokłóciliśmy się i powiedziałam mu, co czuję, że chciałabym wiedzieć na czym stoję. Przestraszył się. Wtedy odszedł pierwszy raz. Twierdził, że nie jest gotowy na jakiekolwiek deklaracje. Mówił, że wciskam go w ramy, w których się dusi. Boże, zabrakło mi wtedy tchu. Złamał mi serce. Rozłupał mi je na miliony kawałeczków. Zniknął na dwa miesiące bez śladu, by nagle pojawić się w domu moich rodziców i przy nich błagać mnie o wybaczenie. Cóż mogłam odpowiedzieć? Ja – kobieta młoda i zakochana po same paznokcie?

– tu uśmiechnęła się lekko. Ścisnęła dłonie w pięści. Przygryzła dolną wargę. Nie musiała nic mówić. Znałam odpowiedź.

– Zaczęły się miodowe miesiące, nosił mnie na rękach, kiedy znienacka znów oznajmił, że nie czuje się gotowy. A ja nawet nie wspomniałam o ślubie, dzieciach i kredycie na pięćdziesiąt lat. Chciałam po prostu mężczyzny, a nie chłopaka. Znów zerwaliśmy. Ryczałam całe dnie i chudłam w zastraszającym tempie. Mój świat się skończył. Gdyby nie przyjaciółka leżałabym w łóżku tępo gapiąc się w sufit. Wydawało mi się, że bez niego nie umiem samodzielnie oddychać ani mrugać oczami. Gdy taka poraniona próbowałam resztkami sił zdawać kolejne egzaminy na uczelni,  pojawił się Ktoś. I poczułam dreszcze

– Laura uśmiechnęła się szeroko. Miała nierówne zęby, ale to dodawało jej tylko uroku.

– Powieki mrugały same – kontynuowała. – a płuca uczyły się na nowo nabierać powietrze. Zaczęłam wierzyć, że moje życie bez Łukasza jest realne. Że mogę być kochana, i szczęśliwa. Świat jest mały. Szybko doszło do niego, że z Kimś się spotykam.  Musiało to Łukasza bardzo zaboleć. Nie byłam już jego. Przecież nie chciał, bym była. Nagle stałam się w jego oczach atrakcyjna. Wydawało mi się, że jestem już silna, że potrafię oddychać już innym mężczyzną. I gdy tak utwierdzona we własne siły zaczynałam kochać, Łukasz znów spektakularnie wtargnął w moje życie, deklarując, że oto jestem kobietą jego życia. Znów stał się księciem z mojej bajki, ja zapragnęłam być jego księżniczką. I było bajecznie, liczyło się dziś. Potem kolejno śluby naszych przyjaciół, na których ciągle łapałam welon i zmuszając się do śmiechu, wmawiałam sobie, że przecież ślub nie jest najważniejszy. Wróciliśmy do punktu wyjścia. Patrzyłam na Łukasza i widziałam wiecznego chłopca, który wraca do mnie niczym bumerang. Chce bym go złapała, pobawiła się, a on po jakimś czasie chce polecieć w drugą stronę – Laura spojrzała w okno jakby chciała tę dal wypatrzeć.

– Uznałam, że do trzech razy sztuka. Tym razem to ja odeszłam, po trudnej całonocnej rozmowie, która nie dała nam nic. Wróciłam nad ranem na stancję. Kaśka, moja najlepsza przyjaciółka czekała z kubkiem kakao. Położyłyśmy się razem w łóżku i koło południa zasnęłyśmy. To ona ocierała mi łzy, gotowała zupy i zmuszała do jedzenia. To ona co rano kazała mi wyjść na spacer, wyciągała do kina i na zakupy. Totalnie się rozsypałam. Gdyby nie Kasia nie wiem, ile by trwała ta moja „żałoba” po Łukaszu. Musiałam odczekać, ułożyć sobie wszystko w głowie, przeboleć i wybaczyć najpierw sobie, by móc potem wybaczyć jemu. Wybaczyć sobie, że tyle tkwiłam w związku, który nie miał przyszłości. Opierał się na dziś, a ja chciałam by było w nim obecne też jutro. Wybaczyć Łukaszowi, bo wiem, że pozwoliłam mu wierzyć w nieprawdziwą wersję mnie. Oboje chyba kochaliśmy swoje wyobrażenia o nas samych. Mieliśmy inne oczekiwania, plany i wizje. Gdy w końcu to pojęłam, byłam gotowa oddać mu jego wolność. Sobie pozwoliłam zastanowić się nad tym, czego naprawdę chcę – dziewczyna spojrzała na mnie przyjaźnie.

– Dziś już wiem, że nie chcę chłopaka, który nie wie, co będzie robił następnego dnia. Nie chcę się bać, że się mu odwidzę. Chcę mężczyzny, który da mi poczucie bezpieczeństwa i który będzie to jutro ze mną planował, który będzie miał podobny pogląd na związek – Laura się wyprostowała. Uśmiechnęła swobodnie.

