Lifestyle

Nie czuł miłości jako dziecko, nauczył się jej w dorosłym życiu. Mój tata jest zawsze

Listy do redakcji
Listy do redakcji
12 lipca 2017
Fot. iStock/ASIFE
 

Droga Redakcjo,

Czasem fajnie się przyjrzeć własnemu ojcu. Ja to robię. I co tam. Napiszę, co widzę. Bo choć do ideału dużo mu brakuje to uważam, że mam świetnego ojca, choć wcale się na takiego nie zapowiadał.


Nie był złym tatą. Absolutnie. Miał trudne dzieciństwo. Pewnych rzeczy nie przepracował do dziś i sądzę, że to wywarło wpływ na jego osobowość. Był dzieckiem najmłodszym. I wcale nie tak oczekiwanym i rozpieszczanym jak dziś się dzieje. Nazwijmy sprawę po imieniu. Był kolejną gębą do wykarmienia. Wpadką. Ale skoro się przytrafił, to mógł się przydać do pracy na roli. Twarde było kiedyś wychowanie. Wierzę, że babcia go kochała, ale może mentalność, w jakiej przyszło im żyć, nie uczyła, jak tę miłość okazać. Tata do dziś pamięta, gdzie wisiał kabel do bicia i że zbierał butelki, by mieć na bułkę do szkoły. Że stracił ojca w wieku 16 lat i od tego momentu zaczęło się dorosłe życie. Że babcia nigdy na wywiadówkę do szkoły nie poszła, a miał dobre stopnie. Że w wakacje budziła o 7 rano, bo kto to myślał spać do południa. Co ludzie powiedzą.

Do dziś tata pyta, czy mam kurtkę na zimę. Gdy nie znałam powodu, złościłam się strasznie. Pewnie, że mam kurtkę. A nawet dwie. Po co się dopytujesz? Okazało się, że on kurtki nie miał i przez to zimą nie pojechał na wycieczkę szkolną. Miał 17 lat. Musiał sobie radzić. Kombinować. Pracował na czarno, by móc dziewczynę do kina zaprosić. Gdy poznał mamę, nie mieli nic. Mieszkanie dostali z zakładu, wszystko kupili sami. Bym dostała się do przedszkola, malował w nim ściany. Jeździł na saksy do ciężkiej, fizycznej pracy do Rajchu, by kupić malucha, mi pierwszą Barbie i Kena i snickersy.
Nie okazywał uczuć. Chował surowo, ale nie bił. Byłam jedynaczką. Nie chciał mnie rozpieszczać. Chwalił, gdy nie słyszałam. Na głos zaczął, gdy dostałam się na studia, potem drugie. Gdy dostałam pracę. Zrezygnował z wakacji na kilka lat i wielu innych rzeczy, i kupił mi maciupką kawalerkę. Mam ją do dziś i wspiera mnie ona finansowo.

Najbardziej tata mnie zachwycił, gdy babcia była obłożnie chora. To on przy niej był. Na kilka miesięcy wrócił do rodzinnego domu, choć w pracy grożono, że zostanie zwolniony. Opiekował się nią dzień i noc. Ukochana córka babci miała odruch wymiotny, gdy trzeba było zmienić pieluchę czy dać zastrzyk. Nie oceniam jej, sama nie wiem jakbym się zachowała. Po prostu podziwiam mojego ojca, który umie zrobić tylko jajecznicę i parówki. Tu zaś zajął się wszystkim. Z pomocą mamy, która prała i gotowała, by tata co tydzień przyjechał po słoiki i świeżą bieliznę. Mi płakał do słuchawki. Był pod presją. Krytyka rodzeństwa, które palcem nie kiwnęło, miażdżąca. Innym się nie skarżył. Psychicznie był bardziej zmęczony niż fizycznie, a moja ukochana babcia źle znosiła własną niemoc. Była zła na cały świat. I nieprzyjemna. Zdruzgotana, bo przez 95 lat była samodzielna i zaradna. I zdrowa, jak to mówią, na umyśle.

Babcia odeszła, a tata został sam. Rodzeństwo znów było tylko na papierze. Roszczeniowe bardzo. Dziś tylko on dba o pomnik, choć w rodzinnym mieście krewnych nie brakuje.
Mój tata zawsze jest.

Tato, dziecko chore, a już kolejny raz na zwolnienie nie mogę.

Tata przyjeżdża.

Tato, mam wizytę u lekarza na drugim końcu Polski.

Dobra córka, jedziemy.

Dopiero potem się przyznaje, że specjalnie dla mnie przesunął termin zabiegu na oczy. Gdyby nie ta wizyta, dziś może nie byłabym zdrowa.

Tato, chyba sprzedam auto.

Ok Bąbel (tak mnie pieszczotliwie po dziś dzień nazywa), sprzedamy i znajdziemy ci inne.

Tato, jak wyglądam?

Córka pięknie, niech mąż cię pilnuje.

Tato mam straszną ochotę na długi spacer wieczorem.

