Lifestyle

11 rzeczy, które warto robić razem dla dobrego związku

Poli Ann
Poli Ann
12 kwietnia 2021
11 rzeczy, które warto robić razem dla dobrego związku
 

Związek, nieważne czy z papierkiem czy bez, to pozornie taka oczywista sprawa. Jesteś z kimś, jest Wam dobrze, ciągnięcie razem jeden wózek. Raz pod górkę, raz z górki. Raz po błocie,  kamieniach lub gładko po asfalcie. W słońcu, deszczu, na wietrze. Różnie bywa. Jak to w życiu. Dzień mija za dniem. Gorzej się dzieje, jak ten wózek ciągnie tylko jedno z Was i życie robi się za ciężkie.


A przecież kochasz swoją drugą połówkę. Lubisz na nią patrzeć, wiesz jak drapie się po czole, czy gada przez sen i co uwielbia na śniadanie. Mało co Cię zaskakuje, znacie się jak łyse konie a jednak zwyczajnie przychodzi refleksja, że być może tego wspólnego życia jest za mało… Jeżeli więc nie chcecie któregoś dnia obudzić się z poczuciem, że jest za późno, tych 11 rzeczy róbcie razem!

1. Interesujcie się sobą!

Pytaj jak jej mija dzień, jak się czuje, napisz fajnego SMS-a, nawet kiedy jesteś w pokoju obok! Może ona właśnie tego potrzebuje. Twoja uwaga na pewno dobrze jej zrobi, zapewnienie, że da radę, że jesteś z nią w tym, czasem jest na wagę złota. I odwrotnie. Dostał awans, ciężko pracuje, a Ty przyjęłaś i wróciłaś do rozpakowywania zmywarki?
A może by tak powiedzieć mu, że jest świetny i najlepszy, że jesteś cholernie dumna, że to właśnie on jest Twoim facetem! Niech wie, że cieszysz się jego szczęściem.

2. Przytulajcie się!

Banalne, prawda? Ano niekonieczne. Przecież to dotyk, bliskość ciała, odprężenie tak potrzebne nam w tym trudnym życiu, gdzie niemal wszystko dzieje się wirtualnie. Człowiek zawsze potrzebował przytulania. Ono koi, uspokaja, daje poczucie bezpieczeństwa. A w związku tak właśnie chcemy się czuć – bezpiecznie i PRZYTULnie.

3. Razem – chociaż raz w tygodniu!

O co chodzi? Róbcie razem coś, co Wam sprawia przyjemność. Rower, gotowanie, planszówki, bieganie, puzzle, zbieranie znaczków czy wyścigi na to, kto szybciej wypije kufel piwa. Nieważne. Grunt, żebyście naprawdę robili to razem. Żeby była interakcja, rozmowa, śmiech.

4. Wspierajcie się!

Pomocna dłoń jest szalenie ważna w każdej relacji międzyludzkiej. W związku szczególnie. To najprzyjemniejsze poczucie bezpieczeństwa, kiedy wiesz, że możesz na niego liczyć. On od Ciebie też tego oczekuje. Generalnie w związku chyba chodzi o to, by brać tyle, ile się samemu daje. A może i dawać jeszcze więcej nie oczekując nic w zamian? To bardzo indywidualna kwestia. Najważniejsze, by obie strony czuły się ze sobą komfortowo.

5. Rozmawiajcie!

Oj, nie każdy to lubi, prawda? Panowie uciekają od zwierzeń, znikają w swojej jaskini i bardzo często udają, że problemu nie ma. I nie bądźmy tu stereotypowi. Niektóre babki też tak robią. Nie mniej jednak bez komunikacji nie ma relacji. Trzeba ze sobą rozmawiać, a nie tylko do siebie mówić. Milczenie nie załatwia żadnych spraw. Wymiana zdań, argumentowanie wzajemny szacunek i szanowanie odmiennego punktu widzenia – to kluczowe, by uniknąć nieporozumień, tłumionej złości czy frustracji. Nazwijmy to tak – słowa to klucze, które otwierają drzwi z tabliczką „udany związek”.

