Gotowanie

Dziś na obiad, jutro do lunchboxa. Ciepłe jesienne zupy: krem z batatów, tajska z soczewicą oraz kapuśniak z fasolą

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
29 września 2022
 

Beata i Igor Grątkowscy od lat prezentują przepisy na Instagramie jako Praktykulinarni. Beata jest psychologiem i psychodieteykiem, a Igor fotografem. Właśnie razem wydali nową książkę „Praktykulinarni. Dziś na obiad, jutro do lunchboxa”.  W kuchni wyznają zasadę, że można jeść wszystko: jedzenie to przyjemność, ale też paliwo, od którego zależą samopoczucie i poziom energii. W najnowszej książce znajdziesz 110 pomysłów na pełnowartościowe, wegetariańskie obiady, dodatki i desery, które następnego dnia idealnie wpasują się do lunchowego pudełka. My dla was przedrukowaliśmy trzy przepisy na smaczne i bardzo różne jesienne zupy.

Krem z batatów i soczewicy z gruszką

Zupa pożywna, aromatyczna, wspierająca odporność, rozgrzewająca. Można by komplementować ją bez końca. Krótko mówiąc, bataty i soczewica to mariaż naprawdę udany, a karmelizowane gruszki dodają mu elegancji.

4 porcje po 469 kcal / 40 minut

  • Bataty: 2 sztuki, ok. 600 g
  • Czosnek: 2 ząbki
  • Szalotka: 1 sztuka
  • Chili małe: 1 sztuka
  • mbir kawałek: 3 cm
  • Włoszczyzna mrożona: 250 g
  • Gruszki: 2 sztuki
  • Woda: 2,2 litra
  • Soczewica czerwona: 150 g
  • Mleko kokosowe: 150 ml
  • Curry w proszku: 3 łyżeczki
  • Oliwa: 2 łyżki
  • Do podania:
  • Gruszki małe: 2 sztuki
  • Sok z cytryny: 2 łyżeczki
  • Oliwa: 1 łyżka
  • Syrop klonowy: 2 łyżki
  • Czarny sezam
  • Chili

Sposób przygotowania

  1. Bataty obierz, pokrój na kawałki. Z grubsza posiekaj szalotkę, czosnek, imbir i chili. Gruszki potnij na ósemki, usuń gniazda nasienne.
  2. W garnku rozgrzej oliwę, wrzuć bataty, szalotkę, czosnek, imbir i chili. Smaż przez 4–5 minut. Dodaj włoszczyznę. Smaż 3 minuty, wrzuć gruszki.
  3. Wlej wodę. Przykryj garnek pokrywką, gotuj przez ok. 15 minut, aż bataty zmiękną. Wsyp soczewicę. Gotuj jeszcze 10 minut. Wlej mleko kokosowe, wsyp curry, wymieszaj. Zagotuj.
  4. Przestudź przez chwilę, potem przełóż do blendera i zmiksuj.
  5. Małe gruszki przetnij na pół, łyżeczką usuń nasiona, skrop owoce sokiem z cytryny. Ułóż na rozgrzanej patelni natłuszczonej oliwą, smaż po 2 minuty z każdej strony. Wlej syrop klonowy, podgrzej przez chwilę. Przełóż na talerz.
  6.  Zupę nalej do misek, udekoruj gruszką, czarnym sezamem i odrobiną chili. Dodatkowo możesz podać grzanki (pokrojoną w kostkę bułkę albo chleb ułóż na blaszce i wstaw na 4–5 minut do piekarnika nagrzanego do 190°C, najlepiej z termoobiegiem).

Zupa tajska z soczewicą

Aromatyczna zupa z dużą ilością warzyw i soczewicą. Jeśli podczas gotowania uznasz, że soczewica za szybko wchłania płyn, dolej więcej wody. Do zup, kaszotto czy curry, zamiast wody, warto dodać warzywny bulion – wcześniej ugotowany w domu albo przygotowany na bazie gotowego produktu z dobrym składem. Do przygotowania domowego warzywnego wywaru potrzebujesz 3 litrów wody, porcji włoszczyzny, kilku suszonych grzybów lub 2–3 kapeluszy shiitake, liścia laurowego, ziela angielskiego i pieprzu w ziarnach, soli lub sosu sojowego (jeśli używasz). Możesz też dodać ząbek czosnku i cebulę.