– Odeszłam więc od chłopca. Nie szukam nikogo, skupiam na sobie. Wiem, że kiedyś spotkam tego, z którym będę patrzeć sobie nie tylko w oczy, ale i w tym samym kierunku. Wiem też, że Łukasz znów się nagle pojawi. Wróci niczym bumerang chcąc znów namieszać w moim życiu. Ja jednak już jestem silniejsza. Będę widziała jak do mnie leci, prosto w moje dłonie, pragnąc bym rozpostarła ramiona na jego przyjęcie. Dziś już pewna siebie po prostu go nie złapię i pozwolę polecieć mu dalej. Ku jego, tylko jemu znanym przestworzom. Ja zaś pójdę sobie w swoją stronę. Razem iść było nam dobrze. Osobno będzie nam lepiej – to wypowiedziała już głośno, pewnie siebie patrząc mi prosto w oczy, utwierdzając mnie w przekonaniu, że zabawa z bumerangiem dobiegła końca i że ona już wie, czego chce.


Lifestyle

Jak córki narcystycznych matek liżą rany?

Poli Ann
Poli Ann
7 maja 2021
Photo by Sydney Sims on Unsplash

Brak miłości, ciągła krytyka, ośmieszanie, wbijanie szpil, niedocenianie jakich doświadczały od najmłodszych lat, mają olbrzymi wpływ na ich psychikę. A to znów piętnuje te dziewczyny jako te, które na miłość matki nie zasłużyły, bo nie dorastały jej do pięt. Najtrudniej jest im chyba uświadomić sobie, że matka nigdy ich nie kochała i że jej działanie było celowe.

NARCYSTYCZNA MATKA – KIM JEST?

Mianem takiej matki określa się rodzicielkę, która nie jest zdolna do uczuć wobec drugiej osoby, nawet do własnych dzieci. Pozbawiona empatii i współczucia, wysoce egoistyczna traktuje innych ludzi jak narzędzia służące do osiągnięcia celu. A celem tym jest WUW – wizerunek, uwaga i władza. Jak to rozumieć? Narcystyczna matka mając szalenie niskie poczucie własnej wartości, do którego za nic na świecie się nie przyzna, desperacko walczy o utrzymanie idealnego wizerunku. Chce być postrzegana jako osoba tylko o pozytywnych cechach – sympatyczna, wesoła, zaradna, pracowita, bezkonfliktowa, świetnie zorganizowana, opanowana, atrakcyjniejsza fizycznie od swojego otoczenia. Uwielbia wywoływać efekt „wow” w oczach innych, chce być podziwiana, wzbudzać zachwyt i zazdrość, a co z tym się ściśle wiąże, żąda od najbliższych ciągłej uwagi, chce być w centrum wszechświata, skoro jest taka perfekcyjna.

Bardzo często wyolbrzymia swoje zalety, zasługi, dokonania. W jej mniemaniu jest znakomita we wszystkim, czego się dotknie. Ma zaburzony obraz swojej osoby, nie potrafi przyznać się do błędu, nie akceptuje faktu posiadania wad. Cechuje ją także niezdrowe wręcz poczucie własne wartości (wypiera własne kompleksy). Uważa, że tylko wybrane osoby mogą się z nią przyjaźnić, być z nią w relacji, jednak co ważne, nie mogą to być osoby lepsze od niej. Muszą być odpowiednio „słabsze” tak, by ona mogła przy nich błyszczeć.

A co ma do tego władza? Otóż narcystycznej osobie nie chodzi jedynie o przeglądanie się w czyichś oczach. Jej chodzi o manipulowanie innymi, dowartościowanie się ich kosztem,    bazowanie na ich zachwycie celem zdobycia korzyści dla siebie. W ten sposób ona utwierdza się w przekonaniu o swojej wyjątkowości.

DLACZEGO CÓRKA?

W przypadku narcystycznej kobiety idealną ofiarą jest jej własna córka, wpatrzona w perfekcyjną i wymagającą matkę, wciąż niemogąca jej dorównać ani zasłużyć na uznanie w jej oczach. Narcystycznej matce nie chodzi o zmotywowanie własnego dziecka do działania. To nawet nie jest nieświadome działanie. Ona robi to z zimną krwią, wykalkulowaną premedytacją tylko po to, by żywić się strachem ofiary. Córka narcystycznej matki kocha ją, ale i się jej boi. Podziwia i odczuwa lęk przed brakiem akceptacji z jej strony. Jest często jest krytykowana za bycie nie dość perfekcyjną. Zawsze czegoś jej brakuje, gdzieś popełni błąd, w swoim mniemaniu jest wybrakowana, a reakcje i postępowanie narcystycznej matki tylko utwierdza ją w tym przekonaniu. Dlaczego? Bo córkę traktuje jak potencjalną rywalkę. Taka matka z poczuciem własnej wartości na poziomie zero panicznie się boi, że to córka za chwilę odbierze jej uwagę otoczenia, stąd też usilnie stara się zepchnąć ją na drugi plan, by samej wciąż błyszczeć i dzierżyć berło.

