Lifestyle Psychologia

Jak mądrzy ludzie radzą sobie z tymi toksycznymi? Kilka sposobów na rozbrojenie „toksycznego”

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
8 grudnia 2016
Jak mądrzy ludzie radzą sobie z tymi toksycznymi? Kilka sposobów na rozbrojenie "toksycznego"
Fot. iStock / mammuth
 

Każdy z nas, prędzej czy później, będzie musiał się zmierzyć z tym wyzwaniem. Poradzić sobie z toksycznymi ludźmi. A jest w czym przebierać, bo na swojej drodze codziennie spotykamy kompulsywnych kłamczuchów, plotkarzy, manipulatorów i narcyzów. Spotykamy też „ujemnie” naładowanych, energetyczne wampiry, które ochoczo wysysają z nas życie i wszystkie chęci.

Niestety do wyboru mamy tylko dwa wyjścia: uciekać (byle dalej i szybciej) lub perfekcyjnie i skutecznie ich rozbroić. Niestety ta druga opcja wydaje się umiejętnością intraspołeczną na miarę Złotego Graala… Ale dobra wiadomość jest taka, że można ją w sobie wyćwiczyć.

Jak mądrzy życiowo ludzie radzą sobie z toksycznym dla siebie towarzystwem? Mają na to kilka sprawdzonych sposobów.

11 sposobów, na jakie mądrzy ludzie potrafią rozbroić tych toksycznych

1. Ignorują wymuszanie uwagi 

Toksyczni ludzie charakteryzują się tym, że walczą nieustannie o skierowanie całej uwagi na nich samych. To dość specyficzne, ale łatwe do rozpoznania. Wyobraźmy sobie klasyczną sytuację, gdy 'toksyczny' jest gościem na czyiś urodzinach. Prawdopodobnie znajdzie szybko sposób na skupienie uwagi wszystkich zgromadzanych na sobie, doskonale działają „osobiste dramaty”… i już po chwili kilkanaście osób, zamiast świętować z solenizantem, pociesza i organizuje 'toksycznemu' na nowo życie. To prawdziwy raj dla toksycznych ludzi, z pewnością nie raz byliście świadkami takiej sytuacji, gdy nie wiadomo skąd i gdzie, główny aktor nagle się zmienia.

Jedynym rozsądnym i działającym rozwiązaniem, jest pełna ignorancja na próby wystawienia swojej własnej 'toksycznej' sztuki. I to sekret mądrych życiowo ludzi. Po prostu nie ma takiej siły, która wciągnęłaby ich w tę gierkę.

2. Nie dzielą się sekretami z plotkarzami

Mądrzy ludzie, wiedzą też doskonale, że nie zawsze warto dosłownie 'otwierać' się na cały świat bez wyjątków, szczególnie, gdy w towarzystwie, kręci się 'toksyczny'. Plotkarze to odrębny gatunek w krainie wampirów. Szybko zwietrzą okazję i perfekcyjnie pociągną za język, zazwyczaj uderzając w naczulszą strunę. Zasada jest tylko jedna, od powierza sekretów ma się przyjaciół – tych prawdziwych, inni ludzie nie muszą i nie chcą ich znać… no chyba, że są plotkarzami, wtedy ta wiedza będzie dla nich największą pokusą. Sio!

3. Unikają manipulacji

Jeśli twój wewnętrzny kompas podpowiada ci, że ktoś cię oszukuje, naciąga na zwierzenie, czy po prostu nieustannie żongluje faktami tak, by jak najlepiej na tym skorzystać – najpewniej chce tobą manipulować. Nikt tego nie lubi, i nikt nie powinien się na to godzić. Bo manipulacja choć powszechna, zazwyczaj nie niesie za sobą nic dobrego.

