Lifestyle

„Dwulatka, którą niosłam przez las, jest w wieku mojego syna”. Reporterka o tym, jak na Podlasiu umierają ludzie

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
16 października 2021
Katarzyna Lazzeri, CNB, TVN24
 

„Wiedziałam, że w naszych polskich lasach mamy dzisiaj morze Śródziemne. Sytuacja jest o tyle inna, że tu jest dużo zimniej. Natomiast, choć jestem reporterką i biegnąc półtorej godziny przez las, wiedziałam po co biegnę, to i tak ten widok mną wstrząsnął. Nikt chyba nie jest przygotowany na to, żeby w środku Europy, w XXI wieku, trzy godziny drogi od Warszawy, zobaczy leżącą na ziemi kobietę w stanie agonalnym, mężczyznę w ciężkim stanie i dwulatkę bez butów, z lodowatymi i przemoczonymi nogami, bez rękawiczek. Ten moment coś we mnie bezpowrotnie zmienił” mówi Katarzyna Lazzari, reporterka „Czarno na białym”  w TVN24.

O tym miał być reportaż? O tym, jak ludzie tam umierają?

Od dłuższego czasu miałam w sobie dziennikarską potrzebę, żeby zajmować się rzeczami, które z mojej perspektywy są dzisiaj najważniejsze.
Ale pojechałam na Podlasie z niczym, nie znając nikogo, nie mając żadnych kontaktów. Po prostu wspólnie z moim operatorem, Adamem Diehlem, wsiedliśmy do auta. Miałam tylko umówione spotkanie z chłopakiem, który luźno współpracuje z różnymi organizacjami, ale przede wszystkim jest człowiekiem, który mieszka w strefie i na co dzień zajmuje się pomaganiem ludziom, którzy nocują prawie za jego domem, w lasach. Nie obiecał mi wywiadu. Przeciwnie – zapewniał mnie, że się nie nagra. Umówiliśmy się tylko, aby porozmawiać. Dzisiaj na Podlasiu ludzi, którzy pomagają jest niewielu i nie chcą pokazywać swojej twarzy. Jeśli będą na widoku, nie pojadą nawet spokojnie do sklepu po bułki. Być może nie uratują kolejnego dziecka, kobiety, rodziny, bo zawsze będą mieć ogon w postaci straży granicznej. Oni po prostu chcą móc pomagać tym ludziom. Nic więcej.

Co do pomysłu na reportaż, szukałam go. Dzisiaj na granicę jeżdżą wszyscy, każdy chce mieć materiał, ale organizacje są zajęte pomocą. Owszem, gdy ludzie na granicy wykazują chęć kontaktu z mediami, aktywiści to ułatwiają. Dla tych ludzi w lasach ważne jest, żeby mówić o tym, co się dzieje. Wcześniej wielu z nich chciało zostać w Polsce, teraz już nie. Widzą stosunek Polaków do nich, tego nie da się ukryć nawet w koronach drzew. Czasem są kilkanaście razy wypychani, brutalnie traktowani zarówno przez białoruską straż graniczną, jak i naszą – przynajmniej tak wynika z ich świadectw. Kiedy docierają do nich wolontariusze, w przejmujący sposób wręcz błagają, żeby nie wzywać służb. Zdarzają się sytuacje, gdy ci ludzie mają, na przykład, złamaną nogę i aktywiści, którzy nie mają nic wspólnego z medycyną, łączą się z lekarzami przez telefon i nastawiają tym ludziom nogi, żeby mogli iść dalej. A potem zostawiają ich w tym lesie, nie tylko dorosłych, ale też dzieci. Wracają do domu, ale nie potrafią sobie z tym emocjonalnie poradzić. Bo z tymi pozostawianymi osobami często traci się kontakt, mają nagle wyłączone telefony, nikt nie wie, czy się „udało”, czy nie. Wszyscy ludzie, których tam spotkałam, wolontariusze, aktywiści, czy po prostu mieszkańcy Podlasia są w fatalnej kondycji psychicznej. Nie odbyłam ani jednej rozmowy, w której nie byłoby łez.

Jak wyglądały godziny przed tym, zanim dostaliście informacje o dziewczynce i parze w lesie?

Dojechaliśmy do Białegostoku i weszliśmy do knajpy napić się ciepłej herbaty i złapać jakikolwiek zasięg. Na Podlasiu z zasięgiem jest zawsze kłopot, więc żeby dostać wiadomość, musieliśmy znaleźć jakieś miejsce.
Weszliśmy do środka i uderzyło mnie to, że tu się dzieje normalne życie. Ktoś pije wino, śmieje się, ma swój wieczór autorski. I to wszystko godzinę drogi od lasu, gdzie marzną ludzie. Miałam w głowie wiersz Czesława Miłosza „Campo di Fiori”, szczególnie ten fragment o karuzeli. Kojarzy pani?

„Tu na tym właśnie placu
/ Spalono Giordana Bruna/Kat płomień stosu zażegnał/ W kole ciekawej gawiedzi/ A ledwo płomień przygasnął/ Znów pełne były tawerny/Kosze oliwek i cytyn/ Nieśli przekupnie na głowach. Wspomniałem Campo di Fiori/ W Warszawie przy karuzeli, w pogodny wieczór wiosenny/ Przy dźwiękach skocznej muzyki/ Salwy za murem getta/ Głuszyła skoczna muzyka/ I wzlatywały pary/ Wysoko w pogodne drzewo (…)

Ja jednak wtedy myślałem/ O samotności ginących/ O tym, że kiedy Giordano/ Wstępował na rusztowanie/ Nie znalazł w ludzkim języku/ Ani jednego wyrazu/ Aby nim ludzkość pożegnać
Tę ludzkość, która zostaje.”

Taki abstrakt, ludzie umierają z zimna w lasach, a my się bawimy?

