Lifestyle

Jak bezpiecznie wypoczywać nad wodą?

Redakcja
Redakcja
5 sierpnia 2021
 

Polska od lat znajduje się w czołówce europejskich statystyk dotyczących utonięć. Tylko w tym roku, od początku czerwca do końca lipca, w naszym kraju utonęło 148 osób. Jak spędzać czas na kąpieliskach, aby z wakacji wrócić bezpiecznie i przywieźć tylko dobre wspomnienia – radzą eksperci marki HAMMER – ratownik wodny i kierownik sekcji poszukiwawczej Gryfińskiego Stowarzyszenia Ratowniczego, Ryszard Brzozowski oraz pływak ekstremalny, który w tym roku samotnie przepłynął kanał La Manche, Piotr Biankowski.


Wakacje nad morzem czy jeziorem to dla wielu Polaków wymarzona sceneria na spędzenie urlopu, szczególnie z dziećmi, które mogą bawić się w piasku i nad wodą. Niestety, w takim miejscu, nawet na strzeżonej plaży, rodzice nie będą mieć chwili wytchnienia. Wbrew pozorom ratownicy na plażach najczęściej nie interweniują w wodzie, a zajmują się poszukiwaniami zaginionych dzieci, które w ciągu kilku sekund mogą zniknąć z oczu rodzicom.

– Chcąc odpowiednio asekurować nasze dziecko w dowolnym akwenie, powinniśmy przebywać w wodzie razem z nim. Dorosły wchodzi pierwszy, ocenia głębokość i ukształtowanie dna, następnie odwraca się przodem w kierunku brzegu i obserwuje wchodzące do wody dziecko. W ten sposób nie tylko lepiej niż z poziomu plaży widzimy co faktycznie dzieje się w wodzie, ale także mamy szybszą możliwość reakcji w wypadku zachłyśnięcia się czy nawet poślizgnięcia się dziecka – mówi Piotr Biankowski.

Warto też zaopatrzyć dziecko w wodoodporną opaskę z numerem telefonu do opiekuna. W razie ewentualnego zagubienia, pomoże ona skontaktować się z rodzicami i przyspieszyć poszukiwania. Opaski ufundowane przez firmę mPTech, można otrzymać bezpłatnie m.in. na kąpielisku w Świnoujściu.

Dlaczego należy wybierać kąpieliska strzeżone?

Korzystanie ze strzeżonego kąpieliska i stosowanie się do zasad takich jak: wchodzenie do wody tylko w czasie pracy ratowników, gdy na wieży zawieszona jest biała flaga oraz stosowanie się do obszarów wydzielonych żółtymi i czerwonymi bojkami, nie zwalnia nas z odpowiedzialności i dbania o swoje bezpieczeństwo.

– Kąpielisko strzeżone to nie tylko obecność ratownika, który obserwuje plażę i w przypadku potrzeby jest w stanie przeprowadzić szybką interwencję. To także codzienne sprawdzanie dna, ocenianie czy nie ma w nim niebezpiecznych elementów, które mogłyby zranić turystów czy weryfikacja zmiennych prądów jakie mogą z dnia na dzień wpłynąć na warunki na danym obszarze. Należy pamiętać, że morze w przeciwieństwie do basenu czy nawet jeziora jest dużo bardziej zmienne, a na bezpieczeństwo wpływają zmieniające się nieustannie fale i prądy. Ratownik jest dodatkowym zabezpieczeniem dla każdej osoby chcącej skorzystać z uroków wypoczynku nad wodą, jednak najważniejszy wciąż pozostaje zdrowy rozsądek, mierzenie sił na zamiary i dbanie o własne bezpieczeństwo – dodaje Ryszard Brzozowski.

Jak podkreśla Piotr Biankowski – nawet doświadczeni pływacy, zawsze dbają o to, aby dodatkowo zabezpieczyć swoje wejście do wody, czy to za pomocą asekuracji, wchodzenia do morza w grupie czy poinformowaniu o samotnym wypłynięciu osoby, która w razie niebezpiecznej sytuacji będzie mogła udzielić pomocy lub ją wezwać. Wchodzenie do wody bez zabezpieczenia w postaci obserwującego akwen ratownika jest dużym ryzykiem.

