Kariera Psychologia

„Najbardziej bałem się, że już zawsze będę nikim. Facet musi mieć pracę. Przed załamaniem uratowała mnie żona”

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
23 stycznia 2016
Fot. iStock / OcusFocus
 

Na początku zadziwiła mnie cisza. Że jest głośna. Taki dom, na przykład. Słyszałaś kiedyś jak on hałasuje? Deski na strychu skrzypią, woda w rurach bulgocze, piec stęka, a lodówka… Lodówka to kakofonia dźwięków. Siedziałem na kanapie i zatykałem uszy. Dom mnie atakował. Człowiek bez roboty staje się dziwny.

„Bardzo mi przykro, musimy się rozstać. Naprawdę doceniamy pana wkład w firmę…

To zupełnie jak w amerykańskim firmie. Przychodzisz do pracy, proszą cię do pokoju. Na stole leżą tylko dwie odwrócone karki. Tylko, że zamiast pani od HR obok mojego szefa siedziała pani prawnik. Dobrą miałem umowę. Ale jak chcesz kogoś zwolnić, zawsze znajdzie się powód. Sam zwalniałem, wiem jak to działa.

Czułem, że coś nie gra. Korporacja duża, międzynarodowa, jedna z większych w Polsce. Cały czas zmiany, ciśnienie, rozliczenia, podnoszenie poprzeczki, cele, budżety do zrealizowania coraz bardziej kosmiczne. Patologia, na rynku kryzys, a oni cisną i cisną. „Może nową planetę odkryjemy? Mniej więcej taki sam wysiłek będziemy musieli w to włożyć?” rzuciłem kiedyś przy prezesie.

Już wtedy miałem straszny wkurw.

Jest taka różnica między młodymi (tymi w takcie studiów i zaraz po), a starszymi (przed czterdziestką). Ci pierwsi zrobią wszystko. Za 3 –4 brutto zrobią ci każdy wynik i przy okazji przegryzą aortę. No i nie muszą spać.

Człowiek przed czterdziestką zaczyna myśleć o życiu: ile godzin spędzam w firmie? Ile robię w domu? Co to jest wolność? Czy jeszcze ją pamiętam?

Żonie mówiłem: „Chciałbym wybudować chatę w Bieszczadach”. Złościła się. Dzieci muszą do szkoły, ona nie będzie mieszkać tak daleko. A nie chodziło nawet o te Bieszczady, chodziło o wizję wolności. Poranki, góry, przyroda.

Wolnych poranków nie miałem od lat, najbardziej znałem zapach klimatyzacji. Tak, sport pomaga. Ale nie załatwi wszystkiego. Marzyłem o wolności. Że o 8.40 nie będę stał wściekły w korku, tylko wypiję kawę patrząc na góry.

Ale jednak byłem w szoku, że mnie zwolnili. Głupi kut*s, mój szef. Zjadł i wypluł. Ileś lat odbierałem pochwały, a potem idziesz z tą kartką, skrzynka mailowa wyłączona,pracownicy patrzą ze współczuciem. Nienawidzę współczucia. Kojarzy mi się z litością.

Ale pomyślałem: „olać”.

„Rany, jak to? Boże, jak my damy radę. Po co kupowaliśmy tak duży dom!”

Gdy jesteś pracoholikiem, facetem, który głównie zarabia na dom, czujesz cholerną odpowiedzialność. To jest tak jakby ci położyć na plecach wielki ciężar i kazać nosić. Śniły mi się budżety, zebrania, szkolenia. Byliśmy z żoną w pętli. Oboje dobrze zarabialiśmy, pomagaliśmy rodzicom, rodzeństwu, kupiliśmy dom. Kredyt we frankach. Gdy to zrobiliśmy mówiło się, że frank to najbezpieczniejsza waluta. Kredyt nisko oprocentowany, wiadomo. Ale i tak odkładałem część pieniędzy. Ojciec był hazardzistą. Jedyne czego w życiu się boję to braku oszczędności.

Ale i tak, okazało się, w jakimś sensie hazardzistą byłem. Trzeba być porypanym, żeby wierzyć, że wiecznie będzie się zarabiać 16 tysięcy netto, mieć służbowy samochód, karnety na siłownię, i pakiet zdrowotny dla całej rodziny.

