Lifestyle

Tak, to ja, silna i nieustraszona! Jasne, co jeszcze będę próbowała sobie wmówić?

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
3 sierpnia 2017
Fot. iStock/domoyega
 

Jedna zapisała się na maraton, druga ma zamiar schudną z 20 kilogramów, trzecia zastanawia się, jak nauczyć się chińskiego w pół roku, bo marzą się jej wakacje w Chinach, tym samym ma zamiar przyjąć wszystkie możliwe fuchy, które jej wpadną, kosztem czasu dla dzieci, rodziny i siebie. Jest jeszcze czwarta, która wstaje o piątej rano, żeby przed pracą zrobić śniadanie mężowi i trójce dzieci, przygotować obiad i ogarnąć dom, a potem lecieć do pracy i być w 120% wydają i efektywną. Wymieniać dalej? Jest taka, co nie usiądzie na tyłku, nie poleni się na kanapie, tylko lata na ścierce, myje okna co tydzień, podłogę dwa razy dziennie, a brudnego kubka w zlewie u niej nie uraczysz. I ta, co cały dzień poświęca dzieciom, rysuje, maluje, czyta, idzie na rower, na spacer, a wieczorem spędza trzy godziny na praniu, prasowaniu i składaniu tego wszystkiego do kupy.

Nie wyliczam dalej, bo już sama się zmęczyłam. Patrzę na te silne i nieustraszone kobiety i zastanawiam się, kiedy wszystko pierdolnie, bo prędzej czy później tak się stanie. Bo to zawsze się tak kończy – załamaniem nerwowym, chorobą, bo ciało daje już wyraźny sygnał, że nie nadąża, depresją.

Mam ochotę czasami zawyć na cały głos: KOBIETY, OPANUJCIE SIĘ! Przecież nikt od was nie wymaga, żebyście wiecznie były na stand by’u, nikt nie ocenia was przez pryzmat brudnych okien, ilości wyprasowanych gaci, czy czasu spędzonego z dziećmi. Uciekam ostatnio od takich kobiet, bo zwyczajnie nie znajduję komfortu funkcjonowania wśród nich. Tego wiecznego pędu, bardzo często nieuświadomionego prześcigania się – która jest lepszą matką, żoną, koleżanką i kochanką.

Drogie moje, wy nic nie musicie! Naprawdę! Nie musicie być jakieś, nie musicie być lepsze niż wam się wydaje, bo nikt, kompletnie nikt poza wami, tego od was nie oczekuje! Poważnie!

Powiedzcie tak szczerze, kiedy ostatnio którakolwiek z was, tych zaganianych, siadła sama ze sobą na godzinę, samiuteńka, w ciszy zupełnej i zmierzyła się ze swoimi myślami. Tymi czarnymi myślami na swój temat:

„O matko, znowu siedzę zamiast coś robić, czas ucieka mi przez palce”.

„Ja siedzę, a jeszcze muszę pranie, sprzątanie i lodówkę wyczyścić”.

„Siedzę sama, a dzieci? Dzieci na pewno zapamiętają, że się nimi przez godzinę nie zajęłam! Jestem złą matką”.

„Wykorzystaj ten czas efektywnie, a nie siedzisz i myślisz, po co ci to, jesteś leniwa, matka miała rację!”.

Czego się boisz? Że ktoś zobaczy ciebie twoimi oczami, że zobaczy to wszystko, co ty sama o sobie myślisz? Że jesteś nie dość dobra, że bywasz złą matką, bo miewasz dość swoich dzieci? Że twój związek wcale nie jest taki szczęśliwy, jakim próbujesz go przedstawić? Że otaczają cię ludzie, którzy są toksyczni i tylko karmią się twoją energią, wykorzystują cię, a ty masz tego serdecznie dosyć? Czego się boisz? Od czego uciekasz? Co próbujesz przykryć pod warstwą wszystkich narzucanych sobie zadań i obowiązków?

