Lifestyle

Jak żyć, kiedy w Ukrainie trwa wojna. Czy powrót do codzienności jest możliwy? 

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
8 marca 2022
fot. NickyLloyd/iStock
 

– Dzwonią do mnie ludzie i pytają, jak teraz żyć. Jak pracować, realizować cele. Dla wielu z nas świat stanął w miejscu– mówi Marlena Kazoń, psycholog i psychoterapeutka.

Po pierwsze: nie oceniać

Z jednej strony powstała silna grupa pomocy. W mediach społecznościowych od wielu dni przeważają tematy dotyczące organizacji pomocy, ludzie oferują domy, mieszkania,
utrzymanie, pracę, podwózki, wolontariat na granicy, pieniądze, pomoc w zbiórce. Z drugiej są ludzie, którzy próbują utrzymać dystans, żyć swoją codziennością. I jest to naturalne, tyle, że często jedni oceniają drugich.

Iwona Golonko, psycholog i coach opowiada o dwóch sprzecznych komunikatach, które analizowała ze swoimi klientkami. Jedna z ich narzekała: „jak można w takiej sytuacji wrzucić na Facebooka zdjęcie ostryg i wina? Przecież to świadczy o braku empatii i emocjonalności. Tu ludzie tracą domy, a jakaś wariatka pokazuje, że w piątkowy wieczór je ostrygi!”. Kilka godzin później druga żaliła się: „ nie zniosę dłużej oglądania fejsbukowych zbiórek i relacji z granicy. Dlaczego ci, co pomagają, muszą epatować tym, że to robią. To jest nieznośne”.

– Wspaniale by było gdybyśmy wyłączyli to ocenianie, każdy ma prawo do swoich reakcji emocjonalnych, do działań, które przynoszą mu teraz ulgę. Jeśli coś nas bardzo irytuje, warto się zastanowić dlaczego, bo to zawsze mówi coś o nas – tłumaczy Iwona Golonko.

Dlaczego jestem taka zła, że ktoś jedzie do Medyki i pisze o tym post. Czy ja też pomagam, ale nie umiem o tym mówić? A może kiedyś sama byłam w trudnej sytuacji i nikt nie wyciągnął do mnie ręki? Albo wciąż mi ciężko, właśnie wyzwoliłam się z przemocowego związku, ale nikt tego nie widzi? Albo dlaczego jestem taka zirytowana,  gdy ktoś wrzuca teraz foty z miłego wieczoru? Gdzie narodziło się we mnie przekonanie, że wszyscy muszą reagować tak samo i pomagać? Może jestem zła, że nie mam swojego  życia i uważam, że inni powinni postępować tak samo? Dlaczego włącza się we mnie prokurator? Czy na pewno jestem zła na tych ludzi, którzy nie pomagają, może to nie oni są właściwym adresatem mojej wściekłości? Bo tak naprawdę jestem wściekła na Putina, na sytuację, boli mnie niesprawiedliwość.

Każda nasza reakcja mówi o nas. I jest szansą, by przyjrzeć się sobie.

Po drugie: wiedzieć na co mnie stać

Do Marleny Kazoń dzwonią ludzie, którzy oferowali swoje domy i mieszkania Ukraińcom.

– Wielu z nich ma mnóstwo wątpliwości, zastanawiają się, jak długo to potrwa, są  przerażeni tym, co widzą, jeden mężczyzna opowiada, że kobiety, które przyjął boją się wyjść, ufają  tylko jemu. Nie wszyscy są gotowi na taką zmianę życia dlatego zanim  zareagujemy spontanicznie i oddamy wszystko warto zastanowić się, ile sami jesteśmy w  stanie udźwignąć –   uważa Marian Kazoń.

A mi od razu przypomina się mem Małgorzaty Halber: „Mam taką potrzebę. Żeby działać i brać na siebie za dużo”.