Żona lubi czuć się bezpieczna. Z jednej strony złościła się, że dużo pracuje, z drugiej nie znała mnie innego. „Kocham twoją ambicję, pasję” powtarza. Nie winię jej. Jej ojciec z kolei chlał. Szukała we mnie odpowiedzialności, a ja jej chciałem to dać.

„Musisz być odpowiedzialny, inaczej skończysz jak ojciec”

To było jakoś w liceum. Poszedłem na wagary, podrobiliśmy z kumplem podpisy na usprawiedliwieniu, sprawa się wydała. Matka wróciła z zebrania. Stanęła w drzwiach pokoju. Wyglądała tak krucho, była przygnębiona. „Zawiodłeś mnie” powiedziała. Nic więcej. Zemdliło mnie. Nie chciałem być jak mój ojciec. Zawodzić.

Znów czułem, że zawiodłem. Żona siedziała z kartką, zaczęła przeliczać na czym musimy oszczędzać, dostała histerii. Była w tym nieracjonalna i nieobliczalna. Była zła. „Będzie dobrze” mówiła.

A potem wpadała do domu i rozliczała mnie z tego co zrobiłem. Nie posprzątane, nie pozmywane. „Co ty, k…, robiłeś?”

Nic nie robiłem. Siedziałem na kanapie. Na niej toczyło się moje życie. Na początku odbierałem i wysyłałem maile, wiadomości na Facebooku, pocieszenia od znajomych, obietnice, że zaraz coś dla mnie znajdą, z kimś mnie umówią. Nic.

Wysłałem 200 CV, na większość ofert nikt nie odpowiedział. Na kilku spotkaniach usłyszałem, że mam za wysokie kwalifikacje, na kilku innych za masę obowiązków zaproponowano mi taką stawkę, że po prostu odpadłem. „Co to, k…, za czasy?!” mówiłem żonie.

„Dajesz stary radę?”

Kiedyś lubiłem maj. Zapowiedź lata, długie wieczory. Spędzałem go aktywnie. Przebierałem się jeszcze w biurze, i pędziłem na rower albo siłownię. Czasem po prostu biegiem wracałem do domu. W zdrowym ciele zdrowy duch. Tak, gdy urodzili się moi synowie też aktywnie spędzałem wieczór. Wystarczyła godzina. Z potem wypływały emocje. Pierwsze kroki to była furia. Ci ludzie durni, klienci, korki, wrzeszczące dzieci w domu. Kochałem je, ale czasem się tego nie dało znieść. Żona też zatykała uszy. Gdy wracałem z biegania, prysznic i stawałem się ojcem idealnym. Noszenie, masowanie brzuszków, bujanie, śpiewanie. Miałem luz.

Po trzech miesiącach bez pracy nie byłem w stanie się ruszyć. Nie miałem sił. Przerzucałem tylko kanały, odkryłem w internecie dobre seriale. Dzień mylił mi się z nocą, w nocy oglądałem, rano odwoziłem synów do przedszkola, i kładłem się spać. Wstawałem, szedłem po nich.

Przestałem wychodzić do znajomych. Ludzie, przepraszam, ale naprawdę pier**lą na spotkaniach o głupotach. Kto jaki biznes robi, z kim, ile zarobił, jakie ma plany. Zachwyty robotą albo narzekanie na robotę. Jeszcze pier**lą o dzieciach czasem. Jak ludzie w zasadzie ze sobą wytrzymują? Tego się nie da znieść. Po kilku piwach było to znieść łatwiej, ale ja za alkoholem nie przepadam. Męczyłem się.

Tak, wiem, kiedyś byłem taki sam. Szczur w labiryncie, korpoczłowiek, człowiek uwikłany w system. Wylądowałem jednak na planecie bezrobocie. Mówienie o tym było ponad moje siły, pytania, rady, przyjacielskie kuksańce. I oczywiście te wszystkie obietnice.

Po co człowiekowi praca? Żeby nie umrzeć, nie zwariować. Bez niej nagle okazuje się, że możesz być nikim.