Jak reagować na zagrożenie?

Należy pamiętać, że każdy wypadek nad wodą może skończyć się tragicznie. Niezależnie od tego, czy sami znaleźliśmy się w niebezpiecznej sytuacji np. nagle straciliśmy grunt, nie mamy siły wrócić do brzegu lub zachłysnęliśmy się wodą, czy obserwujemy taką sytuację – konieczne jest zachowanie spokoju.

– Jeśli przykryje nas fala, a nasze umiejętności na to pozwalają, możemy odbić się od dna i płynąć w kierunku brzegu. Im mniej gwałtownych ruchów będziemy wykonywać, tym większą szansę mamy na utrzymanie się na powierzchni – mówi Piotr Biankowski. – Wciąż niedoceniane w Polsce, a bardzo przydatne są tzw. bojki, które można mieć ze sobą zawsze, gdy chcemy popływać. W sytuacji nagłego zagrożenia czy opadnięcia z sił taką bojkę można bardzo łatwo przyciągnąć do siebie, wesprzeć się na niej i odpocząć. Jest to dodatkowa asekuracja, która może uratować życie – dodaje ekspert.

Podczas obserwowania niebezpiecznej sytuacji np. osoby, która wypłynęła za daleko i nagle przestała się wynurzać czy kogoś, kogo przykryła fala – pierwszym odruchem jest zazwyczaj wbieganie do wody i próbowanie wyciągnięcia danej osoby samodzielnie. Niestety, do skutecznego przeprowadzenia akcji ratunkowej konieczne są umiejętności.

– Osoba tonąca, panikująca, działa w oparciu o instynkt przetrwania i wykorzysta każdą sposobność, aby utrzymać się na powierzchni. Bardzo często będzie podtapiać i zagrażać życiu osoby, która postanowiła ją ratować. Dlatego nigdy nie podchodzimy do takiej osoby bezpośrednio – najlepszym sposobem jest rzucenie bojki lub przedmiotu, którego tonący może się chwycić, w innym przypadku nie tylko nie będziemy w stanie mu pomóc, ale przede wszystkim ryzykujemy swoim życiem – zaznacza Ryszard Brzozowski.

Kiedy zauważymy niebezpieczną sytuację, pierwszym odruchem, zamiast rozpoczynania poszukiwań czy akcji ratowniczej na własną rękę, powinien być telefon na numer ratunkowy nad wodą: 601 100 100. Dyspozytor przekaże zgłoszenie najbliżej położonej jednostce ratowników, którzy będą mogli zjawić się na miejscu zdarzenia z potrzebnym sprzętem i umiejętnościami.
Dobra zabawa, bez brawury

Znajomość zasad bezpieczeństwa, wybieranie jedynie kąpielisk strzeżonych i przestrzeganie zaleceń ratowników to podstawowe zasady, o których zawsze warto pamiętać, wybierając się nad morze czy jezioro. Warto podkreślić apel ratowników i służb medycznych o zachowanie trzeźwości na kąpieliskach. Nawet mała ilość alkoholu spożyta przed planowanym wejściem do wody może zagrozić naszemu zdrowiu i wywołać niepożądane reakcje organizmu. Pamiętajmy o zachowaniu ostrożności, zdrowego rozsądku i ocenie własnych umiejętności pływackich podczas każdego wypoczynku nad wodą.

 


Lifestyle

Mikołaj Roznerski: moje wszystkie zawirowania w życiu prywatnym wynikały z tego, że nie potrafiłem sobie znaleźć miejsca na ziemi

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
5 sierpnia 2021
 

To jest jego czas! Gra w nowych produkcjach zupełnie inne role niż te, z którymi go kojarzymy. Nie będzie już ani romantycznym kochankiem, ani lekkoduchem. w październiku zobaczymy go w kinach w głośnej produkcji „GIEREK”, a obecnie  pracuje na planie nowej produkcji „Gdzie diabeł nie może, tam baby pośle”. Nam Mikołaj Roznerski opowiada o błędach, jakie popełnił w młodości, czego nauczył się w stabilnym związku i jakie wartości przekazuje swojemu jedenastoletniemu synowi.