4 porcje po 353 kcal / 30 minut

  • Szalotka: 1 sztuka
  • Czosnek: 2 ząbki
  • Imbir kawałek: 3–4 cm
  • Papryka czerwona: 1 sztuka
  • Marchew średnia: 1 sztuka
  • Cukinia mała: 1 sztuka
  • Pieczarki: 250 g
  • Fasolka szparagowa (mrożona): 100 g
  • Soczewica czerwona: 200 g
  • Pasta curry czerwona: 3–4 łyżeczki
  • Liście limonki kaffir: 6–8 sztuk
  • Minikolby kukurydzy: 5–6 sztuk
  • Pędy bambusa: 140 g
  • Mleko kokosowe 5–7% tłuszczu: 400 ml
  • Olej: 2 łyżki
  • Kiełki fasoli: 50 g
  • Sos sojowy: 3 łyżki
  • Sok z limonki: 2–3 łyżki
  • Kolendra i sezam do podania

Sposób przygotowania

  1. 1. Szalotkę, czosnek i imbir posiekaj. Paprykę potnij na paski, cukinię oraz obraną marchew na plasterki. Podobnie pokrój oczyszczone pieczarki.
  2. Opłucz kiełki. Pędy bambusa i małe kolby kukurydzy osącz z zalewy.
  3. W garnku rozgrzej olej, zeszklij cebulę, dodaj czosnek, imbir, marchew i paprykę. Smaż razem przez 3 minuty. Wrzuć pieczarki i cukinię. Smaż jeszcze 4 minuty.
  4. Dodaj pastę curry. Wymieszaj. Wlej 3 litry wody. Zagotuj. Wrzuć soczewicę i liście limonki kaffir.
  5. Gotuj przez 12 minut, dodaj kolby kukurydzy (większe pokrój na kawałki), pędy bambusa i kiełki fasoli.
  6. Wlej mleko kokosowe, przypraw sosem sojowym i sokiem z limonki.

Zupa z kapusty, jarmużu z białą fasolą

Zupa z cyklu tych niezwykle zdrowych, bo kapusta i jarmuż zajmują czołowe miejsca w rankingach superwarzyw. Smaku dodaje tutaj gotowe, bazyliowe pesto. Oczywiście, jeśli zrobisz je w domu, będzie zdecydowanie lepsze i bogatsze. Makaron możesz ugotować w zupie, ale wtedy pojawia się ryzyko rozgotowania, bo nie przerwiesz procesu gotowania i kluski będą „dochodzić” w ciepłej zupie podczas studzenia. Bezpieczniej jest dodać go później. Do pojemnika na wynos wlewasz rano zimną zupę i wrzucasz garść makaronu.

4 porcje / 30 minut

  • Cebula średnia: 1 sztuka
  • Por: 1 sztuka
  • Marchew: 2 sztuki
  • Kapusta średnia główka: ½ sztuki
  • Jarmuż: 200 g
  • Liść laurowy: 1 sztuka
  • Ziele angielskie: 2 sztuki
  • Woda lub bulion warzywny: 1,6 litra
  • Oliwa: 2 łyżki
  • Fasola biała puszka: 240 g
  • Pesto (ze słoika): 3–4 łyżeczki
  • Makaron drobny: 150 g
  • Natka posiekana: 2 łyżki
  • Sól
  • Pieprz

Sposób przygotowania:

  1. Cebulę i czosnek posiekaj. Pokrój por. Obraną marchew potnij na plasterki, poszatkuj kapustę. Z jarmużu usuń twarde głąby. Fasolę opłucz z zalewy.
  2. Ugotuj i odcedź makaron. W dużym garnku rozgrzej oliwę, wrzuć cebulę, czosnek, plasterki pora i marchew. Smaż, często mieszając, przez 4 minuty, dorzuć kapustę, liść laurowy i ziele. Smaż przez 3–4 minuty.
  3. Wlej wodę, dodaj jarmuż. Gotuj przez 15 minut. Wrzuć fasolę i pesto. Przypraw do smaku solą i pieprzem. Po 5 minutach zdejmij z palnika. Dodaj natkę. Podawaj z makaronem.