Czułem się nikim. Podziwiałem żonę. Była kimś.

„Zaopiekuj się dziećmi, to też może być fajne”

Podziwiam kobiety. I nie dziwię się, że niektóre wpadają w depresję. Czują się nikim, tęsknią za pracą, chcą zmiany, tyją z nudów i frustracji.

Od siedzenia w domu przytyłem 10 kg. Tęskniłem za adrenaliną, koncepcyjnym myśleniem, nawet wkurw**niem, że mam dużo. Miałem dzieci. Nie ogarniałem tego wrzasku, krzyków, próśb o zabawę.

Bawiłem się, ale byłem daleko.

Najbardziej bałem się, że już zawsze będę nikim. Tak to odbierałem. Facet musi mieć pracę, bo jest kimś.

Cele musi mieć. Ambicje. Co to jest za facet bez ambicji? Wciąż miałem ambicję. Nie miałem mocy.

Z gówna wydobył mnie kumpel, po którym nigdy bym się nie spodziewał. Zaproponował współpracę przy ogromnym projekcie.

Z gówna wyciągnęła mnie żona. Swoją siłą, mocą i uczuciem.

Zbieram się bardzo powoli. Bezrobocie to lęk przed ludźmi. Wyjście do centrum handlowego staje się wyzwaniem. Centrum wszechświata to jest kanapa, wyprawa to przedszkole.

Chciałbym powiedzieć wszystkim, którzy mnie wtedy olali, że to jednak słabe jest. Że najmilsi jesteście jak coś chcecie, jak może ktoś wam coś załatwić. Kolacyjki, obiadki i lizanie dupeczki. Tracisz władzę, zostaje nikt. Garstka.

Serio, słabe to czasy…. Ale o tym się może przekonać tylko ktoś, kto nie ma innym nic do zaoferowania.


Kariera Psychologia

Po co nam właściwie wstyd? Czy łatwiej wstydzić się nam za innych, czy za siebie? Dlaczego wstydzimy się wstydzić?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
24 stycznia 2016
Fot. iStock / Hramovnick
 

„Powinieneś się wstydzić”, „Hahaha ale się czerwienisz”, „Nie jest ci wstyd?” – kto z nas nie słyszał tych słów, czy to skierowanych do nas samych, czy do kogoś w naszym towarzystwie. Wstyd to trudna emocja, to emocja, której często nomen omen się wstydzimy. Często przeszkadza nam w życiu, blokuje przed podjęciem działań. Czy ma jakiekolwiek pozytywne aspekty? Jak sobie radzić z nadmierną wstydliwością i jak wstyd pozytywnie wpływa na nasze społeczne relacje rozmawiamy z Pawłem Malinowskim – psychoterapeutą.

Ewa Raczyńska: Po co nam wstyd? Do czego potrzebna jest nam ta emocja?

Paweł Malinowski: Tu sobie pozwolę na dłuższe wyjaśnienia. Ostatnio jest trochę nowych badań nad wstydem. Z perspektywy neurobiologii i teorii przywiązania wygląda to mniej więcej tak: wstyd to emocja hamująca, której przeżywanie staje możliwe od około 18. miesiąca życia. Hamująca w takim sensie, że jakiś rodzaj pobudzenia innego emocjonalnego jest wytłumiany za pomocą wstydu. Jakby zakrywany. Stąd być może powiedzenia, jak “okryć się wstydem”. Początkowo, w relacji rodzica z małym dzieckiem, wstyd jest emocją chroniącą dziecko przed utratą harmonii w relacji. To znaczy pozwala mu wytłumiać reakcje, które powodują naruszenie relacji z opiekunem, np. wywołujące jakiś rodzaj dystansu, niechęci w reakcji opiekuna.

