Lifestyle Psychologia

Jak polubić swoje życie bez rewolucyjnych zmian?

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
31 marca 2016
6 rzeczy, bez których świat byłby lepszy. Jak polubić swoje życie bez rewolucyjnych zmian?
Fot. istock / gruizza
 

„Muszę coś zmienić” – wygłaszasz w swoich myślach niczym młody Napoleon i nadal nie lubisz swojego życia… Bo za pięć siódma, trudno o życiową rewoltę, relaksujące wakacje i pozytywny bodziec prosto od swojego nowego terapeuty.

A lubić swoje życie – to jedna z najcenniejszych pozytywnych myśli, coś o co warto się zawsze bić – nawet bez szpady i armaty! Pogadaj sama ze sobą i wynegocjuj kilka drobiazgów, które wskażą ci odpowiednią drogę:

1. Włącz nawigację

Najpierw zobacz gdzie jesteś, potem gdzie chcesz dotrzeć. I nie zaczynaj lamentować, że twoje miejsce docelowe jest taakie odległe. Nie jest. Wystarczy, że znajdziesz odpowiednią drogę. Pamiętaj, że każdą odległą podróż trzeba najpierw zaplanować. W życiu już tak jest – nie tylko w metaforycznym znaczeniu. Szukać dostępnych dla siebie rozwiązań – przecież co rano nie płaczesz nad tym, że szybciej do pracy doleciałabyś helikopterem niż jedziesz teraz tramwajem, prawda? Spróbuj przenieść pewną racjonalność, której używasz codziennie w korku lub gdy zepsuje się winda, na resztę życia. Jeśli jedno rozwiązanie jest niedostępne, zawsze można wybrać inne. Czasem, nawet w ściśle określonej podroży, trzeba na chwilę zmienić kierunek, żeby objechać przeszkodę na drodze.

2. Przestań się porównywać

Bo Iksińska to ma życie, eh… – a kysz, nie jesteś Iksińską i nie wiesz, czy posiadanie zgrabnej pupy, lepszej posady czy dzieci ułożonych jak od linijki, daje jej szczęście, a może ona marzy o przełamaniu tej rutyny? Nie wiesz tego, po co więc ciągle się do niej porównywać, gnać za wzorcem, którego tak naprawdę nie znasz? Porównywanie kosztuje nas sporo życiowej energii, stawia często wyimaginowane i niepotrzebne poprzeczki. To taki bieg przez płotki, podczas gdy pół metra obok masz szosę gładką jak sen i darmowy rower do wykorzystania. Punkt widzenia rzeczywistości jest tak zmienny, że nie warto tracić czasu, nerwów czy łez na wzdychanie do ideału (który akurat sobie upatrzyłyśmy). A ty? Masz 30 lub 40 lat, ładne oczy, cel w życiu, pracę lub studia? Może masz rodzinę – pomyśl, ile tobie mogą inni pozazdrościć i skup się na tym. Bo to wszystko jest w twoich rękach – całkiem naturalne, dostępne od zaraz, tylko twoje! Pamiętaj, że przez porównywanie czujemy się gorsi od… przecież zawsze znajdzie ktoś lepszy w czymś od nas, już na starcie wiadomo, że tego wyścigu nie da się wygrać.

3. Rozejrzyj się i zachwyć

Teraz, gdy rozejrzysz się dookoła, zobaczysz swoje życie – punkt dla ciebie! I co widzisz? Podpowiem ci – nie to, że jeansy nagle okazały się za ciasne, zaspałaś 10 minut (co to 10 minut? zdarza się) – co widzisz pięknego? Zastanów się nad czym możesz się zachwycić. Zamiast płakać nad tym, co chciałabyś widzieć, spróbuj zaakceptować to, co masz. Może i to nie jest najłatwiejsze do osiągnięcia, ale zdecydowanie łatwiej pokochać swoje Sudety, niż marzyć do końca życia o Mont Evereście. Czasem gonimy za czymś, co wcale nam nie jest potrzebne. Nie każdy poczuje szczęście zdobywając takie szczyty – to wiąże się z czymś więcej niż satysfakcja.

