Lifestyle

Czego zazdrościmy Francuzkom?

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
4 października 2015
Fot. iStock
 
Czego zazdrościmy Francuzkom? Nie, nie chodzi tylko o kobiecość. Co takie mają w sobie Francuzki, że zerkamy na nie z  podziwem i odrobiną zazdrości? Przecież my, Polki, uważane jesteśmy za jedne z najpiękniejszych kobiet na świecie!… Odłóżmy więc kompleksy na bok i, trochę na poważnie, trochę z przymrużeniem oka przypatrzmy się bliżej kilku kwestiom, w których mogłybyśmy z mieszkanek kraju nad Loarą i Sekwaną wziąć (chlubny) przykład. Do wyboru, do koloru!

Kobiecość przede wszystkim

Czy znacie książkę „W Paryżu dzieci nie grymaszą”? Jeśli nie, warto ją przeczytać, choćby po to, by spojrzeć na swoje macierzyństwo z dystansem. W kwestiach wychowawczych zapewne więcej nas dzieli niż łączy z Francuzkami, które po urodzeniu dziecka nie zatracają się tak bardzo w swoim macierzyństwie i nie zapominają że jako matki, nadal są kobietami… I jako mamy traktują swoje potrzeby z większym szacunkiem niż robimy to my – Polki. Nie dręczy ich również poczucie winy i ciągłe obawy, że „coś robią źle”.

Opieka okołoporodowa

Kwestia niezależna od nas, ale warto o nią zawalczyć i głośno mówić, czego nam trzeba! Czy wiecie, że we Francji każda kobieta po porodzie ma zapewnioną rehabilitację krocza? To absolutny standard! Warto tutaj wspomnieć, że profilaktyka mięśni dna miednicy rozpoczyna się już w ciąży. W szkole rodzenia dowiemy się w jaki sposób dbać o mięśnie Kegla i jaką rolę odgrywają one dla prawidłowego utrzymania narządów wewnętrznych. Nacinanie krocza? Tylko w wyjątkowych przypadkach!

Jedz zdrowo, żyj zdrowo

Masz w głowie stereotypową bagietkę, żabie udka i codzienny kieliszek wina na dobranoc? Pora dowiedzieć się więcej. Typowe śniadanie Francuzki to rogalik/ bagietka z dżemem, musli/płatki zbożowe z jogurtem, a przede wszystkim owoce (w formie soku obowiązkowo obok filiżanki kawy)! Porcja witamin na dobry początek dnia to podstawa. Między 12.00 a 14.00 serwuje się nieśpieszny obiad, składający się zawsze z trzech elementów: przystawka, danie główne, deser. Około 19.000 Francuzki jedzą przygotowaną na ciepło kolację, podczas której podaje się zazwyczaj porcję mięsa oraz sałatkę. Przy takim rozkładzie posiłków nie ma mowy o podjadaniu… .

Może tutaj należy szukać odpowiedzi na pytanie, dlaczego, mimo bogatej kulinarnej tradycji tego kraju Francuzki nie tyją… I jeszcze jedno: dzieci, od małego uczy się doceniać bogactwo smaków (już w żłobkach dzieciom serwuje się „kuchnie świata”) oraz wartość odżywczą warzyw i owoców.

Życie seksualne bez tabu

Czyli coś o czym piszemy, rozmawiamy z przyjaciółkami, ale ciągle brak nam odwagi, by zrobić z tym porządek w swoim życiu. Być może w młodszym wieku, Francuzki rzeczywiście częściej niż Polki zmieniają partnerów i nikt z tego powodu nie uważa, że są „łatwe”. Ja jednak mam na myśli otwartość w wyrażaniu swoich pragnień i potrzeb, co wydaje mi się podstawą udanego życia erotycznego w każdym związku.

A w takich zwykłych, codziennych kontaktach, zwraca uwagę szczerość i bezpośrednie podejście do mężczyzn. No i jeszcze kobiecy, nienachalny sposób, w jaki Francuzki potrafią od panów uzyskać to, czego chcą.