6. Mówcie sobie komplementy!

Ale jak to? Przecież ona/on wie, że mi się podoba, to po cholerę mam to mówić? Serio tak myślisz? Mam nadzieję, że nie. Czy nie czujesz się lepiej, gdy Twój osobisty facet mówi, że jesteś wspaniała i bosko wyglądasz w tej sukience? Odgarnia Ci grzywkę i chwali, że świetnie sobie poradziłaś? Na pewno wtedy czujesz się lepiej, bardziej dowartościowania, atrakcyjniejsza, pewniejsza siebie, zbudowana…
On też lubi, gdy go komplementujesz. Może się do tego nie przyzna, bo wychowany po męsku nie powie na głos, że również potrzebuje zapewnienia o swojej atrakcyjności. Wiedz jednak, że na to czeka, gdy pochwalisz jego wysiłek na siłowni, danie, jakie przyrządził, fakt  że uporał się z problemem oraz to, że świetnie wygląda w nowych dżinsach.
Bo to żadna sztuka podobać się komuś na początku znajomości. Sztuką jest podobać się nadal, mimo że ten ktoś zna Cię na wylot, z wszelkimi wadami. I wciąż patrzy na Ciebie z zachwytem.

7. Róbcie sobie drobne prezenty!

Bez okazji. A musi być okazja? Serio? Imieniny, urodziny, Walentynki itp.? Tak po prostu, bo ją/go kochasz, bo wiesz o czym marzy lub zrobi się jej/mu najzwyczajniej w świecie miło… Jakież to przyjemne dostać czekoladki w ponury czwartek albo śmieszny podkoszulek w nudny poniedziałek! Bez powodu, tylko dlatego, że chcesz zwyczajnie sprawić radość.

8. Przepraszajcie i dziękujcie!

Magiczne słowa, choć tak oczywiste, najtrudniej jest wypowiedzieć. Szczególnie, gdy włączycie tryb „duma” i zacietrzewieni tkwicie przy swojej racji. Trudno jest się przemóc, ale warto. Dla siebie i dla Was, wyciągnąć rękę, pogadać na spokojnie, przytulić się. Powiedzieć, co komu leży na wątrobie, a potem iść do łóżka. I się godzić. Słowem „dziękuję” można zbudować równie silną relację. Znam kobietę, której facet dziękuje po każdym seksie. Kiedyś tego nie rozumiałam. Dziś sobie myślę, że coś w tym jednak jest… dobrego. Że dla niego taka bliskość to coś wyjątkowego, co może dać mu tylko ona.

9. Miejcie wspólne marzenia!

One scalają Wasza relację. Wtedy łatwiej ciągnąć ten wózek. Nawet pod górę i po kamieniach. To może być mała lub wielka sprawa, o której marzycie. Najważniejsze, by dla Was obojga była równie istotna i motywująca do działania. Przecież związek to trochę jakby gra zespołowa i chodzi o dobro całej drużyny, gdzie ma się wspólny cel, czyż nie? Zacznijcie na początek od zbierania na małą działkę nad jeziorem. Malutką!

10. Rozśmieszajcie się!

Moja przyjaciółka powiedziała mi ostatnio, że jej mąż po kilkunastu latach małżeństwa nadal potrafi ją rozbawić. I uznała, że takie właśnie niby drobnostki cementują ich więź, bo wciąż śmieszą ich te same rzeczy. I chyba jest w tym trochę racji. Śmiech oczyszcza atmosferę, rozluźnia. Miło jest widzieć śmiejącą się Twoją miłość, szczególnie, gdy to Ty ten uśmiech wywołujesz. A przecież chcesz, by Twoja druga połówka śmiała się jak najczęściej i to w Twoim towarzystwie.

11. Dbajcie o Waszą intymność i grę wstępną!

O tym, że seks to cudowna sprawa, nie trzeba nikogo przekonywać. Intymna bliskość, raz czuła i spokojna, innym razem namiętna i szalona. Łóżko to Wasz świat, do którego wstęp macie tylko Wy. I cały ambaras polega nie tylko na tym, by dwoje chciało na raz. Chodzi o to, by znać swoje wzajemne potrzeby, by nadal się pragnąć i chcieć dawać rozkosz tej drugiej osobie. Gdy seks staje się obowiązkiem to sygnał dla Was, że coś się wypala. Trzeba zatem na nowo wzniecać ogień i nie traktować bliskości jak ćwiczeń do wykonania. Tak wiecie, na zaliczenie. Na odwal. Może by tak poświęcić więcej czasu na flirt albo w ogóle zacząć flirtować, umawiać się na randki? Albo grę wstępną rozpocząć już od rana, jakimś soczystym smsem?