Jakim czasem była dla ciebie pandemia?

Mikołaj Roznerski: Paradoksalnie dość dobrym. Odciąłem się od informacji, nie czekałem na codzienne raporty i statystyki zachorowań, dzięki czemu aż tak się stresowałem. Oczywiście zdawałem sobie sprawę, że sytuacja jest trudna, ale nie chciałem się dodatkowo negatywnie nakręcać. Pandemia pokazała mi, że trzeba „żyć tu i teraz”, dbać o siebie i korzystać z tego, co mamy. Doceniać i kochać swoich bliskich.

Badania pokazują, że dla najmłodszych to było najtrudniejsze przeżycie. Jak pomagałeś synowi Antoniemu przejść ten czas?

Nauka on-line była wyzwaniem. Mój synek jest bardzo żywiołowym nastolatkiem i potrzebuje kontaktu z innymi dziećmi, lubi wyjść na podwórko, rozmawiać z przyjaciółmi i nauczycielami, a tu nagle na wiele tygodni został zamknięty w domu. Przez sześć godzin dziennie miał lekcje i tę część dnia spędzał przed ekranem komputera, a potem jeszcze chciał zagrać w ulubioną grę. To nie był dla nas łatwy czas.

Jak sobie jako ojciec z tym radziłeś?

Starałem się zabierać mojego syna na spacery do lasu. Przyznaję, robiliśmy sobie wolne od szkoły. Wolałem, żeby Antek miał wuef ze mną na świeżym powietrzu, niż ćwiczył on-line przed ekranem. Chodziliśmy na różne boiska, wkradaliśmy się na nie przez dziury w płocie, by zagrać w koszykówkę albo badmintona. Robiłem wszystko, by Antek zdobywał odporność na dworze. On rośnie, potrzebuje aktywności i mam świadomość, że to dobrze wpływało na jego psychikę.

A czego tobie najbardziej brakowało?

Człowiek jest istotą stadną i potrzebuje kontaktu z drugim człowiekiem. Tęskniłem za przyjaciółmi, kolacją w restauracji z moją partnerką. Początkowo angażowałem się w czytanie bajek on-line, ale nie do końca to czułem. Ja chyba potrzebuję innego rodzaju kontaktów i interakcji.

Internet to dla ciebie zło konieczne?

Nieee, bez przesady (uśmiech). Internet jest super, ale trzeba z niego umiejętnie korzystać. Doceniam media społecznościowe, bo dzięki nim mogę komunikować się z ludźmi, którzy interesują się tym, co się dzieje w moim życiu. Pokazuję na moim Instagramie (@mroznerski) trochę prywatności, kadry z filmów, w których gram, promuję też ostatnio moją markę kawy. Jestem aktywny, muszę działać; taką mam naturę.

Ostatnio zrobiłem kurs baristy i nauczyłem się palenia kawy. Myślałem o tym wcześniej, co najmniej od roku, ale dopiero ostatnio mogłem się tym zająć, z czego bardzo się cieszę! Chciałbym kiedyś pojechać po ziarna do Brazylii albo do Indii. Takie mam teraz marzenia.

Jesteś przyzwyczajony do ciężkiej pracy?

Tak, wpoili mi to rodzice. Moja mama pracowała jako przedszkolanka, a tata miał duże gospodarstwo rolne. Wiem, że to brzmi pozytywistycznie, ale ja po prostu zawsze lubiłem ciężko pracować. Ojciec dał mi dużo miłości i wpoił przeświadczenie, że „praca uszlachetnia”. Nie lubię bezczynności. Kiedyś, tuż po ukończeniu studiów, odśnieżałem ul. Marszałkowską w Warszawie, rozdawałem ulotki, potem wynajmowałem samochody, spawałem, kupowałem stare meble do renowacji. Teraz mam swoją kawę. Dużo rzeczy już w życiu robiłem. Dzięki ojcu żadnej pracy się nie boję.