Załatwione, pójdę z tobą Pimpek (kolejna ksywka:) byś po nocach sama nie szła.
Tato idę na imprezę. Dziecko przyjadę po ciebie.

Tato, mam poważny kryzys w małżeństwie, myślę o rozwodzie.

Bąbel rób tak, byś była szczęśliwa. My z mamą pomożemy, drzwi są zawsze otwarte.

Tata daje mi bufor bezpieczeństwa. Od niedawna mówi, że kocha, że się udałam. Ze mną się chyba nie bawił, gdy byłam dzieckiem. Nie pamiętam. Dla mojej córki udaje lwa, konia i wszystko, czego mała zapragnie. Nie mam o to pretensji. Nie czuł miłości jako dziecko, nauczył się jej w dorosłym życiu. Dlatego jak tylko umiem, to się odwdzięczam. Na urodziny dostał mój dyplom. Poruszyłam góry, by obronić się szybciej i w czerwcu mieć tytuł magistra na papierze. Na inne urodziny lot samolotem, bo nigdy nie leciał. Razem z mamą byli zachwyceni. Śmieją się, że następnym razem będzie lot promem kosmicznym lub rejs łodzią podwodną. A czemu nie? Coś wymyślę. Wystarczy jak po powiesz: „kocham cię Pimpek”.


Autorka: Poli-Ann

 


Lifestyle

Wakacyjny koszmar rodziców. Dlaczego letni urlop z dziećmi staje się przymusowym, stresującym obowiązkiem

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
12 lipca 2017
Fot. iStock/AleksandarNakic
 

Skończyły się czasy, kiedy zdecydowana większość rodzin pakowała wędki, namioty, konserwy, podręczne radyjko, ręczniki plażowe oraz kąpielówki i na pełne dwa tygodnie udawała się nad morze, jeziora lub w góry. Dziś, niepokojąco duża liczba rodziców na urlop wyjeżdża bez dzieci, na przykład jesienią, gdy łatwiej o atrakcyjną ofertę. Statystycznie, coraz więcej Polaków wysyła swoje pociechy na zorganizowane  wakacje „samopas”, wychodząc z założenia, że urlop to przede wszystkim czas odpoczynku od dzieci.

„Specjaliści” są w stanie tak zaplanować te dwa letnie miesiące, by syna czy córkę widzieć w tym okresie w sumie jedynie przez kilka dni. Jak to możliwe? Trzeba po prostu odpowiednio wcześnie wykupić interesujące kolonie tematyczne nad morzem, kursy językowe za granicą i obozy survivalowe w Bieszczadach , a u babć, najchętniej na wsi lub w innym mieście zarezerwować odpowiednio długi termin. Socjologowie biją na alarm: rośnie pokolenie emocjonalnie zaniedbanych dzieci – rodziców, którzy nie potrafią spędzać z nimi czasu. I nie chcą, bo się stresują.

Ten stres ma podobne podłoże, co niepokój opanowujący nas na myśl o „przymusowych” rodzinnych spotkaniach przy świątecznym stole. Tyle, że święta trwają dwa, trzy dni – wakacje to perspektywa co najmniej dziesięciu, spędzonych razem. Jeśli zapłaciliśmy za drogą wycieczkę „all inclusive”, trudno spakować walizki i po prostu wrócić. Trzeba męczyć się do końca. Dlaczego „męczyć”?

Bo pokutuje nasza postawa wobec dzieci, którą reprezentujemy dzień w dzień, w ciągu roku . Jeśli przez dziesięć miesięcy nie poświęcamy naszym córkom i synom odpowiedniej uwagi i zaniedbujemy ich emocjonalnie, na wakacjach nie potrafimy ani nad nimi zapanować, ani znaleźć z nimi wspólnego języka. „Nagle” okazuje się, że dzieci się nie słuchają, są niegrzeczne, nie potrafią się zachować w restauracji, nudzą się, wymagają ciągłej opieki. Pojawia się napięcie i stres. A my przecież nie po to bierzmy urlop by się stresować.

W rezultacie wolimy cieszyć się „wolnością” od naszych dzieci, a wakacyjną opiekę ograniczyć do rozmowy telefonicznej i SMS-ów. Na efekty nie trzeba będzie długo czekać. Te negatywne, takie jak coraz gorszy kontakt z pociechami, pojawią się szybciej, niż myślimy.


Na podswtawie: dzienniklodzki.pl , www.popsi.com


Lifestyle

Zachorowała. Była zdana na siebie. I na łaskę służby zdrowia

Listy do redakcji
Listy do redakcji
12 lipca 2017
Fot. iStock/Martin Dimitrov

Kwestia zdrowia była dla niej ważna. I jest nadal. Od dziecka chuchali na nią i dmuchali. Była taka słaba. Chrzcili w szpitalu, jedną nogą była na tamtym świecie. Kilka kropel krwi ją uratowało. Pozornie.

Wyrosła na piękną i mądrą dziewczynę. Utalentowaną artystycznie, wrażliwą na muzykę i kolory. Była perfekcjonistką. Wszystko było zaplanowane. Znalazł się kandydat na męża. Były wymarzone studia, mieszkanie, praca. Los na loterii normalnie.