To jak? Który krok od dziś wdrażacie? 🙂


Lifestyle

Iluzje uzależnionych. O systemie dumy i kontroli

Poli Ann
Poli Ann
14 kwietnia 2021
Fot. iStock / OcusFocus
 

Każdy powód jest dobry, by sięgnąć po kieliszek. Alkoholik/alkoholiczka zawsze znajdzie pretekst, wymówkę czy usprawiedliwienie. Zwał jak zwał. Takie życie, co poradzić? Nic. W sumie, po prostu trzeba się napić. Tyle.

„To tylko jeden kieliszek, najwyżej dwa”
„Do kolacji, na trawienie”
„Na rozluźnienie”
„Jako nagroda”
„Tylko do smaku”
„Nalali mi, to nie wypada odmówić”
„Awans to pić jest mus”
„Nie chciałem/chciałam pić. Zmusili mnie”
„Dziś ostatni raz. Od jutra biorę się za siebie”
„Wszyscy przecież piją”

I te pe, i te de.

Brzmi znajomo?

Może sama/sam to komuś mówisz albo słyszysz od bliskiej Ci osoby. I myślisz sobie najpierw – racja, przecież to nic wielkiego. Raptem kilka kieliszków. Nikt się nie zatacza. Co najwyżej zamawia taxi i wraca do domu. Elegancko, na szpilkach i garsonce lub markowym garniturze i drogich butach. Następnego dnia budzi się z potężnym bólem głowy, który uśmierza małym piwem. A wieczorem lub kolejnego dnia – znów nadarza się okazja, by się
napić.
W rzeczywistości każdy powód jest dobry, by sięgnąć po kieliszek. Alkoholik/alkoholiczka zawsze znajdzie pretekst, wymówkę czy usprawiedliwienie. Zwał jak zwał. Takie życie, co poradzić? Nic. W sumie, po prostu trzeba się napić. Tyle.

Prawdy i mity

Mitem jest, że od alkoholu uzależniają się tylko i wyłącznie DDA oraz ich rodzina. Można wspomnieć tu nawet o skłonnościach genetycznych, jednak nie oznacza to, że każdy kto z alkoholikiem jest spokrewniony, popadnie w nałóg. Psychologowie podkreślają, że dużą rolę odgrywa tu osobowość. Ludzie, którzy nie radzą sobie z emocjami oraz mają niskie poczucie własnej wartości znacznie częściej się uzależniają. Nie muszą wcale mieć przykładu alkoholizmu w swoim otoczeniu. Mocny trunek pomaga im się uspokoić, zapomnieć o problemie i daje natychmiastowy efekt (w przeciwieństwie na przykład do ćwiczeń fizycznych). Ponadto dodaje im animuszu, kompleksy chowane są głęboko w podświadomości i łatwiej jest się z nimi uporać.

Choroba braku miłości

Szefowa MONAR’u, Jolanta Koczurowska, na podstawie swoich wieloletnich obserwacji stwierdziła, że alkoholikami zostają osoby, które nie doznały ciepła od drugiego człowieka. Alkoholizm określiła mianem choroby braku miłości. Osoba, wiecznie odrzucana w dzieciństwie, dla której rodzice nie mieli czasu, którą krytykowali, wyśmiewali i której potrzeb nie traktowali poważnie, bardzo łaknie uwagi, czuje się gorsza, jest sfrustrowana, nienawidzi siebie za to, że inni jej nie kochają. Nie umie sobie poradzić z ogromem emocji, jakie tej sytuacji towarzyszą. Nie wie, jak odreagować. Alkohol wydaje się być jednym z najszybszych sposobów radzenia sobie z tak olbrzymim stresem i jeśli taka osoba na niego natrafi, może szybko popaść w nałóg. Czy uzależnia się od razu? Nie, ale zauważa spokój, jaki osiąga po spożyciu. Czuje się pewniej, na miejscu złości pojawia się bagatelizacja problemu i radość, której wcześniej nie był stanie doświadczyć. Dlatego zaczyna traktować alkohol jako pocieszyciela i chusteczkę na otarcie łez, będąc jednocześnie silnie przekonanym o tym, że to chwilowe działanie, nad którym całkowicie panuje.

Świat iluzji

Osoba uzależniona zaczyna żyć w swoim własnym świecie – świecie iluzji, gdzie sama projektuje sobie swoją rzeczywistość wypełnioną procentami lub innymi substancjami uzależniającymi. Wszystko kręci się wokół picia (ćpania, seksu, brania leków itp.) i znalezieniu do tego pretekstu, a im mniej ta okazja zależna od niego (w jego mniemaniu oczywiście) tym większe przyzwolenie na to, czego tyle razy obiecywał sobie już nie robić.