Tak, choć w tej knajpie dużo też rozmawiano o uchodźcach. Na scenę wyszedł mężczyzna, który w 1986 roku był w Afganistanie, zadedykował swój utwór wszystkim, którzy znajdują się dziś w pułapce na granicy polsko-białoruskiej, żeby zrobiło im się odrobinę cieplej…
Wtedy pomyślałam, że chciałabym zrobić materiał o Podlasiakach, czyli o ludziach, którzy mieszkają tak blisko granicy życia i śmierci.

Katarzyna Lazzeri, CNB, TVN 24

Ale potem dostała Pani wiadomość od informatora?

O czwartej rano, na jednym z komunikatorów dostałam pinezkę i informację, że w zaznaczonym miejscu jest kobieta w stanie agonalnym z mężczyzną w ciężkim stanie i dwuletnim dzieckiem. Spaliśmy wtedy w hotelu, wiadomość odebrałam o 4.30. To był i tak szarpany sen, cały czas sprawdzałam telefon. Zadzwoniłam do operatora i pięć minut później byliśmy w samochodzie. Przez cały czas nas instruowano, jak mamy dotrzeć do celu, dostaliśmy też kolejną informację, że ludzie z organizacji już tam jadą. Potem kolejną, że szukają we wskazanym miejscu, ale nie znajdują.
Byliśmy jakąś godzinę drogi pieszo od miejsca, w którym trzeba zostawić samochód, bo dalej droga prowadzi przez las. Dwukrotnie zatrzymała nas policja, ostatni raz ostro powiedzieli, że nie możemy dalej jechać, bo to jest trasa prowadząca do strefy. Zostawiliśmy więc samochód kawałek dalej, w krzakach. Zaczęliśmy biec, nie wiem, jak długo biegliśmy, trwało to naprawdę długo. To nie są łatwe tereny, bagniste, biegnie się przez pola kukurydzy, przez które ewidentnie przed nami szły już inne osoby. To był dziwny widok, środek dzikiego lasu, a tu poobgryzane kolby, wydeptane ścieżki, porzucony but, bielizna, kawałek papierka. W pewnym momencie przyszła wiadomość od aktywistów: „Chyba nie zdążyliśmy”, wraz z nią zdjęcie znalezionych, porzuconych ubrań. To mogło świadczyć o tym, że tych ludzi znalazła straż graniczna i znów wypchnęła na Białoruś. Ale biegliśmy dalej, kolejna informacja, kolejna pinezka, że oni jednak są, 600 metrów od pierwotnej lokalizacji. Aktywiści w końcu ich znaleźli.

I potem ten widok. Byli w strasznym stanie. Mężczyzna się trząsł, kobieta wpadała w stany półświadomości. Otwierała oczy, zamykała, oboje prawdopodobnie byli w hipotermii. Choć dziewczynka była bez butów, z przemoczonymi nogami, była w najlepszej formie. Noc spędziła między Syryjczykiem, a nieprzytomną już Syryjką, ogrzali ją własnymi ciałami. Na szczęście miała też ciepłą czapkę.

Ile tam było osób?

Na miejscu, przed nami, było trzech aktywistów. Potem dotarliśmy my. Dowiedzieliśmy się, że przyjedzie karetka z wolontariuszami z grupy „Medycy na granicy”, natomiast miejsce, do którego mogła dojechać karetka, znajdowało się mniej więcej kilometr od nas. Musieliśmy przenieść tych ludzi.
Podzieliśmy się. Dwóch chłopaków wzięło kobietę na ręce, mój operator to nagrywał, ale w niektórych momentach rzucał kamerę na ziemię, żeby pomóc tamtych nieść. Nagle oni opadli z sił, siedzieli na ziemi i jeden z nich mówi: „Zupełnie nie znam technik, jak nieść człowieka przez las”. Do dziś to zdanie mocno siedzi mi w głowie, no bo kto z nas kiedykolwiek uczył się tego, jak nieść człowieka kilometr przez las?
W tym czasie zostałam z jednym z aktywistów, który trzymał dziecko na swoich kolanach, obok niego leżał nieprzytomny Syryjczyk. Czekaliśmy aż tamci wrócą, żeby później do karetki zanieść dziecko i mężczyznę. Nie mogliśmy się ruszać, chłopak, który trzymał na kolanach dziecko był po operacji kręgosłupa, nie mógł dźwigać.

Później ktoś mnie zapytał, co było dla mnie najtrudniejsze. W reportażu jest sporo ujęć, gdy niosę dziewczynkę, a ona przerażona płacze krzycząc „mama, mama”. Teraz wiemy, że to była jej babcia, ale dziewczynka mówiła do niej „mama”. Więc ten moment, gdy dziecko wyło „mama” widząc, jak dwójka ludzi niesie tę mamę nieprzytomną był straszny. A potem inny, gdy kobieta się trzęsła, wydawała z siebie różne dźwięki, w końcu zamilkła, zwisała z pleców aktywisty i zastanawiałam się, czy ona już umarła, a dwulatka, którą niosę właśnie została sierotą, czy ma jeszcze mamę. Po pięciu minutach ta kobieta zwymiotowała, a ja się cieszyłam.

Patrzyłam na to dziecko i byłam w szoku, gorączkowo myślałam, co zrobić. Mam syna w jej wieku, miałam więc naturalny odruch, żeby puścić jej bajkę. Żeby wyrwać ją choć na chwilę z tego, co się dzieje. Z tego lasu, o świcie, gdzie jest tak zimno, gdzie niedawno było jeszcze minus sześć stopni. Puściłam jej arabską bajkę. Najtrudniejszy moment był wtedy, gdy ona oglądając tę bajkę – zaczęła się śmiać. Jak każde, normalne, dwuletnie dziecko, pokazywała paluszkiem na ekran i śmiała się w głos. Aktywista trzyma telefon, ogrzewałam dłońmi jej zziębnięte nogi. Jej chwilowa dziecięca beztroska, jej nieświadomość tak przecież trudnego położenia, była dla mnie trudna do szpiku kości. Jej śmiech, gdy ogląda bajkę będę słyszała jeszcze bardzo długo.