Francja – elegancja

Czasem wystarczą dżinsy, zwykły t-shirt i jedna, fantazyjnie zawiązana chusta, a efekt – powalający! One to po prostu mają we krwi! Wrodzony wdzięki i wrażenie, że byle co włożone na siebie w pośpiechu to doskonale przemyślana stylizacja… Może ta magia to nie żadna magia, tylko pewność siebie, seksapil i stabilne poczucie własnej wartości. Francuzki w domowym zaciszu nadal starają się wyglądać dobrze. Rzadko kiedy pozwalając sobie na rozciągnięty dres i wytarty polar.

Na koniec – cud rozwianej grzywki

To niewytłumaczalne, nie jesteśmy przecież ulepione z innej gliny… Dlaczego więc tylko Francuzkom świetnie pasują rozwiane grzywki – taka na przykład Charlotte Gainsbourg czy Bridgette Bardot… Ech! To nie fair, nie tylko gwiazdy, ale zwykłe dziewczyny, spotkane na paryskiej ulicy wyglądają w tej fryzurze wdzięcznie i zmysłowo, a ja – jak kupa nieszczęścia…

Potraktujmy te kilka punktów jako lekturę „mobilizującą”. Czy Francuzki mogłyby stworzyć podobną listę zatytułowaną „Czego zazdrościmy Polkom”?… Ciekawe, czy my same potrafiłybyśmy ją zapełnić, czy potrafimy pomyśleć o sobie mniej krytycznie, a bardziej na zasadzie „pierś do przodu”? Do dzieła! Obudźmy w sobie wreszcie, głęboko uśpione poczucie własnej wartości.


Lifestyle

„Zdążyła” pochować trzech mężów, ale nie zdążyła mieć dzieci. O przewrotności losu

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
4 października 2015
Fot. iStock
 

Wizyty na placu zabaw to dla mnie okazja do kilku zdawkowych rozmów z innymi rodzicami. Nie nawiązałam tu jeszcze żadnej przyjaźni, a kiedy moja córka była już na tyle duża, by samodzielnie wspinać się po drewnianych drabinkach i budować zamki z piasku, zaczęłam brać ze sobą książki. Dwa tygodnie temu miało jednak miejsce niezwykłe spotkanie, które połączyło wszystkich pełnoletnich bywalców naszego placu niewidzialną więzią, taką, jaka jednoczy tylko tych, którzy przeżyli podobne emocje.

Od pewnego czasu na naszym placu zabaw pojawia się elegancka starsza pani. W myślach nazywam Ją „panią Marysią”, z jakiegoś powodu to właśnie imię pasuje mi do Niej najbardziej. Pani Marysia przychodzi zawsze około południa, sama. Nie prowadzi ze sobą gromadki wnuków, po prostu siada na ławeczce przy zjeżdżalni. Jej mina zdradza, że gdyby nie konwenanse („co ci młodzi powiedzą?”) wskoczyłaby na huśtawkę i rozbujała ją aż po same szwy swych nylonowych pończoch. Postać pani Marysi intryguje mnie i kiedy w zeszły czwartek, piątek i poniedziałek nie zjawiła się, zaniepokojona postanowiłam podpytać inne mamy, czy może wiedzą o niej coś więcej. – Stara wariatka – rzuca młoda, roześmiana kobieta. – Przychodzi, patrzy na nas i nic nie mówi. Mnie to krępuje.

– Może lubi dzieci… – odpowiadam nieśmiało  – Tak, lubi dzieci, to z własnymi wnukami powinna przychodzić, a nie podgląda cudze  – stwierdziła opiekunka małej Zosi.  – Tu zajmuje miejsce na ławce. Normalnie to starsi ludzie chodzą do parku. – To plac zabaw jest dozwolony do siedemdziesiątki? – zastanawiam się głośno, kiedy nagle drzwi furtki uchylają się skrzypiąc nieznośnie i mała, zgarbiona staruszka w bardzo błyszczących bucikach, wchodzi na placyk. – Dzień dobry – mówi Pani Marysia siadając koło mnie na ławce. Wymieniamy zaledwie kilka zdań, a starsza pani okazuje się uroczą i charyzmatyczną rozmówczynią. Od słowa do słowa okazuje się, że tak jak moja babcia, wychowała się na Żoliborzu. Że podczas wojny straciła i najbliższych, i dom. Zgrabnie i z humorem snuje opowieść o swoim życiu, a obrączka na moim palcu skłania ją nawet do bardziej intymnych zwierzeń.