Jeszcze jedno ciasto, jeszcze jedna impreza dla znajomych, jeszcze jeden telefon do matki, jeszcze jeden uśmiech do męża. Naprawdę tego właśnie chcesz? Chcesz zakładać maskę silnej i nieustraszonej? Dlaczego boisz się pokazać, ile jest w tobie lęku, niepokoju, ile wątpliwości i kompleksów?

Dlaczego tak bardzo trudno jest ci zaakceptować siebie taką, jaką jesteś? Rodzice ci całe życie mówili, że musisz być najlepsza, a ty nie chciałaś ich zawieźć? A może całe życie słyszałaś, że inni są od ciebie zdolniejsi, ładniejsi, że ty jesteś okej, ale ktoś inny jest bardziej? A może nie chcesz być jak twoja matka, a ze zgrozą odkrywasz, że właśnie taka jesteś? Bo nie chciałaś nigdy stworzyć takiego związku, jak ten twoich rodziców, a tymczasem wpakowałaś się w miłość, która nie sprawia, że jesteś szczęśliwa?

Kiedy spytałaś siebie, co jest dla ciebie dzisiaj najważniejsze? Czego potrzebujesz? Wolności, spokoju, bezpieczeństwa? Co sprawia, że jest ci dobrze samej ze sobą, bez udziału innych ludzi. Spójrz w lustro? Znasz tę kobietę, która na ciebie patrzy? Polubiłabyś ją znając jej wszystkie wady, słabe strony, złe myśli, które tłoczą się jej w głowie? Ale też wiedząc, jak dobrym jest człowiekiem, jak wiele ciepła, miłości i radości w sobie nosi, choć o tym zapomina?

Ja ciebie lubię! Lubię cię ze wszystkim, co w sobie nosisz, tę prawdziwą, tę, która potrafi przyznać się do błędu, powiedzieć, że nie jest idealna i nigdy nie będzie, bo kto by z ideałem wytrzymał. Tę, która nie chce nikomu nic udowadniać, a wszystko, co robi, robi z myślą i szacunkiem dla siebie samej. Tę, która mówi, że nie kocha i że ma dość. I tę, która wie, że kocha i zawsze staje w obronie swojej miłości. Tę, która pewnego dnia ma wszystko w dupie i nie boi się być sobą i swojego zdania wyrażać. Tę, która nie zakłada maski, nikogo nie udaje, jakby to powiedziała moja przyjaciółka, a to ostatnio nasze ulubione słowo – jest autentyczna. Taką cię kupuję i taką cię lubię. Bez ściemy. Bez wciskania mi kitu, że jesteś silna i nieustraszona, bo obie wiemy, że nie zawsze tak się czujesz i nie tylko z tego się składasz.


Lifestyle

„O właśnie, bo faceci chcą, żeby im było wygodnie, dlatego się żenią”. Kurczę, coś w tym jest…

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
7 sierpnia 2017
Fot. iStock/teksomolika
 

Świat oszalał, nie uważacie? Stoję dzisiaj w warzywniaku, kolejka jak po zbóju, więc z ciekawością przyglądam się ludziom. Spoglądam na bób z nieukrywaną i głośno przełykaną ślinką. I nagle słyszę. „Karol, no chodź, no zobacz, jaka kolejka, no gdzie ty jesteś”. Za mną staje blondynka ze słusznym biustem ledwo zamkniętym w obcisłej sukience. Za nią pojawia się Karol. W sumie jej wzrostu, ale jakiś taki drobniejszy i mniejszy od niej. Kiedy próbuje coś powiedzieć, ona już rozdaje mu zadania: „Weź, podejdź, zobacz te ziemniaki, jak one wyglądają? Aha i te pomidory, twarde są? Proszę pani czy mąż może posmakować winogrona, czy słodkie. Tak, dziękuję. Karol, posmakuj, proszę”.

Stoję lekko wryta w podłogę, bojąc się, że zaraz częścią biustu zostanę potrącona, jak się w kolejce nie przesunę. Karol ziemniaki sprawdził, pomidory pomacał i kiwnął głową, że winogrona okej, przynajmniej tak to wyglądało. Jako, że cenię warzywniak za szybką obsługę, bo zawsze co najmniej dwie panie uwijają się między pietruszkami, śliwkami a ziemniakami, wypadło, że byłam świadkiem dalszych zakupów Karola i jego małżonki (oczywiście, że zerknęłam, czy na palcu ma obrączkę).