Doszliśmy w końcu do miejsca, gdzie była już para policjantów, kobieta i mężczyzna. Odebrali ode mnie dziewczynkę, pomogli też nieść mężczyznę. Tak dotarliśmy do karetki, na miejscu byli już lekarze wolontariusze, ratownicy medyczni z grupy „Medycy na granicy”. Dowiedzieliśmy się, że mężczyzna jest w stanie ciężkim, kobieta musi być natychmiast hospitalizowana, bo jej stan jest krytyczny, dziecko powinno trafić do szpitala ze względów bardziej społecznych, żeby zostało blisko babci.

Trafili do szpitala w Hajnówce. Kobieta czuje się lepiej, na pewno z tego wyjdzie, ma jeszcze zapalenie płuc, jest słaba. Wczoraj po raz pierwszy zobaczyła się z wnuczką, jak sama mówi – dodało jej to sił do walki. Nie wiemy jeszcze do końca, jaki los czeka tych ludzi, mamy nadzieję, że nie zostaną cofnięci na Białoruś.

Choć ja sama nie wiem, co będzie. Nagrałam rozmowę z lekarką z jednego z podlaskich szpitali. Powiedziała, że dwadzieścia lat pracuje w zawodzie i nigdy nie doświadczyła takich emocji. „Wie pani, ile ja trupów w życiu widziałam? Nigdy to nie robiło na mnie wielkiego wrażenia” mówiła. -„ Czym to się różni od ludzi, którzy przyjeżdżają do was często w agonalnym stanie?” spytałam. – „Tym, że te trupy, które widywałam to był przypadek– ktoś jechał pijany, ktoś w kogoś wjechał, nie dało się nic zrobić, a tutaj możemy pomóc. A ci ludzie umierają w lasach, do których my chodzimy na grzyby, na spacery, w lasach, których teraz nienawidzimy, bo boimy się tam wchodzić, żeby na te trupy nie nadepnąć.
Zresztą, większość lekarzy, z którymi rozmawiałam, a którzy mają bezpośredni kontakt z uchodźcami, którzy trafiają do szpitali prosto z granicy – są w fatalnej kondycji psychicznej.

Nie potrafią w to uwierzyć?

Szumią mi w uszach słowa tej lekarki, że to jest wojna przeciwko ludzkości. Koniec cywilizacji, normalności, że po tym wszystkim już nic nigdy nie będzie takie samo.
Jeden z mieszkańców mówił mi, że w tych lasach nocami niesie się echo wycia dzieci, kobiet, które błagają o pomoc. I oni to słyszą, i mówią, że choć krzyk jest głośny, nie wiadomo, w którym kierunku iść. Kobiety, które krzyczą: błagam, w imieniu boga, pomóżcie nam.

Spodziewała się Pani kiedykolwiek, że będzie w takim miejscu, w takiej sytuacji?

Przymykaliśmy wszyscy oko na to, co się dzieje w Syrii, w Afganistanie, na Morzu Śródziemnym. Jednak to było zawsze gdzieś tam, daleko. Owszem, dotykało nas to, przerażało, ale nie dotyczyło bezpośrednio. A teraz dotyczy. Zawsze interesowała mnie tematyka wojenna, ale nigdy nie przypuszczałam, że będę się znajdowała na zdjęciach, o których będę mogła powiedzieć, że to była kwestia życia i śmierci. Często się ścigamy z czasem, chcemy mieć newsa natomiast to są sytuacje, z którymi wielu reporterów się nigdy nie spotkało. Wszyscy uczymy się tej sytuacji. Zarówno ci, którzy tam są i pomagają, uczą się jak reagować, jak sobie z tym poradzić, jak zadbać w tym wszystkim o siebie, bo przecież jeśli nie zadbamy, nie starczy nam sił, by tam być i by rzetelnie tę wyjątkowo trudną rzeczywistość – opisywać.

Tak samo mocno nie chcę tam już nigdy wracać jak i chcę tam wrócić natychmiast. W zasadzie nie mogę przestać pracować. Miałam mieć kilka dni wolnego po emisji reportażu, ale absolutnie cały dzień byłam na telefonie, zastanawiałam się co ja jako dziennikarz mogę jeszcze zrobić. Jaką historię mogę opowiedzieć, żeby coś zmienić, coś pokazać. Trudno się wyłączyć.

CNB, TVN24

Z kim został Pani dwuletni syn, gdy Pani była tam, na Podlasiu? Myślała Pani o nim, gdy niosła syryjską dwulatkę?

Synka zostawiłam z moimi rodzicami pod Bydgoszczą. Dziś go odbieram, to pierwsze nasze tak długie rozstanie, tydzień. Ta sytuacja była podwójnie trudna dla mnie jako reporterki, ale też dla mamy. Jak niosłam na rękach tę dziewczynkę miałam takie typowe matczyne odruchy: poprawić jej czapkę, zawiązać lepiej szalik. Zastanawiałam się, kiedy to dziecko jadło.
Mężczyzna i kobieta byli ponad dobę bez jedzenia i picia, natomiast w plecaku babci były rzeczy dla dziecka, dwa musy, dwa małe słoiczki z dziecięcym jedzeniem. Nigdzie nie było łyżeczki, zaczęłam zastanawiać się, jak mam nakarmić dziewczynkę, w końcu wlałam mus do nakrętki od butelki. Ale dziewczynka nie chciała jeść, była bardzo zdezorientowana. Czy wpływało na moje zachowanie to, że jestem matką? Nie wiem, każdy człowiek chyba zrobiłby to samo.

