Powiedz mi, jak to jest… Wiedzieć, że ma się dziecko, ale nie mieć pojęcia, co się z nimi dzieje?

Listy do redakcji
Listy do redakcji
21 marca 2017
Fot. istock / LorenzoPatoia
 

Powiedz mi, jak to jest…

Wiedzieć, że ma się dziecko, ale nie mieć pojęcia, co się z nimi dzieje? Zastanawiałeś się chociaż raz, czy nikt nie robi mu krzywdy, jak mu się wiedzie i na kogo wyrósł, bo jest już prawie dorosły? Jak to jest zasypiać z poczuciem pustki, której nie zapełnią nawet  największe pieniądze i sukcesy? A może ty w ogóle o tym nie myślisz, bo kim musi być ktoś, kto zostawia własne dziecko i mówi, że to balast matki. 

Pamiętam dzień, w którym usłyszałam, że zawsze będziemy razem, bo już nie musisz szukać. Leżałam obok ciebie, trzymałam za rękę, a ty mówiłeś, że masz już prawie wszystko. Prawie, bo do szczęścia brakuje ci jeszcze wspólnego domu i dziecka. Najlepiej syna, żebyście mogli razem kopać w piłkę, chodzić na siłownie i wspólnie trenować sztuki walki, bo przecież ty tak bardzo to lubiłeś. Śmiałam się, że jeszcze nie wiadomo, czy to będzie chłopak czy dziewczyna, a ty już znasz każdy krok na jego ścieżce do sportowej kariery. Z przekąsem odpowiadałeś, że prawdziwi mężczyźni zawsze najpierw płodzą synów. I oszalałeś z radości, gdy na świecie pojawił się nasz chłopiec. Chwaliłeś się nim wszędzie i ciągle powtarzałeś, że jest do ciebie podobny, choć pielęgniarka mówiła ci, że tak twierdzi każdy po uszy zakochany ojciec. Szpitalną salę dzieliłam wtedy z dziewczyną, do której nikt nie przyszedł. Przerażało mnie to i smuciło, nie zdawałam sobie sprawy, że niedługo też zostanę samotną mamą.

– To ty go urodziłaś, to twoja wina, że jest chory i nic nie warty! – Krzyczałeś, kiedy okazało się, że nasz syn jest genetycznie obciążony. Pytałeś, co ci z takiego bachora, który często nie może nawet chodzić, a co dopiero biegać po boisku i spełniać twoje – tak TWOJE ambicje i plany. Płakałam i nie mówiłam nic, bo wciąż wmawiałam sobie, że to pewnie szok, że strach przed utratą jedynego dziecka miesza ci w głowie i odbiera rozum. Znikałeś i nikomu nie tłumaczyłeś, gdzie bywasz i dlaczego nie wracasz. Czekałam, aż wszystko w sobie poukładasz i zrozumiesz, że dzieci kocha się za nic, bezwarunkowo, choć niezrozumiałe było dla mnie, że musisz do tego dojrzewać. Że jesteś ojcem, któremu trzeba tłumaczyć tak oczywiste rzeczy i czekać łaskawie, czy zdecydujesz się go pokochać. Na placu zabaw zawsze byliśmy sami, ja i nasz synek, który z biegiem czasu coraz częściej pytał, dlaczego tata się z nim nie bawi. I patrzył na ciebie smutno, gdy kolejny raz odpychałeś go z obrzydzeniem i przeganiałeś z pokoju warcząc, że ci przeszkadza. Stałam oparta o ścianę w kuchni, usiłując nie upaść i zrozumieć, kim ty właściwie jesteś, bo przecież niemożliwe jest, że ojcem.