Mąż numer jeden: miłość, zdrada i nieszczęśliwy wypadek

Pan Kazimierz, fryzjer z Pragi,  woził swoją Marysię na motorze i przynosił jej codziennie świeże kwiaty (szybko okazało się, że kradł je kwiaciarce handlującej na rogu ulicy – pani Marysia oddała jej za to połowę swojej bibliotekarskiej pensji). Pobrali się tuż po wojnie i bardzo kochali. Mimo wielkiego uczucia, jakim pan Kazimierz darzył małżonkę, porzucił ją niebawem dla klientki swojego zakładu, by jednak po trzech latach wrócić do zdradzonej żony, rozpić się na amen i zginąć pod kołami praskiego tramwaju. Związek ten był krótki i gwałtowny, ale na jego wspomnienie rumieńce wstępują na pomarszczone jak skórka zimowego jabłka policzki pani Marysi. Musiał „coś” mieć w sobie, ten pan Kazimierz. – Nie mieliśmy dzieci – dorzuca pani Marysia jednym tchem, a ja kobiecym instynktem wyczuwam, że ten problem bolał panią Marysię bardziej, niż zdrada.

Mąż numer dwa: namiętne tango

Pani Marysia przyznaje odważnie, że swojego drugiego męża „upolowała” podczas urlopu w Zakopanem. Ich małżeństwo przetrwało kilkanaście lat i było namiętne jak tango. I jak tango się skończyło: gwałtownie. Doktor Ryszard zmarł na serce w swoim szpitalu. Nawet nie pożegnał się ze swoją Marysią, która do dziś żałuje jednego. Nie zdążyła mu wytłumaczyć, że wcale nie zgubiła łańcuszka, który mąż podarował jej na dziesiątą rocznicę ślubu. Łańcuszek zapodział się w szafce na bieliznę, zaczepiając o haftki jednej z halek, tej zakładanej na specjalne okazje.

Dzieci się nie doczekali. W związku, który oboje wypełnili sobą aż po brzegi, brak było miejsca dla kogoś tak ważnego jak dziecko. Przynajmniej tak wtedy myśleli…

Mąż numer trzy: przyjaciel na resztę życia

Za swojego sąsiada, Michała, pani Marysia wyszła za mąż 20 lat temu. Nieodżałowany kompan spacerów po parku, zakupów na bazarku i wieczorów przed telewizorem odszedł trzy lata temu, po krótkiej, wyczerpującej chorobie. Nie tak miało być, bo to Ona była w tym związku starsza i chciała umrzeć pierwsza. Jaki był ten „ostatni” mąż? Po prostu bratnia dusza, przy której Marysia nie czuła się nigdy samotna. To on pokazał jej, jak obsługiwać komputer i podróżować palcem po mapach Google’a.

To już koniec miłosnych perypetii pani Marysi. Przyglądam się jej teraz i widzę, jak w trakcie tej opowieści odmłodniała. Kiedy patrzę na pomarszczoną skórę na policzkach, pomalowane czerwoną szminką wąskie usta i żywe patrzące filuternie brązowe oczy, jakoś niezręcznie mi myśleć o niej „staruszka”.

Na placyku czary: w jakiś dziwny sposób wokół naszej ławeczki zgromadził się tłumek rodziców (cztery mamy, opiekunka i jeden tata). Pani Marysi taka publiczność bardzo odpowiada.

Pani Marysia patrzy i… widzi więcej

Pytamy panią Marysię, jak trafiła na nasz plac zabaw. Mówi, że przechodziła tędy któregoś dnia wracając od lekarza. Że przychodzi popatrzeć na młodość, radość, na więź rodziców z dziećmi. Tej ostatniej czasem nie widzi i to ją zasmuca. Nie zazdrości mamom ich gładkich twarzy, ale tego, że należą do niedostępnego dla niej świata rodziców.