„Trzy kilo ziemniaków. Karol weź proszę, wybierz. Kilogram pomidorów – Karol” i Karol już z siateczką jędrnych pomidorów wyciąga rękę do pani ekspedientki. „Winogrona, a śliwki bez robaków?”. Nikt nie zauważył, że ja – z „moją” panią, u której kupowałam – zamarłyśmy obserwując całe zdarzenie. Karol nie mówiąc ani słowa podawał wszystko, czego biuściasta blondynka sobie zażyczyła, a na końcu powiedziała „dziękuję” i wyszła… Karol zapłacił, wziął wszystkie zakupy, uśmiechnął się dziękując i życząc miłego dnia, i poleciał do samochodu, pod którym żona na niego czekała.

Długo nie mogłyśmy wyjść w szoku. „Świat oszalał” – powiedziałam na rozładowanie atmosfery, a wtedy usłyszałam, że one – panie ze sklepu, są częstymi świadkami takich zdarzeń.

To panowie nie mają nic do powiedzenia, panie wchodzą z gotową listą w głowie, oni biegają, podają, niosą za nimi zakupy. No i fajnie, że noszą, że są pomocni, ale w całej widzianej przeze mnie sytuacji nie było nic z męskiego rycerstwa. Było to raczej żenujące przedstawienie, którego stałam się mimowolnym świadkiem.

Opowiadam sytuację koleżance, która mówi: „A co się dziwisz. Faceci, jak już się żenią, oddają wszystko w ręce kobiety. Od czego tylko mogą umywają ręce, a ty się dziwisz, że później taka biuściasta blondynka traktuje go z góry, sam jest sobie winien”. Kurde, a mi to go trochę jednak żal było, ale patrząc trzeźwym okiem – fakt, a może jemu tak wygodnie.

„O właśnie, bo faceci chcą, żeby im było wygodnie, dlatego się żenią” – podłapała znajoma. Rozłożyłyśmy temat na części pierwsze:

Żenią się i nie muszą prać, sprzątać

Fakt, dopóki żyją w kawalerskim stanie, trochę się muszą nagimnastykować, żeby czyste gacie i skarpetki mieć i kubek do kawy umyty. A my, kobiety, zwłaszcza w pierwszej fazie związku, chcemy takiemu facetowi nieba przychylić, chcemy by poczuł, że w jego życiu nasza obecność jest niezbędna, że życie z nami jest lepsze, czystsze, bardziej poukładane. Więc jak te durne – robimy pranie, sprzątamy, na początku nawet nie przeszkadza nam nieopuszczona deska w kiblu. Oczywiście, że wszystko zmienia się z czasem, gdy dostajemy wku*wu od ciągłego usługiwania, a on, zdziwiony nagle, nie wie, o co nam chodzi. Wyjścia są dwa – albo związek wejdzie na wyższy poziom i w końcu zacznie być partnerskim, kiedy ona porzuci plany bycia służącą i sprzątaczką i zrozumie, że miłość nie na tym polega, podobnie jak on. Wyjście drugie – on się obrazi i poszuka takiej, co to dalej sprzątać mu będzie. A jak ta strzeli focha, zmieni na kolejną.

Żenią się i zawsze ciepłą zupę pod nosem mają

Pamiętacie swój pierwszy obiad dla niego ugotowany? Z dwóch dań, z deserem i pewnie jeszcze seksem na dokładkę. A on, jeśli dojrzał do tego, by od mamy się wyprowadzić wygłodzony na hamburgerach, jajecznicach i parówkach na zimno. Jak mu się taki kulinarny skarb trafia… W końcu przez żołądek do serca – nie bez powodu już babcie nam do głowy wpajają. Więc jemu jest wygodnie – pyszne jedzenie pod nos, lodówka pełna, kanapki do pracy zrobione, czasami nawet jakaś sałateczka. Może wykazać się po czasie refleksem i zorientować się, że on też przyjemność żonie zrobić może gotowaniem. O jeny i wtedy to nam robi dobrze… Ale znam też takich, którzy na hasło: „Słuchaj, tu jest chleb, tam lodówka, jak będziesz głodny, to zrób coś sobie” mówią: „Ale ja nie umiem”, bo zawsze im żona wszystko robi… Ot i wygoda.