A potem było już tylko źle i coraz gorzej, bo mały chorował, a ty szalałeś, ale nie z rozpaczy. Mówiłeś, że przynoszę ci wstyd, bo niepełnosprawny dzieciak nie był twoim planem, że pewnie to ja coś zepsułam, bo nawet urodzić nie potrafię. Wyrzuciłeś nas za drzwi i kazałeś się zabierać ze swojego idealnego życia, do którego nie pasowaliśmy. Myślałam, że po nas wrócisz, że przeprosisz, że w końcu choć raz zobaczę, jak przytulasz naszego syna i mówisz, że jest dla ciebie całym światem. Takim, jakim był dla mnie już  od pierwszego dnia, gdy tylko dowiedziałam się, że we mnie rośnie.

Był wszystkim najlepszym, co mogło mnie spotkać. A ty nigdy nie wziąłeś go na ręce, nie wiedziałeś, jak pachnie jego miękka skóra, jak lubi, gdy głaszcze się go po głowie. Nie miałeś pojęcia, przy której piosence zasypia najszybciej i jaki wierszyk trzeba mu powiedzieć, gdy budzą go koszmary. Nigdy nie poszedłeś z nim na spacer, nie wziąłeś za rękę, nie powiedziałeś „kocham cię synku, jestem twoim tatą, zawsze już będziesz bezpieczny”. Nigdy nie umierałeś ze strachu o jego życie, bo wciąż miałam to najgorsze wrażenie, że chciałeś, żeby go już nie było. A na rozprawie sądowej, zapytany o jedną z najważniejszych dat, nie umiałeś odpowiedzieć, kiedy twój własny syn będzie obchodził kolejne urodziny.

Dziś mija 17 lat, kiedy jestem dla mojego dziecka najlepszą mamą… i wspaniałym tatą. Codziennie rano staję w progu jego pokoju i podziwiam jego piękną i spokojną, choć wymęczoną chorowaniem twarz. I z dumą słucham na wywiadówkach, że to niezwykłe, jak dobrze sobie radzi, mimo utrudnień i cierpienia z jakim się zmaga. I patrzę, jak dorasta i trzyma za rękę swoją dziewczynę i śmieje się, że już niedługo wyfrunie, bo woła go dorosłość. I serce bije mi szybciej, gdy nagle przytula się do mnie i mówi, że tylko tu i tak czuje się najbezpieczniej. I gdy słyszę, jak woła z pokoju, że mnie kocha i dziękuje, że jestem, a ja przełykam łzy zmazując je ze szczęśliwej twarzy rodzica. Kogoś, kim ty nigdy nie umiałeś być. I myślę, że to nie mój syn jest ciężko i nieuleczalnie chory, tylko ty. Na jedną z największych tragedii, jakie może dać nam los. Że każdej nocy budzi cię ten sam sen, gdzie toniesz i wyciągasz rękę, ale nikt tego nie widzi, choć wokół tłum ludzi. Bo zamykając serce przed własnym dzieckiem, skazałeś się na samotność, która jest tak straszna, że już nigdy nie pozwoli ci zasnąć spokojnie.


Pokonaj zołzę, która niszczy twoje życie

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
21 marca 2017
Fot. iStock/martin-dm
 

„… jest jeden rodzaj jędz, od których żadna kobieta nie potrafi uciec! Są złośliwsze od wszystkich znanych nam heter, zdolne zniszczyć nasze plany i starania w mniej niż minutę, złośnice, które sprawiają, że w sekundę znielubisz samą siebie. Kim są te wszechmocne dziewczyny? I, na miłość boską, dlaczego nie można zwyczajnie wykasować ich numeru telefon? Cóż, taka złośnica często żyje w nas samych – to właśnie ona jest naszą wewnętrzną jędzą (…) wewnętrzna zołza, tak samo jak każda złośnica na naszej drodze, najlepiej wie, jak sprawić nam ból”*. Czy mamy szansę się z nią rozprawić, czy wolimy słuchać jej podszeptów i żyć życiem, które ona nam dyktuje? O naszej wewnętrznej zołzie oraz sposobach na jej ujarzmienie rozmawiamy z Joanną Godecką.

Ewa Raczyńska: Kim jest ta nasza zołza? Każda z nas ją w sobie nosi?