Mężów nosi pani Marysia w dużym portfelu, na samym dnie przepastnej torby. Pokazuje nam zdjęcia wszystkich trzech, oddzielone od siebie przegródkami „żeby panowie się nie pokłócili”. Czasem z nimi rozmawia, czasem się żali na swoją samotność. Mówi, że kolejne śmierci bolały ją bardziej, dłużej. Ale najbardziej boli ją to, że z żadnego związku nie ma dzieci, w których twarzach mogłaby odnaleźć rysy ukochanego. I że nie ma wnuków, które tak jak te nasze dzieci, śmigałyby teraz po placu zabaw podbiegając do niej co chwila z jakimś pytaniem lub nowym zdziwieniem nad światem. – Im człowiek starszy, tym więcej w nim tego samego zdziwienia – mówi pani Marysia. – Proszę mi wybaczyć, ale Państwa dzieci są mi bardzo bliskie…

Zapada cisza, patrzymy w milczeniu na nasze maluchy mniej lub bardziej radosne, mniej lub bardziej świadome, że dzieje się coś ważnego, ale rzeczywiście –  wszystkie zadziwione, każde swoim indywidualnym odkryciem. Budową liścia, sypkością piasku, istnieniem kogoś podobnego do siebie, a nawet trwałością telefonu komórkowego taty (trzy razy spadł z drabinek, a wyświetlacz nadal działa). Ściska mi gardło. Inni także mają łzy w oczach.

– Pani Marysiu – mówię przełykając ogromne, słone krople – Czy ja mogę o Pani napisać? – Pani Marysia uśmiecha się czarująco. Zgadza się z entuzjazmem.

Wieczorem popijam herbatę i myślę, o tym, że niedługo pani Marysia przestanie przychodzić na plac zabaw. Nie będzie już przyglądać się nam ciekawa świata, którego nigdy nie poznała „tak naprawdę”, z tym swoim lekko ironicznym, ale przyjaznym uśmiechem. Łzy znowu cisną mi się do oczu. – Dlaczego płaczesz mamo? – pyta moja córka. Postanawiam odpowiedzieć zgodnie z prawdą. – Pani Marysia z placu zabaw nie ma nikogo. – Dlaczego Wy mówicie na panią Janinkę Marysia?- pada z drugiej strony- I Ona wcale nie jest sama. Wszystkie dzieci z placu zabaw są jej przyjaciółmi – słyszę.

Starość to dla nas, rodziców dzieci z placów zabaw ciągle abstrakcja. Dlaczego? Przecież pamiętamy już, jak odchodzili nasi dziadkowie. „Oni” to jutrzejsi „my”. Czy ich emocje przeżywane w związku z pierwszą, drugą, trzecią miłością są inne? Czy cierpienie pani Marysi, która nie mogła mieć dzieci, różni się od cierpienia dzisiejszych mam, walczących z problemem bezpłodności? Życiowej mądrości starszych ludzi nie znajdziemy na internetowych forach, bo to pokolenie rzadko jeszcze ma dostęp do komputerów. Refleksji płynących z tego, czego doświadczyli nie wysłuchamy, bo brak nam cierpliwości, by wysłuchać kogoś, komu wypowiedzenie kilku zdań sprawia trudność…

Doceńmy starszych ludzi, tych „nas z przyszłości”. Niech będą naszymi przewodnikami po życiu, pokazując nam jak sprawić, że gdy nadejdzie nasza starość, będziemy szczęśliwi i spełnieni.

 


Lifestyle

Każda kobieta potrzebuje drugiej kobiety, bo nikt jej tak nie zrozumie

Małgorzata Ohme
Małgorzata Ohme
4 października 2015
Fot. iStock

Siedzimy na wsi i pijemy czerwone wino. Kwaśne jakieś, wyciągnięte ze starej piwniczki. Śmieję się do K., że jak będzie dalej tak pusto” żyć, to skończy na jakimś romansie. To się tak często powtarza – myślę – nieobecny mąż, nadmiar obowiązków, poczucie frustracji i koło ratunkowe w postaci cudzego zachwytu. K. patrzy na mnie z nad kieliszka i mówi: – Nie. Nie potrzebuję romansu. Potrzebuję innych kobiet.

