Lifestyle

Cuba libre. Wyjść z kołowrotu życia i stanąć obok

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
20 stycznia 2017
Fot. iStock/MikeVanSchoonderwalt
 

Zafundowałam sobie reset. Na koniec roku, praktycznie w wigilię Wigilii, wsiedliśmy z panem mężem w samolot i tuż przed północą wylądowaliśmy na Kubie. Zupełnie nie wiedziałam czego oczekiwać, bo poza Fidelem, kwaśnymi pomarańczami komuny, Buena Vista Social Club i cygarami, które rzekomo kobiety na udach rolują, nie wiedziałam o Kubie wiele. Postanowiłam też, że to w sumie dobrze, bo jak wiadomo trick to stary jest jak świat, że jak człowiek tak bez oczekiwań do rzeczy podchodzi tak z reguły miło zaskoczyć się może. Ja się zresetowałam. I to praktycznie do ustawień fabrycznych, o których tak po prawdzie to nie myślałam, że jeszcze kiedykolwiek będzie mi dane się nimi cieszyć.

W planie mięliśmy Hawanę, Cienfuegos i Trinidad. Rezerwacje noclegów zrobiliśmy wcześniej głównie via AirB&B. Poza tym żywioł. Dwa przewodniki, jeden niezwykle cenny, bo wielce praktyczny, drugi Lonely Planet, przydał się jak nic. Bo poza tym całkowity żywioł. Cuba Libre, a my na niej.

Pierwszą noc rozpoczęliśmy od imprezy vis a vis. Kolejne noce też tak się zaczynały. Dla jasności, to “vis a vis” imprezowało, my usiłowaliśmy spać. Ale nie jak to zwykle bywa na siłę i ze złością, która rozpędza cały sen. Usiłowaliśmy spać jakoś tak inaczej, bo z wewnętrznym uśmiechem i na całkowitym luzie właściwym prawdziwym wakacjom. Kiedy po imprezie rozbawiony tłumek rozchodził się pod oknami do białego świtu, też nie było w nas żadnej złości. Pan mąż zresztą spał jak zabity bez względu na decybele. Ja natomiast w głowie błogość miałam przeplataną kołyszącym do snu gwarem nocy, ludzkim śmiechem i głośnymi okrzykami, a także raz po raz odpalanymi silnikami wiekowych motorynek pozbawionych jakichkolwiek opcji tłumiących. No po prostu żywe, soczyste noce to były, napełnione dźwiękiem, od zmierzchu aż do świtu.

A po nocy przychodził dzień, anonsowany przez poranek radośnie powarkujący dostawczymi ciężarówkami, brzmiący nawoływaniem ludzi, śmiechem dzieciaków i ujadaniem bezpańskich psów. Wytaczaliśmy się z łóżka w cudownym nastroju, przeciągnięci, rozciągnięci i doskonale wyziewani jak dwa leniwe, kubańskie koty. Zimny prysznic (jedyny dostępny) bosko był orzeźwiający, po nim kawa z termosu, całkiem aromatyczna. Luz. Na zewnątrz upał, w pokoju upał, ale to nie szkodzi. Telefon milczący, wyrwany z zasięgu, brak kontaktu emaliowego ze światem. Człowiek instynktownie w takich okolicznościach sięga po prostu po książkę i robi się jakby czujniejszy. Zaczyna być uważny, zaczyna się przyglądać i nagle łapie się na tym, że podobnie jak ta starsza kobieta w oknie na przeciwko, stoi sobie oto na balkonie oparty o poręcz i z zadumą obserwuje jak życie bulgocze dwa piętra niżej w korycie rwącej uliczki.

Wyjść z kołowrotu życia i stanąć obok. Jakże rzadko zdarza nam się taki luksus i jakże rzadko nań sobie pozwalamy. Bo nie czarujmy się przecież! Nawet jak już człowiekowi nadarzy się okazja na reset to nieszczęśnik i tak na uszach staje by nie paść jego ofiarą. Dzisiejszy człowiek, by mógł być człowiekiem, musi być szaleńczo zajęty. Jak nie jest, to łapie za komórę albo nerwowo nadużywa komputerowej myszki w nadziei, że na powrót podchwyci wariacki pęd. Dzisiejszy człowiek to pełny świr. Zakręcony, wszechdostępny bez względu na porę dnia i nocy i bardzo obecny, ale li tylko w mediach społecznościowych. Taki człowiek zna ludzi, wie rzeczy, kapuje sprawy, lajkuje jak pro, ale zapytany o to co tak naprawdę czuje zawiesza się jak ten komputer, który czasami też ma już po prostu dość.