Joanna Godecka: Zołza to nic innego jak nasz krytyk wewnętrzny. Jej geneza tkwi zwykle w naszym dzieciństwie, kiedy przechodziliśmy nieszczęsny proces socjalizacji. Ten etap zawsze wiąże się dla nas z pewną nauką, bo to właśnie wtedy dowiadujemy się, co ludzie w nas akceptują, a czego nie. Co ważne – gdy ten proces przebiega z poszanowaniem naszego poczucia godności. Wtedy wszystko jest w porządku. Uczymy się pewnych pożądanych zachowań, ale nie wpływa to negatywnie na naszą samoocenę. Natomiast, gdy etap socjalizacji odbywa się poprzez negatywne komunikaty typu: „jesteś beznadziejny”, „znowu czegoś nie zrobiłaś”, ewentualnie przez porównywanie: „no widzisz, inne dzieci tak dobrze się uczą, a ty znowu tak słabo”, ma to bardzo duży wpływ na nasze poczucie wartości. Za etap socjalizacji nacechowany negatywnymi komunikatami zapłacimy obniżoną samooceną. To właśnie wtedy do głosu dochodzi nasza wewnętrzna zołza, która w dorosłym w życiu krzyczy w naszej głowie. Tematem jej perory są złe rzeczy na nasz temat, które zazwyczaj nie są prawdziwe. Ale my jej wierzymy…

Czy istnieje jakakolwiek szansa, żeby ten krytyk się w naszej głowie w ogóle nie pojawił?

I tak, i nie. W praktyce poznałam osoby z adekwatną samooceną. Trzeba jednak pamiętać, że ten głos oceniający zawsze nam towarzyszy, tylko jeśli jest on dobrym doradcą lub odzywa się jedynie cienkim zrzędliwym głosikiem, który nie jest w stanie rujnować nas wewnętrznie, to jest dobrze. My zawsze toczymy jakiś dialog wewnętrzny, ważne jednak, aby podejmować decyzje w zgodzie ze sobą, i w ten sposób się rozwijać.

Źle się dzieje wtedy, kiedy ten głos, a raczej jego wpływ na nas, jest destrukcyjny, kiedy się przez niego wycofujemy, kiedy paraliżuje nas strach przed porażką. Wówczas nasza wewnętrzna zołza, ten krytyk, uzyskuje negatywny wpływ na to, co robimy ze swoim życiem.

Ale podobno ta zołza ma nas chronić?

Taka jest jej funkcja.

Coś mi się nie zgadza – z jednej strony działa na nas destrukcyjnie, a z drugiej chroni?

Ta zołza, która w nas siedzi, uważa, że coś jest z nami nie tak. Ona zatrzymała się na tym etapie naszego rozwoju, kiedy sobie zakodowaliśmy, że do pewnych rzeczy się nie nadajemy, z niektórymi kompletnie sobie nie radzimy. Mając taką wiedzę, wewnętrzny krytyk stara się oszczędzać nam bólu, rozczarowania, więc mówi: „Stop, ale po co tam idziesz!? Przecież się nie nadajesz/nie uda ci się/nie spodobasz mu się”. Robi wszystko po to, żebyśmy nie doświadczyli dramatycznej porażki, zamknęli daną sprawę, zanim ją zaczniemy, bo tak będzie nas mniej bolało.

Ale czy to działa z korzyścią dla nas? Myślę chociażby o zmianie pracy, której ta wewnętrzna zołza nie pozwala nam zmienić, ogranicza nas.

Myślimy: „może nie podołam, może wpadnę z deszczu pod rynnę”. Bo zołza każe nam pozostać w naszej strefie komfortu, mówi: „Zostań tutaj, nie przekraczaj granicy tego, co znasz”. A przecież nasz rozwój jest wynikiem właśnie eksploracji nowych obszarów. Gdybyśmy nie doświadczali sytuacji wyzwaniowych, to byśmy niczego się nie nauczyli o sobie, o życiu, o związkach.