 

https://tvn24.pl/go/programy,7/czarno-na-bialym-odcinki,11367/odcinek-1707,S00E1707,612519

Katarzyna Lazzeri, CNB, TVN24


Lifestyle

Masaż kobido – efekt liftingu twarzy bez użycia skalpela. Co warto o nim wiedzieć?

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
18 października 2021
Masaż kobido
Fot. iStock
 

Masaż kobido to wyjątkowo intensywny masaż twarzy, który zyskał  w ostatnim czasie na popularności wśród kobiet. Nazywany przez zwolenników liftingiem bez skalpela, masaż kobido intensywnie wpływa na stan skóry i mięśni twarzy. Na czym polega jego działanie i kto może skorzystać z jego zalet?

Czym jest masaż kobido?

Masaż Kobido to głęboki masaż wywodzący się z tradycji Dalekiego Wschodu. Dzieli się na etapy, które należy przeprowadzić w ustalonej kolejności: masaż rozluźniający, relaks, drenaż limfatyczny, lifting oraz akupresura. Masaż ma na celu pobudzenie różnych obszarów na twarzy. Ruchy wykonywane przez osobę wykonującej masaż powinny być zarówno powolne, aby masaż relaksował masowaną osobę, oraz intensywne, szybkie jak i zdecydowane, aby pobudzić skórę do odbudowy, by uzyskać efektu liftingu. Na początku poszczególne ruchy mogą być odczuwane jako powodujące dyskomfort, ze względu na intensywność. Należy jednak pamiętać, że masaż Kobido jest bezpieczny, a jego dodatkową zaletą jest to, że jest on bezinwazyjny, ale skuteczny. Masaż z wykorzystaniem technik liftingujących można wykonać także na szyi lub dekolcie.

Masaż kobido

Fot. iStock/Masaż kobido

Już pierwsza sesja masażu Kobido przynosi wyczuwalne efekty, ale by utrzymywały się one dłużej i były bardziej widoczne, warto powtarzać zabiegi. Dla pełni efektu zaleca się 12 sesji masażu, po 2 sesje w tygodniu. Po tym warto raz na jakiś czas poddać się kolejnym masażom dla podtrzymania osiągniętego efektu.

Komu polecany jest ten rodzaj masażu?

Masaż Kobido jest naturalnym i nieinwazyjnym rozwiązaniem dla pań, które chcą zachować młody wygląd bez ingerencji chirurga lub inwazyjnych zabiegów kosmetycznych. Jednymi ze wskazań jest ujędrnienie skóry wiotkiej, dojrzałej. Masaż Kobido można także wykorzystać do relaksacji po ciężkim dniu, oraz dla rozluźnienia spiętych mięśni karku i głowy.

Jak przebiega masaż Kobido?

Masaż Kobido składa się z kilku etapów: masaż głęboki, relaks, drenaż limfatyczny, lifting oraz akupresura. Pierwszy etap, masaż tkanek głębokich, powinien złagodzić nadmierne napięcie mięśni twarzy, co przekłada się na spłycenie niewielkich zmarszczek mimicznych. Zazwyczaj ten etap wykonywany jest bez użycia olejku lub innych specyfików.

Następnie stosuje się relaksacja, która pozwala poprawić krążenie krwi w skórze, co wpływa na lepsze odżywienie i dotlenienie tkanek. Dzięki temu skóra twarzy zyskuje lepszy koloryt. Skóra, przez zwiększony przepływ krwi, ujędrnia się i napina. Kolejno stosowany jest drenaż limfatyczny, dzięki szybkim ruchom ręką uprawiany jest przepływ limfy, co zmniejsza opuchliznę i cienie pod oczami. Osoba wykonująca masaż przechodzi dalej do masażu liftingującego, który jest najbardziej intensywną częścią masażu Kobido. W tej części skóra jest dość intensywnie podbierana, pociągana, ugniatana czy podszczypywana, co może powodować nieco nieprzyjemne odczucia, choć to zależy od wrażliwości danej osoby. Ta najbardziej intensywna część masażu Kobido ma  poprawić owal twarzy, zadziałać jak zabiegi medycyny estetycznej. Na sam koniec stosuje się technikę akupresury, aby mocniej stymulować pracę poszczególnych mięśni, łagodzić ból, oraz pobudzać do pracy narządy wewnętrzne.

Masaż kobido

Fot. iStock

Masaż kobido — za co warto go docenić?

Masaż Kobido jest chwalony za zauważalny wpływa na kondycję skóry. Po jego regularnym stosowaniu można zauważyć wiele pozytywnych zmian:

  • zmniejsza napięcie mięśni, wpływa na ich rozluźnienie. Dochodzi do pobudzenia pracy nerwów, skóry i mięśni;
  • skóra staje się lepiej dotleniona i odżywiona, co wpływa na jej zdrowszy i świeższy wygląd;
  • ze skóry uwalniane są toksyny, co wpływa na jej szybsze oczyszczenie;
  • następuje pobudzenie produkcji kolagenu i elastyny, dzięki którym skóra unosi się i zachowuje młodzieńczy wygląd. Poprawie ulega kontur twarzy, policzki się podnoszą. Dochodzi ido spłycenia zmarszczek oraz bruzd nosowo-wargowych. Właśnie dzięki temu mówi się w przypadku masażu Kobido o bezinwazyjnym liftingu;
  • dochodzi do zmniejszenia opuchlizny oraz spłycenia worków pod oczami;
  • dochodzi do redukcji stresu — osoba masowana może się w pełni zrelaksować, co przekłada się na lepsze samopoczucie;
  • następuje złagodzenie konsekwencji bruksizmu i zmniejsza sztywność mięśni twarzy;
  • rozluźnienie mięśni karku i szyjnych podczas masażu Kobido pozwala pozbyć się  dokuczliwych napięciowych bólów głowy.
Masaż kobido

Fot. iStock/Masaż kobido

Przeciwwskazania dla wykonania masażu Kobido

Bez wątpienia masaż Kobido ma wiele zalet dla kondycji skóry, wyglądu twarzy i ogólnego samopoczucia. Jednak nie każdy może sobie pozwolić na taki rodzaj masażu. Istnieją przeciwwskazania takie jak:

  • podwyższona temperatura ciała;
  • stany zapalne skóry;
  • otwarte rany i otarcia;
  • nieleczone nadciśnienie tętnicze.