Unoszę brew. Hmmm. Kobiet? Przecież one są wszędzie. Wokół mnie od zawsze są kobiety. Matka, Babcia, Siostry, Przyjaciółki. Ale kiedy K. mówi mi o tym, że potrzebuje kobiet, uświadamiam sobie, że nie wszystkie żyją tak jak ja. Nie mają wokół siebie kobiet. Nie tworzą z nimi relacji. Są samotne mimo iż niektóre z nich mają związki. Każda kobieta potrzebuje drugiej kobiety, bo nikt jej tak nie zrozumie, jak ona. Trudno to wytłumaczyć, ale tak po prostu jest.

O. nie pije od dwóch lat. Spotykamy się na imprezie u wspólnych znajomych, gdzie O. zaciska rękę na szklance wody. Żartuję, czy to gin z tonikiem. O. otwarcie mówi, że jest alkoholiczką, zaczynamy więc rozmawiać o terapii uzależnień. Opowiadam historię znajomej, która leczyła się w zamkniętym ekskluzywnym ośrodku pod Warszawą. Pytam, co pomogło O. Chwilę milczy a potem odpowiada: Kobiety. Pomogła mi grupa kobiet..

Moje przyjaciółki są ze mną w trudnych momentach

Facet mnie rzuca, a one piszą „o każdej porze dzwoń”. I ja dzwonię, wyjąc do telefonu i pytam setny raz dlaczego. Jedna z nich opowiada mi wtedy, jak zdradził ją mąż. Z przyjaciółką. Wyznaje mi szczerze, że cierpiała bardziej z powodu jej niż jego. Faceci odchodzą – mówi wtedy – kobiety zostają”.

Moja Mama i Babcia były bardzo silne. Na warsztatach terapeutycznych z Genogramów (graficzne przedstawienie relacji rodzinnych od pokoleń) jedna ze znanych terapeutek mówi do mnie: Twoja rodzina jest kobietą. To Twoja siła.. Na tych warsztatach śledzę losy kobiet w mojej rodzinie i zaczynam rozumieć, dlaczego moje relacje z kobietami są tak głębokie.

– Nikogo nie potrzebujesz – mówi odchodząc ode mnie jeden mężczyzna. Złoszczę się na to, ale w głębi serca przyznaję mu rację. Mam siebie i mam kobiety – to sprawia, że nie muszę być z nikim ze strachu przed samotnością. Czy to też sprawia, że jestem toksycznie niezależna? Może. Ale jestem wdzięczna swojej Mamie, że nauczyła mnie być samej. Nie rozumiem, jak można się bać być ze sobą.

Uczę się bycia matką od innych kobiet

Mówią „odpuść”, wyjedź na weekend sama, idź na manicure. To one wprowadzają w moje życie termin całkiem (nie)znośnej matki. Kiedyś dzwonię do J. załamana faktem, że nakrzyczałam na dziecko, odbiera jej syn. Pytam, gdzie mama, a on na to, że pojechała po fajki. Normalność. Uff. Kolejny raz rozumiem, że mamy prawo do słabości. Gorączka, wysypka, wtopa z podwiezieniem na zajęcia, zmęczenie, szpital – mogę na nie liczyć. I ten głos innej kobiety, która mówi ci, że dasz radę. I że matką jesteś fenomenalną.

Ściganie z czasem

Przekroczona trzydziestka i siatka zmarszczek pod oczami. Trzy kilo do przodu, które trudniej zgubić. Skąd ten wystający brzuch, przecież nigdy go nie było?! Któregoś wieczoru stajemy w majtkach przed lustrem i wymieniamy swoje wady. Jedna nienawidzi swoich piersi, druga ud, trzecia brzucha, ja wtedy nienawidzę wszystkiego. Nasza kolektywna nienawiść staje się jak zwykle źródłem wsparcia. Patrzę na moje przyjaciółki, notabene piękne kobiety i rozumiem już, że mam tak samo zniekształcony obraz siebie jak one. Pożyczamy sobie ciuchy i powtarzamy, jakie jesteśmy atrakcyjne. Tego wieczoru Justyna zasypia na podłodze w kozakach.

