Lifestyle

A gdyby tak rolę Scarlett O’Hara zagrał mężczyzna? Hollywoodzkie gwiazdy odgrywają kultową scenę z „Przeminęło z wiatrem”

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
22 stycznia 2016
Fot. Screen z YouTube / Christopher Padilla
 

To dopiero pomysł! Jak dobrze znacie film „Przeminęło z wiatrem”? Poza kultowym „Pomyślę o tym jutro”, pojawia się w nim pewien dialog, który również przeszedł do historii kina. Kiedy Scarlett próbuję zatrzymać Rhetta pyta go błagalnym tonem „Jeśli odejdziesz, gdzie ja mam pójść? Co mam ze sobą zrobić?”. Niewzruszony amant odchodzi, rzucając na odchodnym „Szczerze mówiąc, moja droga, nie obchodzi mnie to.”

Fot. Screen z YouTube / Christopher Padilla

Fot. Screen z YouTube / Christopher Padilla

Tę właśnie scenę, z inicjatywy magazynu modowego W zinterpretowało 29 gwiazd. Wprowadzono jednak jedną, istotną zmianę. Tym razem to panowie odegrali rolę kobiecą… Efekt możecie zobaczyć tutaj:


Nie wiem jak wy, ale dla mnie kreacją numer jeden jest interpretacja Samuela L. Jacksona! 😀

Fot. Screen z YouTube / Christopher Padilla

Fot. Screen z YouTube / W magazine

Fot. Screen z YouTube / W magazine

Fot. Screen z YouTube / W magazine

Fot. Screen z YouTube / Christopher Padilla

Fot. Screen z YouTube / W magazine


 

Źródło: video.wmagazine.com


Lifestyle

„Dopiero niedawno, po siedmiu latach pomyślałam, że już nigdy do niego nie wrócę. To nie była miłość, ale uzależnienie… uzależnienie od cierpienia”

Małgorzata Ohme
Małgorzata Ohme
22 stycznia 2016
Fot. Unsplash / Matthew Wiebe / CC0 Public Domain
 

Czasami ludzie pytają, czy jestem szczęśliwa. Tak, jestem. Dopytują, czy jest ktoś w moim życiu, a ja odpowiadam, że nie. Dlaczego? Nie umiem tego wytłumaczyć. Minęło tyle lat, a ja mam wrażenie, że jeszcze od niego nie odeszłam, nie dlatego że nadal go kocham, ale dlatego, że są we mnie tamte przeżycia i one wpływają na moje życie cały czas. Dopiero niedawno, po 7 latach pomyślałam, że już nigdy do niego nie wrócę, choć nawet, gdy głośno ci to mówię, wiem jak trudne byłoby dla mnie powiedzieć „nie”. Bo on był moją miłością i uzależnieniem. Tyle, że to nie było uzależnienie od miłości, ale od cierpienia.

Katarzyna. Menadżer w dużej firmie, 36-latka, ma 12-letniego syna. 

Dziś tak samo nienawidzę, jak i pragnę mężczyzn. Chcę i się boję. Karzę ich za każdą słabość tak jak on karał mnie. Wystarczy że spotkam faceta, który za szybko napisze „tęsknię za tobą” lub „jesteś dla mnie ważna” i natychmiast robię to samo co on; staje się sarkastyczna, nie odzywam się kilka dni i tak samo każę mu czekać na odpowiedź. Mam wtedy tę moc, której on mnie pozbawiał. Bo ja w tym związku tylko czekałam, żebrałam i przepraszałam.

Byłam w kilku krótkich związkach po nim, ale to były moje strefy komfortu. Nie kochałam więc nic mi nie zagrażało. Zachowywałam się arogancko, roszczeniowo i podle. Byli mi potrzebni, by pomóc w opiece nad synem, zrobić zakupy, wymienić opony, ewentualnie wieczorem zrobić mi dobrze. Bez wzajemności, samolubnie to brałam, czując się silną i pewną siebie. Lubiłam krzywdzić, bo wtedy stawałam się nim. A ja chciałam mu dorównać przez ten cały czas, gdy byliśmy razem, choć zawsze czułam się gorsza.

„Nie znasz się na muzyce. Jak można być taką ignorantką?” komentował, gdy nie umiałam odpowiedzieć, co to za utwór w radio.

„Nie masz żadnych zdolności myślenia analitycznego, daruj sobie” – przy grze w szachy, którą znał od 6. roku życia.

„Nie umiesz gotować, co z ciebie za kobieta”- gdy makaron nie był al dente.

„Nie masz ambicji, skoro w wieku 30 lat zarabiasz tak mało” – gdy narzekałam, że nie stać mnie na wakacje.