4. Bądź dla siebie artystą i rzemieślnikiem

Tak! A co to oznacza? To twoje życie – twórz i buduj je. Zaprojektuj życie swoich marzeń, owszem jak na każdej budowie zdarzy się, że coś trzeba będzie przesunąć, z czegoś może zrezygnować i wybrać nieco inny detal. Ale nadal to ty wybierasz. Ty tworzysz. Zacznij swoją artystyczną przygodę od stworzenia czegoś mniejszego – nie każdy od razu buduje Tadż Mahal. Stworzenie czegoś własnymi rękami da ci poczucie sukcesu i będziesz mogła udowodnić samej sobie, że potrafisz, że warto włożyć wysiłek. Może  zaczniesz pisać bloga? A może zrelaksujesz się przy rękodziele? Spróbuj – udowodnij sobie samej (skoro jeszcze w to nie wierzysz), że możesz kreować własnymi rękami rzeczy piękne, wartościowe dla ciebie i innych. Prawda, że teraz zupełnie inaczej patrzy się na bardziej odległe i finezyjne cele?

5. „Jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma…”

Nie raz słyszeliśmy to powiedzenie z ust rodziców i nie raz pomyśleliśmy, że oznacza tylko podcinanie skrzydeł i rezygnację z marzeń. ALE, przecież polubić teraz, nie oznacza zrezygnować całkiem z przyszłości. Zdecydowanie łatwiej nabrać energii i przygotować się do życiowej wspinaczki nie popadając w nostalgiczny smutek nad wszystkim wokół. To, że lubi się to co się ma, nie znaczy przecież wcale, że jutro albo za miesiąc nie będzie się miało czegoś jeszcze do lubienia ;).

I jeszcze jedno, może nawet teraz najważniejsze – zaparz sobie ulubiona kawę lub herbatę albo nalej soku i pomyśl przez chwilę tylko o tym, co dzieje się teraz. Jest w twoim życiu jeszcze bardzo dużo takich drobiazgów, które bardzo lubisz – to też część tego wszystkiego, więc chyba nie jest aż tak źle? Życie da się lubić, jeśli tylko sobie na to pozwolisz.


Lifestyle Psychologia

Mniej oznacza lepiej. Skandynawski minimalizm w otoczeniu dzieci zyskuje sympatyków

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
31 marca 2016
Fot. Materiały prasowe
 

Rodzice kompletujący wyprawkę dla swoich pociech, stają przed nieprzemierzonym wręcz wyborem przeróżnych artykułów dla dzieci. Mnogość marek na dziecięcym rynku, ogrom dostępnych kształtów, kolorów czy też zastosowań akcesoriów, wcale nie ułatwia podjęcia decyzji.

Chcąc znaleźć coś oryginalnego i pięknego, pojawia się kłopot. Te same kolory, podobne faktury przestają skupiać na sobie wzrok klientów. W opozycji do tego, coraz większym powodzeniem cieszy się naturalny, minimalistyczny design, który cieszy oko prostotą, elegancką formą oraz w większości stonowanymi  kolorami. Łagodne i uniwersalne, pasują do różnych wnętrz i odmiennych charakterów dzieci. Dziewczynki nie muszą być ubierane w ostry róż, a chłopcy w intensywne błękity, przyszedł czas na uspokojenie kolorów i delikatne otulenie pastelowymi, pudrowymi barwami.

Skandynawski styl podbija serca dzieci i rodziców

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Skromność i prostota to miła odmiana dla intensywnych kolorów, które jakby wyrwane z palety tęczy królują w dziecięcym otoczeniu. Pościel, ubranka, zabawki czy śliniaki tworzą mozaikę różnego stylu, wprowadzając brak harmonii. Minimalistyczny styl pozwala na wyciszenie wnętrza i garderoby, wpływa uspokajająco i pozwala wyciszyć malca przez odpoczynkiem łatwiej, niż otaczające dziecko intensywne barwy. Skandynawski minimalizm, to styl w którym każdy element spełnia ogromną rolę. W tym wypadku mniej oznacza lepiej, a jeśli rodzice mają ochotę na łączenie różnych stylów, włączenie elementów skandynawskich, pozwoli uzyskać ciekawy efekt.

