Lifestyle

Marianna Dufek o Kamilu Durczoku: „Chorował na żylaki przełyku. Nie chciał transplantacji wątroby, bo musiałby przestać pić”

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
31 marca 2022
 

Historia byłej żony Kamila Durczoka długo była tajemnicą. Dziennikarka unikała mediów. Dopiero dziś, niecałe pół roku po śmierci byłego męża, dziennikarza Kamila Durczoka, porozmawiała z Mateuszem Szymkowiakiem dla Fashion Magazine”. Po raz pierwszy szczerze odpowiada: dlaczego tak długo była żoną człowieka, który ją zdradzał. Dlaczego go broniła po aferze „Wprost”? I czy to prawda, że jej syn zmienił nazwisko?

Zapis tej rozmowy pokazuje niezwykle dzielną kobietę, świadomą alkoholizmu człowieka, z którym była związana wiele lat. To empatyczny, konkretny i szczery opis tragedii kobiety, która musiała patrzeć, jak stacza się u jej boku człowiek. Ze szczytu na sam dół. Jak z niezwykle utalentowanego dziennikarza zmienia się w osobę, która przegrała wszystko i żyła samotnie (tylko z psem) w długach. To ona go zastała w domu z lufą przyłożoną do skroni. Tylko ona wiedziała, że Durczok nie walczył o życie, bo zrezygnował z przeszczepu wątroby. To ona widziała cierpienie ich wspólnego syna, który nosił to samo imię i nazwisko, co ojciec  – oskarżony o molestowanie i mobbing, wypadek pod wpływem alkoholu i podrobienie weksla.

Pewnie kilka kobiet przeżyło podobne, straszne historie ze swoimi mężami alkoholikami, ale żadna na oczach całej Polski. To Marianna Dufek na oczach Polski została wielokrotnie zdradzona i oszukana przez męża na 5 milionów złotych. To ona pomagała mu, mimo że nie byli już parą w sądzie. Ale w końcu przyszedł moment, że przestała i wyzwoliła się ze współuzależnienia.

Młodzi ze Śląska

Marianna Dufek opowiada, że kiedy poznała Kamila, miała 26 lat. On był od niej młodszy o cztery lata. „W telewizji były program pierwszy, drugi i zaczynał funkcjonować program trzeci. Telewizja Katowice była chętnie oglądana, a ja byłam bardzo znaną dziennikarką. To była ogromna popularność. Trudno mi ją dziś do czegoś porównać. A on był młodym dziennikarzem, który zaczynał pracę w Radiu Katowice. Tam zauważyła go moja przyjaciółka Krysia Bochenek i tak trafił do naszego telewizyjnego ośrodka. Równocześnie został dyrektorem jednej z dwóch komercyjnych stacji radiowych w regionie”, mówi. A potem w 1993 roku przyszła kariera w TVP, od 2006 roku w TVN. W końcu walka z nowotworem na oczach milionów widzów i szefowanie „Faktom”.

Wtedy wielu nazywało go – Królem Życia. „Wiesz, jaka była ulubiona imprezowa zabawa redaktora?”, pyta dziennikarza Dufek. „W obstawianie z kolegami, czy premier, wicepremier lub minister odbiorą od niego telefon. I liczenie na głos, po ilu sygnałach!”, puentuje. Podobno odbierali szybko.

Jej też wielokrotnie proponowano, żeby przeprowadziła się do Warszawy i zaczęła karierę w TVP na Woronicza. Marianna nigdy się na to nie zgodziła. Kiedy urodziła syna, uznała, że to on jest najważniejszy. Nie chciała też wynajmować niani. Dlatego zdecydowała się, że będą żyć z Kamilem na odległość. „Od poniedziałku do czwartku żyłam swoim życiem, przyjaciółmi, pracą. Nikt mnie nie kontrolował. A weekend, kiedy przyjeżdżał Kamil, to było święto”, opowiada. Przyznaje, że dzięki mężowi pracowała tylko dla przyjemności. W domu nie było problemu z pieniędzmi. Nie wiedziałam, ile zarabia mój mąż. Tego dowiedziałam się niedawno z akt sądowych sprawy o podrobienie weksla. To była nieprzyzwoita kwota, grubo ponad sto tysięcy złotych miesięcznie, gdy był redaktorem naczelnym „Faktów”. Dostawałam od niego, w moim rozumieniu, duże pieniądze na życie. Z tego utrzymywałam całą rodzinę, opłacałam nasze wyjazdy zagraniczne, odkładałam na polisę syna i byłam w stanie jeszcze zaoszczędzić. Dzięki temu po latach to ja płaciłam ogromne opłaty sądowe za procesy z „Wprost”, opowiada Dufek.

Trzeba się było zachować!