Każdy z nas nabywa nowe umiejętności robiąc coś po raz pierwszy w swoim życiu. I jeśli krytyk mówi: „Nie rób tego, nie wychodź z domu”, a my go słuchamy, to tkwimy martwym punkcie. A nasz lęk – bo on leży u podstaw problemu – zdobywa kolejne bazy. I nakręca się spirala, bo zaczynamy myśleć, że coraz mniej znaczymy, coraz mniej umiemy. Wycofujemy się coraz mocniej, z czasem do tego stopnia, że lądujemy na terapii, bo nasze życie staje się tak dysfunkcyjne, że nie dajemy sobie rady z niczym.

Bywa też tak, że szukamy winnych na zewnątrz, winnych swoich porażek, niepowodzeń.

To usprawiedliwienia, które pozwalają nam lepiej się poczuć. Łatwiej jest uznać: „To nie moja wina, co ja mogę zrobić”. To ogrywanie roli ofiary. Bo któż nie może, no właśnie ofiara nie może, bo jest ubezwłasnowolniona, nie ma żadnego wyboru.

To wszystko, te usprawiedliwienia, wycofywanie się, to wynik lęku przed podjęciem ryzyka. O ile łatwiej powiedzieć, „nie mogę bo…”, niż zaryzykować.

Osoby, które mają adekwatną samoocenę, czyli znają swoją wartość i podejmują ryzyko, liczą się również z możliwością przegranej, bo przecież gwarancji na piśmie, że się uda, nikt nam nie da.

Ryzyko jest zawsze wkalkulowane, kiedy zaczynamy działać, bierzemy za nie odpowiedzialność, a poza tym oczywiście liczymy na pozytywny obrót spraw. Natomiast dla osoby, która słucha swojej wewnętrznej jędzy, porażka jest ogromnym ciosem, ponieważ staje się potwierdzeniem najgorszej prawdy o nas: „No proszę, a jednak nie nadaję się. Teraz już nic nie zrobię. Trzeba było siedzieć w domu i nie wytykać nosa za drzwi”.

Przecież wcale nie musimy ponieść porażki.

Oczywiście, że nie, ale im bardziej się boimy, tym gorzej wypadamy. To jak w Kubusiu Puchatku: im bardziej Prosiaczek zaglądał do środka, tym bardziej Puchatka tam nie było. Jeśli powalamy naszym lękom rosnąć, pozbawiają nas one naturalnej błyskotliwości, poczucia humoru, naturalności. Stan przerażenia sprawia, że efekt raczej nas nie zadawala.

A gdyby tak przyjąć za pewnik, że każda zmiana jest dla nas dobra, bo w końcu czegoś nas uczy?

Byłoby świetnie. Każde wydarzenie, które kończy się sukcesem albo porażką jest dla nas informacją zwrotną: „Ok dobrze to sobie wymyśliłaś – rób to dalej”, albo: „Popraw coś, zmień”. Wszystko, co odważymy się zrobić, jest dla nas źródłem ogromnej wiedzy o nas samych, pozwala wyciągnąć wnioski, doświadczać, uczyć się.

No tak, ale my tak strasznie się boimy…

Punktem wyjścia dla naszych działań powinien być impuls płynący z serca, czyli „czuję, pragnę, chcę” – to jest to element, który daje najlepszą motywacje. Zadaniem „głowy”jest jedynie opracowanie strategii. Niestety najczęściej działamy odwrotnie, najpierw udzielamy głosu głowie. ( Mówiąc głowa mam na myśli nasze Ego ) Ona jednak jest pełna lęku i wątpliwości. Z tego powodu słyszymy wyraźny głos mówiący: „a co, jeśli się nie uda?”. To nie jest najlepszy motywator, prawda? Dlatego pozostajemy cały czas w defensywie. Robimy rzeczy, które wydają się nam rozsądne, bezpieczne…

choć serce się wyrywa w inną stronę.