Holenderska propozycja dla miłośników minimalizmu

Jollein to marka oferująca akcesoria dla dzieci, która  na polskim rynku funkcjonuje i zdobywa rzeszę sympatyków od listopada 2015 r. Zainteresowanie tą marką wynika z wyjątkowości produktów. Początki tworzenia marki Jollein sięgają roku 1973, gdy swoją pierwszą działalność przy produkcji dziecięcych akcesoriów rozpoczynała holenderska firma rodzinna Smits Assen B.V. Jej tradycje wpływają na zachowanie jakości i bezpieczeństwa akcesoriów dla dzieci, co wyróżnia ją na tle innych marek.

Czym się charakteryzuje? Wyjątkowym minimalistycznym, skandynawskim designem. Kolorystyka produktów jest delikatna, świeża i uniwersalna. Kolory jakie dominują w palecie barw Jollein to brudny róż, jasny szary, melanż, mięta, beż, błękit i biel.  Stonowane i zachwycające, sprawdzają się w otoczeniu każdego malucha. Ale by rodzice czuli się w pełni usatysfakcjonowani, w ofercie znajdą również wybór kolekcji z energetycznymi, dynamicznymi kolorami.

Minimalizm i piękno na wyciągnięcie dziecięcych rączek 

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Łagodne barwy, delikatne materiały są idealnym rozwiązaniem do stworzenia idealnego śpiworka do spania. Co ciekawe, pomysłodawcą śpiworka był ponad cztery dekady temu założyciel firmy. Obecnie, dostępne są śpiworki pomyślane dla wygody dziecka w wersji letniej, całorocznej oraz te z systemem odpinanych rękawów „comfort sleeves”. 

Oczywiście śpiworek to jeden w wielu elementów wyposażenia dziecięcego łóżeczka, które towarzyszą mu na co dzień. Jollein oferuje również wybór można ciepłych i miękkich kocyków, otulaczy bawełnianych, muślinowych, bambusowych w trzech rozmiarach oraz prześcieradła. Ciekawy wybór delikatnych wzorów, faktur i kolorów pozwoli na zakup najlepiej pasujący do dziecka. Ponadto dwustronne narzuty na łóżeczka, wykonane z wysokogatunkowej bawełny w kolorze szarym, sprawdzą się do przykrycia łóżeczka niemowlęcego a w większym rozmiarze przykryją łóżeczko starszego dziecka.

Baldachimy nie tylko zdobią dziecięcy kącik, ale chronią przed zabrudzeniem pościeli oraz chronią przed owadami, przeciągiem i ostrym słońcem. Lekki materiał sprawia, że baldachim jest delikatny niczym mgiełka i można go zamontować do sufitu, ściany lub do specjalnego, przenoszonego stojaka, którego wysokość możemy regulować.

Dostępność ręczników i myjek, pomoże w dziecięcej kąpieli. Bawełna z której wykonano ręcznik nie podrażnia skóry dziecka i doskonale wchłania wodę. Śliniaki sprawdzą się podczas ząbkowania, pierwszych stałych posiłków dziecka, oraz trudnej nauki samodzielnego jedzenia.  Dostępne również w wersji wodoodpornej, zapinane na rzep są łatwe w utrzymaniu czystości. 

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Skandynawski design w pokoju malucha uzupełnią sofki dziecięce na wzór worka sako, miękkie i wystarczająco niskie, by dziecko samodzielnie i bezpiecznie mogło w nich siadać. Maty podłogowe sprawdzą się jako miejsce do pierwszych przewrotów maluszków, oraz plac zabaw izolujący od chłodnej podłogi.

Marka Jollein to również wiele innych produktów 

Takich jak kochane przez dzieci przytulanki które będą towarzyszyły dziecku w codziennej zabawie, jak i staną się niewątpliwą ozdobą pokoju. Artykuły Jollein stworzono z dbałością o najdrobniejszy szczegół, tylko i wyłącznie z bezpiecznych dla dzieci surowców, posiadających niezbędne certyfikaty bezpieczeństwa Oeko-Tex Standard 100 i TUV Rheinland.

Produkty Jollein to piękno i wygoda w skandynawskim stylu, stworzone z myślą o dzieciach. Więcej informacji znajdziecie na stronie Jollein oraz  fan page na Facebooku.


