Lifestyle

Czego pragną kobiety?

MamaM&M
MamaM&M
8 marca 2017
Fot. iStock/filadendron
 

Niby komunistyczne święto, ale jednak każda z nas lubi kwiatka dostać (cieliste rajstopy już niekoniecznie).

Kobitki, życzę Wam, żebyście były tak niemożliwie szczęśliwe, jak ja jestem, żeby faceci, którzy pojawiają się w Waszym życiu to nie były stołki bez oparcia, ale porządne fotele, ale żebyście Wy też nie były stołkami, bo to musi działać w dwie strony. Bądźcie więc też od czasu do czasu poduchami, które ładnie wyglądają na tym fotelu i które można przytulić, gdy jest źle i w którą można się wypłakać, gdy trzeba i z którą można się pobawić, gdy jest taka ochota i której czasami trzeba kupić nową poszewkę, bez której źle, smutno i ubogo i niech panowie dla Was będą takimi poduchami 😉

Życzę Wam mądrych wyborów i pracowitości. Na czekaniu i marudzeniu świat się opierać nie może. Trzeba codziennie pracować i stawiać choćby małe kroki – ważne żeby w przód, cofamy się tylko po to, żeby spojrzeć, jak coś wygląda z daleka, a więc wyłącznie na sekundę lub dwie, a najlepiej wcale, to pobudza wyobraźnię do patrzenia z góry na to, co robimy.

Życzę Wam przyjaciółek, jak moja Iwona, do której zawsze mogę zadzwonić i na którą zawsze mogę liczyć i jak Skowronek, który jest po prostu przyzwoitą kobietą.

Życzę Wam pozytywnie zakręconych ludzi wokół Was. Mogłabym wymieniać wiele osób wokół mnie, dzięki którym nigdy moje życie nie jest nudne.

Życzę Wam ciekawych podróży, choćby kilka kilometrów od domu, ale takich, które czegoś uczą.

Życzę Wam, żeby praca sprawiała Wam radość – choćby tylko w dzień wypłaty. Jeśli praca nie jest pasją, szukajcie spełnienia gdzieś indziej. Bez zainteresowań nie da się żyć pełnią życia.

Życzę Wam, żebyście, mimo wielu codziennych obowiązków, miały czas leżeć i odpoczywać, ewentualnie tylko leżeć, jak mało jest czasu.

Jeśli jesteście Matkami, życzę Wam sukcesów w tej niełatwej misji.

Panowie, Was proszę, kochajcie nas tak, jak my Was kochamy – bądźcie dla nas dobrzy na tyle, na ile my jesteśmy dobre dla Was.
MamaM&M


Lifestyle

Dlaczego pozwalamy, aby nas źle traktowano?

MamaM&M
MamaM&M
12 marca 2017
pixaby.com/Aleksas_Foto
 

Moje małżeństwo jest naprawdę szczęśliwe. Wprawdzie kilka razy pakowałam już walizki, wprawdzie żartuję czasami, że kiedyś zakopię męża w ogrodzie z workiem wapna, wprawdzie są dni, kiedy płaczę przez mężczyznę, którego kocham, jednak wzajemny szacunek i poczucie bezpieczeństwa, które sobie zapewniamy, sprawia, że największy kryzys nie może być powodem, aby zakończyć to, co zbudowaliśmy.

Nie jestem w żaden sposób uzależniona od drugiego człowieka, także od męża. Dom, w którym dorastałam, nauczył mnie, że trzeba postępować tak, aby w każdej sytuacji sobie poradzić, żeby nie uzależniać swojego życia od drugiego człowieka, bo to szybko prowadzi do zniewolenia, które ja wprost nazywam niewolnictwem.

