Lifestyle

Czy dom rodzinny warunkuje jakość życia dorosłego człowieka?

MamaM&M
MamaM&M
14 kwietnia 2019
 

Wiele lat musiałam walczyć sama ze sobą, żeby w końcu przyznać, że mój dom rodzinny był patologiczny. Mimo usilnych starań mamy nie udało się zbudować bezpiecznego i ciepłego ogniska, do którego chce się wracać. 

Przez całe moje dzieciństwo przewijała się praca rodziców. Nie były to jednak takie zwyczajne obowiązki, do których się idzie na 8 godzin i wraca. Ojciec prowadził swoją firmę, mama miała sklep, później opiekowała się starszymi ludźmi, pomagała ojcu prowadzić firmę, a tak naprawdę ogarniała całą dokumentację, była gońcem. Ojciec nigdy nie mówił, ile zarabia pieniędzy, czy je ma, czy nie, ale na fajki i alkohol nigdy nie brakowało.

Mnóstwo alkoholu przelało się przez moje dzieciństwo, w domu unosiły się kłęby dymu. Mama ogarniała wszystko, jak umiała. Mistrzyni kuchni polskiej, trzymania wszystkiego w ryzach, uśmiechania się po nieprzespanej nocy. Ani ja, ani mój brat przez wiele lat nie byliśmy powodem jej niewyspania.

Zazdrościłam koleżankom szczęśliwych rodzin, zainteresowanych ich życiem ojców. Przez wiele lat mój sprawdzał dzień, miesiąc i rok urodzenia swoich dzieci w książeczkowym dowodzie osobistym i dziś zapewne nie pamięta tych ważnych dla rodziców dat. Ja pamiętam, kiedy ojciec się urodził, choć od 4 lat nie utrzymuję z nim kontaktu.

Jako nastolatka wyobrażałam sobie swój przyszły dom, w którym to ja będę szyją. Chciałam, żeby mój mąż był przeciwieństwem ojca. Jednocześnie koleżanki marzyły o młodszym modelu swojego taty. Kilka nieudanych prób i stwierdziłam, że ja jednak męża mieć nie będę. No i spotkałam w końcu TatęM&M.

I kiedy po 10 latach porównuję nasz związek ze związkiem naszych rodziców, to cieszę się, że poszliśmy bardziej w teściów niż w moich rodziców, a najbardziej w indywidualny tryb rozwoju… Niemal wszystko omówiliśmy na początku, poznaliśmy swoje oczekiwania na każdym poziomie i w każdej sferze życia, mówiliśmy, czego się boimy. Udało nam się znaleźć rozwiązania wielu spornych kwestii, w niektórych poszliśmy własnymi drogami, żeby spotkać się ponownie na wspólnym szlaku. Nie zmuszamy się do niczego. Mamy wspólne konto (i ja mam swoje 🙂 ), nie kontrolujemy się i ufamy bezgranicznie. Jesteśmy partnerami w rodzicielstwie. Lubię tę pewność, kiedy wychodzę, zostawiając męża z chorymi dziećmi. Wiem na stop procent, że poda leki, odpowiednie leki, odpowiednie leki odpowiedniemu dziecku. Nie muszę robić listy na zakupy, przypominać, na co syn ma alergię.

Jeśli karma wraca, to moje życie prywatne jest dowodem na to, że jestem całkiem niezłym człowiekiem, może nawet dobrym. Lubię swój dom, jest otwarty dla wszystkich, jak mój rodzinny, lubię gotować i karmić ludzi, jak moja mama, uwielbiam pałętające się po mieszkaniu zwierzęta (mój mąż nie lubi, dlatego obecnie za psa robi odkurzacz automatyczny, za kota zdalnie sterowane zabawki, ale wierzę, że to się zmieni), lubię brak kontroli jednych nad drugimi jak w moim domu rodzinnym. To jedyne elementy, które  odziedziczyłam z radością. Od teściów chętnie przejęłam celebrowane posiłki, wzajemny szacunek, pozostawianie pracy poza mieszkaniem (długo się uczyłam, jak nie obciążać swoimi służbowymi sprawami pozostałych domowników), mądrość mojego teścia, który chłodno ocenia rzeczywistość i umiejętność robienia niczego.