Wpis powstał we współpracy z marką Jollein Polska


Lifestyle Psychologia

Związki rozpadają się także wtedy, kiedy oboje lubicie co innego. Albo kiedy ty lubisz coś bardzo, a jemu przestaje już na tym zależeć

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
30 marca 2016
fot. Azat_ajphotos/iStock

Magda jest delikatna i dzika zarazem. Tak, zdecydowanie te dwa słowa pasują do niej najlepiej. To chyba taka kobieta, za którą szaleją mężczyźni, ale boją się ją zdobywać. Obcisłe, świetne dżinsy, jasna bluzka z dekoltem odsłaniającym ładnie opalone, gładkie ciało i nawet gest jakim poprawia długie, ciemne włosy: wszystko to sprawia, że chce się na nią patrzeć i patrzeć. Kiedy mówi, przykuwa uwagę jeszcze mocniej, bo ważne dla siebie słowa akcentuje dodatkowo, szeroko otwierając śliczne oczy. A mówi przecież o czymś najważniejszym: o związku bez przyszłości, z którego nie zrezygnuje.

– Mam ci najpierw zrobić wykład? – pyta nerwowo stukając zapalniczką o blat stołu – Kiedy kończysz trzydzieści lat powoli stajesz się w pełni świadoma swojej seksualności i swoich potrzeb. Masz już za sobą kilka związków, wiesz, gdzie postawić granice. Albo wiesz już jakie granice chcesz przekraczać, czego pragniesz, żeby czuć spełnienie w seksie. I rozumiesz, że związki rozpadają się także wtedy, kiedy oboje lubicie co innego. Albo kiedy ty lubisz coś bardzo, a jemu przestaje już na tym zależeć.

Mam 31 lat, mój mąż 60. Jesteśmy razem od sześciu, a cztery lata temu wzięliśmy ślub. Od dwóch już wiem na pewno, że nigdy nie będę z nim w pełni szczęśliwa. Ale nie opuszczę go. Kocham.

Kocham go namiętnie

Podszedł do mnie na jakimś większym spotkaniu zorganizowanym przez moje biuro. Wysoki, przystojny, rzucił jeden, zabawnie cięty i cholernie inteligentny komentarz. Jasne, od razu wiedziałam, że jest starszy. Ale ja zawsze spotykałam się ze starszymi chłopakami. Nudzili mnie moi rówieśnicy, bawili do łez ci młodsi. Nazywałam ich „chłopaczkami”.

Nie sądziłam, że dzieli nas 30 lat. Pokażę ci jego zdjęcie. Naprawdę świetnie wygląda, prawda? Jest wysportowany i zgrabny. No i przede wszystkim ma w sobie taką swobodę, której nigdy nie widziałam u młodszych mężczyzn. Jest taki „bezwysiłkowo”  elegancki – Magda uśmiecha się lekko i rozluźnia na chwilę.

– Nie, nie widziałam niczego, co mogłoby stanąć na drodze tej miłości. Jasne, zakochałam się. W tym, co sobie o nim wyobrażałam i w tym, jaki się okazywał. Wierz mi, niewiele było różnic. Wiek? Przecież kochasz. Chwytasz rękę, już nie taką gładką, ale dla ciebie ta ręka jest najpiękniejsza na świecie. Gładka tą twoją miłością. Jej dotyk rozpala twoje ciało. Chcesz więcej i więcej dotyku. I na początku dostajesz to, czego tak pragniesz. Wierzysz, że się uda.

Spotkaliśmy się w momencie, w którym oboje mogliśmy sobie coś dać. Ja jemu pewnie tę moją młodość, radość. Na początku dopełniał nas piękny, romantyczny seks. Nieczęsty, wyczekany, uważny, szczegółowy. Byłam wtedy bardzo szczęśliwa. „Ja będę zawsze obok. Będziemy mieli piękne życie” – powtarzał.  I mieliśmy piękne życie, skoncentrowani na sobie, na tej miłości i planach na przyszłość.

Po trzech miesiącach wprowadził się do mnie. Nie chciałam mieszkać w jego domu, spotykać się z jego znajomymi. Wydawało mi się, że w ten sposób nas chronię. Wybieraliśmy więc moich znajomych, w moim wieku. Im łatwiej było zaakceptować mój wybór niż jego znajomym mnie. Potem dostałam pierścionek i wzięliśmy ślub. Byłam pewna, że tak wygląda przeznaczenie.  Przeprowadziliśmy się do niego, nic się nie zmieniało. Praca, dom podróże i coraz rzadszy dotyk jego rąk na moim ciele.