Później wstyd pojawia się, kiedy robimy rzeczy narażające nas na domniemaną lub realną utratę akceptacji w jakiejś grupie społecznej, albo ze strony pojedynczej osoby. Czyli rzeczy, które naszym zdaniem tak zmieniają obraz naszej osoby w oczach innych, że grozi nam odtrącenie (np. przez wyśmianie czy lekceważenie). Sednem sprawy nie jest tu więc robienie rzeczy powodujących realną krzywdę, tylko z jakiegoś powodu niechcianych, odrzucanych (ze względu na obyczaj, normę społeczną czy nastawienie subiektywne jakiejś osoby). Z wyrządzaniem krzywdy zwykle bardziej związane jest poczucie winy, ale u wielu osób uczucie winy i wstyd mieszają się. Co przysparza często dodatkowych kłopotów. Jednak sama zdolność do odczuwania poczucia winy jest późniejsza rozwojowo, pojawia się pomiędzy 3. a 6. rokiem życia, kiedy rozwija się nasza zdolność do dostrzegania własnego sprawstwa oraz pamiętania historii własnych działań w czasie.

Wstyd zatem, pierwotnie służący regulowaniu przez dziecko zestrojenia z opiekunem, przeradza się z wiekiem w mechanizm regulujący funkcjonowanie w grupie społecznej (zestrojenie z grupą społeczną) – dostarcza szybko informacji o przekroczeniu (lub ryzyku przekroczenia) normy obowiązującej w tej grupie, pojawia się szybciej niż świadoma myśl. A oprócz tego informuje nas o posiadanej pozycji w tej grupie, i prawdopodobnej wartości obrazu własnej osoby w danej grupie społecznej.

Wstyd może niestety wzbudzać się zbyt łatwo, bez istotnych powodów znacznie ograniczając swobodę i aktywność danej osoby. Wzbudza się tym łatwiej im bardziej różni się nasze przekonanie o tym jacy jesteśmy, z naszym założeniem jacy powinniśmy być, czy jak się zachowywać.

Przeciwieństwem wstydu jest duma.

Wstyd jest jednak piętnowany od najwcześniejszych lat. Najpierw słyszymy: „Wstydź się”, a później wyśmiewają nas, kiedy ze wstydu np. czerwienimy się.

Kiedy słyszymy „wstydź się” to my jesteśmy piętnowani, a sam wstyd jest dobry. Potem nie podoba się, kiedy przeżywamy wstyd. To tak, jakby ktoś najpierw widział w nas zbyt dużo swobody, a potem zbyt dużo ograniczeń, za małą śmiałość. Sprzeczne oczekiwania to niestety chleb powszedni.

Słyszymy też: „Wstydzę się za ciebie”, Nie wywołuje to żadnych dobrych emocji.

„Wstydzę się za ciebie” to dwie wiadomości, z jednej strony identyfikuję się z tobą i przeżywam emocje w twoim imieniu, z drugiej daję do zrozumienia, że też powinieneś się wstydzić. Chcę wzbudzić w tobie emocję hamującą, bo nie mam lepszego pomysłu jak wpłynąć na zmianę twojego zachowania. Zachowania, które mnie wprawia w zakłopotanie, kiedy jestem jego świadkiem.

Czy mylimy wstyd z nieśmiałością?

Wydaje mi się, że nieśmiałość jest bliska wstydu. To bardziej zachowanie, a wstyd bardziej uczucie. Nieśmiałość może być zachowaniem pomagającym unikać większego wstydu, niż ten, który już się pojawił w nas i prowadzi do nieśmiałości. Kiedy z powodu nieśmiałości nie przyjmę propozycji występu na scenie to unikam sytuacji, w której spodziewam się większego wstydu. Tak samo, jeśli nie zdecyduję się odezwać do kogoś z powodu nieśmiałości, unikam większego wstydu, który spodziewam się poczuć, gdybym się odezwał.

A wstyd może być pozytywną emocją? Wzmacniającą, budującą?

Wzmacniającą – nie wiem. Może być przydatną emocją, kiedy dostosowuje nas do jakichś ważnych obyczajów społecznych, których naruszenie naprawdę narobiłoby nam kłopotów. Na pewno nie jest to wstyd, który ogranicza nam angażowanie się w sensowne przedsięwzięcia.

Dlaczego wstydzimy się wstydzić?