Ważne jest również, by zachować odpowiedni ostęp między innymi zabiegami kosmetycznymi, a wykonaniem masażu Kobido. M.in.: po zabiegu wstrzyknięcia botoksu trzeba odczekać 2 tygodnie, a nawet pół roku należy odczekać zabiegu założenia nici liftingujących.


źródło:  www.medonet.pl 

Lifestyle

„Piękne, zadbane, a ukrywają guzy. Boją się. Trafiają do nas zawsze za późno” Chirurg Paweł o raku piersi.

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
15 października 2021
fot. archiwum prywatne

Kiedyś usłyszałem, że w gabinecie jestem mniej wesoły niż na Instagramie, co nie jest do końca prawdą, ale w pracy chirurga – onkologa wiele jest sytuacji, gdzie powaga jest potrzebna. A empatyczny staram się być niezależnie od tego, jak zmęczony jestem. Na przykład, w zeszły piątek siedziałem w poradni od świtu do godziny 17.00. Przyjąłem sześćdziesiąt osób i rzeczywiście przy ostatnich pacjentach byłem już lekko oschły.”

Paweł Kabata. Chirurg, onkolog. Pracuje w Klinice Chirurgii Onkologicznej  Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego. Jego konto na Instagramie obserwuje już 55 tysięcy osób, a liczba ta wciąż rośnie. Za co Go kochamy? Bo o tym, co trudne pisze lekko i prosto. Nikt nie potrafi tak dobrze wytłumaczyć, czym jest guz, jak wygląda operacja onkologiczna i na czym polega praca chirurga. Przybliża nam trudny świat, którego się boimy. Ale niepotrzebnie. Bo rak wykryty wcześniej jest wyleczalny. Problem zaczyna się wtedy, gdy z lęku się nie badamy, a do lekarza nie idziemy nawet, gdy coś jest nie tak.

Ile Pan dzisiaj spał?
Krótko. Średnio śpię po sześć godzin. Kiedyś, w ramach pracy nad sobą, postanowiłem, że będę spał osiem godzin, jak normalny człowiek. Okazało się to bardzo przyjemne, ale niestety na dłuższą metę niemożliwe. Mamy teraz nawał roboty, w kolejce czeka ogromna liczba pacjentów do leczenia. Jutro do poradni zapisanych mam pięćdziesiąt osób, wczoraj zrobiłem dwadzieścia badań. Wychodzi na to, że widuję około stu pacjentów tygodniowo, a przecież do tego dochodzą jeszcze dyżury w szpitalu. Do nas najczęściej trafiają ludzie po wstępnej diagnostyce. Na przykład pacjentki, które przyszły zrobić sobie profilaktyczne usg i mammografię i okazało się, że coś jest nie tak. Albo pacjenci, którzy mieli objawy z przewodu pokarmowego, ktoś zrobił im kolonoskopie albo gastroskopie i okazało się, że w środku rośnie guz.

Potrafi Pan być jeszcze empatyczny?
Kiedyś usłyszałem, że „w gabinecie jestem mniej wesoły niż na Instagramie”, co nie jest do końca prawdą, ale w pracy chirurga onkologa wiele jest sytuacji, gdzie powaga jest potrzebna. A empatyczny staram się być niezależnie od tego, jak zmęczony jestem, ale, na przykład, w zeszły piątek siedziałem w poradni od świtu do godziny 17.00. Przyjąłem sześćdziesiąt osób i rzeczywiście przy ostatnich pacjentach byłem już lekko oschły. Ale to niezwykle trudne wykrzesać z siebie serdeczność po tylu godzinach pracy. Choć staram się, bo tak zostałem wychowany. Dorastałem w domu, w którym oboje rodzice są lekarzami, więc wiem, że trzeba starać się ze wszelkich sił, nie przelewać zmęczenia na pacjenta. Robię więc, co mogę, ale czasem wyczerpanie sięga zenitu.

Pamięta pan ostatniego pacjenta z piątku?
Nie pamiętam. Ale pamiętam jedną z ostatnich pacjentek do której pewnie kilka godzin wcześniej miałbym więcej cierpliwości. Przyszła i oznajmiła, że zrobiła sobie markery nowotworowe, których wartości w górnej granicy normy z pewnością oznaczają nowotwór. A to tak nie działa. Ludzie nie zdają sobie sprawy, że oznaczenie markerów nowotworowych nie zastąpi badań profilaktycznych i poniekąd kupują przez to fałszywą nadzieję. „Zrób sobie markery, będziesz zdrowy”. Jest niewiele markerów nowotworowych, które się nadają do skriningu, do badań przesiewowych. Owszem, możemy polegać na badaniu PSA, który ma duże znaczenie w profilaktyce nowotworu prostaty. Ale już, na przykład, oznaczenie markera raka piersi nie ma dużego znaczenia w profilaktyce. Środowiska onkologiczne nie rekomendują jego używania w tym celu, bo nawet w rozsianym raku piersi wynik mało koresponduje z nasileniem choroby. A bywa, że pacjenci zamiast iść na mammografię, która jest mało przyjemna, czy usg, co jest stresujące albo kolonoskopie, wolą sobie zrobić markery nowotworowe. I pacjentka zrobiła sobie właśnie cały panel tych markerów nowotworowych i nie mogła zrozumieć, gdy jej powiedziałem, że ten marker nie ma aż tak dużego znaczenia i może być tylko dodatkiem do badań obrazowych czy fizykalnych. Problem polega na tym, że ktoś sprzedaje pacjentom obietnice zdrowia, a my musimy potem tłumaczyć, że tak nie jest i to stawia, nas, lekarzy, w roli tych złych.