Właśnie. Dlaczego mamy tak dużo zawałów, chorób wieńcowych, depresji? Te wszystkie choroby XX i XXI wieku są wywołane przez nasze emocje, przez tłumioną złość. Są efektem finalnym naszej każdej jednej niezaspokojonej potrzeby. W związku z tym powinniśmy już dawno wyciągnąć naukę, że baza naszego życia znajduje się w sercu i to nim powinniśmy się kierować. Aby tak się stało zacznijmy od pytań – co czuję kiedy myślę o takim rozwiązaniu a co czuję kiedy myślę o innym. Wtedy pojawiające się uczucia dają nam jasną odpowiedź. Z tym rozwiązaniem czuję się dobrze a z tym nie. W głowie powinnyśmy układać jedynie plan realizacji My tymczasem zaczynamy od pytanie: „co mam zrobić?”. Głowa ( Ego ) podpowiada nam z miejsca wątpliwości i rozterek a wtedy serce z lęku i paraliżu ledwo nadąża za naszymi pomysłami.

Nie pytając siebie, czego chcemy, wchodzimy w role, które niekoniecznie nam odpowiadają?

Wewnętrzną zołzę uruchamiamy czasem już wtedy, kiedy pozwalamy manipulować sobą osobom, które dzięki nam chcą uzyskać własne korzyści.

Na przykład?

Kiedy kobieta mówi: „chcę mieć dziecko, którym będę mogła się chwalić”. To nam – jako temu dziecku, daje komunikat: „musisz się całe życie starać, żeby zasłużyć na uznanie” . Tym sposobem nie jesteśmy sobą, ale stajemy się tylko reprezentantem osoby, która pokłada w nas nadzieje. A jeśli w dodatku słyszymy: „Boże, jak się tak dla ciebie zaharowuję, a ty nic nie robisz ze swoim życiem”, to czujemy, że nasze decyzje muszą być podejmowane tak, by spełnić oczekiwania cudzego priorytetu… nie naszego.

Tak można żyć cały czas.

Dopóki się nie wyłożymy na jakimś zakręcie – tak, to działa.

A kiedy przychodzi refleksja: „Kurczę, nie jest dobrze, czuję się jak w potrzasku”? Co musi się stać, żebyśmy tę zołzę w sobie dostrzegły?

To jest taki punkt zwrotny, kiedy zdajemy sobie sprawę, że żyjemy życiem niezgodnym z nami samymi i ponosimy tego konsekwencje. Wówczas mamy do wyboru – wyjść ze strefy komfortu i zaryzykować zmianę albo zostać w tym samym miejscu, przypłacając to frustracją potem depresją czy schorzeniami układu krążenia.

Najgorszym symptomem naszych czasów jest fakt, że jesteśmy odłączeni od siebie. Nie wiemy, kim jesteśmy. Mam często klientki, kobiety, które do mnie przychodzą i płaczą mówiąc mi: „ja nie wiem, kim ja jestem, nie wiem, czego chcę”. Jak można żyć szczęśliwie, jeśli jesteśmy dla siebie obcą osobą, nie znamy swoich potrzeb?

To, zdawałoby się, takie proste pytanie: czego chcesz?

A odpowiedź okazuje się być bardzo trudna. Bo kiedy spytam, czego chce twoja mama, tata, mąż, dziecko – wiesz od razu. Ale ty sama…

Podobnie jest z pytaniem: „co w sobie lubisz”. Osoby kiwające się nad kartką 15 – 20 minut to norma. Gdybym spytała: „co lubisz w swojej przyjaciółce”, lista zalet pojawiła by się od razu.

Często widzę piękne, wykształcone kobiety, piękna cera, piękne oczy, burza włosów, a one stają przed lustrem i mówią: „No… może uśmiech w sobie lubię”. Wewnętrzna zołza jest w swoim żywiole.

Czasami proszę weź kartkę ze sobą do domu i przynieś wypełnioną. A dziewczyny przynoszą pustą i mówią, że poczuły taką złość, że nie nic mogły napisać. Ta złość to opór przed tym, żeby nawet pomyśleć o sobie dobrze.

Na pytanie, czego w sobie nie lubisz, opowiadamy natychmiast…

O tak. Tu nie ma problemu.