Po 10 latach wspólnego życia z Panem Mężem wiem, że dom rodzinny ma ogromne znaczenie w budowaniu własnej rodziny, ale dzieciństwo i jego jakość nie jest jedynym warunkiem szczęścia w dorosłym życiu. Nie wiem, czy zmieniłabym swoje najmłodsze lata na inne, dom na inny… chyba nie… to spowodowało, że dziś jestem silna, bardzo odporna na krytykę i wiem, kiedy zasygnalizować, a nawet powiedzieć wprost, że czegoś sobie nie życzę, kulturalnie (jak teść) i mniej kulturalnie (jak ojciec).

 

Zajrzyj na mój profil na Facebooku i zostaw ślad po sobie. Jeśli się ze mną nie zgadzasz, też zajrzyj 😉


Lifestyle

Co czuje młody belfer po zawieszeniu strajku?

MamaM&M
MamaM&M
26 kwietnia 2019
© pixabay.com/johnhain
 
W pracy najważniejsza jest atmosfera. Dziś to wiem na pewno. Po akcji strajkowej stracę 3/4 swojej miesięcznej pensji, w maju i czerwcu odczuję to zdecydowanie.  Gdybym jednak miała przystąpić do strajku ponownie, zgodziłabym się, gdybym miała pewność, że będę strajkować z tymi samymi osobami. 

Szkoła, w której pracuję, to najlepsze miejsce pracy, z jakim do tej pory miałam do czynienia (a świadectw pracy, umów zlecenie i umów o dzieło trochę nazbierałam). Ja tam będę jeszcze tylko przez chwilę, ale cieszę się, że okres mojego zatrudnienia przypadł akurat między innymi na czas strajku.
 
Takiej integracji grona pedagogicznego w „normalnych” warunkach nie da się przeprowadzić.
 
Spędziliśmy ze sobą tyle czasu, że normalnie potrzebowalibyśmy lat świetlnych, żeby się o sobie dowiedzieć tak wiele. Podczas przerw część z nas ma dyżur, jedni kończą lekcję zanim inni zaczną. Mijamy się w pokoju nauczycielskim i zazwyczaj wymieniamy tylko uwagi na temat uczniów, spraw bieżących, rozmawiamy o pogodzie lub (tak było od stycznia) o strajku.
 
Dziś przed wyjściem z pracy zachowywaliśmy się trochę jak dwie kobiety po wyjściu z więzienia. Jeszcze 5-godzinna pogawędka pod bramą i do domu…
 
Legendą obrośnie gra w strajkówkę, którą z klasą i pokorą przegrywała Kaśka. Najbardziej emocjonowali się rozgrywkami Ela i Łukasz, ale ostatecznie mistrzynią została Milena.
 
Nikt nie karmi po wegańsku lepiej niż Agnieszka i nie otacza opieką pedagogiczną skuteczniej od Doroty.
 
Nikt nie podejrzewałby, że na imprezę najbardziej namawiać będzie Danusia, a Gośka ma tak dużo miejsca pod biustem, żeby schować pół talii strajkówki.
 
W końcu też nauczyciele z budynku głównego mogli spędzić czas z Siłaczkami z przedszkola i świetlicy.
 
No i na koniec dyrekcja, która rozwaliła dziś system, mówiąc, że jest z nas dumna… chyba każdy z nas tych słów potrzebował… zwłaszcza po tym, jak wczoraj dostaliśmy obuchem w łeb.
 
Strajk został zawieszony, trzeba umieć z podniesioną głową stanąć przed lustrem i przed uczniami.
 
Mamy pomysły, jak teraz integrować naszych uczniów i jak przy tym utrzymać fantastyczną atmosferę z ostatnich trzech tygodni. Na pewno nauczymy innych grać w strajkówkę, na pewno będziemy się starali, żeby dwa tygodnie bez lekcji nie wpłynęły negatywnie na poziom wiedzy w naszych klasach. To będzie od nas wymagało czasami stawania na głowie, ale kto jest lepszy od nauczycieli w poświęcaniu się dla innych.
 