Pytasz, czy nie pomagał mi finansowo? Chyba żartujesz. Nawet gdy mieszkaliśmy razem i robiliśmy zakupy na wieczór odkładał jogurt mojego syna z komentarzem „przecież masz alimenty”. Więc stałam za nim w kolejce z tym jogurtem, aby zapłacić oddzielnie. Każde wakacje to rozliczanie się z kartką, każdy wydatek do złotówki po połowie, mimo iż zarabiałam kilkakrotnie mniej, a on mieszkał u mnie. Nie, nigdy nie przyszłam do niego z rachunkiem za gaz, abyśmy się na niego złożyli.

Z inteligentnej dziewczyny po jednym z najlepszych liceów w Warszawie, świetnych studiach, znającej języki, mającej swoje zainteresowania – stałam się nikim. Debilem. Manipulantką. Beztalenciem. Tępą babą. Złym człowiekiem. To ostatnie bolało najbardziej, bo ja całe życie bałam się być zła.

Pochodziłam z prostej rodziny, gdzie najważniejszymi wartościami była uczciwość, dobro, lojalność, wiara. A ja byłam dziwnym dzieckiem, z wielką wyobraźnią, które lubiło eksperymentować. Robiłam różne numery i czułam, że nie spełniam oczekiwań swoich rodziców. Nosiłam żółty beret do szkoły tylko po to, aby się wyróżniać. Paliłam, piłam i testowałam narkotyki. Słyszałam, jak mama wciąż mówi, po kim ona taka jest. Nie masz zasad – mówili do mnie – zawsze szukasz czegoś, czego w życiu nie ma. Czułam, że zawodzę.

Wszystko, co powiesz…

Uderzał we mnie wszystkimi historiami, które mu opowiadałam na początku, gdy było jeszcze dobrze. Na przykład to że miewam depresyjne nastroje, że czuje się nikomu niepotrzebna, to potem w każdej kłótni mówił mi, że jestem chora psychicznie. Mówiłam mu o ex-kochankach, a on potem, że jestem dziwką, kontrolował mnie, mimo iż ja nikogo poza nim nie widziałam. Mówił, że moja matka ma rację i że jestem zła. Tylko to moje zło w jego oczach było zupełnie inne niż u rodziców. Oni chcieli, by moje życie było lepsze i ja, a on chciał, abym czuła się słaba. Bo kiedy czułam się beznadziejnie, miał największą władzę nade mną.

Wszystko, co porzucisz…

Zaczęłam izolować się od ludzi, zaniedbałam przyjaźnie, moja mama powiedziała, że jeśli z nim będę, zabierze mi dom. Został mi tylko on: jako mężczyzna, kochanek, przyjaciel, mentor. Wiedziałam więc, że jeśli go stracę, zostanę kompletnie sama, stracę wszystko. Tak mi się wtedy wydawało. On zresztą często to podkreślał mówiąc „nie masz nikogo prócz mnie. zobacz, ryczysz teraz, a twoja przyjaciółeczka ma wyłączony telefon”. „Gdy odejdę, zostaniesz sama”. Dlatego tak długo nie dostrzegałam tego, co on robi, bo to było wyrafinowane, nie wprost. Nigdy nie mówił, że moja przyjaciółka jest zła, ale w kryzysowych momentach interpretował negatywnie jej zachowanie, tak samo było odnośnie mojej mamy. W jego postrzeganiu nikt mnie nie lubił, nie kochał, nie dbał o mnie. A jego oczy stały się moimi oczami.

Wszystko, czego nie chcesz widzieć…

Pytasz, czy niczego nie zauważyłam? Najgorsze jest to, że ja zobaczyłam go prawdziwym dopiero parę lat po rozstaniu. W swoim wyobrażeniu jeszcze raz przeżyłam z nim życie i on był w nim najgorszym człowiekiem na ziemi. Dosłownie. I to nie dlatego, że łatwiej było mi odejść, bo widzisz sama ile mi to zajęło, ale dlatego, że był wobec mnie tak okrutny. Okazało się, że osoba, która obnosiła się z zasadami moralnymi, wytykała mi ich łamanie- miała kochanki, kokietowała innych, a potem mnie zdradziła i odeszła do byłej kobiety, z którą zresztą walczył w sądzie, a mnie kazał przeciwko niej zeznawać. Zobaczyłam nagle faceta, który wyznaje wartości rodzinne ponad wszystko, a jednocześnie wyzywa swoją matkę od najgorszych. On, który uważał się za najlepszego ojcem, tak naprawdę obarczał mnie wychowaniem swojej córki, wychodził na spotkania z kolegami, gdy spędzała noc u nas. Nigdy nie mogłam jednak powiedzieć żadnej uwagi na ten temat, bo zaraz była awantura, że niby kim ja jestem, że daję sobie prawo zwracania mu uwagi, ja matka beznadziejna z synem, który jest do niczego.