Współczesny uzależniony to bardzo często osoba wykształcona, z pozycją zawodową, niekoniecznie samotna. Matka, ojciec. Córka, przyjaciółka. Czyjś brat lub kumpel. Osoby zdrowe szukają innych rozwiązań. Czytają książki, uprawiają sport, gotują, medytują, robią na drutach, majsterkują. Znajdują taką aktywność, która pozwoli im zapomnieć o troskach, daje satysfakcję oraz uspokaja, jednocześnie nie zostawiając wyrzutów sumienia ani przeświadczenia o swojej beznadziejności.
Chory, bo alkoholizm to choroba, nie potrafi znaleźć zamiennika. Wydaje mu się, że ukojenie da mu jedynie ta substancja (alkohol, narkotyk, papieros, lek itp.), która urasta do roli nadrzędnej w jego życiu. Staje się celem w samym sobie. Alkoholik nie zawsze pije na umór i nie wpada w tak zwane ciągi. Alkohol spożywa codziennie lub kilka razy w tygodniu. Tworzy otoczkę, w której wnętrzu czuje się bezpiecznie. Alkohol uprzyjemnia mu ten stan. Jest tylko drobnym dodatkiem. „Och, to nic wielkiego. Tu piwo, tam drink, wino czy tequila. Innym razem rum czy whisky. Życie trzeba smakować.” – szybko znajduje usprawiedliwienie pędząc w kolejny dzień, pełen stresu, który
będzie trzeba jakoś zredukować. A jeśli do tego dochodzą ukryte negatywne emocje, które, choć są niewidoczne, kierują taką osobę w niebezpieczne rejony. Dziś to będzie tylko lampka koniaku. Jutro dwie…

Duma

Gdy delikatnie w głowie osoby uzależnionej zaświeci się czerwona lampka to od razu ją zgasi wyraźnym obruszeniem włączając tryb – „duma”. Przecież on/ona kontroluje to picie. Pije, bo chce, a nie musi. Nie trzeba robić afery! Nie jest brudnym pijakiem. Wie, co robi i w każdej chwili może przestać. Umie się bez tego obejść. Po prostu pojawiają się okazje i nie zawsze można odmówić, prawda? Dumnie obraca się na pięcie myląc swoje oburzenie z mechanizmami obronnymi.

Wszystkie te usprawiedliwienia mają na celu samoobronę przed przyznaniem się do tego, że jest się alkoholikiem. Uzależniony, choć nieświadomy jeszcze swojej choroby, broni się na wszystkie możliwe sposoby. Najpierw delikatnie, żartem, uśmiechem, zbyciem. A im ktoś bardziej uparty, tym ostrzejsza obrona. Wyrazy typu alkoholik, choroba, klub AA wywołują złość, frustrację lub nerwowy śmiech. Chory bowiem, schowany w swojej iluzji, nie
przyjmuje do wiadomości bodźców ze świata zewnętrznego. Żyje w swojej bańce. Tam mu dobrze. Inni mu tylko przeszkadzają. Przecież nie ma żadnego problemu. Da radę funkcjonować bez żadnych trunków, a gdy okazuje się, że nie, to nawet sam przed sobą się nie przyzna, iż przekracza to jego możliwości. Neguje, minimalizuje, obwinia innych, usprawiedliwia siebie, koloryzuje i twardo obstaje przy tym, że od jutra rzuci picie. Spirala się nakręca, porusza się coraz szybciej, ale chory wciąż tego nie widzi. Nadal żyje w swojej iluzji mając przekonanie, że to całe otoczenie się sprzeniewierzyło przeciw niemu. Jest tak silnie przekonany o swojej racji, że wciąga w swój świat najbliższych. Niekoniecznie pijąc z nimi, manipulując. Bawiąc się, zrzucając na nich winę za własne picie, uzależniając atmosferę w domu od własnego humoru. Krzywdzi tych, których kocha najbardziej. Wie, że oni nie zrobią mu krzywdy.