Dlaczego, gdy w 2015 roku „Wprost” opublikował artykuł „Ciemna strona Kamila Durczoka”, Dufek broniła męża, choć od trzech lat nie byli już parą. Jak to teraz tłumaczy? „Afera z „Wprost” to było piekło. Nie byliśmy razem od trzech lat. Przez dwa w ogóle ze sobą nie rozmawialiśmy. Sprawy dotyczące dziecka załatwialiśmy e-mailowo”, mówi. Ale gdy świat dowiedział się o intymnych sekretach Kamila i gdy zarzucono mu molestowanie oraz mobbing w pracy, on zadzwonił po pomoc do żony. „weszłam do jego wynajmowanego mieszkania. Zastałam go z pistoletem przy skroni. To obraz, który nałożył na mnie ogromną odpowiedzialność. Wciągnął w pułapkę emocjonalną. Cały też czas formalnie czułam się jego żoną. Byłam nią na papierze i dla świata. Żyłam więc w zawieszeniu, sama nie wiedziałam, kim byłam. Taką żoną nie-żoną. I należało się jakoś zachowywać”, mówi. Dufek jednak twierdzi, że w tym momencie dziennikarze przekroczyli swoje uprawienia i granice przyzwoitości. „to, co zrobił wtedy „Wprost”, było czymś nieprawdopodobnym i obrzydliwym. Ta publikacja o dmuchanych lalkach, męskich szpilkach… O najintymniejszych szczegółach życia”, mówi.

Dlaczego rodzina zmieniła nazwiska?

Dziś Dufek już wie, że Kamil Durczok był „wielostronnie, krzyżowo uzależniony”. Kiedyś jednak nie miała tej świadomości. A jeśli nawet ona się pojawiała, to ona ją zwyczajnie wyparła. Kiedy zmieniła nazwisko na swoje panieńskie, głęboko odetchnęła. Syn podobnie. Ma teraz dwuczłonowe nazwisko. Przez te wszystkie afery zawalił na studiach rok. I wtedy jego ojciec w przypływie zrywu wychowawczego uznał, że dobrze będzie, jeśli Młody pójdzie do pracy. Przez rok praco wał u niego w portalu Silesion. Myślę, że to było trudne doświadczenie. Ostateczna decyzja zapadła po słynnym rajdzie na A1 (w 2019 roku Kamil Durczok spowodował kolizję na autostradzie, mając 2,6 promila alkoholu we krwi – przyp. red.). Dla syna Durczoka zmiana nazwiska jest jak wybawienie. Jego mama tłumaczy to tak: Ma to samo imię co ojciec… Nie zdawałam sobie sprawy, jaki robię błąd, zgadzając się w 1996 roku, żeby miał na imię Kamil. Że pozbawiam go możliwości życia na własne konto. Że w przyszłości „Kamil Durczok” będzie tyle znaczyło, będzie tak znane w różnych kontekstach.

Na co naprawdę zmarł Kamil Durczok?

Przez ostatnie miesiące plotkowano nawet, że to był nawrót nowotworowej choroby. „Chorował na żylaki przełyku. Wiedział, że jest bardzo chory, i myślę, że podświadomie chciał końca. Po jego śmierci zadzwonił do mnie nasz dobry znajomy – transplantolog z warszawskiego szpitala na Banacha. Powiedział, że Kamil po pierwszym ataku, kiedy przeszedł transfuzję, wiedział, że konieczny jest przeszczep wątroby. Miał zacząć przygotowywać się do procedury, ale więcej nie zadzwonił”, mówi Dufek. Dlaczego tego nie zrobił? Musiałby przestać pić. I zacząć inaczej żyć, przestawić wiele rzeczy w głowie. Nie wyobrażam sobie też sytuacji, w której na dobre ruszyłyby procesy sądowe. Miał pełną świadomość, co mu grozi. Górę wziął jego gen autodestrukcji, kończy.

Zobacz także: Żona alkoholika: Czuję się jakby za ścianą, bez powietrza. Niech ktoś mi pomoże, bo nie mam już siły tak żyć

 


Lifestyle

Dziś zobaczysz zorzę polarną w Polsce! Albo nie porozmawiasz przez telefon. Dlaczego?

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
31 marca 2022
fot. SasinParaksa/iStock

Uwaga! Zmierzająca ku naszej planecie plazma może 31 marca spowodować burzę geomagnetyczną oraz zwiększyć szanse na zobaczenie zorzy polarnej – informuje Centrum Prognoz Heliogeofizycznych Centrum Badań Kosmicznych PAN. A my pytamy Roberta Szaja, co to wszystko dla nas naprawdę oznacza i gdzie najlepiej szukać „tarasów widokowych” w Polsce.

Czym jest burza geomagnetyczna?