 

Po trzecie: zrezygnować z poczucia winy

Tak, wielu z nas, którzy próbują żyć normalnie ma dziś poczucie winy. Jak zajmować się zakupami i zleceniami, gdy tam giną ludzie? Jak mam myśleć o szkole córki, egzaminach
syna, psie…. (Wpisz właściwe), gdy ludzie tracą domy? Tylko czy będziemy pomóc, gdy sami się zużyjemy?– mówi Iwona Golonko.

– Rozmawiałam wczoraj z Ukrainką, której cała rodzina jest na Ukrainie i nie chce wyjechać. Kobieta nie śpi koleją noc, wciąż sprawdza w telefonie powiadomienia. „Czy  zrobiłaś ostatnio coś dla siebie” spytałam. Zaprzeczyła. Przez ostatnie dni nawet nie  wyszła na spacer, czy pobiegać, choć kocha sport. Bo czuła się winna. „Jak im pomożesz, jeśli sama będziesz miała depresję” spytałam. Każdy z nas wie, gdzie jest jego punkt „dość”, nie powinniśmy go przekraczać.

Po czwarte: odzyskać kontrolę

Choć brzmi to, jak coś niemożliwego.

– Nie chciałabym żeby to zabrzmiało ostro, ale teraz szczególnie widać, że mamy słabe umiejętności regulowania własnych emocji. Nawet często mówimy: poniosły mnie emocje, to nie byłam ja. Ale my wszyscy możemy nad sobą pracować, uczyć się reagowania,  odraczania– uważa Iwona Golonko.

Dlatego powinniśmy codziennie zadać sobie pytanie: co robię, żeby przejmować się mniej,  czy szukam sposobów, żeby się odciąć, jakie mam na to sposoby? Czy wyłączam wiadomości, umiem je sobie dawkować? Czy potrafię oddzielić rzeczy, na które mam wpływ, od tych na które wpływu nie mam? Czy codziennie robię coś, żeby się  emocjonalnie oddalić od stresu?
Ważna jest nie tylko życzliwość dla Ukrainy, Ukraińców, ale też życzliwość wobec siebie samego.

– Straciliśmy kontrolę nad swoim życiem, to, co się wydarzyło, zaburzyło nam poczucie sprawczości, ważne, żebyśmy poszukali obszarów, gdzie wciąż tą sprawczość mamy– radzi Iwona Golonko. – A mamy ją wciąż nad sobą, nad rodziną, pracą, nawet nad pomocą, której chcemy udzielić. Egoizm? Nie. Zdrowe granice. Warto o nie dbać nawet w tak strasznych chwilach.


Lifestyle

A kto powiedział, że Kopciuszek nie jest feministką?

Redakcja
Redakcja
8 marca 2022
fot. Mlenny/iStock

Ziarenko do ziarenka i… pójdziesz na bal. Piękna suknia i kryształowe pantofelki wystarczą, by książę się w tobie zakochał. Na twojej drodze na pewno pojawi się dobra wróżka. I będziesz żyła długo i szczęśliwie. W zamku bez kredytu i opłat za gaz. No jasne, że wiem, że to bajka, ale to przecież bajki czyta się dzieciom na dobranoc, by śniły im się miłe króliczki i puchate misie. A co z nami, dorosłymi kobietami? Dla nas dobry sen się nie liczy?


Dlaczego jako autorka książek o miłości nie powinnam pisać o Kopciuszku? Tak, są tacy, którzy tak myślą! Uważacie, że to… „skapciały” temat, który zamyka kobietę w kuchni i zabiera jej order feministki? A kto powiedział, że Kopciuszek nie jest feministką?  Ja jestem i tym, i tym. Jak Kopciuszek całymi dniami zbieram ziarenko do ziarenka, by trójka moich dzieci po powrocie ze szkoły, nie straciła na nich zębów. Odkurzam, gotuję, zmywam, piorę, szoruję, pucuję, by na koniec, kiedy zła macocha nie ma już dla mnie nowych zadań, usiąść przy biurku i napisać dla was dwa rozdziały książki. O Kopciuszku. Bo na koniec dnia nieważne, ile przeniesiemy gór, stoczymy małych bitew, wyciągniemy do kogoś pomocnych dłoni, dostaniemy po uszach, czy bukiet kwiatów i tak chcemy zostać pogłaskane po głowie i przenieść się do zamku. Buduję wam ten zamek, drogie panie, cegiełka po cegiełce. Ściskam was za rękę, ukradkiem wycieram łezkę. Własną piersią bronie przed czarnym bohaterem i łokciami toruję miejsce przy dobrej wróżce.