Czy pośród pacjentek z piątku była pacjentka z zaawansowanym rakiem piersi?

Mamy teraz bardzo dużo takich pacjentek. Wiele kobiet nie badało się podczas pandemii, doszło do wniosku, że jest zamknięte, nie da się. I teraz przychodzą do nas w naprawdę zaawansowanym stadium. Wczoraj była jedna z nich. Guza wyczuła już dwa lata temu, musiał rosnąć już pewnie dużo wcześniej, patrząc po jego biologii, która nie jest najbardziej agresywna. Tyle, że teraz już jest to guz nieoperacyjny, bo nacieka na ścianę klatki piersiowej. W badaniach obrazowych wymiar podłużny 13 cm, co jak na pierś jest całkiem sporo. Gdyby te pacjentki przyszły od razu, powiedzielibyśmy: operujemy, dajemy tabletki hormonalne, ale rokowania są bardzo dobre. Natomiast w chwili obecnej oferujemy tylko leczenie paliatywne i wprost mówimy, że nic więcej nie możemy zrobić.

Ale to chyba nie wina pacjentek. Według danych fundacji Alivia, podczas pandemii, co trzecie badanie lub terapia były odwoływane.

Zgadza się, ale to jest część prawdy. Poradnie były nieczynne dwa miesiące. My teraz w wielu sytuacjach słyszymy „Ale wie pan, no covid”. Oczywiście to był ogromny problem, ale od ponad półtora roku diagnostyka działa normalnie. Większość naszych pacjentek jednak trafiała na badania. Zrzucanie wszystkiego na covid w chwili obecnej jest nadużyciem.

Lekarz, który robił mi mammografię mówił, że kobiety nie przyznają się, że na przykład nie były cztery lata na badaniu, oszukują, a wiadomo, że mają guza, który musiał rosnąc już długo.

Tak, to się zdarza. Oczywiście mamy raki agresywne, które rosną w oczach, dzielą się bardzo szybko i szybko osiągają duże rozmiary, ale akurat ten taki nie był. Miał korzystną biologię, co znaczy, że żeby osiągnąć dużych rozmiarów potrzebował czasu.

A co z innymi sytuacjami? Gdy kobiety wyczuwają zmiany na piersi, idą do lekarza, a to jest bagatelizowane?

To też się zdarza, niestety. Nawet opisywałem taką historie na swoim Instagramie. W zeszłe wakacje mieliśmy tydzień w tydzień pacjentów, którzy przez cztery miesiące nie byli w stanie dostać się do lekarza, bo nie wszystkie ośrodki były czynne. I to jest przerażające. Ale też w wielu przypadkach działa mechanizm wyparcia. Ludzie chcą słyszeć, że będzie dobrze, a może powinni wynik skonsultować u jeszcze jednego lekarza? Stanąć na głowie, żeby się gdzieś dostać? W naszym szpitalu, w czasie pierwszej fali covidu i najsroższego lockdownu, operowaliśmy pacjentów onkologicznych codziennie. W zeszłym roku zoperowaliśmy półtora tysiąca ludzi.

W książce „Onkolodzy” jeden z lekarzy opisuje, że kobiety przychodzą z rozpadającymi guzami. Pan też na swoim Instagramie opisywał pacjentkę. „Droga, elegancka sukienka, markowa torebka ze złotym emblematem. Starannie ułożona i wypielęgnowana palcami znanego stylisty fryzura. I pod namacalnymi, widocznymi z daleka dowodami sukcesu, krył się guz, który rósł od dawna, teraz jest już wielki, przejął kontrolę”.

Gdy zaczynałem pracę, wykonywaliśmy dużo amputacji piersi z powodu rozpadających się, owrzodziałych, śmierdzących guzów. To była minimum jedna operacja w miesiącu, ale z czasem to się zmieniło. Wynikało to z rosnącej świadomości społecznej, łatwiejszej dostępności do badań. Natomiast teraz, w erze późnopandemicznej, znowu obserwujemy coś, co widywaliśmy 15 lat temu. Coraz więcej kobiet trafia z wielkimi guzami. I to nie są kobiety bez świadomości, starsze, nieporadne czy mieszkające w regionach odległych bez dostępu do medycyny. Ale to bywają też młode osoby, mieszkające w dużym mieście, w dobrej sytuacji finansowej. Dla nas to jest duży problem. Namawiamy do badań profilaktycznych, natomiast mimo to lęk przed chorobą jest ogromny. Nawet, gdy robimy biopsje często słyszymy: „O boże, a co się stanie, jak tam będzie rak”. Wielokrotnie słyszałem takie pytanie od pacjentek. One się rzeczywiście bały, że znaleziony guz będzie rakiem i to nie dziwi. Naszą rolą wtedy jest wytłumaczenie, że nawet jeśli nowotwór się potwierdzi, to po prostu należy go zacząć leczyć. Natomiast dla części pacjentów sama świadomość, że mogą być chorzy jest tak paraliżująca, że wyparcie bywa tak silne, że się nie zgłaszają na dalsze badania.

Co się dzieje, gdy potem te pacjentki słyszą, że mają tak zaawansowanego raka?

Szczęśliwie większość podejmuje leczenie. Coraz rzadziej widujemy, że pacjenci rezygnują z leczenia tradycyjnego. Choć to dalej się zdarza. Jakiś czas temu miałem pacjentkę z rakiem żołądka, którą widziałem kilka razy. Najpierw leczyła się ziołami. Po pierwszym krwawieniu stwierdziła, że zioła nie działają, przerzuciła się na bioenergoterapię. A kiedy dowiadywała się, że jest progresja choroby, zmieniała jedną niekonwencjonalną metodę leczenia na drugą. Już nie żyje.