Istnieją ludzie, którzy wyjątkowo przebiegle wykorzystują innych. Unikaj ich! A jeśli nie możesz uciec przed manipulatorem zachowaj zimną krew. Sprawdzone sposoby obrony to odbijanie piłki, nie wciąganie się w ich historie, nie wpadanie w skrajne emocje.

4. Spędzają dużo czasu w gronie swoich lojalnych przyjaciół

Bo czas w dobrym i zaufanym towarzystwie, to najlepsza polisa od 'toksycznego'. Jeżeli jesteście razem, swoją paczką, żaden 'toksyczny' nie odważy się wciskać do środka. W końcu zdecydowanie trudniej jest okłamać i zmanipulować więcej niż jedną osobę równocześnie. Dzięki temu, nie będziesz również tracić czasu na bezwartościowe znajomości.

Zostaw czas dla tych, których naprawdę kochasz, lubisz, cenisz.

5. Pozwalają potknąć się kłamcy

Nie angażuj się w bajdurzenie kompulsywnego kłamczucha. Prędzej czy później się potknie. Możesz znacząco w toku rozmowy, to wyróżnić. Zazwyczaj w efekcie kłamca szybko zmieni temat, i czmychnie czym prędzej… pokłamać komuś innemu.

6. Nie angażują się w małostkowe spory

Waśnie i wojny o przysłowiowe 'nic' najlepiej potraktować ze sporą dawką brutalnej prawdy. Zwyczajnie krótko uciąć temat. Ty nie widzisz w tym problemu, nie odtyczy to ciebie, nie rozumiesz i nie chcesz tego zrozumieć. Ot, co. Ktoś komuś zajął krzesło w biurze? Tak bywa, ale to nadal tylko cholerne krzesło, nic więcej.

Jak mądrzy ludzie radzą sobie z tymi toksycznymi? Kilka sposobów na rozbrojenie "toksycznego"

Fot. iStock / ALLVISIONN

7. Ignorują obelgi

To szalenie trudne. Bo krew się w nas gotuje, nawet, gdy obelga jest zawoalowana. Co robić? Być skałą. Wszystko, co robi 'toksyczny' ma tylko jeden cel – wyprowadzić nas z  równowagi, osłabić – żeby łatwiej zmanipulować o osiągnąć swoje cele.

Żadna emocjonalna reackcja nic nam nie da, nadal będziemy obrażani czy wyzywani. Jedynym sposobem na obronę, jest po prostu nie zrobić tego, czego oczekiwałby nasz 'toksyczny' atakujący. A skoro chcę w ten sposób zagwarantować sobie naszą reakcję, najlepiej go zignowrować, obrócić się na pięcie i cieszyć słoneczkiem, kawą, czy miłym wspomnieniem z ubiegłych wakacji.

8. Żądają prostych odpowiedzi na swoje pytania

– Ale poczekaj, zaraz ci to  opowiem/wyjaśnię. To było mniej więcej tak…. i zaczęło się w ogóle…. – serio? ale ja tego w ogóle nie chcę i nie muszę wiedzieć. Pytałam czy… i tu znów 'toksyczny' bierze głęboki oddech, ażby całą historię wypicia biurowej kawy przeanalizować na trzy pokolenia wstecz domniemanego sprawcy. Co robić? Przerwać kulturalnie lecz stanowczo. Nie o to pytałam. Odpowiedz proszę na moje pytanie. – to najlepszy oręż do walki z pokrętnymi opowieściami.

9. Mówią wprost, jeśli ktoś jest czemuś winny

Prawda na manipulantów, jest jak osikowy kołek na wampiry. To że jesteś świadomy czyjejś winy czy nie zaniedbań, wcale nie musi być raniące czy oceniające. Pamiętaj, że jest tylko jedna ważna zasada, abyś sam nie stał się dla innych toksycznym ogniwem – szczerość i prawda nigdy nie powinne być pozbawione empatii.

