Wielu rodziców mówi, że chce dla dziecka jak najlepiej. Zapisuje je na dodatkowe zajęcia, motywuje, porównuje, pilnuje wyników i wierzy, że w ten sposób przygotowuje je do życia. Ale troska bardzo łatwo może zamienić się w presję, a miłość – w system nagród za osiągnięcia. Dr Mateusz Grzesiak, psycholog i wykładowca Akademii WSB, tłumaczy, gdzie kończy się wspieranie dziecka, a zaczyna traktowanie go jak projektu do zrealizowania.
OHME: Wielu rodziców chce dla swoich dzieci jak najlepiej. Gdzie kończy się troska o przyszłość dziecka, a zaczyna traktowanie go jak projektu do zrealizowania?
Mateusz Grzesiak: Granica przebiega tam, gdzie cel przestaje należeć do dziecka, a zaczyna należeć do rodzica. Troska wychodzi od pytania, kim to dziecko jest i czego potrzebuje. Traktowanie jak projektu wychodzi od gotowego wyniku, który rodzic zdefiniował, zanim dziecko zdążyło cokolwiek o sobie powiedzieć. Sygnałem przekroczenia tej granicy jest moment, w którym wartość dziecka w oczach rodzica zaczyna falować razem z jego postępami. Dobre oceny podnoszą nastrój w domu, słabsze go psują. Wtedy dziecko przestaje być osobą, a staje się zadaniem do odhaczenia.
– Dodatkowe zajęcia, nauka języków, sport, rozwój kompetencji od najmłodszych lat. Skąd bierze się przekonanie, że dziecko musi być wyjątkowe, żeby poradzić sobie w życiu?
MG: Z lęku rodzica przed niepewną przyszłością, przeniesionego na dziecko.
Świat wydaje się coraz bardziej konkurencyjny, więc rodzic próbuje ubezpieczyć dziecko nadmiarem kompetencji, tak jakby dało się zgromadzić zapas bezpieczeństwa. Dochodzi do tego kultura, która zamienia dzieciństwo w wyścig, oraz prosty mechanizm, w którym osiągnięcia dziecka stają się świadectwem rodzica. Jeśli moja córka gra na skrzypcach i mówi w trzech językach, to znaczy, że jestem dobrym ojcem. Dziecko nosi wtedy nie tylko własne ambicje, lecz także cudze poczucie wartości.
– Czy ambicje rodziców mogą nieświadomie stać się ciężarem dla dziecka? Jakie sygnały świadczą o tym, że dziecko żyje bardziej oczekiwaniami mamy i taty niż własnymi potrzebami?
MG: Mogą i często się tak dzieje, zwłaszcza gdy rodzic nie jest tego świadomy. Sygnały są dość czytelne. Dziecko pyta nie o to, czy coś sprawiło mu przyjemność, lecz czy zrobiło to dobrze. Cieszy się dopiero wtedy, gdy ktoś je pochwali, a samo z siebie nie potrafi ocenić, czy mu się podobało. Reaguje nadmiernym napięciem przed sprawdzianem czy występem, czasem bólem brzucha albo głowy bez przyczyny medycznej. Ma kłopot z odpowiedzią na pytanie, co lubi, bo nigdy nie musiało tego ustalać. To wszystko pokazuje dziecko, które reguluje się cudzą oceną zamiast własnym odczuciem.
– W którym momencie wsparcie przestaje być wsparciem, a staje się kontrolą? Jak odróżnić motywowanie dziecka od wywierania na nim presji?
MG: Wsparcie zmienia się w kontrolę w chwili, gdy zaczyna być warunkowe. Motywowanie buduje na ciekawości i kompetencji dziecka, podaje narzędzia i idzie za jego zainteresowaniem. Presja działa odwrotnie, posługuje się lękiem, poczuciem winy i porównaniem, a często też chłodem, który pojawia się po gorszym wyniku. Najprostszy test dotyczy tego, co dzieje się po porażce albo po wyborze innym, niż chciał rodzic. Kiedy relacja zostaje taka sama, było to wsparcie. Pojawienie się dystansu i wycofania ciepła zdradza kontrolę podszytą troską.
– Coraz więcej dorosłych mówi dziś w terapii: „Całe życie próbowałem zasłużyć na miłość rodziców”. Jakie konsekwencje może mieć wychowanie oparte przede wszystkim na osiągnięciach i wynikach?
MG: Wychowanie oparte na wyniku uczy dziecka, że miłość jest zapłatą, a nie czymś danym. Dorosły, który tak wyrósł, nosi w sobie przekonanie, że musi nieustannie zasługiwać na akceptację, również we własnych oczach. Stąd perfekcjonizm, lęk przed błędem, niezdolność do odpoczynku i poczucie, że cokolwiek osiągnie, i tak okaże się za mało. W relacjach powraca ten sam wzorzec, bliskość zaczyna być wymieniana za przydatność. Najboleśniejsze jest to, że nawet realne sukcesy nie przynoszą ulgi, bo problem nie leży w osiągnięciach, tylko w fundamencie, na którym zbudowano poczucie wartości.
– Rodzice często porównują swoje dzieci do innych, czasem wprost, a czasem tylko we własnej głowie. Dlaczego porównywanie jest tak destrukcyjne zarówno dla dziecka, jak i dla samego rodzica?
MG: Porównywanie niszczy, bo zamienia dziecko z osoby w pozycję na liście. Dziecko słyszy wtedy, że jego wartość zależy od tego, gdzie stoi względem innych, a nie od tego, kim jest. Uczy się, że miłość trzeba wygrać, co rodzi zazdrość i poczucie, że samo w sobie nie wystarcza. Dla rodzica koszt jest równie realny, choć mniej widoczny.
Patrząc ciągle na cudze dzieci, przestaje widzieć własne, takie, jakie naprawdę jest. Skupienie na rankingu odbiera mu kontakt z konkretnym dzieckiem i karmi stałe niezadowolenie, którego nie zaspokoi żaden wynik.
– Czy można wychować dziecko do szczęścia i odporności psychicznej, zamiast do ciągłego spełniania oczekiwań? Co jest ważniejsze dla jego przyszłości: wysokie kompetencje czy poczucie własnej wartości?
MG: Można, a te dwie rzeczy nie stoją wobec siebie w sprzeczności. Poczucie własnej wartości jest fundamentem, a kompetencje są tym, co można na nim zbudować.
Dziecko, które wie, że jest kochane niezależnie od wyników, podejmuje ryzyko i uczy się bez paraliżującego lęku, bo porażka go nie przekreśla, więc paradoksalnie osiąga więcej. Dziecko, które kompetencjami próbuje dopiero zapracować na akceptację, rozwija je w ciągłym napięciu, a jego osiągnięcia są kruche, bo stoją na strachu. Odporność psychiczna nie rośnie z trofeów, lecz z doświadczenia, że można upaść i nadal zostać przyjętym przez najbliższych. Dlatego ważniejsze jest poczucie wartości, ponieważ to z niego wyrastają trwałe kompetencje, a nie odwrotnie.
– Gdyby miał Pan zostawić rodzicom jedno zdanie, które pomogłoby im budować zdrową relację z dzieckiem bez presji i perfekcjonizmu, co by ono brzmiało?
MG: Kochaj dziecko za to, że jest, a nie za to, co osiąga, bo dopiero na takiej miłości może bezpiecznie wyrosnąć wszystko inne. Pytanie nie brzmi, czy dziecko sobie poradzi. Brzmi, czy będzie miało do kogo wrócić, kiedy nie poradzi sobie idealnie.
Hanna Maria Sawicka