No bo ileż tak można? Jakie są nasze ludzkie granice? No i czy w ogóle jest dla nas jakaś nadzieja w temacie wiecznej nieobecności w życiu? Niby jesteśmy, a jednak nas nie ma. Niby słuchamy, lecz nie słyszymy. Świat nasz już nie jest ani trochę realny, bo dla odmiany zrobił się całkiem wirtualny. Badania podobno pokazują, że ludzki mózg zmienia się pod wpływem naszego niekończącego się serfowania po wirtualnej rzeczywistości. Robimy się rozkojarzeni, nie potrafimy się skupić, mówi się do nas jak do ściany, bo nie dociera do nas przekaz. Do tego wszystkiego nie możemy i nie potrafimy się zrelaksować. Odcięcie od kabla zamiast dać nam oddech, wywołuje w nas lęki, więc robimy się rozdrażnieni i niespokojni. Taki jest zestaw objawów po odstawieniu Internetu i nie przesadzam z tym wcale, z doświadczenia mówię. Największe awantury w rodzinie się dzieją, kiedy pana męża od netu odciągam za frak. Bożesz ty kochany, jakże on wtedy walczy. Jakby o życie chodziło…. Bo może i chodzi? Tyle że nie o to życie z krwi i kości, lecz o jakieś dziwne życie w sieci? Życie pośród kabli, po których z zawrotną prędkością przemieszcza się informacja. Życie 100% wirtualne, w którym wszystko co ludzkie jest nam obce, wszystko jest takie jakieś odseparowane, zaś idea, że mogłoby być inaczej, doprowadza nas na skraj szaleństwa. Czy aby jednak zasadnie?

Mój kubański reset i owszem zawiódł mnie, ale nie na skraj szaleństwa, lecz na planetę: Błogość. Wprowadził mi powietrze w płuca, wyrównał oddech, wyeliminował pleców ból i inne bóle, zafundował mi zdrowe zmęczenie po dniach wypełnionych ruchem i wrażeniami i ostatecznie oddał mi sen. Taki, który regeneruje dogłębnie. Sprawił też, że przez najmniejszą nawet minutkę nie tęskniłam za kontaktem ze światem via telefon czy email, a to pewnie dlatego, że kontaktu ze światem, takiego prawdziwego, mięsistego, soczystego kontaktu ze światem to ja miałam na tej Kubie w bród! I pierwszej klasy był to kontakt! Barwny, naładowany dobrą energią, kontakt z ludźmi, ze sobą samym, kontakt z duszą.

Kiedy w Cienfuegos siedzieliśmy sobie w barze na dachu jednego z budynków patrząc na przygotowania słońca do zachodu i kiedy paru muzyków grało kubańską muzykę tak pięknie brzmiącą miłością, tęsknotą i wszystkim tym co tak bardzo jest ludzkie, wtedy, pochwycona za serce przez magiczną tą chwilę, czułam szczęście. Tak po prostu. Żywe, niewirtualne, lecz całkowicie namacalne, szczęście. Szczęście, które jakby tego było mało, zmagazynowało się we mnie, osadziło się na ściankach mojej duszy tak, że gdy teraz nucę sobie pod nosem Los gardenias para ti, czuję jak to szczęście radośnie we mnie drga.

Taaa… konia z rzędem temu, komu wirtualny świat tak duszę rozedrgać potrafi! Taaa.. Tak właśnie myślałam. A zatem: Guantanamera kochani! Nie ma to jak dobry reset.


Lifestyle

Pachnie szarlotką, albo perfumami i jest mistrzynią mindfulness. 7 powodów, by kochać nasze babcie

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
21 stycznia 2017
Fot. iStock/Halfpoint
 

Kiedy myślicie o najlepszych momentach dzieciństwa – ona tam jest. Zawsze charakterystyczna, pachnąca tymi samymi perfumami, albo szarlotką, albo jednym i drugim. Gotowa przemierzyć kilometry, żeby z wami być, kiedy w dzieciństwie byliście chorzy i nie miał kto się wami zająć. Babcia – obietnica wspaniałych wakacji, strażniczka rodzinnych tajemnic i zabawnych historii z życia waszych rodziców i waszego wczesnego dzieciństwa. Postać doskonała wśród wielu innych postaci w naszym życiu.