Jestem każdą z czterech żon

Po roku zaczęłam czuć, że nie cieszy mnie już to szczęście. On chciał żyć naszym dawnym rytmem. Rytmem nieśpiesznego seksu raz na coraz dłuższy czas, leniwych poranków i planów dotyczących tylko naszej dwójki. We mnie budziły się coraz to nowe pragnienia, namiętność i uczucie coraz większego niedosytu. Rozmowa? Było ich wiele. „Chodźmy do terapeuty, rozpalmy to na nowo”.” Ale czy nie jesteś szczęśliwa?” „Jestem”. „Spróbujmy” „Nie mogę, przecież wiedziałaś ile mam lat, kiedy się ze mną związałaś”.

Od dwóch lat mój stosunek do męża przechodzi stale te same etapy. Takie koło, bardzo błędne. Nigdzie nas to koło nie zawiezie, będziemy się tylko tak toczyć.

Więc najpierw jestem żoną dobrą. Z nagłą czułością podchodzę do niego i obejmuje mocno, opiekuńczo.  „Jesteś zmęczony” szepczę „Odpocznij, otworzę wino, pobądźmy tu sobie w tej naszej ciszy”.  Chcę zasłużyć na coś, czego łaknę, tonuje emocję i duszę w sobie złość.

Potem jest etap żony wymagającej. Żądam zatem, żebyśmy poszli do łóżka i żeby on w tym łóżku miał 30 lat mniej. Maluję usta na drażniącą czerwień i podkreślam moją młodość. Jestem ostra i bezkompromisowa. „Zdobywaj mnie”- krzyczę -„Udowodnij, że ciągle mnie pragniesz”.  Ale nie dostaję tego, czego pragnę, albo nie dostaję tego tak, jak pragnę.

Zamieniam się więc żoną zimną i wyrachowaną. Nie zauważam jego zmęczenia, przechodzę obojętnie obok prób pojednania.  Ostentacyjnie odrzucam w telefonie połączenie i przyjmuję w pracy projekt z młodszym kolega, początkującym architektem. Karzę mojego męża za to, jak mnie zawiódł. Pastwię się nad jego starością.

Na końcu jestem zawsze żoną smutną. Patrzę na niego łzawo, jestem jednym wielkim wyrzutem sumienia. Snuję się o o poranku w wymiętej piżamie. „Żałujcie mnie wszyscy” – zdaję się krzyczeć. – „Mój mąż nie jest kochankiem doskonałym. Prawie wcale nim nie jest”.

Dziś też  jestem żoną smutną. Ten etap trwa już jakiś czas. Czyli pewnie jutro z czułym uśmiechem na ustach przygotuje mojemu mężowi śniadanie do łóżka. Będę tańczyć wokół niego, pokazywać jak bardzo mi zależy, jak go pragnę.

Kocham go beznamiętnie

Nie odejdę. Jestem wyrachowana w mojej miłości. Zrobiłam bilans zysków i strat. Po jednej stronie stawiam stabilizację, dom, spokój, bezpieczeństwo materialne i intelektualne porozumienie między nami. Jego lojalność i moją pewność, że mnie nie zdradzi. Świadomość, że jestem kochana i podziwiana przez wspaniałego, wartościowego mężczyznę.

Na drugiej szali stawiam dziecko, którego mój mąż mi nie da bo nie chce. Boi się ojcostwa naznaczonego starością. Z resztą ma już dwóch dorosłych synów z poprzedniego małżeństwa. Więc dziecko. Dalej, to niespełnienie w miłości fizycznej, te pragnienia, których on nie zaspokoi i moją samotność gdy go zabraknie. Mniej tu myślników, prawda?

Jest we mnie bunt, ale nie odejdę. Kocham go. Kocham beznamiętnie.


Zobacz także

Gwiazda „Przyjaciół” podzieliła się przepisem na kurczaka curry. Spróbujemy?

Doganiamy mężczyzn, nie zawsze z dobrym skutkiem. Kobiety piją coraz więcej

Podróż, na którą zasługujesz... Wybierz się tam, gdzie czeka cię relaks

Podróż, na którą zasługujesz… Wybierz się tam, gdzie czeka cię relaks