 


Gotowanie

Wystarczy, że nie będziesz robić tych czterech rzeczy, a twoje dziecko odniesie kiedyś sukces zawodowy

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
29 września 2022
fot. peshkov/iStock
 

Margot Machol Bisnow, pisarka i trenerka rodzicielska, szukając informacji do swojej książki „Wychowanie przedsiębiorcy”, przeprowadziła wywiady z 70 rodzicami, którzy wychowali dzieci sukcesu. Tym sposobem dowiedziała się, co tak naprawdę mogę zrobić rodzice, by pomóc swoim dzieciom w przyszłości odnieść realny sukces zawodowy i stabilność finansową.

Czasy są trudne. Wielu rodziców wiec zastanawia się, jakie zawody mogą przynieść solidne zarobki i stabilizacje ich dzieciom.  To zostało zbadane, w co teraz warto inwestować. W naukę języków obcych, przedmioty ścisłe, prywatną szkołą? Okazuje się, że niekoniecznie! Bisnow twierdzi, że z jej badań wynika (pomimo zróżnicowanego pochodzenia etnicznego, społeczno-ekonomicznego i religijnego), że były tylko cztery rzeczy wspólne, których rodzice przedsiębiorczych młodych osób nigdy nie robili, gdy ich dzieci były małe:

  1. Nigdy nie traktowali hobby dziecka jako straty czasu

„Sport, gry wideo, debaty, muzyka, obserwowanie ptaków — każde dziecko rodziców, z którymi rozmawiałam, miało pasję poza zwykłymi lekcjami w szkole. Rodzice nigdy nie odciągali swoich pociech od hobby, ponieważ wiedzieli, że jest ono dla nich ważne, a szczególnie dla ich rozwoju intelektualnego”, twierdzi Margot.

Co ciekawe, to wcale nie musiała być nauka programowania czy kodowania. Pasja nie musiała być związana bezpośrednio z czymś, co rokowało doskonałym zarobkom. Hobby mogło być bardzo niepozorne albo wręcz mogło wydawać się absurdalnie nieprzydatne, jak np. trening dziewczynki w drużynie piłki nożnej czy zajęcia stepowania. Okazuje się, że realizowanie pasji uczy dzieci: podążać za tym, co je fascynuje, być „blisko siebie”, nie uginać się pod presją grupy rówieśniczej, specjalizować się w wąskim zakresie i z tego powodu być zauważanym.

  1. Nie dokonywali wszystkich wyborów za dzieci

„Ciągłe podejmowanie decyzji za dzieci może być niezwykle kuszące. W końcu jesteś dorosły — znasz swoje dzieci lepiej niż ktokolwiek inny i nie chcesz, żeby cierpiały. Ale odnoszący sukcesy rodzice opierają się tej pokusie”, twierdzi Margot.

Chronienie, dbanie, pomoc to wszystko jest istotne w pierwszych latach wychowywania dziecka. Ale otaczanie troską na zawsze i w każdym momencie – jest toksyczne. Ludzie najlepiej uczą się wszystkiego na swoich błędach. Jak powiesz dziecku: „Zawiążę ci bucik, to się nie przewrócisz”, to ono raczej nie zapamięta tej nauki. Niestety rodzic musi pozwolić się czasem dziecku potknąć i wywrócić. Okazuje się, że ci najbardziej przedsiębiorczy ludzie wcale nie dostali poduszki finansowej od rodziców, ale musieli przedzierać się przez życie swoim sprytem, zaangażowaniem oraz ciężką praca. Nie raz musieli się też przewróć, otrzepać i szybko iść dalej.

  1. Nie cenili pieniędzy ani stopni naukowych nad szczęście

„Dyplom może stanowić kosztowną stratę czasu twojego dziecka, jeśli nie ma związku z jego zainteresowaniami. (…) Ktoś, kto kocha coś wystarczająco i ciężko nad tym pracuje, znajdzie sposób na przekształcenie tego w pieniądze”, mówi Margot.

Okazuje się, że jeśli młody człowiek dąży do zajmowania się tym, co naprawdę kocha i nie musi rozpraszać się na zdobywanie dyplomów, intratnych znajomości albo spłacanie drogich kredytów studenckich oraz łapanie ku temu dobrze płatnych, ale nieinteresujących propozycji pracy, może tylko przyspieszyć swój sukces. W Polsce wielu rodzicom wydaje się, że dyplomy, wyższe studia są niezbędne do tego, by zarabiać dużo i stabilnie. Ale to nieprawda! Świat się zmienił. Dziś bardziej liczy się realne zaangażowanie oraz nieszablonowe podejście i wąska specjalizacja. Poza tym szczęśliwi ludzie mają większą motywację do działań, niż ci w depresji i wypaleni zawodowo.