Pamiętam, że jak przyjeżdżałem do niego na wakacje w czasie studiów w szkole teatralnej we Wrocławiu, mówił mi: „Co mnie tam, że musisz uczyć się roli z Szekspira. Chodź synku, trzeba skosić, bo są żniwa. Podjedź mi traktorem pod kombajn”. I z radością jechałam (uśmiech).

 

 

Fot. Marlena Bielinska

Jak więc sobie radziłeś bez pracy w pandemii?

– Czas pandemii był dla mnie wyjątkowo łaskawy, bo pracowałem i nadal pracuję. Zacząłem też dostawać projekty, które mnie bardzo interesują. To zupełnie inne role niż te, z którymi jestem kojarzony – lekkoduchów lub romantyków. Grałem w „Asymetrii”, a w październiku do kin wejdzie film produkcji Global Studio – „Gierek”w którym wcielam się w bardzo ciekawą, symboliczną ideowo, aczkolwiek epizodyczną rolę.

Cieszą cię ciekawe epizody?

Bardzo! Nie marudzę, że to nie rola pierwszoplanowa, biorę życie, jakim jest. Wielu moich przyjaciół aktorów nie miało tyle szczęścia, dlatego bardzo doceniam, że dostaje nowe ciekawe propozycje. Początkowo miałem zagrać maleńką scenkę, ale moja rola została ciekawie rozbudowana już na planie zdjęciowym. To wyjątkowa sytuacja, kiedy twórcy coś zmieniają, ufając aktorowi. Nie zdradzę jednak, kogo gram. Niech to będzie niespodzianką dla widzów. Zapraszam do kin!

Teraz też jesteś na planie zdjęciowym kolejnego filmu, tym razem komedii sensacyjnej „Gdzie diabeł nie może, tam baby pośle”. O czym jest ta produkcja?

To rzeczywiście będzie wyjątkowy film, również produkowany przez producentów Global Studio. Film opowiada o ludziach, którzy w Polsce w latach 80. i 90. dorobili się wielkich fortun, w momencie transformacji ustrojowej. Nikt do tej pory o tym nie słyszał, to kompletnie nieznana historia. na tym myślę polega jej siła. Na planie spotkałem fantastycznych aktorów, między innymi Małgorzatę Kożuchowską, Annę Muchę, Agnieszkę Więdłochę i Paulinę Gałązkę. Trzon męskiej obsady stanowią Sebastian Stankiewicz, Michał Koterski, Rafał Zawierucha i Maciej Zakościelny. Reżyserem jest Heatcliff Janusz Iwanowski, a producentem – Jolanta Owczarczyk. Ta praca z nimi to dla mnie wielka przyjemność.

Zdradzisz kogo, tam grasz?

Postać drugoplanową – Gralaka – który jest milicyjnym wygą. Mój bohater odchodzi jednak ze służby, by zajmować się biznesem. Zaczyna od drobnego handlu, ochrania biznesmenów. Gram pewnego siebie gościa, bezkompromisowego, który wie, jak się przymilać i dopasowywać do silniejszych, by dostać się na sam szczyt. To dla mnie nowość!  i nie mogę się doczekać premiery. Ale to dopiero w przyszłym roku.

Przeprowadzam z tobą już czwarty wywiad. I dziś wydajesz mi się odmieniony, spokojny i szczęśliwy.

Kiedyś byłem w gorącej wodzie kąpany! Robiłem tysiąc rzeczy naraz. Moje wszystkie zawirowania w życiu prywatnym wynikały z tego, że nie potrafiłem sobie znaleźć miejsca na ziemi. Teraz to miejsce już mam, zacząłem drugie, bardziej dojrzałe życie. I lepsze, bo im jestem starszy, tym mniej się przejmuję. Cieszę się na przykład tym, że na swojej drodze spotykam cudowne osoby.