Jak wyglądają konsylia lekarskie? Jest jak w filmie „Doktor House”, gdzie jest mnóstwo trudnych przypadków?

To takie spotkanie chirurgów z onkologami, radioterapeutami, radiologami i patologami na którym ustalamy plan leczenia dla pacjentek z rakiem piersi. Nie wiem, czy jest tak spektakularne jak w filmach, ale z pewnością konieczne. Rak piersi, wbrew temu co się uważa to nie jest jedna choroba, to jest grupa chorób. Odróżniamy cztery podstawowe fenotypy, czyli postacie raka piersi.
Od takich, które są bardzo spokojnymi, rosną latami, mają niskie ryzyko przerzutów i dobrze rokują po takie, które są bardzo agresywne, szybko dają progresje i rokują bardzo źle. Dużo zależy od tego, jaki rak się przydarzy, bo jak któryś z tych spokojnych to diagnostyka jest stosunkowo prosta, nie ma potrzeby robienia dogłębnych badań, a leczenie jest mniej uciążliwe niż w postaciach o dużej agresywności. Choć zdarzają się nowotwory bardziej skomplikowane i wtedy wspólnie dyskutujemy nad najlepszymi metodami leczenia.

Jakie Pan najczęściej operacje wykonuje?

Przewodzę zespołowi Centrum Raka Piersi, obecnie wykonuje najczęściej operacje w obrębie piersi.

Dużo wykonujecie operacji oszczędzających?

Teraz już większość. Klasyczna mastektomia jest na poziomie 10-12 procent. Większość pacjentek ma wykonywane leczenie oszczędzające, czyli z zachowaniem własnej piersi. A jeżeli nie możemy tego zaproponować, to robimy mastektomię podskórną, z jednoczesną rekonstrukcją. Czyli sam gruczoł jest usunięty, natomiast pierś zostaje odtworzona przy tej samej operacji.
Taki jest trend w chirurgii onkologicznej, a według najświeższych badań leczenie oszczędzające rokuje lepiej. To, co się kiedyś wydawało, że szerokie usunięcie gruczołu będzie dla pacjentek bezpieczniejsze, okazuje się, że nie do końca takim jest. Chirurgiczne leczenie oszczędzające w skojarzeniu z radioterapią jest bezpieczniejsze i mniej zaburzające strukturę ciała i deformujące. Są też lepsze wyniki przeżycia.

Jak wygląda wycięcie takiego guza?

Jeśli jest wyczuwalny to jest łatwiej, bo to, co wyczuwamy, usuwamy w granicach tkanek zdrowych. Natomiast, gdy guz jest niewyczuwalny, to najczęściej pod kontrolą usg, przed operacją, zaznaczamy go na skórze albo wprowadzamy tzw. kotwiczkę, czyli specjalny drut lokalizacyjny w samego guza i następnie, jak po nitce do kłębka, dochodzi się do guza i usuwa go w całości. Następnie wykonujemy śródoperacyjną mammografię, czyli to co usuniemy wkładamy do małego mammografu, który mamy na sali operacyjnej i sprawdzamy marginesy wycięcia, czy na przykład nie widać jakiś dodatkowych ognisk nowotworu, lub mikrozwapnień, czy guz jest położony centralnie w preparacie. Wycięty preparat wysyłamy do zakładu patomorfologii. Jednym z ważniejszych elementów w leczeniu operacyjnym raka piersi są marginesy wycięcia, czyli zachowanie właściwej ilości tkanek zdrowych, wolnych od nowotworu, bo jeśli zostawimy nowotwór w linii cięcia to istnieje duże niebezpieczeństwo nawrotu miejscowego. Następnie pierś jest rekonstruowana własnymi tkankami, czyli ten ubytek, który powstał jest pokrywamy własną tkanką gruczołową którą odpreparowujemy od skóry.

Ten guz ma zapach?

Nie, śmierdzą rozpadające się, owrzodziałe guzy, bo to są martwicze tkanki, które są nadkażone bakteriami. Może sobie pani wyobrazić, jaki to jest zapach, gdy bakteria wsuwa gnijącą tkankę. Natomiast zmiana, która jest lita, nie śmierdzi, choć faktycznie pachnie specyficznie. Jak każda tkanka.

Czy po operacji pacjentki bywają na pana złe?

Tego do końca nie wiem. Jeśli pacjent jest zły na chirurga, to najczęściej już się nie widują, bo po prostu się go zmienia. Natomiast zdarza się, że efekt pooperacyjny jest daleki od tego, czego pacjentka oczekiwała. Ale to już kwestia komunikacji. Jeżeli pacjentka nie jest zadowolona z efektu, to raczej staramy się pomóc znaleźć rozwiązanie tej sytuacji. Jestem daleki od mówienia: „Jest super, a pani wątpliwości są nieuzasadnione”. Bo efekt powinien być akceptowalny przede wszystkim dla pacjentki. Niedawno miałem skomplikowaną operację, gdzie efekt nie był taki, jakiego oczekiwaliśmy. Ale umówiliśmy się, że zrobimy tak, żeby poprawić to, co można.