  1.  Nie zaniedbywali nauki „wartości pieniądza”

„Chociaż rodzice, z którymi rozmawiałem, nigdy nie nakłaniali swoich dzieci do wykonywania dobrze płatnej pracy, to wszyscy starali się uczyć swoje dzieci, co oznacza wartość pieniądza”, twierdzi Margot.

Nasze dzieci dziś żyją w konsumpcyjnym chaosie, są przebodźcowane i często bezrefleksyjnie przyjmują kolejne prezenty. Okazuje się, że rodzice, którym udało się wychować przedsiębiorczych młodych ludzi, nigdy nie lekceważyli znaczenia pieniędzy. W naszej kulturze o zarobkach i wydatkach nie rozmawia się z dziećmi. Jedynie, czego ich uczymy, to oszczędzać do skarbonki. Ale, jak dziś wiadomo, oszczędzanie jest raczej głupotą. Bardziej liczą się inwestycje. Rodzice młodych zamożnych przedsiębiorców nigdy nie unikali rozmowy o finansach. Ich dzieci musiały też zarabiać podczas wakacji. Nie dostawały zbyt wiele za darmo. Słuchały, jak ich rodzice negocjują swoje stawki przez telefon oraz jak szanują pieniądze, jak je inwestują. Nigdy w dzieciństwie nie przyszło im do głowy, że kasa drukowana jest bezinteresownie w bankomacie. Takie dzieci na pewno wiedziały, że na nią ciężko się pracuje.

Margot Machol Bisnow jest pisarką, mamą i trenerką rodzicielską. Spędziła 20 lat w rządzie, w tym jako komisarz FTC i szef sztabu przy prezydenckiej Radzie Doradców Ekonomicznych i jest autorką książki  „Wychowywanie przedsiębiorcy: jak pomóc dzieciom osiągnąć ich marzenie”. 

 


Gotowanie

„Najgorsze przychodzi, gdy ugasisz wszystkie pożary”. Czy jest życie po załamaniu nerwowym?

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
29 września 2022
fot. raw/iStock

Zawsze były tymi, które dawały radę. Tak zwane silne kobiety. Dziś wiedzą, że nawet najsilniejszy człowiek może się załamać. A jedynym ratunkiem jest wtedy zaopiekowanie się sobą, a nie walka. Jeśli walczysz po omacku– tracisz siły.

Ewa: Gdyby ktoś mi dziesięć lat temu powiedział, że będę marzyła o tym, żeby mnie gdzieś zamknęli i podali leki wyciszające, nie uwierzyłabym. Tylko miałam wtedy bezpieczne, spokojne życie: kochający rodzice, mąż, dwoje zdrowych dzieci. 2020 rok wszystko zmienił.

Alicja: Po wielu latach rzuciłam etat. Pomyślałam: to dobry moment. Córka idzie do przedszkola. Mam wsparcie partnera. Własna firma pozwala na elastyczny czas pracy. Biznes zakładałam z przyjaciółką, w branży na której obie znałyśmy się świetnie. Co mogło nie pójść? Żadna z nas nie przewidziała zmian, które nadejdą.
Tak, przechodziłam wcześniej kryzysy. Ale właśnie dlatego mówiłam sobie: nic się nie może stać, jesteś sprawcza.

1.

Ewa: Tuż przed pandemią mąż zrezygnował z pracy w restauracji. Był menadżerem, miał dostać etat w innym, lepszym miejscu. Za lepsze pieniądze. Od kwietnia. W marcu ogłosili lockdown. Właściciel nowego miejsca z wiadomych względów odraczał podpisanie umowy. W końcu zrezygnował. Mieliśmy trochę oszczędności, niezbyt dużo, bo wysłaliśmy straszą córkę na studia zagranicę. „Ogarniemy” pocieszaliśmy się.

Ja jestem redaktorką, traciłam zlecenia, trudno, myślałam. Kasą nigdy się nie przejmowałam, wychodziłam z założenia, że zawsze da się zarobić.