Jednak karta się odwróciła. Wyniki badań nie zostawiły złudzeń tylko plamę na bluzce mokrą od łez. Ratunku na razie brak. Trzeba czekać, aż NFZ da pieniądze, by leczyć wszystkich, a nie tylko takich, co to już są w stanie ciężkim. Ona była stabilna i to nie była wcale dobra wiadomość. Oznaczało to czekanie, aż w końcu ktoś zdecyduje, by przekazać pieniądze na tych, których da się szybko uratować i podarować im kilkadziesiąt lat życia.

Była chora, musiała sobie to w głowie poukładać. Tego nie było w planie. Cholera, tak dbała o siebie. Co gorsze, zachorowała nie z własnej winy. A szkoda, bo mogłaby winić kogoś, byłoby łatwiej.

Była zdana na siebie. I na łaskę służby zdrowia. A ta, mimo kilku wspaniałych lekarzy, była bezlitosna i nieczuła. Machina, której ona była jakimś tam trybikiem nikomu niepotrzebnym.

Warunki w szpitalu skromne. Telewizor na monety. To ją rozbawiło. Luksusów nie oczekiwała, jednak sale nieremontowane od czasów PRL wprawiły w osłupienie. Biopsja. Znów była sama. Znajomym nie mówiła. Wstydziła się. Rodzina daleko, a idealny mąż już nie był taki idealny.

W końcu zakwalifikowana do leczenia. Udało się, nie wiadomo jakim cudem. Znajomości nie miała. Zebrała siły, dzielnie co tydzień wbijała w udo lub brzuch igłę z cudownym ponoć specyfikiem, który niszczył wszystko. I dobre, i złe. Zaplanowała, że da radę, ktoś jednak wyśmiał ów plan. Leczenie nie pomogło, skreślono ją z listy wybrańców. Słowa otuchy brzmiały absurdalnie – jak będzie nowy lek to zadzwonią. Hahahaha. W Polsce go nie było, przynajmniej dla szarego obywatela, który nie miał na koncie kwot z pięcioma czy sześcioma zerami.

Plan runął w gruzach. Czekanie. W kolejce bez końca, bez nadziei, bo co pół roku to samo, że państwo pieniędzy daje za mało. Że ratuje się takich z marskością, mimo że piją. Są w gorszym stanie. Ci w lepszym, którzy dbają o siebie, przestrzegają diety, uprawiają sporty i są bardzo zdyscyplinowani, muszą czekać. Aż stan się pogorszy. Zdruzgotana szuka pomocy. Wszędzie to samo. Długie kolejki. Te same procedury. Jeździ po Polsce. A nuż.

Na zewnątrz śliczna, wesoła, pogodna, energiczna. Wewnątrz smutna, samotna, zdołowana. Żyje na pół gwizdka. Mogłaby na cały i gwizdać na wszystko, ale gdy ma się jedyne, upragnione dziecko to chce się być jak najdłużej na tym padole.

Gdy traci nadzieję dzwoni ktoś z propozycją nie do odrzucenia. Co z tego, że badania kliniczne, że nie ma pewności, że przez pół roku musi stawiać się w ośrodku na drugim końcu Polski. Tym razem nie planuje. Rzuca wszystko. Nabiera dystansu do pracy, której się całkowicie poświęcała. Żyje według wskazówek lekarza. Nie ma problemu z dostosowaniem się. Teraz nie ma zastrzyków, wymiotów, osłabienia i całej listy skutków ubocznych. Jest kilka pastylek, które pieszczotliwie nazywa bombkami, bo z mocą bomby atomowej atakują złego w jej ciele.

Trafiony zatopiony. Wyniki rewelacyjne. Dostaje skrzydeł. Nabiera odwagi. Jest silna zewnętrznie i wewnętrznie. Śliczna nadal, wygląda jak nastolatka. Ćwiczy, bo lubi sprężyste ciało. I endorfiny po treningu. Złego nie ma. Jej się udało.

NFZ dalej ogranicza i tysiącom takim jak ona niszczy życie. Nie daje ratunku, a przecież łatwiej wyleczyć młodych, by pracowali dla kraju niż potem łożyć na ich leczenie. Nic tak nie wkurza jak opieszałość i brak logicznego myślenia. I ta niesprawiedliwość cholerna, że leczony jest ktoś, kto tego nie docenia. Pije po terapii, nie trzyma diety. Trzymajcie kciuki za nią, by zły nie wrócił i by inni dostali szansę.  Jak najszybciej.


 

autorka: Poli-Ann

 


Zobacz także

Catherine Deneuve pisze list w obronie mężczyzn. „Nie mylmy niezręcznego flirtu z agresją seksualną”

Chcesz poczuć się jak w bajce? Spędź wakacje w zamku. Akcja „Kocham podróże, kocham swobodę”. Dzień #12 [27.05]

9 sposobów, dzięki którym możesz spróbować przesunąć okres o kilka dni