Żeni się i zrzuca odpowiedzialność finansową

Nie, żeby zarabiał mniej albo wcale. Chodzi o to, że nie interesują go za bardzo rachunki, kredyty i inne tego typu codzienne plugastwa. On ma od tego żonę, która stanie na głowie, a rachunki popłaci, o ubezpieczeniu auta pamięta, wie, gdzie zadzwonić, jak sąsiad z góry was zaleje. Słowem, ona wie wszystko, a on daje jej tyle pieniędzy, ile potrzeba do spokojnego funkcjonowania i braku potrzeby wysłuchiwania, że mógłby zarabiać więcej. A że on coś tam sobie na koncie zostawia, to cicho-sza. Dopóki ona nic nie wie, awantury nie będzie. W końcu jak często żony dowiadują się, ile kasy na koncie tak naprawdę ma ich mąż?

Żeni się i ma kogoś, kto wszystko załatwi

Zrobi zakupy, a jak nie, to chociaż listę przygotuje tego, co w domu potrzebne. Dzieci pozapisuje na zajęcia, plan lekcji ma wykuty na pamięć, daty urodzin i imienin wszystkich, o których powinno się pamiętać też zna i wyrecytuje obudzona w środku nocy. To taki mobilny dysk, którego nawet nie trzeba nosić w kieszeni i ustawiać przypominajki, bo ona sam przypomni, co dzisiaj trzeba zrobić, kogo skąd odebrać i gdzie zadzwonić z życzeniami. Nawet do fryzjera umówi i koszulę bez przymierzania dobrą kupi.

I wiecie, to wszystko my robimy – my durne baby, które nieba chcą przychylić swojemu misiowi-pysiowi. A ten później patrzy na nas wilkiem, kiedy niczym czołg wjeżdżamy na jego pole wygody niszcząc wszystko, do czego my same go przyzwyczaiłyśmy! Że pieska wyprowadzimy, zupkę ugotujemy, dziećmi się zajmiemy i wakacje zorganizujemy. I jak to? Nagle z tym koniec, nagle szlaban na wygodne życie, w końcu on o to nie prosił, samo przyszło. Więc czemu jest nagle wszystkiemu winien…

Eh. Życie to jednak przewrotne jest.


Lifestyle

Przysięgam, moje dzieci wpędzą mnie pewnego dnia do grobu. Albo wyląduję w wariatkowie!

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
2 sierpnia 2017
Fot. iStock/Gala2205

Naprawdę staram się być dobrą matką. Co więcej, nawet taką bywam: cierpliwą, wyrozumiałą wspierającą. Zwłaszcza w wakacje odkrywam w sobie macierzyński potencjał, gdy mam czas dla moich dzieci, gdy mogę z nimi usiąść i pogadać i oni, podobnie jak ja, nie są w jakimś pędzie zajęć, zadań i obowiązków. Kocham ten stan. Tak jak kocham moje dzieci, które im starsze, tym bardziej potrafią dać nam w kość. To już nie słodkie maluchy, które z podziwem patrzą, jak podrzucasz naleśniki na patelni, bo same się tego nauczyły, więc nagle ich zdaniem to żadna wielka sztuka (choć z siebie są mega dumne, tylko dumne z matki zapomniały być i z setek powtórzeń i z litrów zmarnowanego, ale jednak przygotowywanego ciasta). To już nie ci chłopcy, którzy przybiegali wtulając się w moje nogi. Teraz się tłuką, kłócą, trzaskają drzwiami, ale wieczorami słyszę: „położysz się?”. Co uwielbiam, choć nie zawsze mi się chce, bo po cały dniu szarpaniny, nie mam siły na słuchanie z kim poleżałam dłużej, z którym pierwszym i czy na pewno podział czasu był dla nich uczciwy.