10. Nie udają fałszywej dobroci

Nie głaszczą toksycznych ludzi po głowie, po to by uchodzić za miłych czy empatycznych. Jeżeli wiesz i czujesz, że twój towarzysz kreuje w kontakcie z tobą sztuczny, dobrze zainscenizowany świat – nie ma się silić na uprzejmości. To tylko ciche przyzwolenie na kontynuację. Największym zniechęceniem dla 'toksycznych' jest brak efektów. Nie udawaj, że łykasz wszystko, jak przysłowiowa kaczka. Po co?

11. Koncentrują się na rozwiązaniach,  a nie  na problemach

Bo setne obgadywanie istosty tragedii nic nie zmieni. Mądrzy ludzie więdzą, że zamiast skupiać się na niedoli, lepiej popracować nad zamianą jej na sukces. Toksyczni ludzie będą upijać się wszystkim co wokół, zamiast zakasać rekawy i naprawić, co zepsute.

Bądź emocjonalnym mądralą – dla własnego zdrowia i spokoju, a 'toksycznym' – już podziękujemy.


Na podstawie: Psychologytoday, lifehack


Lifestyle Psychologia

Polskie hygge. Co z tym naszym polskim szczęściem?

Karolina Krause
Karolina Krause
8 grudnia 2016
Co z tym naszym polskim szczęściem?
Fot. iStock / stsmhn
 

Tyle się dzisiaj mówi o hygge, o sekretnym, duńskim przepisie na szczęście. A ja zachodzę w głowę i pytam, co się stało z tym naszym? Polskim? Odnoszę wrażenie, że nam Polakom wydaje się, że szczęście to coś, co można po prostu mieć lub nie.

Polacy nie gęsi

Taki sposób myślenia wyssaliśmy wraz z mlekiem matki. Już od maleńkości wpajamy przecież swoim dzieciom bajki, o tym że kominiarz przyniesie im szczęście, a jak zbite lusterko, to przez 7 lat nie ma na co liczyć. Nawet słowa w naszym języku zachęcają do tego, by mylić„farta” z poczuciem wewnętrznego spełnienia. Mówimy przecież „no ten dopiero ma szczęście”, kiedy komuś udało się akurat wygrać los na loterii. W słownikach naszych dalekich sąsiadów nie ma takiej dwuznaczności. Zarówno u Duńczyków, jak i Anglików znajdziemy rozróżnienie na „held” lub „luck” (pol. mieć szczęście – w znaczeniu fuksa, pomyślności losu) i „lykk” czy „happiness”, czyli nasze polskie szczęście.

Można, by się tu spierać, że to tylko czepianie się słówek, ale słowa definiują nasz sposób postrzegania świata. To właśnie w nich „gołym okiem” możemy zobaczyć różnice między naszymi kulturami. A najwyraźniej pokazują to te, które nie mają swoich dosłownych odpowiedników w innym języku. Tak, jak owe duńskie hygge.

Pieniądze szczęścia nie dają?

Jako naród o ogólnym dość niskim poczuciu własnej wartości, bardzo lubimy porównywać się z innymi państwami. A już zwłaszcza tymi bardziej zamożnymi. Z wniosków płynących z badań przeprowadzonych na przestrzeni ostatnich kilku lat wynika, że poziom szczęścia w naszym kraju rośnie – w 2000 roku zadowolonych z życia było 69, 2 proc. Polaków, a w 2015 już ponad 80 proc. Wiele osób uważa, że ma to duży związek z wzrostem gospodarczym obserwowanym w naszym kraju. Udowodniono jednak, że zamożność kraju mocno związana jest z dobrostanem psychicznym jego obywateli, tylko w przypadku państw rozwijających się.

W krajach zamożnych takich jak USA czy właśnie Dania mimo szybkiego wzrostu gospodarczego nie obserwuje się tendencji wzrostowej w poziomie odczuwania szczęścia. W 2015 roku doktorzy z Londynu i Virginii wyjaśnili ten paradoks, tłumacząc, że sekret kryje się nie tyle w ogólnym zwiększeniu się dobrostanu obywateli danego państwa, a w tym, czy dzieje się to w sposób jednomierny i sprawiedliwy dla wszystkich.