Mechanizm działania alkoholika jest na pozór dość skomplikowany. W rzeczywistości sprawa jest dużo prosta. Musi pić, nieważne jakim kosztem. Najważniejsze to zaspokoić niesłabnące łaknienie, spowodowane chęcią stłumienia emocji, z jakimi sobie nie radzi, których nie rozumie i nie potrafi nazwać. Nie jest w stanie także znaleźć środka zastępczego na ukojenie bólu. Każda zaproponowana forma (spacer, medytacja, modlitwa, sport, techniki relaksacji) wydaje mu się śmieszna, tym bardziej, że jest przekonany o swojej silnej woli i umiejętności
zaprzestania picia w każdym momencie.

Co dalej

A jak się ma do tego profilaktyka uzależnień? Ważne jest, by nie tworzyć atmosfery strachu. Najważniejsza jest rozmowa oraz nauczenie osób, przejawiających skłonność do uzależnień, wyrażania swoich emocji, szczególnie negatywnych tj. smutek, bezradność, żal, złość, rozgoryczenie. Istotne jest uświadomienie im, że mają do nich prawo i wcale nie oznacza to ich słabości. Chodzi jednak o to, by wiedzieli, jak postępować, jeśli będą je odczuwać i
znaleźli zdrowy sposób, który pomoże im się ich pozbyć.

Alkoholik nie pokocha siebie od razu, nie wyleje zawartości butelki, jeśli ktoś mu każe. On musi nauczyć się siebie akceptować, ze swoimi wadami i słabościami. Musi zrozumieć swoje postępowanie, nazwać emocje, jakie nim targają, nauczyć się z nimi żyć, wiedzieć jak się kontrolować i – zaakceptować pomoc innych. Musi spojrzeć sobie w twarz i przyznać się do choroby, przed sobą samym, rodziną i na forum grupy wsparcia (jeśli na takie spotkania
chodzi). By móc normalnie funkcjonować często musi pracować z psychologiem, by zrozumieć swoje motywy, pokonać własne demony i na nowo zbudować pewność siebie.

Zdarza się też, że osoba uzależniona potrafi na trzeźwo świetnie funkcjonować tylko w ośrodku leczenia uzależnień. Jest doskonale przygotowana teoretycznie, sprawia mylne wrażenie osoby gotowej na opuszczenie ośrodka, w rzeczywistości jednak poza nim nie jest w stanie pohamować chęci sięgnięcia po kieliszek. Osoby mające silne efekty odstawienia mogą prezentować reakcje i zachowania zagrażające ich zdrowiu i życiu, stąd też ważne, by osoby wspierające chorego wiedziały jak zachować się w takiej sytuacji. Czasem bez hospitalizacji się nie obejdzie.

Wychodzenie na prostą to dla osoby uzależnionej katorżnicza praca, wędrówka bardzo kamienistą drogą, bolesna, z wieloma zakrętami, jednak możliwa. Należy jednak pamiętać, że opuszczenie świata iluzji jest długim procesem i całkowite wyjście stamtąd nie jest możliwe. Alkoholikiem bowiem jest się przez całe życie.


Lifestyle

Zanim znów napiszesz test za swoje dziecko, zastanów się, czy jego oszukana szóstka, to tak naprawdę nie Twoja prawdziwa jedynka

Poli Ann
Poli Ann
17 marca 2021
Fot. iStock

Jestem mamą od dziesięciu lat, kochającą swoje dziecko ponad wszystko. Jestem nauczycielką, od hmm… można powiedzieć nawet i piętnastu lat, bardzo lubiącą swoją pracę.

Dlaczego o tym piszę? Bo w trwającej już ponad roku sytuacji pandemicznej doskonale rozumiem rozterki jednej i drugiej strony. Wiem, co to znaczy siedzieć po kilkanaście godzin przy komputerze, jako belfer i po kilka jako rodzic.

Początki były trudne, dla wszystkich bez wyjątku. Czy dziś jest lepiej? Nie wiem, nie mnie oceniać. Na pewno jestem zmęczona w każdej roli, i jako matki, i jako nauczyciela. I zapewne jak zdecydowana większość z Was marzę o powrocie do normalności. Do kontaktów z ludźmi bez obaw zarażenia, do swobodnego przemieszczania się, robienia zakupów, wyjazdów. Tego potrzebuję jako człowiek.