Ale na początku maja moja mama źle się poczuła– temperatura jej rosła z minuty na minutę, dusiła się. Pogotowie kilka razy odmówiło przyjazdu, nie mieli wolnych karetek. „Niech mama przyjedzie do szpitala sama” rzuciła do mnie dyspozytorka. Sama? Sześćdziesięciolatka, która lała się przez ręce. Której nie zabrałaby żadna taksówka? Pojechałam po nią osiemdziesiąt kilometrów– przez cała noc jeździłyśmy w poszukiwaniu szpitala, gdzie mamę przyjmą. Przyjęli nad ranem. Wieczorem mama zmarła. Covid.

Przez kolejne tygodnie zajmowałam się pocieszaniem taty i siostry. Pocieszałam też męża, bo nie mógł znaleźć pracy. I córkę, bo z dnia na dzień została w obcym kraju, odcięta od ludzi. Wspierałam też syna. Po nocach pracowałam. Czułam się, jak robot, podłączona do baterii alkalicznych, prawie nie spałam, piłam dużo kawy i energetyków. W wakacje spotkałam się z przyjaciółką, „Jak ty się czujesz?” złapała mnie za rękę. Spojrzałam zdziwiona: „A jak mam się czuć? Normalnie”. „A jeśli chodzi o mamę?” drążyła. Przez moment nie wiedziałam, o czym mówi– przecież z mamą okej.

Dopiero po chwili do mnie dotarło: „Przecież mama nie żyje”.

Alicja: Firma nam nie szła. W mężu przestałam mieć wsparcie, bo stresował się swoją pracą. Przyjaciółka okazała się trudna współpracowniczką, wymagała ode mnie absolutnie koncentracji, a ja przeżywałam sytuację w domu. Bombardowała mnie rzeczywistość. Nieustannie ktoś czegoś ode mnie chciał. Praca się nie kończyła: zasypiałam nad laptopem, budziłam się o czwartej, myłam i o siódmej rano od nowa. Nie miałam czasu dla córki, dla przyjaciół, dla rodziców. Wszyscy mieli pretensję. A potem odkryłam, że mąż pisze z inną kobietą, niby koleżanką z pracy, jak wcześniej zapewniał. Tylko, że kto do koleżanki wysyła zdjęcia, czy pisze do niej: „dziś mi się śniłaś”.

2.

Ewa: Nie miałam spektakularnych objawów załamania, nie zasłabłam, nie trafiłam do szpitala. Byłam rozdrażniona i poirytowana. Złościł mnie mąż, syn, irytowała córka, tata i siostra, pani w sklepie i sąsiadka. Gdy widziałam, że ktoś do mnie dzwonił– miałam odruch wymiotny. Kłóciłam się ze wszystkimi i miałam dość sama siebie. Za namową koleżanki wykupiłam wizytę online u psychiatry, chciałam dostać od lekarki proszki, które mnie wyciszą, pozwolą spać. Myślałam, że zada kilka rutynowych pytań i zaraz prześle kod do recepty, w końcu po to wydałam pieniądze na wizytę. Ale psychiatra nie dała się zwieść,  była uważna, dociekliwa. A moje zachowanie przy niej, kompletnie zaskakujące. Zalałam się łzami. Nie pamiętam nawet pytania, które sprowokowało mój emocjonalny wybuch.

Alicja: Mąż nie czuł się winny. Nie przepraszał. Może wtedy byłoby mi łatwiej. Ale on spisał sobie listę zarzutów do mnie; brak seksu, niecierpliwość, zajęcie sobą. Powiedział, że mnie kocha, ale to ja muszę się postarać. Jak usłyszałam słowo „POSTARAĆ”, zalała mnie krew. Bo całe życie musiałam się starać; w domu, w szkole, na studiach, w pracy. Nie chciałam się więcej starać. O nic i o nikogo.
Byliśmy w potrzasku finansowym, nie mogłam ani wyrzucić go z domu, ani się wyprowadzić. Twierdził, że zakończył pisanie z koleżanką, ale nie zrobił nic więcej. Mijaliśmy się niemal bez słowa.

3.