I ciężko temu zaprzeczyć. Trudno bowiem cieszyć się z własnej pomyślności, kiedy widzimy, że większość z naszych ziomków (i to nie w nowomodnym tego słowa znaczeniu) ciągle potrzebuje pomocy. „Na szczęście” się to zmienia, co odzwierciedlamy potem w sondażach. A one mówią o nas całkiem sporo.

Polskie hygge, czyli co z tym naszym polskim szczęściem?

Co z tym naszym polskim szczęściem?

Fot. iStock / martin-dm

Dla większości Polaków szczęście zależy przede wszystkim od pozytywnych relacji z rodziną, ale też od zachowania dobrego zdrowia, które rozumiemy głównie jako właściwe odżywianie się. Bardzo cenimy sobie także wewnętrzny spokój oraz wzajemną uczciwość. A zaraz potem szacunek do innych ludzi, pracę zawodową i spore grono przyjaciół. Dla wielu z nas istotne jest także kierowanie się przykazaniami płynącymi z naszej wiary, pomyślność ojczyzny i to, czy mamy prawo do wygłaszania własnych poglądów (co w najbliższym czasie może doprowadzić do sporych konfliktów w świetle nowej ustawy o zgromadzeniach, przyjętej kilka dni temu przez sejm).

Z badań przeprowadzonych wśród Polaków wypływa jeszcze jeden bardzo ważny wniosek. A mianowicie taki, że im lepiej oceniamy naszą kondycję fizyczną, tym bardziej jesteśmy świadomi, że obowiązek ochrony zdrowia spoczywa głównie w nas samych. Jednak w ostatnim czasie coraz więcej osób skłania się ku poglądowi, że ten obowiązek leży przed wszystkim po stronie państwa.

Taka tendencja to kolejny zwrot w kierunku odwiecznych przekonań, o tym że dobrostan jest nam dany„z góry” lub zabierany. Oddajemy w ten sposób odpowiedzialność za własne szczęście w ręce innych osób. Kiedy w rzeczywistości to, czy jesteśmy zadowoleni z życia zależy od nas samych. Od ciężkiej pracy, walki zarówno o własne zdrowie, jak i pozytywne relacje z bliskimi. Od tego jakie standardy szczęścia sobie wyznaczymy – im wyżej zawieszona poprzeczka, tym trudniej będzie jej sięgnąć. To, czy napis „Witaj w najszczęśliwszym miejscu na ziemi” skradniemy sąsiadom z Kopenhagi leży tylko w naszych rękach. I nie, nie odwołuję się tutaj do naszej złej sławy o lepkich dłoniach 🙂


Źródło: newsweek.pl


Lifestyle Psychologia

Nie żegnam się z Tobą kolejny raz, tylko każe odejść. Miłość prawdziwa nie wymaga tłumaczeń za inne ramiona