NARCYZ = BRAK EMPATII

Choć taka kobieta jest matką i powinna z definicji kochać swoją córkę ponad wszystko, wspierać ją, pomagać jej, motywować, chwalić i być z niej dumna, to nie potrafi okazać swojej latorośli empatii. Nie jest w stanie się dostroić emocjonalnie do świata jej uczuć. One jej po prostu nie obchodzą, gdyż liczy się tylko i wyłącznie jej dobre samopoczucie, które osiąga dzięki kontroli, jaką ma nad córką. Manipuluje nią z łatwością, gdyż ta ją po prostu kocha, a potrzeba akceptacji w nią (córkę) po prostu wdrukowana. Narcystyczna matka ma jednak swój cel. Sfocusowana jest tylko na sobie. Panicznie boi się utraty latami wypracowanego wizerunku, stąd też z zajadłością krytykuje i osądza swoją córkę, zamiast się nią opiekować i wspierać. Nie odczuwa wobec dziecka bezwarunkowej miłości. Ją czuje tylko do siebie.

JAK CÓRKI NARCYSTYCZNYCH MATEK FUNKCJONUJĄ JAKO MŁODE KOBIETY?

Psychologowie podkreślają, że córki narcystycznych matek zazwyczaj obierają dwie diametralnie różne ścieżki w swoim życiu. Pierwszą z nich jest droga ku zostaniu „superbohaterką”. Takie dziewczyny szalenie ciężko pracują i za wszelką cenę chcą osiągnąć sukces, by udowodnić swoją wartość, którego poczucia były pozbawione przez całe dzieciństwo. Jest im ciągle mało i choć wzbudzają zachwyt w otoczeniu same nie czują się takie wspaniałe. One nigdy nie zasłużyły na pochwałę z ust matki, stąd też tak trudno im uwierzyć w dobre słowo, kierowane do nich od innych osób. Są pełne kompleksów, nie wierzą we własne możliwości, rezygnują przy pierwszej porażce nauczone wzorem z dzieciństwa, że matce i tak nie są w stanie ani dorównać ani matki zadowolić.

Niektóre z tych dziewczyn funkcjonują tak latami, spalając się i nigdy nie czując satysfakcji bez względu na to, czego by nie zrobiły i jakich sukcesów by nie osiągnęły. Popadają w depresję, stany lękowe i dopiero na kozetce u psychoterapeuty dowiadują się prawdy o swoim życiu. Inne kobiety same odkrywają toksyczny wpływ matki na ich życie. I tylko poprzez całkowite odcięcie się od narcystycznej rodzicielki, są w stanie funkcjonować normalnie i cieszyć się życiem.

Zdarza się także, że kobiety te powielają system wychowania, w jakim dorastały. Same są chłodne wobec własnych dzieci, nie liczą się z ich uczuciami, gdyż nie zostały tego nauczone. Schemat jest prosty – narcystyczna matka kreuje swoja następczynię. Kolejną ze wspomnianych diametralnych dróg, wybieranych przez córki narcystycznych matek jest sabotaż swoich osiągnięć i poddanie się. Te dziewczyny twierdzą, że mama miała rację co do ich wybrakowana, szukają więc pociechy w narkotykach, alkoholu, seksie, zakupach. Zapadają na anoreksję, bulimię lub przedstawiają inne destrukcyjne zachowania, które niejako są potwierdzeniem matczynych słów: „nie jesteś wystarczająco dobra”.

Lizanie ran zatem przez córki narcystycznych matek wygląda różnie i każde z nich jest działaniem szalenie wyczerpującym fizycznie i psychicznie, a nawet aktywnością autodestrukcyjną. Brak miłości, ciągła krytyka, ośmieszanie, wbijanie szpil, niedocenianie, jakich doświadczały od najmłodszych lat mają olbrzymi wpływ na ich psychikę. A to znów piętnuje te dziewczyny jako te, które na miłość matki nie zasłużyły, bo nie dorastały jej do pięt. Najtrudniej jest chyba tym kobietom uświadomić sobie, że matka nigdy ich nie kochała i że jej działanie było celowe. Przecież rola rodzicielki winna być zupełnie różna od tej, jaka prezentowała narcystyczna matka.

Wyjściem na prostą zatem w przypadku córek nigdy nie jest proste. Niektórym kobietom nigdy się to nie udaje. Całe życie przeżywają w przeświadczeniu, że nie są wystarczająco doskonałe. Przez myśl im nawet nie przejdzie, że winę za takie samobiczowanie się ponosi ich własna matka. Innym zaś odzyskanie wewnętrznego zajmuje lata. To też efekt psychoterapii, wychodzenia z depresji czy uzależnień i jest możliwe tylko i wyłącznie poprzez zerwanie kontaktu z osobą, która dała im życie, powinna kochać bezwarunkowo, a tak naprawdę wykorzystywała dla osiągnięcia własnych korzyści doprowadzając do na emocjonalne dno. Ważne jest jednak, że odbicie od niego jest długotrwałe, ale możliwe.

Źródło: cplwowska.pl/narcystyczna-matka/