Ewa: Ludzie nie wiedzą, że najgorsze przychodzi, gdy ugasisz wszystkie pożary, a świat i rzeczywistość wracają do normalności. Niby normalności Mąż znalazł nową pracę, syn wrócił do szkoły, córka też zaczęła normalnie zajęcia, siostra planowała zaległy ślub, a tata związał się ze znajomą. I to był mój wyzwalacz, z jednej strony chciałam, żeby ułożył sobie życie, z drugiej nie mogłam uwierzyć, że niecały rok po jej śmierci mieszka w naszym domu rodzinnym z inną kobietą. I to ona gotuje w naszej kuchni i planuje wspólne wyjazdy. Przecież moi rodzice tak się kochali. Co warte jest życie? Mimo leków, wciąż się bałam, dusiło mnie ze strachu. Chciałam tylko doczekać wieczora, zawinąć się w koc i włączyć serial. Nie interesowało mnie nic, ani nikt, nie odbierałam telefonów. Spałam tylko dzięki tabletkom nasennym. Ale i tak nie chciało mi się żyć. Nigdy wcześniej nie doświadczyłam czegoś takiego– byłam matką, a cały czas myślałam, że jestem nikomu nie potrzebna, że śmierć jest jest najlepszym rozwiązaniem. I tak przecież wszystko się nią kończy. Przed sobą widziałam ciemność.

Alicja: Mimo pogarszające się stanu psychicznego jeszcze walczyłam. Bagatelizowałam objawy, bóle głowy, pleców, słabość. Przełykałam złość. A potem nagle pękłam. W nocy odebrałam maila. Lista zarzutów od przyjaciółki: zawiodłam się, musimy być silne, roztkliwiasz się. „Ja na twoim miejscu”. Zamiast odnieść się do maila, napisałam, że chcę się wycofać z umowy, że zostawiam jej to, co włożyłam, jest mi wszystko jedno. Spakowałam się i rano oznajmiłam mężowi, że zabieram córkę z przedszkola i na dwa tygodnie jadę w góry do koleżanki z podstawówki. Od niedawna prowadziła tam pensjonat. Był w szoku. I to była ostatnia rzecz, którą zrobiłam z rozpędu. Dojechałam w góry i kolejne tygodnie nie przestawałam płakać. Ja, która przysięgałam sobie, że nigdy nie będę płakać przy dziecku.

4.

Ewa: Nie da się nie przeżyć żałoby. Być zawsze dzielną. Banał, ale dla mnie odkrycie. Nie powiem: „Poszłam na terapię, wszystko poukładałam, znów jest, jak kiedyś”. Nie ma jak kiedyś i nie będzie. Straciłam mamę. Te bezsensowne śmierci są najgorsze. Z drugiej strony, czy są jakieś sensowne? Nie chodzę na terapię, bo jej nie potrzebuję: potrzebuję czasu dla siebie, spokoju, zmiany życia, przepłakania. I daję go sobie.

Alicja: Wiem, jak powinnam skończyć tę opowieść. Rzuciłam męża, do przyjaciółki się nie odezwałam więcej, zaczęłam nowe życie w górach. Nie, choć miałam takie plany. Mój tragiczny stan trwał kilka tygodni. Ale zapoczątkował dłuższy proces pracy nad sobą. Nie nad innymi, nad sobą. Moje załamanie psychiczne wynikało z ukrywanych przez lata uczuć. Z zaspokajania innych, z bycia miłą, z ustępowania. Wtedy, w górach, wiedziałam, że nie przeżyje już tak ani dnia więcej, bo to się skończy chorobą. Byłam, owszem, gotowa zrezygnować z małżeństwa, z przyjaciółki i firmy. Tylko, że oni mi na to nie pozwolili. Byli, pomogli się podnieść. Ale właśnie dlatego, że powiedziałam; „nie dam rady dłużej, nie chcę”.


Zobacz także

Taką pomoc to ja rozumiem! Czyli jak Zosia-Samosia dała się wyręczyć w kuchni

placuszki twarogowe fit, z bananem, jabłkami, budyniem, śliwką, dynią

Placuszki twarogowe w 7 odsłonach. Wybierz swój ulubiony przepis na delikatne placki

barszcz wigilijny z zakwasem, bez zakwasu i z pieczonych buraków

Barszcz wigilijny na trzy sposoby – z zakwasem, bez zakwasu i z pieczonych buraków