Pamiętam, jak narzekałam, wstając na 6:00 do pracy w markecie. Stawałam w drzwiach kuchni i mówiłam do rodziców pijących kawę: „kiedyś będę miała męża, który zabroni mi pracować”. Jaka ja byłam głupia, że w ogóle myślałam o tym, by ktoś mógł mi narzucić, jak mam żyć. Tak robił mój ojciec. Przez niego mama nie mogła swobodnie pracować. Tak naprawdę żadna praca, którą podejmowała, nie odpowiadała ojcu, więc po jakimś czasie jego narzekań, zwalniała się i zajmowała się domem, pomagała prowadzić ojcu firmę, robiła milion rzeczy dla innych. Po wielu latach pozostała jednak z czarną dziurą w cv. Jako młoda kobieta sądziłam, że mąż, który chce, aby jego żona zajmowała się wyłącznie domem to skarb. Dziś wiem, że to forma przemocy, bardzo powszechna forma przemocy domowej.

Lubię ten komfort, który daje mi mój mąż. Kiedy się poznaliśmy, nie sądziłam, że po kilku latach jego pozycja zawodowa i moje umiejętności pozwolą mi bez ciśnienia na zarabianie pieniędzy robić to, co sprawia mi przyjemność, a więc pisać, udzielać się społecznie, organizować większe i mniejsze imprezy. Kiedy nie mieliśmy dzieci, byłam dziennikarką w lokalnych mediach i często nie było mnie w domu. Nigdy nie usłyszałam żadnych pretensji, żalu, złośliwości. Nakład pracy był ogromny, zarobki więcej niż marne, więc sens pracy na pierwszy rzut oka żaden. Odwrotnie wygląda to u mojego męża. Praca 8 godzin dziennie, 5 dni w tygodniu i niezła wypłata 10. dnia każdego miesiąca, bez żadnego opóźnienia. Kiedy założyłam firmę, bywały miesiące, że musiałam dołożyć do interesu, nie zarabiałam nic, a w domu mnie nie było. Do tego w pracy wykorzystuję nasz samochód, przyjmuję klientów w mieszkaniu czasami proszę męża o pomoc. Jak ma ochotę, pomaga. Jak nie, nie naciskam. Nigdy jednak nie powiedział, żebym się zwolniła z pracy, zamknęła firmę, zrezygnowała ze stowarzyszenia. Wydawało mi się, że taka wolność w życiu zawodowym jest zupełnie naturalna.

Okazuje się jednak, że wśród moich znajomych bliższych i dalszych częste są przypadki kontrolowania żon przez mężów. Nagminne jest wręcz wykorzystywanie sytuacji finansowej. Kiedy mąż/partner zarabia więcej, a nawet na tyle dużo, że to jedno źródło dochodów wystarcza na życie, wakacje, rachunki i inne wydatki, potrafi powiedzieć swojej żonie, że nie będzie mył naczyń/prasował/sprzątał, bo zarabia na dom. Mężczyźni sprawdzają, ile kosztowały buty, wizyta u kosmetyczki i fryzjera, buty dla dziecka. Żony słyszą: „siedząc z dzieckiem, nie zarobię na kredyt”, „gdyby nie ja, nie miałabyś tego co masz”. Kiedy tak pozbierałam wszystkie zasłyszane historie razem, zapytałam mojego męża, czy wie, ile kosztował mój ostatni zimowy płaszcz (płaciłam jego kartą, kosztował niemało), ile zapłaciłam w drogerii. Popatrzył na mnie, jakbym się urwała z choinki.

Może brak kontroli wynika z naszego mało konsumpcyjnego podejścia do życia – podoba nam się wiele rzeczy, ale nie mamy potrzeby posiadania wszystkiego, co nam się podoba, może wynika z tego, że nam wystarcza z zapasem od wypłaty do wypłaty, a może wynika z bezgranicznego zaufania. Mój mąż wie, ile warte są moje zlecenia, ja wiem, ile on zarabia. Mamy wspólny budżet, wspólne wydatki.

Nie wyobrażam sobie, że mąż powiedziałby do mnie, że w nagrodę za cokolwiek będę mogła pójść na „shopping”, albo nie da mi pieniędzy na nową torebkę. Nie jestem pracownikiem, którego się nagradza premią lub tę premię zabiera za niewywiązanie z umowy. To nasze wspólne pieniądze i każdy ma prawo je wydać, na co chce. Nie „nagradzamy” się też seksem za „dobre sprawowanie”, bo seks jest naturalną częścią naszego małżeństwa i nikt nie wykorzystuje swojej pozycji, nie ma „bólu głowy” po nadgodzinach w pracy, czy imprezie z kolegami. Jesteśmy partnerami, nikt z nas nie używa argumentu siły przeciw drugiemu.