7 powodów, by ją kochać i być wdzięcznym za to, że jest

1. Babcia jest wtedy, kiedy jej potrzebujesz

Być może powiesz: „Ma teraz dużo czasu, co innego miałaby robić?”.  O nie, współczesne, „młode” babcie są bardzo zajęte, ćwiczą jogę, chodzą na brydża z koleżankami, do teatru, do kina. Często są ciągle jeszcze aktywne zawodowo Babcie starsze, te z „naszego pokolenia” to większości tradycjonalistki, ale i one mają do załatwienia mnóstwo ważnych dla siebie spraw, o których nie macie pojęcia. Ale mają też swoje priorytety. Ich dzieci i wnuki, pomoc tym, których kochają jest dla nich zawsze na pierwszym miejscu.

2. Babcia potrafi słuchać

Bo urodziła się wtedy, kiedy po pierwsze, umiejętność ta była podstawowym dowodem szacunku dla innych i kultury osobistej, po drugie, to co mówisz, jest dla niej ważne. Babcia nie musi przejść treningu uważności, ani ćwiczyć mindfulness, bo jest w tym mistrzynią. Zwróć uwagę na to, z jakim skupieniem cię słucha, kiedy jej się zwierzasz. Nie zerka co chwila na ekran telefonu, prawda? Niekoniecznie dlatego, że go nie ma (starsze babcie rzeczywiście bywają „na bakier” z techniką, ale to się zmienia). Dlatego, że cała jej uwaga jest poświęcona tobie.

3. Babcia jest mądra

Może masz taką babcię, z której poglądami nie zawsze się zgadasz. Dużo was różni, drażni cię jej punkt widzenia, a ona ciągle chce cię przekonać do swoich racji. Nie szkodzi. Zaakceptuj te różnice. Nic nie zmieniają w waszej miłości. Ucz się od babci mądrości życiowej, czerp z jej doświadczenia. Na pewno nie raz zaskoczyła cię jakąś życiową prawdą, którą może nawet najpierw wyśmiałeś lekceważąco, a potem przypomniałeś ją sobie w trudnej sytuacji. I pomyślałeś: „Moja babcia miała rację”. Miała rację, bo jest tutaj o wiele dłużej, poznała ludzi lepiej niż ty, była emocjonalnie tam, gdzie ty dopiero będziesz.

4. Babcia ma swój niepowtarzalny styl

Wizyty u fryzjera (tego samego od lat, w ulubionym zakładzie) to świętość. Staranna fryzura, ten sam, doprowadzony do perfekcji makijaż (choćby oznaczał on jedynie tę charakterystyczną czerwień na ustach), idealnie dobrana bluzka i kilka kropli „Pani Walewskiej”. To moja babcia. Nie ma takiej drugiej.

5. Babcia umie opowiadać historie

Starannie dobiera słowa. Kiedy zaczyna, czujesz, że przed tobą wielka, wspaniała przygoda. Kiedy kończy, żałujesz, że trwała tak krótko. Ubarwia klasyczne baśnie, wymyśla swoje, fantastyczne opowiadania. Kiedy jesteś dzieckiem, otwiera przed tobą świat wyobraźni. Kiedy wraca pamięcią do czasów swojej młodości, dosłownie maluje ją przed tobą słowami, tak, żebyś potrafił poczuć, że tam jesteś. Kiedy opowiada rodzinne dykteryjki, wszyscy chcą jej słuchać, bo to sprawia, że czują się lepiej.

6. Babcia jest strażniczką rodzinnych skarbów

Zapewne ma w domu albumy ze zdjęciami, stare slajdy, laurki narysowane przez twoją mamę i wszystkie te, które dostała od ciebie. Ma kilka starych zabawek z dzieciństwa twoich rodziców, pocztówki wysyłane z wakacji, bilety do zoo, foldery z muzeów, które z tobą odwiedziła. Te pamiątki są dla niej największy skarbem. W ten sposób pokazuje ci, jak ważne są dobre wspomnienia. I że są częścią ciebie, czymś co daje ci siłę by żyć i walczyć z przeciwnościami losu.

7. Babcia pozwala ci oswoić się z przemijaniem

Jest zazwyczaj pierwszą ważną osobą, z którą przychodzi nam się pożegnać. To z jej starością i niedołężnością się oswajamy, czasem jako jeszcze bardzo młodzi, a czasem już  bardzo dorośli ludzie. Patrzysz na jej spowolnione ruchy i uczysz się cierpliwości i spokoju, choć na ogół żyjesz szybko, coraz szybciej. Widzisz, jak powoli odchodzi, jak traci siły, pamięć, zdrowie. Twoje serce krwawi, ale wie już czym jest empatia i szacunek dla starszych osób. Przez to jak bardzo bliska jest ci ona, zaczynasz inaczej patrzeć na starszą panią w metrze, na niedołężnego mężczyznę w sklepie.