Listy do redakcji
Listy do redakcji
7 grudnia 2016
Fot. iStock/MariaDubova

Nie wiedziałam, że miłość jest taka…

Podła i tak zakpić potrafi. Bo wyczekana i wyśniona, może stać się znienawidzoną. Gdy tuż przed Twoją śmiercią usłyszałam, że nie chcesz żeby dotykał mnie ktoś inny, w ogóle o tym nie myślałam. Bałam się tylko Twoich słów i tej strasznej prawdy, która i tak się dobijała i w końcu u mnie zamieszkała. Jak mogłabym wyobrażać sobie kogoś innego, gdy przecież wciąż jeszcze, dotykały mnie Twoje ciepłe dłonie. Te same, w których chowałam twarz swoją, te same które wkładały obrączkę i mówiły, że aż śmierć nas nie rozdzieli. Ale nie wiem skąd wiedziałam, że nie zdołam Cię już ochronić, już dłużej zatrzymać. Że nadszedł czas kiedy tylko Ty spakujesz walizkę, a mnie z dziećmi zostawisz zgarbionych nad swoim grobem. I tego dnia też wiedziałam, że ostatni raz do Ciebie jadę. W szpitalnej windzie dzwoniłam do kogoś, żeby przyszedł jeśli jeszcze chce Cię zobaczyć.  I uparłam się żeby wypielęgnować Ci dłonie. Bo wiedziałam, że jutro już nie zdążę. I gdyby wtedy powiedział mi ktoś, że istnieje miłość ponad śmierć, to pragnęłabym jej. Dziś jej nie chcę ale nie potrafię zamknąć za nią drzwi. I pięć lat po tym jak rozsuwałam zamek czarnego worka i mówiłam, że to nie Ty, nadal to robię, praktycznie każdej nocy. I dlatego jestem sama. Bo zabrałeś moją miłość i przestałam umieć kochać.

Mieliśmy być sobie na zawsze, bo tak w to wierzyliśmy, że zapominałam o jej oddechu na plecach. A przecież mieszkała z nami zawsze, czasem spała pomiędzy, w jednym łóżku. W te noce, gdy zrywała mnie cisza i nie słyszałam Twojego oddechu. Albo w te dni, gdy nagle upadałeś a ja Cię podnosiłam bez pewności czy jeszcze żyjesz. Czy już Cię nie zabrała ona pani życia, która przychodzi kiedy chce. Ale  myślałam, że przecież ludzie tak żyją długimi latami a mi los już tak bardzo dołożył, że chyba teraz odpuści. Nie odpuścił, łudził niecałe trzy lata. Pozwolił stanąć na ślubnym kobiercu tylko po to, żebym pierwszą rocznicę gdy oboje wyznawaliśmy sobie ” i ślubuję ci…” spędziła sama. Na cmentarzu, siedząc na płycie pomnika, patrząc na Twoje zdjęcie i  zastanawiać się, gdzie Ty właściwie jesteś. I gdzie ja jestem, bo odkąd Cię nie ma nie poznaje odbicia w lustrze. Niby jestem ta sama, może trochę chudsza, trochę bledsza. Może bardziej skryta, wystraszona, bardziej chłodna. I mniej ufna i bardziej ostrożna.  Może moje oczy lekko przygasły i mój uśmiech gdzieś się zapodział i wraca tylko po butelce  wina. I szybko zamienia się w martwą cisze i łzy, gdy nikt nie widzi. I nie pyta. Bo musiałabym mu odpowiedzieć, że to nie prawda, że czas leczy rany. Że to nieprawda, że można żyć dalej jak kiedyś. Że to nieprawda, że można jeszcze pokochać i budzić się szczęśliwym.

To pewnie dlatego tak jak się pojawiali, tak szybko też odchodzili wszyscy ci po Tobie. Ci którzy wcale nie byli gorsi i też chcieli mnie pokochać i być ze mną, tak po prostu. I widzieli moją radość nawet i to, że jest mi z nimi dobrze. I jakieś szczęście też pewnie czuli i to, że mi zależy. Nawet czułość i ciepło. I pożądanie, którego krzyk przerywał ciszę.  Wszystko, poza tą najważniejszą. Miłością, której już nie potrafię. Chyba odeszła wtedy w nocy, gdy dławiąc się własną krwią umierałeś na moich rękach. Patrząc na mnie coraz bardziej martwymi oczami, ostatkiem sił szepcząc, że przepraszasz. I gdy w mym umęczonym nad ranem śnie, przyszedłeś się pożegnać. I powiedziałeś, że muszę poradzić sobie sama. I gdy musiałam wybierać kolor trumny i tekst do klepsydry. I nie umiałam, bo jak w kilku słowach opisać kogoś, kto był wszystkim. I wciąż miałam w głowie, że jeszcze wczoraj byliśmy razem w kinie na kiepskim filmie i marudziłeś, że za lekko się ubrałam. Bo była zima, mróz nam trzeszczał pod butami i oboje czekaliśmy na lato. Ale nadeszła tylko samotna wiosna. Zimna i ciemna, gdy przymarzając do płyty pomnika nasłuchiwałam czy tam jesteś. Gdzie do obłędu analizowałam tamte dni i obwiniałam, że umarłeś przeze mnie. Bo zbyt słabo się starałam, bo wymagałam jak żona od męża, bo tak często Cię denerwowałam.  Bo nie podłączyłam koncentratora tlenu na czas, za późno podałam leki, zbyt długo zwlekałam z wezwaniem karetki. I nie rozumiałam słów lekarza, że i tak byś odszedł, że to taka choroba, że zrobiłam wszystko.