To jest też cena jaką się płaci za rozwój, bo do niedawna była tylko jedna operacja, mastektomia, po której wszystkie pacjentki miały tak samo płaską klatkę piersiową, niezależnie od tego, czy pierś wcześniej była mała, czy duża. A teraz, w leczenie oszczędzające wpisany jest też element estetyki. Co więcej jest on na tyle ważny, że jednym z kryterium dyskwalifikującym z leczenia oszczędzającego jest spodziewany zły efekt kosmetyczny. Dla przykładu, jeśli mamy małą pierś, a duży guz to siłą rzeczy wycięcie jego za wszelką cenę spowoduje dużą deformację tej piersi. A, że tkanek mamy tylko tyle, ile mamy, to po takiej źle zaplanowanej operacji może się okazać, że nie damy rady odzyskać kształtu i wyglądu piersi ani nawet względnie go przywrócić.
W bardzo wielu przypadkach ta pierś jest zredukowana i co by nie zrobić, to nie jest ta sama pierś, co przed zabiegiem. A dużo pacjentek oczekuje właśnie, że pierś po operacji oszczędzającej będzie dokładnie taka sama. Ona może być bardzo blisko wyglądu tej zdrowej i efekt będzie dobry nawet bez biustonosza, ale u jednocześnie u bardzo wielu pacjentek ten efekt kosmetyczny widoczny będzie głównie w biustonoszu, bo różnice w wyglądzie piersi mimo wszystko będą widoczne.

Ta kwestia zadowolenia pacjentki z wyglądu pooperacyjnego jest na tyle ważna, że może być nawet tematem prac naukowych. W zeszłym miesiącu, w ramach międzynarodowego konsorcjum, wystąpiliśmy o grant naukowy mający na celu opracowanie narzędzia opartego na sztucznej inteligencji, które będzie pomagało nam przewidzieć efekt kosmetyczny po operacji. To jest naprawdę ważny temat w chirurgii onkologicznej piersi. Bo to już nie jest tylko leczenie raka i dochodzenie do zdrowia. Jeśli już podjęliśmy kroki ku temu, żeby tą pierś zachować, to pójdźmy dalej i zróbmy wszystko, żeby jak najmniej było widać, że była operowana.

Operował pan kiedyś ciężarną pacjentkę?
Tak, z technicznego punktu widzenia operuje się je tak samo. Jest jednak pewna różnica w wykonywaniu tzw. procedury węzła wartownika. Generalnie są dwie metody identyfikacji węzła wartowniczego. Jedna polega na wstrzyknięciu niewielkiej ilości izotopu promieniotwórczego, który drogami chłonnym wędruje do węzła, a druga – na wstrzyknięciu barwnika, który tak samo idzie drogą chłonną do węzła. I to właśnie barwnika nie można używać, gdy kobieta jest w ciąży. Także leczenie systemowe jest zmodyfikowane, bo pewnych leków używanych w chemioterapii nie można podawać ciężarnym, podobnie jak nie wolno np. dawać hormonoterapii.

Robić mammografię czy usg?
Podstawowym kryterium decydującym, czy usg, czy mammografia jest budowa piersi. Piersi o budowie gruczołowej, czyli typowe dla pacjentek w młodszym wieku gorzej wyglądają w mammografii albo w ogóle nie da się ich zobrazować. Ponieważ tkanka gruczołowa jest tkanką gęstą, która ma duży współczynnik pochłaniania promieni rentgenowskich, bo takie są używane w mammografii. Jeżeli pani postawi sobie przed oczami zdjęcie rentgenowskie jakiejkolwiek kości, to mamy czarne tło i białą kość, bo to też tkanka gęsta, pochłaniająca duże ilości promieni. Bardzo podobnie jest w mammografii młodej, bogato gruczołowej piersi. Będzie wyglądała jak ta kość, będzie wielką białą plamą. Mammografia piersi o budowie tłuszczowej i włóknistej, która tworzy podłoże gruczołu – lepiej przepuszczają promienie, więc dużo ostrzej i lepiej widać zmiany, które możemy zobaczyć. Guz też jest tkanką gęstą, więc w mammografii młodej piersi może zostać niezauważony, bo zleje się z otoczeniem. Dlatego uznaje się, że usg jest metodą z wyboru dla piersi o budowie gruczołowej, najczęściej osoby młodej, ale mamy też pacjentki młode, które mają piersi duże, z przewagą tkanki tłuszczowej i wtedy im też czasami zaleca się mammografię.

Co pana zdaniem powinno się zmienić w onkologii, co już się zmieniło? Czego Pan by chciał?

Teraz leczenie jest dużo nowocześniejsze. Kiedyś były tylko i wyłącznie leki do chemioterapii. Obecnie mamy leczenie celowane, mamy immunoterapię. Rozwój technologii opracowywania leków onkologicznych jest niewiarygodny, jest coraz więcej rodzajów leków. Mówię oczywiście o tej części świata, gdzie nie ma problemów z dostępem do nowoczesnego leczenia. Bo w Polsce niestety jest, przodujemy w najgorszych wynikach leczenia onkologicznego. Chciałbym więc, żeby te wszystkie metody były dostępne w Polsce. Bo postęp jest tak ogromny, że w niektórych postaciach raka rozsianego, w zaawansowanym nowotworze, który piętnaście lat temu kładł człowieka do grobu w ciągu pół roku, na świecie pacjenci mają dostęp do leków, które pozwalają tę śmiertelną chorobę zamienić w chorobę przewlekłą, gdzie średnie przeżycia są na poziomie kilku lat. Onkologia idzie w kierunku leczenia celowanego, gdzie na podstawie samych cech guza dobiera się leczenie do określonego rodzaju receptora jaki jest na tych komórkach nowotworowych. I choć rola chirurga będzie pewnie ważna zawsze, to z pewnością się zmieni, bo ciągle dążymy do tego, by minimalizować uraz chirurgiczny i ograniczać inwazyjność naszych zabiegów. Odchodzi się od myślenia, że im więcej wycinamy, tym lepiej. I to naprawdę dobrze.

 

 

 


Zobacz także

Weź udział w akcji – sto procent siebie!

„Masz serce, które czuje. To nic, że złamane. Jest jeszcze młode, zdrowe i bogatsze w doświadczenia”. Akcja „List do samej siebie”

Po raz trzeci celebrowaliśmy kobiecą siłę. III Koktajl Kobiet Sukcesu już za nami!