Po 8 latach wspólnego życia mam poczucie satysfakcji, że stoję u boku mężczyzny, dzięki któremu nie muszę pracować, ale który jednocześnie wspiera mnie w ciągłym rozwoju, nie podcina skrzydeł. Dzięki mojemu mężowi jestem niezależna finansowo, robiąc to, co sprawia mi przyjemność.

 

Zapraszam na mój profil w serwisie społecznościowym Facebook!


Lifestyle

Czasami żałuję, że urodziłam syna

MamaM&M
MamaM&M
5 marca 2017

W lutym skończyłam 31 lat. Nie ukrywam swojego wieku, ponieważ uważam, że nie ma się czego wstydzić. Patrzę rano w lustro i widzę całkiem nieźle wyglądającą, spełnioną i szczęśliwą żonę wspaniałego faceta i mamę dwóch przecudnych synów…. a tak naprawdę? G*wno prawda!

Od 5 miesięcy, tygodnia i 3 dni karmię piersią, czuję się uwiązana jak pies, choć pracuję, wychodzę z domu i spotykam się z ludźmi, którzy mają inne nazwisko niż moje panieńskie i obecne, czyli krótko rzecz ujmując, mam kontakt ze światem zewnętrznym.

W momencie, kiedy zostałam mamą pierwszy raz, wszystko było nowe. Ból po cc, bolesne karmienie, pierwsza kąpiel, pierwsze ćwiczenia, pierwszy seks po połogu, pierwsze niewyspanie, zmęczenie inne niż wszystkie wcześniej. Celowo unikam pozytywnych emocji związanych z „byciem rodzicem” (każdy, kto mnie zna, wie, że nie uważam mężczyzn za mniej odczuwających, mniej zdolnych i mniej sprawnych rodziców). Nie uważam, że w rodzicielstwie wszystko, co nas przytłacza, denerwuje, dobija do podłogi, na której się leży czasami kilka dni, tygodni, miesięcy, możemy przykryć miłością do dziecka i powiedzieć za rok lub dwa (posiadam tylko takie doświadczenie), że to wszystko jest nieważne, bo jak się dziecko uśmiechnie, to problemy znikają. Ja na pewno tak nie mam.

Lubię być mamą, ale to jest niewymownie trudna rola. Kiedy ostatnio pisałam swoje cv (pierwszy raz od naprawdę wielu lat), szykując się do powrotu na rynek pracy, sama się dziwiłam, czego to ja już w życiu nie robiłam. Jestem osobą samonapędzającą się do życia. Kolejne zlecenia, obowiązki, spotkania, terminy motywują mnie i mobilizują. Nowe wyzwania traktuję jak egzaminy z życia. Staram się wymagać od siebie tyle, żeby się nie cofać. Nie cofam się nawet po to, aby wziąć rozbieg, ponieważ rytm, w jakim żyję powoduje, że jestem gotowa do nowych wyzwań. Jednocześnie mam granicę, której nie przeskakuję i ta granica nazywa się „minimum konieczne dla rodziny”. Kiedyś słowo „rodzina” zastępowałam słowem „mąż”. Nic kosztem moich najbliższych.

Drugi poród i drugi syn to w moim życiu prawdziwa rewolucja. O ile nie miałam problemu z planowaniem rok czy dwa lata temu, o tyle teraz nie mogę zaplanować nawet tego, czy rano zjem śniadanie. Już tydzień po wyjściu ze szpitala po porodzie, starszy syn trafił do szpitala z zapaleniem płuc. Ja musiałam zostać w domu, ponieważ jestem matką karmiącą i w tej roli nikt mnie zastąpić nie mógł. Z pierworodnym długie 10 dni spędziła w szpitalu babcia. Kiedy chcemy pójść ze starszym synem na basen, młodszy jest chory, kiedy nadchodzi planowany wyjazd, któryś z synów jest chory, kiedy chcę iść z młodszym na spacer, starszy 15 minut przed wyjście zapada w zimowy sen.