Dziś ich dzień. Jeśli tylko możecie, powiedzcie Waszym Babciom, jak wiele dla Was znaczą. Jeśli nie ma już ich z Wami, wyślijcie im w kosmiczną przestrzeń dobre, ciepłe myśli. Obudźcie dobre wspomnienia. Babcie zasłużyły na to całym swoim życiem. I bezwarunkową miłością.


Lifestyle

Romans z młodszą kobietą kosztuje. Koniec mitu o sukowatych naciągaczkach   

Joanna Ćwiek
Joanna Ćwiek
20 stycznia 2017
Fot. iStock/mictian

„Każdy bowiem mężczyzna w mocno średnim wieku, chcąc mieć romans z młodą kobietą i żyć z nią w konkubinacie, musi liczyć się z pewnymi wydatkami, chociażby na drobne upominki do jakich można zaliczyć zakup kobiecie bluzki. Żądanie zwrotu kwot wydatkowanych na upominki…. jest moralnie naganne….” – widziałaś to orzeczenie sądu w Łodzi? 55 – letni facet pozwał swoją byłą, młodszą o ponad 20 lat dziewczynę, by zwróciła mu pieniądze, które wydał na jej jedzenie, ciuchy i prezenty. Chciał od niej 33 tys. wraz z odsetkami – Anna pokazuje mi artykuł w gazecie opisujące tę kontrowersyjną sprawę.

– W miłości nie chodzi o pieniądze tylko o serce – mówię jej, bo czuję, że tak powinnam powiedzieć. Ale w głębi duszy gdzieś tam wiem, że miłość to jednak też koszty materialne.

Moja rozmówczyni nie komentuje, chociaż mam wrażenie, że patrzy na mnie jak na idiotkę. I zaczyna opowiadać….

„Marka poznałam dokładnie rok po tym, jak zostawił mnie facet, z którym planowałam życie, dom, dzieci. To nie były tylko moje plany, bo rozstanie miało miejsce trzy miesiące przed ślubem. Sukienka i wódka była już kupiona. Okazało się, że od roku prowadził drugie życie. Tamtej też ponoć obiecywał ślub.

Ale była wiosna i choć mi było wciąż źle, nie mogłam usiedzieć w domu. Poszłam na piwo, bo na żadne spacery czy kina wciąż nie miałam siły. Siedziałam w ogródku, piłam to moje piwo z sokiem i w pewnym momencie zagadał do mnie facet siedzący przy stoliku obok. Też był sam. Przypominał mi trochę mojego ojca i pewnie dlatego w ogóle zaczęłam z nim rozmawiać.

Widziałam, że facet ma obrączkę na palcu, ale rozmowa w knajpie, to jeszcze nie przestępstwo. Tyle, że na rozmowie się nie skończyło. Jedno piwo, drugie, piąte i pojechaliśmy do niego. Seks jak seks, było normalnie, a ja myślałam, że na tym jednym się skończy. Nie skończyło się. Nagły romans przerodził się w pięcioletni związek. Dość specyficzny, bo Marek miał żonę, tyle, że mieszkała na drugim końcu Polski. On awansował, wyjechał do Warszawy, dostał służbowe mieszkanie i robił karierę. Na weekendy potulnie wracał do domu. Tłumaczył, że „do dzieci”, a z żoną go nic nie łączy.

Wierzyłam, bo wszystko wyglądało dość prawdopodobnie. Zdjął obrączkę z palca. Po roku nawet zamieszkaliśmy razem, wiec wydawało mi się, że aż tak ściemniać nie może. No bo niby jak wytłumaczyłby się żonie, gdyby odkryła moją nieobecność??? O święta naiwności, po czasie dowiedziałam się, że oficjalnie to wynajmował mi pokój. Nie przyznał się do podwyżki, więc dodatkową kasę tłumaczył wpływami z najmu. Żona pewnie się cieszyła.

Marek był ode mnie starszy o ponad 20 lat. Dobrze zarabiał, był ustawiony. Ja wtedy byłam zwykłym urzędnikiem. Zarabiałam grosze. O ekstra ciuchach, kosmetykach czy dobrym fryzjerze mogłam tylko pomarzyć. To problem, jeśli masz faceta jakby „z górnej półki”. Bo raz, że sama czujesz się obok niego jak uboga krewna, a dwa, że wstydziłam się z nim chodzi na oficjalne, służbowe imprezy. Partnerki jego kolegów zdecydowanie były kilka poziomów wyżej ode mnie.