Jako belferka tęsknię za rozmowami z moimi uczniami twarzą w twarz, o szkole bez obostrzeń, które i tak bardzo trudno wprowadzić w życie pracując z dziećmi. Tęsknię za tradycyjnym nauczaniem, bo widzę, że to które uprawiam teraz z przyswajaniem wiedzy często nie ma nic wspólnego. I wiecie co? Jestem świadoma swoich ograniczeń i być może niedoskonałych metod pracy. Niemniej jednak ręce mi opadają, gdy orientuję się, że prace uczniów nie są samodzielnie. I nie mówię tu o ściąganiu. Dzieciaki mają możliwość to sobie radzą, czasem w życiu trzeba pójść na skróty. Czy warto? To już ono im pokaże. W tej kwestii jestem w stanie uczniów zrozumieć. Pewnie też bym ściągała (z fizyki i chemii szczególnie:)

Co mnie jednak dobija?  To postawa rodziców. Nie wszystkich oczywiście. Mówię tu o wyjątkach, niechlubnych niestety. Na litość boską, przecież znam swoich uczniów (nie tylko wychowanków), głupia nie jestem i w mig się orientuję, że sprawdzian na przykład był pisany przez dzieciaka ze wspomaganiem. I to takim turbo! I to nie co któryś test (bo a nuż, widelec dziecko naprawdę pojęło coś trudnego), lecz każdy! Szóstka goni szóstkę, błędów nie ma żadnych. Nic a nic, a to samo dziecko wzięte do odpowiedzi (nie na ocenę, podkreślam) nie jest w stanie powiedzieć mi najprostszej rzeczy nawet mając podręcznik przed nosem. I wiem, że taki uczeń potrzebuje nakierowania, podpowiedzi i owszem musi mieć szansę na sukces. I prawidłowo, każdy dzieciak powinien ją mieć i sukces ów odnosić. Ale do cholery jasnej, pracując samodzielnie, a nie z rodzicem u boku, który zadanka rozwiąże za swoją latorośl zapewniając mu same celujące. I kto tu jest głupkiem ja się pytam? No przecież nie uczeń. I pozwalam sobie użyć mocnego przymiotnika o nacechowaniu wysoce pejoratywnym (wszak głupek brzmi małostkowo).

Drogi Rodzicu, czy Ty naprawdę myślisz, że pomagasz swojej latorośli? Że w ten sposób wyposażasz ją w odpowiednią wiedzę? Że sprytnie omijasz system?

A czy pomyślałeś co się stanie z Twoim dzieckiem, które wróci do ławki szkolnej i bez Twojej pomocy samo nie napisze nic? Rozważałeś jego samoocenę, która drastycznie spadnie, gdy wcześniejsze szóstki zastąpią dwóje? Czy w życiu nie chodzi o to, by doświadczać i sukcesów, i porażek (przecież z tych ostatnich wyciągamy naukę)? Czy nie po to mamy pisklaka, by samodzielnie wyfrunął z gwiazda i poleciał w wielki świat? I sobie w nim poradził bez Twoich skrzydeł? Ja wiem, że nauczanie zdalne wywołuje w nas-rodzicach silny instynkt opiekuńczy. Najchętniej sami byśmy usiedli do kompa i zrobili wszystko za dzieciaka. Oj kusi, kusi. Jak cholera! Ja na dodatek dysponuję testami, które pisać będzie moje dziecko i jakoś nie pokazuję jej ich przed sprawdzianem. Wyrodna matka, nie? No Ludzie Drodzy, przecież dzieciak w szkole do tej pory jakoś funkcjonował bez Waszej pomocy!!! Pisał te testy i kartkówki. I zapewne jeszcze je tradycyjnie pisać będzie. Takie życie.

Moja dziesięcioletnia córka wygania mnie z pokoju, gdy ma lekcje. Ledwo herbaty mogę sobie zrobić. Nawet gdybym chciała ją wyręczyć to ona na szczęście mi nie pozwoli.

Jakoś żyjemy tak od roku, ona i ja. Uczennica i córka. Nauczycielka i matka.

Idealnym rodzicem nie jestem. Wciąż uczę się, jak być dość dobrą mamą. Jedno wiem, chcę na świat wypuścić jednak samodzielne pisklę, które poradzi sobie beze mnie, a gdy będzie w potrzebie przylecę, by mu pomóc, a nie będę holować lub trzymać w gnieździe, aby zły świat go nie daj Boże nie skrzywdził. Nie tędy droga Kochani! Więc Drogi Rodzicu zanim kolejny raz usiądziesz do komputera, by z dzieckiem lub co gorsza za dzieciaka napisać test, zastanów się, czy jego oszukana szóstka to tak naprawdę nie Twoja prawdziwa jedynka. I jak dotarło?