Fot. Marlena Bielinska

 

Z czego wyniknęła ta przemiana?

Gdybyś pięć lat temu spytała mnie, kim jest Mikołaj Roznerski, musiałbym odpowiedzieć: „Nie wiem”. Dzisiaj jestem bliżej tej odpowiedzi. Rozwijam się, uczę, wyciągam wnioski. Czuję wielką wdzięczność za wszystko, co wydarzyło się w moim życiu. Jak już mówiłem, mam szczęście, bo spotkałem na swojej drodze mądrych ludzi.

W grudniu tego roku skończę 39 lat i jestem dziś spokojniejszy, ale wciąż ciekawy życia i gotowy do rozwoju osobistego i zawodowego.

Czy jedną z tych „mądrych osób” jest twoja dziewczyna, Adriana Kalska? Miłość cię odmieniła?

Nie bez powodu mówi się, że siłą każdego faceta jest jego mądra kobieta! Wspieramy się, jesteśmy nie tylko partnerami, ale przede wszystkim przyjaciółmi. Wszystko teraz jest na swoim miejscu. Ada pokazała mi, że świat jest trochę inny, niż ja go do tej pory widziałem. Dzięki mojej dziewczynie zrozumiałem, że mam prawo do błędów i słabości oraz że nie muszę być idealny. Bardziej o siebie teraz dbam.

Nie dbałeś wcześniej?

Tu nie chodzi o takie dbanie, by być w dobrej formie fizycznej, mieć dobrze zbudowaną łapę czy kaloryfer. Chodzi o pielęgnację umysłu, emocji i własnej wartości. Kiedyś żyłem z dnia na dzień, a teraz żyję z perspektywą, ale jednak „tu i teraz”. Dziś nie zamartwiam się o przyszłość, nie kombinuję za bardzo.

Czym ty kiedyś się zamartwiałeś?

Różne człowiek ma lęki i kompleksy. Każdy. Nie chcę o tym opowiadać, zagłębiać się. Najważniejsze, że jestem świadomy. Wiem, co robię dobrze i źle. I cały czas nad sobą pracuję.

Pamiętam sprzed lat nasz pierwszy wywiad, na który przyszedłeś z synem. Potem wiele razy widywałam cię, jak przychodziłeś z nim na próby do teatru. Twoi znajomi mówią, że nie ma lepszego ojca niż Rozner!

Staram się. Choć przyznaję, że przed laty popełniłem wiele błędów. Nie za bardzo lubię siebie z tamtych lat, ale niczego nie żałuje. To był etap, widocznie potrzebny na mojej życiowej drodze. Dzięki niemu mam z czego wyciągać wnioski i do czego się odnosić. Mam dziś przepięknego, mądrego, fanatycznego synka.

Bardzo go kocham, jest moim oczkiem w głowie i dla niego staram się być najlepszym ojcem i człowiekiem. Oczywiście go rozpieszczam, ale jednocześnie przekazuję wartości i zasady, którymi powinien kierować się w życiu. Robię to, co kiedyś dla mnie zrobił tata.

Jakie to wartości?

Na przykład branie odpowiedzialności za swoje wybory i czyny. Gdy człowiek szuka winy wszędzie, tylko nie u siebie, to nie ma szans na rozwój. Można popełniać błędy, one są wpisane w życie, ale potem konsekwencje trzeba brać na klatę, nawet jeśli to bardzo trudne. Staram się jednocześnie pokazywać mojemu synowi, że każdy ma prawo do słabości, ale warto nad nimi pracować.

 

Fot. Marlena Bielinska



Zobacz także

Bądź radością, odrzuć to, co cię blokuje i załóż różowe okulary! Nauka pozytywnego myślenia

Zwykła woda z cytryną pomoże ci uporać się z tymi dolegliwościami

Ona była ikoną seksu, on na seksie zarobił miliardy. Miał na jej punkcie obsesję, nawet po śmierci nie dał jej spokoju