A ja wciąż myślę, że nie zrobiłam nic, bo Cię nie ma. I choć wiem, że już nie będzie, nadal Cię szukam dłonią po drugiej stronie, pustego łóżka. I wierzę, że poczuje jak wplatasz swoje palce w moje. Albo odnajduje Cie na chwilę w innym spojrzeniu i wpieram, że w kimś do mnie wróciłeś. I próbuje z całych sił żeby tego nie robić, ale zawsze tam wracam. Na cmentarz ciemną nocą, sama zawstydzona. Przepraszam Cie i błagam, żebyś mi wybaczył, bo dotknął mnie ktoś inny. A przecież nie miałeś prawa tego ode mnie żądać, pewnie nawet tego nie chciałeś. To rozpacz odbierała nam zmysły, strach nie pozwalał odejść. I nadal, nie potrafi. Wpędza mnie w poczucie winy, pozwala toczyć depresji, odbiera wolność i wiarę. To Ty umarłeś wtedy w lodowatym marcu, Twoje serce bić przestało, Twój lekki uśmiech zastygł na wycieńczonej twarzy. Dlaczego więc ja czuję się martwa? Bo pochowałam razem z Tobą swoje serce. Byłeś jego każdym uderzeniem, napędem dzięki któremu utrzymywało rytm. Ciepłem, które je zawsze ogrzewało. I nikim, kto chciałby, żeby umarło.

Nie chcę już dłużej zasypiać sama. Nie chcę się tłumaczyć z przelotnych romansów. Nie chcę kolejny raz bronić się przed tym, co czuję. Nie chce się karmić poczuciem winy i nikomu tłumaczyć, ze swoich wyborów. Nie chce już jeździć do Ciebie na cmentarz, po wybaczenie. Nie chce się czuć niewierną żoną. Chcę Cie pamiętać. I  przestać kochać. Chcę, żebyś odszedł i dał mi żyć. Pozwolił czuć i pragnąć. Nie kazał mi szukać siebie w kimś innym. Chcę trzymać rękę kogoś innego i komuś innemu mówić, że kocham. I czuć to na nowo, bo wiem, że jeszcze tak bardzo potrafię. I tak bardzo zasługuje. Dlatego nie żegnam się z Tobą kolejny raz, tylko każe odejść. Bo wiem, że i tak nie zapomnę. Miłości prawdziwej nie trzeba. Zbyt dojrzała jest, dumna i wyrozumiała. I nie wymaga tłumaczeń za inne ramiona.

Zmęczyło mnie czekanie na coś co nie nadejdzie, co się nie wydarzy. Bo Twojego serca nic już nie wskrzesi. Ale moje ma jeszcze szanse bić.


Zobacz także

Żyjesz na pokaz? Nic tak nie oddala od szczęścia, jak jego udawanie. Zwłaszcza przed sobą

„Jestem bardzo zajęta” – to jedno z największych kłamstw, jakie mówimy

Sylwestrowa kreacja prosto ze światowych stolic mody – wybierz styl dla siebie