Angela Santini, fot. archiwum prywatne

Andrea Cherry bohaterka moich książek „Obsesji” i, najnowszej, „Obłędów”, ma dziecko i prowadzi życie podobne do nudnego życia milionów kobiet, w tym mojego. Dlatego, żeby je urozmaicić stawiam na jej drodze księcia. A co, niech dziewczyna ma, skoro ja nie mogę. Książę, jak to książę, musi być idealny, bo przecież tego właśnie od niego oczekujemy. Mądry, piękny, zabawny, opiekuńczy, bogaty. Kwestie finansowe od zawsze pozostają sporne. Dla jednych miliony nie są ważne, a dla innych oznacza to, że mężczyzna jest mądry i odnosi sukcesy. A to przecież jest sexy! Dla mnie pieniądze oznaczają bezpieczeństwo. Może dlatego, że nigdy ich nie miałam, i nadal zbieram grosz do grosza, jak ta kokosza. Dlatego chciałam, żeby moja bohaterka poczuła się inaczej, bezpieczniej. A poza tym, na Boga, czy ktoś kiedykolwiek widział biednego księcia?

Żeby było ciekawiej i trudniej, bo przecież to nie serial brazylijski, tylko prawdziwa bajka o Kopciuszku, postawiłam na ich drodze traumę, a dokładniej traumę głównej bohaterki. Z pozoru wygląda to prosto. Idealny mężczyzna chce wybawić ją i jej dziecko od szarej rzeczywistości, więc nie trzeba pytać jej dwa razy. Godzi się na wszystko, bo przecież taki szaleniec, który mógłby ją pokochać, na pewno się już nigdy nie powtórzy.

Ale Andrea Cherry nie wierzy ani w szczęśliwą miłość, ani w to, że sama jest warta więcej niż złamanego pensa. (Z życia pisarki romansowo-erotycznej: jak piszę pensa, to słownik zmienia mi na penisa 😉 Boi się zaufać mężczyźnie. Która z nas nie przeżyła czegoś takiego…

 

Współczesna kobieta przestaje czekać na zakończenia jak z bajki. A gdy zdarzy się jej zgubić pantofelek, to błyskawicznie zdejmuje drugiego buta i zapitala dalej. Zupełnie jak moja bohaterka. Ale jeżeli myślicie, że polubicie Andreę od razu, to wstrzymajcie lejce. Nic tak dobrze mi w życiu nie wyszło, jak trójka moich rozwydrzonych dzieci i… stworzenie turboirytującej żeńskiej postaci. Andrea tak potrafi zdenerwować i zagrać na nosie, że masz ochotę rzucić książką w fikusa.

Ale w porę orientujesz się, że książka to cegła więc szkoda fikusa i czytasz dalej. Żeby na koniec zaprzyjaźnić się z moim Kopciuszkiem na dobre i na złe, by żyli długo i szczęśliwie. A ty moja kochana Czytelniczko w końcu zamiast liczyć w nocy wilki czy barany, zasypiasz z uśmiechem na twarzy marząc o swoim księciu. Dlatego piszę bajki na dobranoc dla dorosłych… No to dobranoc, rumieńców na noc…

Książkę kupisz, klikając w grafikę poniżej:


Zobacz także

Przepis na udany związek? Zaakceptujcie różnice, one są wam naprawdę bardzo potrzebne

11 korzyści dla organizmu, które przynosi picie czarnej herbaty

Mały piesek uczy się jak schodzić po schodach. To, co robi jego pan, jest przeurocze