„Trudno jest pokonać osobę, która się nigdy nie poddaje” – mówił amerykański baseballista Babe Ruth… my się nie poddaliśmy.  Część nauczycieli zapowiada, że będzie szukać pracy poza oświatą, inni nadal liczą na zmiany, jeszcze inni są bojowo nastawieni i gdyby nie decyzja prezydium ZNP, strajkowaliby nawet do 21 czerwca i w wakacje. 
Bez zmian w strukturach związków, w podejściu do sporu zbiorowego nowocześnie, z planem B, z pomysłem na każdą ewentualność nie uda się nic wywalczyć, bo ten rząd, to banda karierowiczów, która nie myśli o niczym oprócz własnych kieszeni i kieszeni własnych rodzin i znajomych… Będą pisać złe ustawy, będą łamać przepisy, będą swoich oponentów gnoić i mieszać z błotem, będą z góry traktować każdego, kto stanie im na drodze do celu, którym jest władza… drugim celem są pieniądze, „które im się po prostu należały”… i wszystko z szerokim uśmiechem minister Zalewskiej… 
—————————————————–
Podstawa programowa nadal przeładowana, płace nadal niskie, morale belfrów czołga się po podłodze najniższego poziomu piwnic Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie… rząd cieszy się, że egzaminy zostały przeprowadzone i uznaje to za sukces, pani Szydło dziękuje za zawieszenie strajku… kilka milionów uczniów przez 3 tygodnie nie chodziło do szkoły… sukces… jak ja p***

Lifestyle

Jestem złą matką, bo dzieci nie są pępkiem mojego świata

MamaM&M
MamaM&M
12 kwietnia 2019
Moje życie nie jest skupione wyłącznie na dzieciach © Marta Młodziejewska

Jestem matką od 4 lat z niewielkim haczykiem. Dużo i mało jednocześnie. Ani ze mnie dinozaur, ani leszcz. Coś wiem, ale każdego dnia poznaję siebie bardziej. Uczę się swoich emocji, staram się być dla siebie wyrozumiałą kobietą, przeżywać porażki z godnością i wyciągać z nich jak najwięcej na przyszłość. Łatwo nie jest, ale unurana w zmaganiach z życiem też nie jestem… 

Pan Mąż jest dla mnie wsparciem, a nawet stał się fundamentem mojego macierzyństwa. Nie jestem już taką samą matką jak 4 lata temu. Nie zostawiam synów z ich ojcem i nie znikam na całe popołudnia, a nawet wieczory. Nie biorę na siebie miliona spraw, nie wmawiam sobie, że moim zadaniem jest zbawianie świata. Dziś, po tych 4 latach więcej rzeczy mam w… nosie.

Ostatnie pół roku to przełom w moim życiu. Dostałam od życia, od otaczających mnie osób niezłą lekcję. Miałam wąskie grono przyjaciół. Dziś wiem, kto naprawdę jest moim przyjacielem. Okazało się, że, jak się jest choć trochę bardziej rozpoznawalnym od sąsiadki z mieszkania obok, to wolno mniej, to „należy być przygotowanym” na wylewające się szambo, to „trzeba się liczyć”  z bezpodstawnym obrażaniem przez innych. Mniej aktywni w życiu są bardziej aktywni w internetach i „mają prawo komentować”…

Mnie uczono szacunku do czyjejś pracy, zaangażowania i poglądów, ale osoba, która mnie tego wszystkiego nauczyła, pamiętała wojnę, tę prawdziwą, więc jej nauki były „nie na czasie”… Dziadku, wierzę, że niezmiennie byłbyś ze mnie dumny… Przeklinać też kiedyś przestanę. Obiecałam Ci i to ostatnia obietnica do spełnienia…

Ale ja nie o tym dziś chciałam…

Kiedy urodził się starszy M, mój świat się zmienił. Wolny strzelec został nieco uziemiony, a na pewno uziemił Pana Męża, który zajął się popołudniową opieką nad dzieckiem. Wolny strzelec poznał też zalety prywatnego żłobka. Kiedy urodził się młodszy M, wolny strzelec wskoczył na wyższy level życia…
Starszy spał, jadł, spał, sr… kupę robił i spał… Młodszy robił dokładnie to samo, ale też chorował. W międzyczasie zachorował Pan Mąż i do dziś wszystkim moim znajomym, czytelnikom jestem wdzięczna za wsparcie, które wówczas do nas płynęło szerokim strumieniem (czasami czytam wiadomości i ryczę).