Do tego wszystkiego przytłacza mnie (podkreślam kolejny raz – matkę karmiącą) skaza białkowa i uczulenie na cytrusy u młodszego syna i ograniczenia pokarmowe, które mnie obowiązują. Po prostu nie mogę zagryźć złego samopoczucia ani czekoladą, ani czipsami, ani pizzą, ani niczym innym, bo mleko jest dodawane chyba nawet do wody mineralnej…

22 miesiące – to jest różnica dzieląca Marka i Mariusza. To jest jednocześnie powód, przez który czasami żałuję, że urodziłam pierwszego syna.

Powód? Gdyby nie było pierwszego, nie byłoby też drugiego. Tak, tak. Nie wiedziałabym nadal, jak to jest być mamą, jakie to cudowne widzieć, jak dzieci rozwijają się, jak uczą się chodzić, mówić, jak sikają do toalety, robią kupę w rękawy, prują rajstopy minutę przed wyjściem na imprezę i puszczają pawia, kiedy pokonasz pierwsze półpiętro i jesteś w drodze na ważne spotkanie, urodziny kuzyna, wizytę u dentysty.

Wiem, że to niepopularne, że to nie brzmi dobrze, że „jak tak można, olaboga, laska zwariowała”… Przeżyłam już kilka takich momentów, kiedy siedziałam obok płaczącego syna i sama płakałam, powtarzając sobie w głowie: „po co ci, Ewka, te dzieci, po co urodziłaś pierwszego syna, dziś byłabyś wolnym człowiekiem”. Przychodzą tak trudne momenty, że tylko bycie zatwardziałym tchórzem ratuje moje życie, bo inaczej dawno wąchałabym kwiatki od dołu. Dziwię się, że mąż jeszcze nie zdobył dla mnie skierowania do psychiatryka, wszak czasami zachowuję się jak typowa wariatka. Płaczę, trzaskam jedynymi drzwiami w mieszkaniu (poprawiam drzwiami w samochodzie), powtarzam w kółko, jaka to ja jestem umęczona przez życie, albo wręcz przeciwnie jestem przebrzydle spokojna, opanowana, miła i uprzejma, ale gdyby ktoś odważył się mnie dotknąć, to powybijałabym wszystkie zęby.

Po takich akcjach, kiedy ręce opadają mi z naszego drugiego piętra do piwnicy, przychodzi starszy syn i przytula się do mnie mocno, albo młodszy zaczyna coś sobie gadać pod nosem  uśmiecha się, patrząc mi w oczy. I zapominam o tym wszystkim, co czułam chwilę wcześniej? Nigdy w życiu! Staję przed lustrem i mówię: „wyglądasz jak kupa, masz wory pod oczami, nie masz czasu na nic oprócz pracy i domu (nie liczę dwóch godzin fitnessu w tygodniu i powolnego, samotnego spaceru do sklepu, w którym wszystkich przepuszczam w kolejce i mówię, że jestem teraz w SPA, więc do domu mi się nie spieszy), cycki wiszą ci do pępka od tego karmienia, zachowujesz się jak wariatka, ale jesteś „hardcorem”, bohaterem w swoim domu, bo przy tym wszystkim jesteś pewna, że dzięki tobie twoja rodzina jest szczęśliwa”. No i jak trochę popracujesz nad sobą, to jesteś całkiem nieźle wyglądającą 31-letnią babką.

W tym miejscu, w którym jestem, chcę podkreślić, że zazdroszczę wszystkim, których dzieci już sobie same robią śniadania, mieszkają w szkołach z internatem, nie wracają do domu na noc, a do rodziców przychodzą tylko z prośbą o transfer z domu w miejsce docelowe. Zazdroszczę też tym, którzy nie wiedzą, o czym ja piszę, nie mają dzieci, mieć nie chcą. Żałuję czasami, że ja już tak powiedzieć nie mogę. To znaczy mogę. Mogę nie chcieć mieć dzieci, ale to nic nie zmieni, skoro już je mam.

Jestem szczęśliwą kobietą, ale czekam już na okres, kiedy będę mniej mamą, a więcej żoną, koleżanką, córką, siostrą.

Zapraszam na mój profil w serwisie społecznościowym Facebook!