Wszystko, czym się staniesz…

Dlaczego tak długo z nim byłam? Bo ja poświęciłam temu związkowi wszystko. Małżeństwo, przyjaciół, rodziców, swojego syna. Nie dość, że było mi wstyd przed innymi, że zrobiłam to dla takiego człowieka, to jeszcze bałam się, że czeka na mnie tylko pustka, bo przecież wszyscy mnie opuścili. Ja już nawet nie wiedziałam kim jestem, naprawdę. Słuchałam poważnej muzyki, miałam włączony TVN24 non stop, czytałam tylko wskazane przez niego książki, zrezygnowałam ze wszystkich rzeczy, które sprawiały mi przyjemność z obawy przed bycia wyśmianą, ale też w swoich oczach bałam się być głupia. Nawet na fitness bałam się włączyć jakiś pop, więc miałam na uszach Mozarta. Śmiejesz się, ale tak było. Czyściłam wciąż komputer, aby nie było śladu po tym, że oglądałam coś na allegro albo zajrzałam na jakąś plotkarską stronę. Dopiero bym się nasłuchała.

Pytasz, czy nigdy nie okazywał słabości? Raz tylko. Gdy kończyliśmy nasze małżeństwa, a on płakał odchodząc od żony i mówił mi, że nie da rady. I właśnie wtedy zbudowałam taki punkt odniesienia, który pojawiał się w naszych najgorszych momentach, że przecież on nie może być zły, że był wtedy taki słaby, dobry, a ja mu pomogę. Zmienię jego życie. To zresztą towarzyszyło mi przez cały czas, to przekonanie, że człowieka można zmienić, że przecież jest inteligentny, że wszystko można wytłumaczyć. Otóż, nie można. Nawet gdy miałam racjonalne argumenty, ucinał dyskusję mówiąc, że niestety nie dogadamy się i to kolejny dowód na to, że nie pasujemy do siebie. Zaczynałam się więc bać, ze go stracę i wycofywałam się. W konsekwencji najczęściej przepraszałam.

Wszystko, czego się boisz…

Oczywiście, że bałam się potem powiedzieć swoje zdanie, więc przestałam się odzywać. Żyłam w ciągłym strachu, że odejdzie, obrazi się, rozczaruję go. A przecież stając się bierną w tej relacji, straciłam całą swoją osobowość, w której się „zakochał”. To coś co nazywał na początku „słodkim wariactwem” zamieniło się w lęk. Stałam się przezroczysta. Kiedyś zapytałam się, czy nie boi się, że kogoś utraci. Usłyszałam „nie, widocznie ta osoba nie była tego warta” i to było moje motto, które nie pozwalało mi odejść. Przecież to by znaczyło, że nie byłam nic warta.

Pytasz, czy się zmieniłam w tym związku? Na pewno straciłam zaufanie do ludzi, straciłam umiejętność bycia blisko z drugim człowiekiem, byłam najbardziej samotną osobą na świecie. Najgorsze, że straciłam zaufanie do siebie, nie wiedziałam nawet, czy to co mówię jest prawdą. Potem w terapii pracowałam nad tym, że moje błędy nie określają mnie jako osoby i że miłość nie polega na tym, by na nią zasługiwać tylko jest. Pierwszej osobie, której zaczęłam ufać, był mój terapeuta, dopiero potem zaczęłam dostrzegać inne osoby. Zaczęłam też na nowo się czymś interesować, nie patrzeć na to, czy to jest wystarczająco ambitne, alternatywne. Uwierzyłam w to, że jestem dobra. I wiesz co? Zrozumiałam, że dla mnie być dobrym znaczyło być stabilnym. Dlatego całe życie szukałam tego dobra, nie mając stabilności nigdzie. Dziś ją mam i to daje mi szczęście.

Wszystko, co możesz wygrać…

Wtedy miłość wydawała mi się najważniejsza. Nie rozumiałam, że to nie jest miłość tylko uzależnienie. Jedyne co mogę powiedzieć, że dziękuję, że odszedł, bo ja nie wiem, czy kiedykolwiek bym się odważyła. Myślę nawet, że już by mnie nie było.


Lifestyle

Cała prawda o wrażliwcach. Sprawdź czy jesteś jednym z nich?

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
22 stycznia 2016
Fot. iStock / Joey Boylan

Czy jesteś wrażliwcem? Łatwo cię zranić, a pokładów empatii masz w sobie tyle, że można by nimi obdzielić kilka osób i jeszcze by zostało? Jeśli należysz do tych 20% populacji, które czują głębiej i widzą więcej, to na pewno jest ci czasem ciężko. Niełatwo również niekiedy i z tobą dojść do ładu twoim bliskim. Z drugiej strony, masz kilka umiejętności, z których być może nie zdajesz sobie jeszcze sprawy. Warto sobie je uświadomić.