W pracy podobnie

Nie lubię zarządzać ludźmi, ale tak się staje. W moim zespole same kobiety. Ufają mi, chociaż to media, adrenalina, stres – powodów do konfliktów jest sporo. Trzaskam czasami słuchawką i uczę się przepraszać. Kaśka zwraca mi uwagę, że jak jestem bardzo zajęta, bywam nieuważna i ostra. Z pośpiechu wydaję komunikaty jak rozkazy. Przeklinam ją w myślach, ale dzwonię do jednej z dziewczyn i mówię, że jest świetna. Działa jak kluczyk, który otwiera opowieść o kłopotach w małżeństwie. Zarządzanie kryzysem opanowuję do perfekcji.

Teraz mój zespół odchodzi ze mną. W niepewne, nieznane, nieistniejące. Skacze za mną w ogień. Trudno mi nawet opisać, jak bardzo to jest wzruszające i jak dużo siły mi daje. Kolejny raz przekonuję się, że my kobiety potrafimy razem tworzyć wspaniałe rzeczy.

Myślę, że dziś kobiety potrzebują się bardziej niż kiedyś. Nie żyjemy już w wielopokoleniowych domach i tworzymy mniej symbiotyczne relacje z matkami. Coraz częściej podejmujemy ważne dla siebie role inaczej niż one by podjęły. Nie chcemy być takie same jak one, ale nadal nie wiemy, kim mamy być. Do tego też potrzebne są inne kobiety. Do inspiracji.

Bywamy samotne w swoich zabieganych życiach. Zamiast intymnych związków tworzymy dobrze prosperujące przedsiębiorstwa, narzekamy jednak na brak bliskości. Bo czy warto od razu się rozwodzić tylko dlatego że czasami nie mamy z kim pogadać? Nie wiem. Ale kobiece relacje mogą dać nam bliskość, za którą tęsknimy.

Ja uważam, że kobiety dziś się szukają. W pracy, po pracy, w pasji, sporcie, grupie terapeutycznej lub w Internecie. Instynktownie wracamy do kobiecych kręgów, w których żyły nasze praprababki. Szydełkujemy razem, klikając na interaktywnym ekranie. Kobiecy avatar na monitorze staje się zaproszeniem do rozmowy. Dzieleniem doświadczenia. Rodzimy razem dzieci, chorujemy, przeżywamy straty, narzekamy na związki, zakochujemy się, leczymy swoje kompleksy. Sam fakt, że po drugiej stronie pali się zielona kropka – pomaga przetrwać.

Kobieta może zastąpić romans.
Kieliszek wódki.
Pochopną decyzję.
Depresję.
Może być avatarem.
Autorką artykułu.
Może być anonimowa.
Może być bohaterką opowieści.
Cytatem.

Szukajmy się nawzajem. Czerpmy od siebie siłę. Inspirację. Wspierajmy się z całej mocy. Zapraszam Was!

Piszcie do nas, pytajcie, dzielcie się z nami wszystkimi swoimi sukcesami i radościami. Jeśli szukacie odpowiedzi napiszcie do nas prywatną wiadomość, my anonimowo opublikujemy wasze pytanie.


Dołączcie do nas na Facebooku: facebook.com/groups/jestemkobieta/

Obiecujemy, że będziemy. Tak, jak wy. Reszta jest już waszych rękach.

Jestem kobietą (1)

 

 


Zobacz także

o spotkaniu gwałciciela

Strach, gniew, chęć zemsty… 22 minuty o spotkaniu gwałciciela

Może łączy nas więcej, niż ci się wydaje? Obejrzyjcie koniecznie, te trzy minuty mogą zmienić sposób myślenia

5 krytycznych zdań, których musisz unikać, jeśli chcesz schudnąć