Teraz, kiedy dorastają, cały czas wbijam sobie do łba, że są osobnymi bytami, ze swoimi cudownymi cechami, ale też tymi, które doprowadzają mnie do szewskiej pasji, gdy drę się na nich tak, że boli mnie gardło. Bo ile można powtarzać to samo, prosić w kółko i non stop o jedno, zwłaszcza, gdy ma się poczucie bycie dla nich non stop. Nie wiedziałam, że macierzyństwo wzbudzi we mnie bunt przed byciem używaną. Bo czasami tak się czuję, kiedy ja zapieprzam z obiadkami, ciastami, sprzątaniem, planowanie czasu i atrakcji, a mam poczucie, że z drugiej strony dwójka dorastających chłopaków ma mnie głęboko w dupie. Oczywiście, że nie ma, ale gdy ktoś ignoruje twoje prośby, to najświętszego szlag by trafił!

A oni w cudowny sposób badają swoje granice i granice mojej cierpliwości i tolerancji, tego, co mogą co muszą, a co olać powinni. I wiecie – są w tym wszystkim do bólu do mnie podobni. Bo ja działam podobnie, tyle że wiadomo filtruję to wszystko przez pryzmat własnego doświadczenia, a ich -umówmy się – jest jeszcze nikłe.

Oczywiście najgorsza jest walka, którą toczę z samą sobą. Bo choć doprowadzają mnie na skraj załamania nerwowego, to za wielką ich siłę uważam fakt, że dyskutują, że nic nie jest dla nich czarno-białe tylko dlatego, że jak tak powiem, że poddają pod wątpliwość to, co mówię, co uważam, co próbuję z nimi przegadać. Wiem, że to będzie ich wielkim atutem, na tym budują pewność siebie i własną wartość. Kiedy słyszę: „uważam, że to wcale nie był dobry pomysł”, gdy namawiam ich, by czegoś spróbowali, albo: „ale ja nie mam na to ochoty” – to przegryzłabym nie raz tętnice, bo jak można nie wyjść naprzeciw temu, co mi wydaje się atrakcyjne. Ale okej, w głowie odbija mi się: „pogadamy za kilka lat, cwaniaczki”, ale dziś odpuszczam, choć nie jest mi lekko i łatwo.

Za to oni wiedzą, że są rzeczy, których nie odpuszczę, które nawet łamiąc ich budowany, jak u każdego człowieka na początku, na konformizmie i własnej wygodzie kręgosłup wartości, wprowadzę w życie i choćby waliło się i paliło nie złamią mnie w moich decyzjach.

I oczywiście, że miewam dosyć bycia mamą. I, przepraszam, nie uwierzę żadnej mamie, której udziałem choć raz nie stały się te emocje. Która z nas ich nie zna. Czasami mamy dość, gdy jesteśmy zmęczone, gdy dziecko jest w pełni zależne, później, gdy nie potrafi wyrazić jeszcze tego, co czuje, więc krzyczy, skacze, tupie nogami budując swoją odrębność.

Ja jestem na etapie, że bywam zmęczona rozwiązywaniem dziesiątek konfliktów każdego dnia, powtarzaniem po kilkanaście razy próśb o najmniejszą pierdołę, jakby nie można było po prostu wynieść tych cholernych śmierci, czy podnieść z podłogi swoich majtek. Bywam zmęczona słuchaniem, że jeden ma lepiej, drugi gorzej. Planowaniem, co ugotować, co kupić, nie zapomnieć, że jeden je taki jogurt, a drugi inny i by kupić tę samą ilość, żeby uniknąć kolejnego powodu do awantury, obrażania się i trzaskania drzwiami. Udowadniania, że kocham ich tak samo mocno, choć oczywiście, że inaczej.

Zbawieniem dla mojego umęczonego macierzyństwa są wakacje, a konkretnie czas, o którym myślę z nieukrywaną radością, pod tytułem: obóz. Po miesiącu ich wolnego czasu, a mojego dawanego im w jak największej ilości, odliczałam czas, kiedy wsiądą do autokaru i odjadą. Co prawda bywamy rodzicami okrutnymi, bo nie po raz pierwszy wysyłamy ich na obóz z obcymi ludźmi i dziećmi, co więcej, dziećmi, które się znają. Ale co tam, oni świetnie odnajdują się w zupełnie nowych dla nich sytuacjach. Nie przewidziałam jednego… że to odnajdywanie się trochę może tym razem potrwać.