Być wrażliwcem to:

1. Łatwo odczytywać emocje innych osób

Intuicyjnie, bez słów potrafisz rozszyfrować czyjeś uczucia. Czytasz z języka ciała, z wyrazu twarzy, z tonu głosu. Masz dar przenikania do wnętrza innych osób. Dlatego wielu znajomych traktuje cię jak idealne ramię do wypłakania się. Nie wypytujesz, wiele rzeczy dyplomatycznie przemilczysz, a tego co niedopowiedziane bezbłędnie się domyślisz.

2. Potrafić spojrzeć na sprawę z różnych perspektyw

Jeśli słuchasz, robisz to bardzo uważnie. Dopytujesz o to, co cię niepokoi. Ze względu na twoją delikatną naturę, doświadczyłaś w życiu wiele i z wieloma problemami się zmagałaś. Dlatego łatwo ci wczuć się w sytuację innych, przyjąć ich punkt widzenia, wytłumaczyć im to i owo.

3. Być świetnym przyjacielem i czułym partnerem

Ponieważ emocje i uczucia odczuwasz głęboko, szybko się przywiązujesz i jesteś lojalna. Jako partnerka jesteś romantyczna, potrafisz sprawić, że ukochana przez ciebie osoba czuje się wyjątkowo. Za przyjacielem staniesz murem, wysłuchasz go, popłaczesz z z nim, będziecie razem dzielić jego ból, rozwiewać jego wątpliwości i cieszyć się jego szczęściem.

4. Umieć uważnie obserwować świat

To naprawdę wspaniała zaleta. Dziś tak wiele nam umyka, ginie w zgiełku, pośpiechu codzienności. Wrażliwcy spędzają mnóstwo czasu na retrospekcjach i bilansach, analizowaniu wydarzeń, słów, reakcji innych osób. Widzą to, czego często nie zauważą inni.

5. Mieć zadatki na świetnego szefa

Bo potrafisz wysłuchać i być empatyczną, a dzięki zmysłowi obserwacji również myśleć perspektywicznie. Bo szanujesz innych, i interesuje cię ich opinia. Nie przyświeca ci zasada „po trupach do celu”, a w miejscu pracy stwarzasz się stworzyć przyjazną atmosferę.

6. Umieć kochać bezwarunkowo i wybaczać

Zgoda, wrażliwcy potrafią strzelić fochem, udawać zranionego do głębi, zamknąć się w sobie i cierpieć z tak zwanego „byle powodu”. Ale zaraz wybaczą, przeproszą i dążą do dawnej zgody. Nie oceniają i potrafią dać naprawdę wiele szans, bo nade wszystko cenią sobie spokój.

7. Być kreatywnym

Wrażliwcy, to bardzo często osoby uzdolnione plastycznie czy muzycznie. To ci, którzy tworzący „coś z niczego”. Jako osoba intensywnie odbierająca rzeczywistość potrafisz swoje spostrzeżenia utrwalić za pomocą obrazu, kompozycji, tekstu, czy wyrazić tańcem swoje emocje związane z tym, co przeżywasz.

Czy jesteś wrażliwcem? Tak, jeżeli choć trzy z poniższych zdań odpowiadają charakterystyce twojej osobowości:
1. Nie lubisz zgiełku oraz wycofujesz się w sytuacjach konfliktowych.
2. Jeśli trafisz na scenę przemocy w filmie lub spektaklu – odwracasz głowę lub zmieniasz kanał.
3. Przyciągasz osoby skłonne do zwierzeń: często wysłuchujesz historii zranionych i cierpiących znajomych, udzielasz im rad i wsparcia.
4. Łatwo się wzruszasz: w kinie, w życiu.
5. Wiele razy czułaś się „zraniona do żywego”.

Kochany Wrażliwcze!

  1. Masz coś dla innych – umiejętność słuchania. Miej coś dla siebie – umiejętność mówienia o tym, co cię trapi.
  2. Staraj się częściej „wychodzić” do ludzi, zwłaszcza wtedy, gdy masz ochotę zamknąć się w swojej skorupce.
  3. Twoja wrażliwość jest twoją siłą, nie słabością, tak właśnie o niej myśl.
  4. Ucz się dystansować od tego, co słyszysz na swój temat.
  5. Wykorzystaj swoją kreatywność: maluj, pisz, wyszywaj. Rób to, co najlepiej pomoże ci w codziennych zmaganiach z codziennością.

Zobacz także

Partnerka czy mamuśka? Po czym poznasz, że matkujesz swojemu partnerowi

Partnerka czy mamuśka? Po czym poznasz, że matkujesz swojemu partnerowi

Pokaż mi jego buty, a powiem ci, jakim jest facetem

„Bycie blisko osoby chorej też wymaga mocy!”. Już jest druga część filmu o depresji, który podbił serca internautów