Wiadomo, że nie chciałam brać od niego kasy. Dziwna ze mnie kochanka? Może i dziwna, ale ja przecież myślałam, że jestem jego narzeczoną.

Tak czy owak, trzeba było jakoś wyglądać na tych jego służbowych rautach.

Dlatego najpierw zdecydowałam się z nim zamieszkać, potem przymykałam oko na to, że nie dokładam się do zakupów. Miałam więcej pieniędzy na siebie. Ale na luksusy stać mnie nie było.  Marek to wiedział, dlatego jak robił prezenty, to zawsze konkretne. Raz dostałam od niego zegarek za 800 zł, innym razem dołożył mi ponad 500 zł do sukienki, to znów kupił aparat fotograficzny i laptopa. Drogie? Z pewnością, ale jak sobie dziś myślę, to tak naprawdę nie wypada, żeby mężczyzna w średnim wieku, kasiasty obdarowywał swoją kobietę jakimś badziewiem. Zwłaszcza, gdy ta jego dziewczyna ma dwadzieścia lat mniej.

On pewnie też tak czuł, bo nie raz mnie pytał, czy nie zostawię go dla młodszego. Koleżanki też się dziwiły, co ja robię z takim starym dziadem. Rodzice nic nie mówili, ale patrzyli karcącym wzrokiem. Mama tylko raz powiedziała, że jest przystojny.

A mnie było z  nim tak dobrze. Do czasu oczywiście, bo im bliżej do jego emerytury, tym między nami zaczynało się psuć. Wiadomo było, że straci swoje mieszkanie i trzeba będzie coś wynająć albo kupić. Marek zżymał się, że w Warszawie tak drogo i on przecież gdzieś w Polsce ma swój dom. O rozwodzie już nie mówił. O ślubie ze mną tym bardziej.

Nagle dowiedziałam się, że za dwa tygodnie zostanie emerytem. Wyprowadza się z Warszawy. Będzie mieszkał z żoną. Że przeprasza. I że nigdy nie zapomni tych lat. I że będzie tęsknił.

Nie chcę wracać do tego, co przeżyłam, bo to była masakra. Kilka miesięcy spędziłam na zwolnieniu lekarskim i straciłam pracę. Okazało się, że wszyscy poza mną mieli mnie za kochankę dobrze ustawionego pana. Pan odszedł ze stanowiska, poleciałam i ja.

Jakby tego było mało, pewnego dnia Marek zadzwonił i poprosił mnie o spotkanie. Zgodziłam się, bo miałam nadzieję, że powie, że do mnie wraca. Zdziwiłam się, gdy zobaczyłam, że podchodzi do mojego stolika z żoną. Poznałam ze zdjęcia.

On się nie odzywał. Żona uprzejmie poprosiła o zwrot prezentów. Chciała i zegarek i laptopa i nawet o ubrania zapytała. – Musi pani zrozumieć, że okradała pani nasze dzieci – mówiła.

Wstałam i wyszłam. Wybiegli za mną. Marek mówił: – Ania, zrozum…Żona wyzywała od sukowatych naciągaczek, k…. i że chciałam rozbić jej rodzinę.

Poszłam do domu. Przez tydzień odbierałam od nich obraźliwe esemesy. W końcu wkurzyłam się, zapakowałam wszystko i im wysłałam.  Nawet sukienki, majtki i do połowy zużyty krem.

I wiesz co? Żałuję. Poświeciłam mu pięć lat życia. Facet mnie przez tyle lat oszukiwał, a ja kurcze, taka uczciwa, oddałam mu wszystko? Bo żona krzyczała?

Dziś bym nie była już taka głupia. To były moje rzeczy. Nikt mu nie kazał mi ich dawać. Dlatego gdy przeczytałam o tym orzeczeniu sądu, to się ucieszyłam z tego, że są kobiety, które nie dają się tak wyrolować jak ja.

Na marginesie: Nikt mi za przesyłkę nie podziękował.”

Wysłuchała Joanna Ćwiek

 


Zobacz także

Przystawka z paluszkami surimi. Przepis palce lizać

Przestań harować jak wół. 6 powodów, dla których nie warto

Przestań harować jak wół. 6 powodów, dla których nie warto

TOP 8 butów dla dzieci marki Mrugała. ,,Buty dla których warto nauczyć się chodzić”