Kiedy wstydzimy się czegoś i wstyd powoduje ograniczone możliwości, nieporadność w jakiejś sprawie, a we własnej ocenie chcielibyśmy być sprawni, móc to robić. Wtedy pokazywanie wstydu to pokazywanie tej nieporadności, która – wydaje nam się – będzie źle odbierana w oczach innych. Bez zrozumienia, tylko z krytycznym nastawieniem. Im bardziej spodziewamy się za to mocnej uogólnionej krytyki, tym bardziej możemy wstydzić się, że się wstydzimy. Czasem jednak chodzi o sam wstyd, jako uczucie wyrażające słabość, bez względu na to jakiej sytuacji dotyczy.

Można pokusić się o stworzenie listę rzeczy, z powodu których się wstydzimy?

Przypuszczam, że najczęściej prezentowania czegoś swojego przed innymi, zwłaszcza przed grupą osób albo przed osobą wyżej w hierarchii albo o wyższych, naszym zdaniem, kompetencjach. Ludzie często wstydzą się też, niestety, krzywd, których doświadczyli, zwłaszcza molestowania. Tak, jakby brali cudzy wstyd na siebie, jakby to, co im zrobiono, określało w zły sposób ich, a nie tych, którzy byli sprawcami. Czasem wstydzimy się zdrady, kiedy mniej rolę gra empatia, a bardziej ryzyko utraty dobrego obrazu siebie w czyichś oczach. Nagości wstydzimy się zwykle, przynajmniej w sytuacjach publicznych. Różnych swoich cech, np. elementów swojego wyglądu – to doskwiera wielu kobietom w naszej kulturze, bo obiegowe wzorce wyglądu są bardzo sztucznie wykreowane i trudno im sprostać. Zresztą, można się wstydzić czegokolwiek, odgłosu robienia siku, przypalenia ciasta, obgryzionych paznokci.

Łatwiej nam wstydzić się za kogoś niż za siebie? 

To indywidualna cecha. Niektórym łatwiej za siebie, innym za innych. Jeśli za innych, oznacza to szczególną zdolność do nieświadomej identyfikacji z drugą osobą robiącą coś niestosownego czy nieporadnego naszym zdaniem. Jakbyśmy na chwilę stawali się nią, przeżywali jej sytuację. Takie za małe poczucie odrębności, chwilowe zacieranie się granic psychicznych, może narażać nas niepotrzebnie na nieprzyjemne uczucia. Zwłaszcza, jeśli dzieje się to nawykowo i nie umiemy regulować, na ile chcemy w tej identyfikacji pozostać, a na ile już się odróżnić. Trochę podobnie jak przeżywając coś w imieniu bohatera w filmie, który oglądamy.

Jestem mało rozmownym, bo „jestem wstydliwy”, a może nie mam nic do powiedzenia? 

Kiedy często przeżywamy wstyd, ktoś może uznać nas za wstydliwych. Wstydem można się zasłaniać jak wszystkim innym. Ale też często wstyd jest realną barierą, nie do przejścia dla danej osoby bez pewnej pracy nad sobą. Może wstyd nie pozwala mu mówić, bo źle ocenia to, co przychodzi mu do głowy i auto-cenzuruje. I może nawet z tego powodu cierpi, ale nie jest w stanie przeciwstawić się własnemu wstydowi. Podjąć z nim skuteczną polemikę. A może nie mówi, bo nie ma nic do powiedzenia. Obie wersje są możliwe.

Jak radzić sobie ze wstydem

Budować niezależność realistycznego oglądu sytuacji i formułowania własnych opinii na podstawie obserwacji i wiedzy, a więc zdolność decydowania samemu o tym, czy jest czego się wstydzić. Tak, żeby nasze wewnętrzne szablony myślowe niosące krytykę nie decydowały za nas. Żeby te komentarze myślowe oceniające nas samych, które pojawiają się automatycznie i występuję przeciwko nam, odbierając nam poczucie zaufania do siebie i akceptację, straciły swój niesłusznie posiadany autorytet. Żeby przestały brzmieć tak wiarygodnie w naszej własnej głowie, jak coś co przekazuje prawdziwe informacje. Żeby stały się głosem przebrzmiałym, z którym już nie musimy się specjalnie liczyć, bo ufamy swojej zdolności do oglądania świata i wyciągania wniosków. Czyli, żeby te sztywne samokrytyczne przekonania, nie mające nic wspólnego z procesem myślenia, trafiły na swoje właściwe miejsce w przestrzeni naszego umysłu.


Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Paweł Malinowski, certyfikowany psychoterapeuta PTP, prowadzi psychoterapię indywidualną i grupową, a także warsztaty umiejętności psychologicznych, w tym warsztaty „Natura złości – czyli kiedy złość niszczy, a kiedy buduje” w Laboratorium Psychoedukacji w Warszawie.


Kariera Psychologia

Jest takie miejsce w mózgu mężczyzny pełne… niczego. Kobieto, wyjdź z tej głowy!

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
23 stycznia 2016
Fot. iStock / sunemotion

Miałam w zwyczaju żyć w głowie. Wchodziłam tam z rana, kawa, gazetka i ten nadajnik! Wiecznie włączony, wiecznie komentujący, mózgogadacz niestrudzony. A jaki kreatywny to był świat! Z małej tyci tyci spraweczki potrafił wystrugać myślowego King Konga, który potem szarżował po neuronach jak jakiś psychicznie chory monster. I dawaj! Rozpierducha na całego! Bo w tym, zdaje się, się specjalizował.

Wszystko oczywiście zależało od tego, która półkula go wykreowała, a konkretniej, z której szuflady w głowie wypełzła tycia spraweczka.

Jeżeli z szuflady „kontrolującej zołzy” to wpadałam w szał na myśl o tym, że mąż, bez uprzedniej formalnej aplikacji, pełnej konsultacji i zgody, pojechał po pracy naprawiać kumplowi komputer. Mąż przy tym szczyci się tym, że nie pije, nie bije, nie szwęda się, a więc jak pojechał naprawiać komputer, to pojechał naprawiać komputer. Sprawa prosta. Zdrowa kobieta powie: jasne kochanie, pozdrów Zdziśka. Kobieta, która żyje w głowie i otwiera te wszystkie szuflady ze sportowym wręcz zapałem i która choćby i przez straszny przypadek uwolni kontrolującą zołzę, taka kobieta…. nie powie nic. W każdym razie nie od razu. Najpierw bowiem zazieje ogniem w zaciszu łazienki, zaleje łzą pół chałupy, po czym solidnie się przygotuje do druzgoczącego monodramu, który brawurowo odstawi po męża powrocie. Facet, rzecz jasna stanie jak wryty. Po pierwsze dlatego, że przecież tylko komputer Zdziśkowi naprawiał, po drugie dlatego, że pomiędzy tym faktem i krzywdą tą straszną od której kobieta tak ubolewa, związku przyczynowego nie widzi. I chyba go za to nawet winić nie można! A to już prawie zakrawa na koszmar!

Przeczytałam gdzieś dnia pewnego, albo może nawet i video obejrzałam[1], o tym że kobiety i mężczyźni, w głowie mają jakby różnie.

Oni w czaszkach, no bo nie w rzeczywistości przecież, porządeczek mają jak ta lala. W pudełeczkach wszystko pięknie posegregowane, ty w jednym, teściowa w drugim, kumple w kolejnym, praca w następnym, hobby w jeszcze innym… pudeł tyle ile spraw w życiu faceta. Pięknie poukładane, a pomiędzy nimi obszerne ścieżki. Nie ma szans na spraw zazębianie się, a zatem teściowej facet z hobby nie pomiesza, nie ma takiej możliwości. Jest jeszcze jedno pudło w głowie faceta, takie przez niego najbardziej  ukochane. Nothing Box się nazywa i jest pełne… niczego. Piękne, puste pudło, w którym nie ma absolutnie nic. Łatwo jest przy tym ustalić kiedy facet w nim siedzi, bo jest zazwyczaj nadmiernie zadowolony, zrelaksowany, najczęściej na rybach od 4 godzin albo przed telewizorem z pilotem w łapie na 42 kanałach jednocześnie. Czysta, męska kwintesencja.