Co sprawia, że te kobiety do Ciebie przychodzą?

W pewnym momencie zaczynamy zauważać, że zdobywanie kolejnych szczebli kariery, tytułów naukowych, awansów, kupno nowego samochodu, nie daje nam szczęścia. Kiedy budzimy się rano i nie jesteśmy radosne, mamy poczucie wewnętrznego pośpiechu, takiego „ja muszę”. Wtedy rodzi się bunt i zaczyna się poszukiwanie.

Ale często to poszukiwanie nadal odbywa się w strefie naszego komfortu. Czyli zapisujemy się na kursy, kolejny warsztat i… nic się nie zmienia. Nadal nie lubimy siebie.

Jak więc z tym naszym krytykiem pracować?

Na początek należy zrobić prostą rzecz – zdać sobie sprawę, że ta wewnętrzna zołza jest w naszej głowie i, że nieświadomie prowadzimy z nią monolog i że to właśnie „ona”( ale w istocie to część nas ) indukuje nas negatywnymi ocenami.

Po drugie należy zrozumieć co konkretnie do nas mówi i zauważyć, co ją aktywuje. Czasami są to osoby, które mają nad nami władze, albo takie które uważamy za atrakcyjniejsze. Wtedy myślimy o sobie: „zobacz, jak ona wygląda, a ty kim jesteś?”. Powinniśmy sklasyfikować, zauważyć sytuacje, w których czujemy się niekomfortowo.

Musimy pamiętać, że dopóki nie zdajemy sobie z czegoś sprawy, nie mamy na to wpływu. W momencie, kiedy włączamy świadomość, dostajemy cudowne narzędzie, które nam pomaga w dokonaniu zmiany. Bo uświadamiając sobie istnienie krytyka mamy już wybór: „aha, to chcę ulegać tej wewnętrznej zołzie, czy nie chcę?”. Jeśli nie, to przechodzimy do kontrofensywy. I zaczynamy gromadzić argumenty, które tego naszego wewnętrznego krytyka rozbrajają. Zaczynamy wchodzić z nim w dialog: „Dobra, wiem, że myślisz, że się nie nadaję i temu facetowi się nie spodobam – ale spójrz na mnie, no chyba niczego mi nie brakuje?”. Zaczynamy być w końcu stroną aktywną. Uruchamiamy nowy sposób myślenia o sobie.

I właśnie uzyskanie świadomości to bardzo ważny krok do celu. Jest nim uzyskanie dystansu, a w rezultacie odzyskanie własnego życia. Czego wszystkim życzę.

*Cytat pochodzi z książki „Rozpraw się ze swoją wewnętrzną jędzą” Amy Ahslers i Christine Arylo


Joanna Godecka

Joanna Godecka

Joanna Godecka – lifecoach, terapeutka (TSR),trenerka rozwoju osobistego, również praktyk Integrującej Obecności – współpracuje z magazynami Sens i Zwierciadlo.pl. oraz z Onetem i Pytaniem na Śniadanie. Ostatnio także trenerka wspierająca metamorfozy kobiet w programie TV „Nowa Ja”
Autorka książki „Szczęście w miłości. Jak mądrze kochać i rozumieć siebie” Nasza Księgarnia 2015. Moje ulubione obszary to podnoszenie samooceny, poprawa relacji, osiąganie harmonii wewnętrznej, work&life balance i wszelkie inne wyzwania, które mogą stać się tematem terapii krótkoterminowej.

www.joannagodecka.pl

 

 

 

 

 


Powiedz mi, co lubisz, a powiem ci, czy będziemy szczęśliwi. Czy udany związek opiera się na dobrym dopasowaniu?

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
21 marca 2017
Fot. iStock / Tasiania

„Przeciwieństwa się przyciągają” – kto z nas nie słyszał tego już trochę wyświechtanego frazesu? Dlaczego tak bardzo fascynuje nas to, co odmienne? I dlaczego tylko przez chwilę?

Zobaczcie sami.