Zacznijmy od tego, że Ziemię otacza magnetosfera, czyli pole magnetyczne, które chroni naszą planetę przed tym, co do nas dociera ze Słońca, ale też całego kosmosu. Chroni ona nas między innymi przed wysokoenergetycznymi cząstkami, które mogłyby w bardzo krótkim czasie zniszczyć całe życie na Ziemi. Musimy wiedzieć, że pole magnetyczne, tak samo jak atmosfera ziemska, nie jest stabilne. To nie jest coś, co ma jakieś stałe parametry. Ono się nieustannie zmienia w zależności od tego, jak zachowuje się Słońce i cały wszechświat nas otaczający. Jak coś dzieje się na Słońcu, to nasza magnetosfera na to reaguje.

A co teraz wydarzyło się na Słońcu?

Ze Słońca w naszym kierunku została wyrzucona ogromna ilość wysokoenergetycznych cząstek. Wielu osobom wydaje się, że Słońce to taka stabilna gwiazda, która świeci na naszym niebie dziennym i jest niezmienna. A to nieprawda, bo na tej gwieździe dzieje się ciągle sporo. Dochodzi na niej do cyklicznych aktywności. Średnio co 11 lat ta aktywność jest maksymalna i my teraz jesteśmy właśnie w fazie jej wzrostu. Wczoraj na Słońcu nastąpił wyrzut plazmy. W kierunku naszej planety zmierza właśnie wysoko naładowana chmura cząstek wyrzuconych ze Słońca, które dotrą niebawem do magnetosfery, czyli tej zewnętrznej warstwy atmosfery ziemskiej.

fot. Elen11/iStock

Co to spowoduje?

Część z tych cząstek przedostanie się wzdłuż linii ziemskiego pola magnetycznego w pobliże biegunów naszej planety. Wchodząc w górne warstwy atmosfery z ogromnymi prędkościami będą one pobudzać atomy tlenu i azotu do świecenia. Wtedy na niebie pojawiają się zorze polarne. Oczywiście my obserwujemy je częściej niż raz na 11 lat, ale tym razem prędkość cząstek jest tak wysoka, że intensywność tej zorzy będzie tak silna, że prawdopodobnie zobaczymy ją co najmniej z północnych terenów naszego kraju. To da oczywiście przepiękne zjawisko na niebie.

Jest jakieś niebezpieczeństwo?

Jeśli taki wysokoenergetyczny wybuch na Słońcu, który wyemituje dużą ilość cząstek, okaże się silny i przedrze się przez naszą magnetosferę, to może wówczas zakłócić działania m.in. satelitów, które krążą nad naszą planetą. To nie jest takie nierealne, bo już zdarzało w naszej historii. Z kolei w latach 70. XX-wieku zostało zakłócone funkcjonowanie linii elektrycznych, które przesyłały prąd. Na kilkadziesiąt godzin wyłączył się prąd prawie na całym wschodnim wybrzeżu Stanów Zjednoczonych. Ale to nie był największy „wybuch na Słońcu”, który spowodował przedostanie się cząstek do powierzchni Ziemi. W połowie XIX wieku, kiedy rozłożono na dnie oceanu Atlantyckiego kable telegraficzne, łączące Europę ze Stanami Zjednoczonymi, astronomowie zauważyli największy w historii badań naszej dziennej gwiazdy wybuch. Spowodował on przepalenie kabla, dlatego połączenie trzeba było budować od nowa.

Kiedy mamy patrzeć w niebo?

To są wydarzenia krótkotrwałe, które trwają od kilkudziesięciu minut do kilku godzin. Dlatego trzeba być cierpliwym. Nie jesteśmy w stanie określić dokładnej minuty. Dopiero kiedy fala cząstek dotrze w pobliże Ziemi, można w przybliżeniu obliczyć, kiedy na niebie pojawi się zorza. Dzisiaj wieczorem warto uzbroić się w cierpliwość i przyglądać się, w szczególności w północnej Polsce, być może zobaczyć jedno z najpiękniejszych zjawisk na niebie.

 

Robert Szaj

Robert Szaj kieruje Fundacją Nicolaus Copernicus w Truszczynach, zajmuje się popularyzowaniem wiedzy na temat Mikołaja Kopernika i astronomii. Dyrektor nowego kanału TVP Nauka, który ma rozpocząć nadawanie w 2022 roku.


Zobacz także

40 rzeczy, za które zapominamy być wdzięczni. Nie zapomniałeś o czymś ważnym?

Co by się stało, gdyby „usunąć” panów z polityki? Brytyjska kampania nie pozostawia złudzeń – chcemy więcej kobiet!

8 rzeczy, które robisz swoim włosom, a które cię postarzają. Z pewnych fryzur czas zrezygnować!