To pudło ostatnie, z powodów oczywistych, mężczyzna ochrania jak może przed pazerną i wścibską kobieta. A kobieta jak to ona, z każdej strony wleźc w pudło chce. Więc jej facet tłumaczy z lekka poirytowany:
nie próbuj kochanie do pustego pudła wchodzić.
Ale dlaczego misiaczku mój miły?
– Jakże dlaczego?!
 – Jeszcze bardziej się irytuje! – Bo jak mi wejdziesz do pustego pudła, to pudło puste już nie będzie!

Fakt! Rację chłop ma. Czy tego chcesz czy nie, kobieto.

Reasumując, mężczyzna prosty jest jak zwierz. Finezji nie ma! Powie kobieta, która w głowie ma jak w torebce. Burdel na kółkach choć jak dla niej to całkowicie do rozpracowania.

Mózg kobiety, według mówcy z video, to plątanina kabli, drucików, całych systemów autostrad i sieci, a wszystko połączone, powiązane, pokorelowane. Taki mózg nieustannie procesuje, łączy, wiąże, wnioskuje, praca w nim wrze, aż bulgocze! A wszystko wariacko napędzane za pomocą emocji. To dlatego jedna mała spraweczka w ułamek sekundy zamienia się w King Konga. Z faktu, że mąż pojechał naprawiać komputer koledze wnioskujemy w trymigi że: nas nie szanuje, nie kocha, kumpli woli, a w ogóle to pewnie ma kochankę, kto wie może nawet kochanka i kumpel to pewnie nie Zdzisiek lecz adwokat rozwodowy, a może wait a minute, może ten kumpel to lekarz onkolog i mąż tak naprawdę ma raka, o którym nie chce mi mówić bo wie, że ze zmartwienia najnormalniej oszalaję…

Dali by nam te pudła to może byśmy porządek w głowie zrobiły, sprawy posegregowały i co więcej Nothing Box zainstalowały, w którym relaks i spa pozwalałyby nam odzyskać grunt podczas nieoczekiwanych kryzysów! Tymczasem nie. Takiego oprogramowania u kobiety brak.W rezultacie skazane jesteśmy na całe rzesze King Kongów, które dręczą nas we dnie i w nocy. Każda wyprawa do głowy kończy się dramatem. Tą lawiną myśli, które jakoś szybko znajdują ujście w mowie pełnej epitetów. Dręczymy potem siebie, dręczymy też cały świat. A po neuronach myśli nam śmigają z prędkością światła i jadowitością mamby. Ech, życie!

Czy zatem jest na to sposób? Ów sposób na ocalenie kobiety zakleszczonej w rozpędzonej głowie? Wydaje się, że tak. Poniekąd prosty choć prawie nie do zrobienia. Warto jednak choć raz zrobić wysiłek i zamiast umknąć do głowy zatrzymać się w momencie. Przyjrzeć się, spojrzeć, popatrzyć, oswoić z chwilą. Zatrzymać chwilę na chwilę jak prawdziwe carpe diem.

Pisały dziewczyny tu niedawno o uważności. O tym byciu tu i teraz, które włada umysłami. Prosty i bezbolesny zabieg, którego wpływ na wyciszenie głowy jest prawie zawsze stuprocentowo skuteczny. Jak wytresowany pies, mózg pochyla się przed chwilą, merda przyjaźnie ogonkiem i oto jest… spokojny, zrównoważony i ufny. Efekt? Mąż jedzie do kumpla komputer naprawiać, a mózg kobiety mówi: tak kochanie, pozdrów Zdziśka. Uśmiech, stop klatka. Cóż za ulga!


[1] Bajka o dwóch mózgach – Męski i kobiecy mózg – Mark Gungor


Zobacz także

Sześć przekonań, które ograniczają nam drogę do szczęścia. Chcesz się o nie nieustannie potykać?

7 sposobów oceny inteligencji emocjonalnej poprzez język ciała

20 rzeczy, których mężczyzna nie powinien robić w związku. Nie zdziw się, jeśli pewnego dnia wrócisz do pustego mieszkania

50 rzeczy, które zrobią na kobiecie większe wrażenie niż bujna broda i pokaźne mięśnie