Jeszcze przed urodzeniem starszego syna ludzie mówili, że wrócimy „do kościoła na klęczkach, kiedy pojawi się choroba w rodzinie”. To był bardzo trudny czas, ale jakoś nie prosiliśmy żadnej wyższej siły o rozwiązanie problemów zdrowotnych mojej rodziny.

Pamiętam dobrze tamte emocje. Pamiętam, jak ryczałam nocami pod prysznicem, żeby Pan Mąż nie widział, że boję się kolejnego dnia, kolejnych wyników, że nie mam już siły wszystkim tłumaczyć, że lekarze ciągle każą nam na coś czekać. Pamiętam też napady astmy u młodszego M i chodzenie między naszym łóżkiem a łóżeczkiem syna. Pamiętam liczenie uderzeń serca na minutę, obserwowanie unoszącego się brzucha, wyliczanie dawek leków, żeby płuca zaczęły wentylować normalnie, a przepona uspokoiła się chociaż na kilka godzin. Do tego czytanie składów niemal każdego kupowanego produktu, bo soja, pszenica, mleko, jajko były groźne dla zdrowia tego małego, tupiącego po panelach szczęścia.

Gotowałam więc wieczorami potrawy bez alergenów, pakowałam w słoiki, opisywałam datą, ale z tyłu głowy cały czas miałam wyniki męża i jego chorobę.

Dziś już jest „po sprawie”. Nauczyliśmy się funkcjonować z astmą i alergią młodszego M, onkolodzy twierdzą, że Pan Mąż jest zdrowy. Żyjemy sobie jak (nie)przeciętna rodzina. Wychowujemy naszych synów inaczej niż każda znana nam para, nie stawiamy ich w centrum naszego życia. Kochamy ich, ale jesteśmy surowi i dość stanowczy. Nie pozwalamy na rozwalanie planów, pacyfikujemy fochy, uczymy samodzielności. Osoby postronne często postrzegają nas za kosmitów, odszczepieńców, bo wyjeżdżamy bez dzieci, bo podrzucamy synów do rodziny, żeby pojeździć na motocyklach, bo na rodzinne uroczystości chodzimy bez dzieci, choć inni stroją swoje królewny i swoich rycerzy, a my skupiamy się na sobie i swoim dobrym samopoczuciu, bo pozwalamy dzieciom zrobić sobie krzywdę, spaść ze schodów, rozbić głowę na placu zabaw, bo nie wpadamy w panikę, gdy któraś z naszych latorośli ryczy, jakby świat się kończył.

Staram się przytulać nasze dzieciaki, kiedy tylko jest okazja. Staram się tłumaczyć ciąg przyczynowo-skutkowy. Staram się kochać mądrze, nie rozpieszczać i być partnerem w poznawaniu świata. Najważniejszy w moim życiu jest jednak mąż. Wielokrotnie już mówiłam, że bez niego byłabym w… nie wiem, gdzie bym była, ale na pewno nie tu, gdzie jestem teraz. Jest moją ostoją, gwarancją szczęścia, najlepszym wyborem życiowym. Gwarantuje mi życiowy rollercoaster, nigdy nie jest nudno, życie z nim daje ten dreszczyk emocji, który musi się podobać. Dzieci ten nasz świat uzupełniają, ale nie są centralnymi puzzlami układanki.

 

Zajrzyj na mój profil na Facebooku i zostaw ślad po sobie. Jeśli się ze mną nie zgadzasz, też zajrzyj 😉