I kiedy odjechali lekko jak zawsze przestraszeni, gdzie młodszy puścił moją rękę już przed zakrętem, żeby nikt nie widział, a starszy ukradkiem otarł łzy machając przez okno, ja twardo myślałam: „Niech jadą, będzie dobrze, dla nich to świetna lekcja”, bo w głowie dźwięczała mi tylko cisza domu, wizja braku potrzeby gotowania, odciągania mojej uwagi od pracy, którą oczywiście od miesiąca odkładałam na te właśnie dziesięć dni, gdy ich nie będzie, więc piętrzące się notatki, książki, maile wzywały, a ja nie mogłam się doczekać, żeby w pełnym skupieniu się temu poświęcić.

„Mamo, zabierz mnie stąd” – pierwszy telefon w pierwszy wieczór. Żesz ku*wa zapomniałam, że choć mój starszy syn wyszedł z etapu rozwoju, gdy życie jest do dupy, on jest beznadziejny i wszystko sprzysięga się przeciw niemu, to w ten etap wszedł jego dwa lata młodszy brat. Jakby dzieci nie mogły mieć od razy cudownych 11 lat – 11-latki to fantastyczne dzieciaki! Dobra, pierwszy wieczór, jutro będzie lepiej. Nie było. Jedzenie do niczego, koledzy „no jakby ci to powiedzieć, nie że nie są fajni, ale nie są otwarci na nowych ludzi” – skąd on w głowie znajduje takie argumenty!!!! Jest plus – fajny trener, ale… „no wiem, że muszę skupiać się na dobrych stronach, ale to nic mi nie pomaga, chcę wracać” – wychowałam świadomego tego, co chce potwora!!! Uciekłabym. Z mojej wizji kompletnego chilloutu nie zostało kompletnie nic, bo już zasnąć nie mogłam, bo od rana myślałam, czy daje radę (choć jego starszy brat zapewniał, że w ciągu dnia młodszy się w ogóle nie łamie), czy może za szybko wysłaliśmy go na obóz z naprawdę rygorystycznym sportowym podejściem. Dzięki za starsze rodzeństwo, które brzmiało zgoła inaczej odpowiadając lakonicznie co prawda, że jest dobrze, okej, w porządku, tylko tęskni za nami. Nożesz, ja też tęsknię. I jak tu wysłać dzieci na obóz, żeby rozkoszować się ich brakiem, kiedy siedzą ci we łbie 24 godziny na dobę i choć fizycznie ich nie ma, to masz wrażenie, że są stale i jeszcze bardziej natrętnie obecne w twoim życiu, które przez 10 dni miało być życiem bez dzieci!

„Mamo, dzisiaj byliśmy nad jeziorem, z kolegami budowaliśmy zamki, taka dobra kolacja była, że dwie dokładki zjadłem”, a na moje pytanie, czemu dzwonicie tak późno, usłyszałam: „Ach wiesz, siedzieliśmy u kolegów w pokoju i oglądaliśmy Tolka Banana – znasz?”. Ja pie*dole… Najpierw zafundowali mi trzy dni takiego poziomu stresu i nie ukrywam – płaczu w poduszkę z rozdartego matczynego serca, a teraz dzwonić zapominają! Bo koledzy! Bo już jest dobrze, choć trener mówi, że mają „napierdzielać” z całych sił, ale już im to nie przeszkadza, wręcz odnajdują w tym frajdę. Przysięgam, wpędzą mnie kiedyś do grobu! Oszaleję! „I zobacz w sumie pięć dni i jesteśmy z powrotem”, bo już dnia wyjazdu nie liczą. Jakie pięć dni?!? Miało być cudownych 10, zostawili mi połowę… Eh.  Może chociaż z planowanymi seksami o każdej porze i wszędzie, gdy dzieci nie ma, zdążę…