Zauroczenie, podziw, a nawet zazdrość… „Jeny, podziwiam, że ona z taką lekkością potrafi podchodzić do ludzi, nie to co ja” – rozpływamy się nad nowo poznanym obiektem miłosnym: „Zauroczyła mnie swoją delikatnością, zupełnie inny świat…”. To naturalne, że właśnie ta odmienność bywa dla nas najbardziej pociągająca. Fascynuje nas inne niż nasze spojrzenie na wiele rzeczy. Oczywiście nasze zauroczenie niemal zawsze idzie w parze z pożądaniem, namiętnością. To, co tak bardzo dla nas inne kusi, obiecuje, każe nam próbować, ale bywa, że też rozczarowuje. Zwłaszcza wtedy, gdy okazuje się, że oprócz przeciwieństw nie macie ze sobą zbyt wiele wspólnego. To „uzupełnianie się” nawzajem jakoś się nie sprawdza, a kompromisy niosą ze sobą potężną dawkę cierpliwości, tolerancji, wyrozumiałości, a wreszcie poświęcenia części dobrze znanego nam świata.,

Czy rzeczywiście miłość jest w stanie pokonać wszystkie przeciwności? I jak to naprawdę jest z dopasowaniem w związku…? Przeczytajcie!

Dwie połówki jednego jabłka – związek symetryczny

Wbrew pozorom związek oparty na podobieństwach bynajmniej nie musi być nudny i przewidywalny. To właśnie tu o wiele łatwiej o partnerstwo i wsparcie. Dlaczego?

Przyznacie sami, że dużo łatwiej iść przez życie z człowiekiem podobnym do siebie, który wyznaje te same wartości, patrzy w tym samym co my kierunku i bardzo często rozumie nasze potrzeby i oczekiwania. Podobieństwo w związku daje nam poczucie bezpieczeństwa, stabilizacji, zrozumienia. Co więcej, bardzo ułatwia zbudowanie głębszej relacji.

Oczywiście nie oznacza to, że udany związek to relacja z osobą, która jest naszym lustrzanym odbiciem. W końcu każdy z nas jest inny, świat – a tym bardziej związek, byłby nudny, gdybyśmy we wszystkim się ze sobą zgadzali. Nic tak nie rozwija nas jak dyskusja, rozmowy, spory. Ale o ile łatwiej toczyć je z kimś, kto ma poglądy podobne do nas, kto nie zmusza nas do zmiany zdania, do zgadzania się z jego opiniami (niekoniecznie z nami tożsamymi). Możemy dyskutować, przekonywać się nawzajem bez potrzeby rozpychania się łokciami, walki o naszą niezależność, o każdy wybór.

Czyż nie jest tak, że szczęśliwi w związku jesteśmy wtedy, gdy czujemy się rozumiani? Jak często podkreślamy wagę niewidzialnej, a przez to wyjątkowej nici porozumienia, która pojawia się w związku. I bez względu na to, czy któraś z połówek tego jabłka jest bardziej czerwona od drugiej, nadal idealnie do siebie pasują.

Fot. iStock / Tasiania

Fot. iStock / Tasiania

Zupełnie inaczej wygląda relacja, kiedy spotykamy na swojej drodze kogoś, kto skrajnie się od nas różni.

Układanka – związek komplementarny

Oczywiście, że związek oparty na różnicach może być piękny, jednak o wiele trudniej o niego zadbać, ponieważ działa tak długo, jak długo obie strony są różnic zadowolone.

Taka układanka dobrze sprawdza się w relacjach, w których jeden z partnerów silnie dominuje – oczywiście tylko pod warunkiem, że druga, bardziej uległa strona, nie staje się ofiarą.

Związek przeciwieństw, czyli związek komplementarny najlepiej porównać do układanki, dwóch elementów puzzli, z których każdy jest inny, ale razem idealnie do siebie pasują. Uzupełniają się nawzajem i oboje czerpią z tego korzyści, czyli szczęście.

Jak się domyślacie, związki przyciągających się przeciwieństw bywają bardzo niestabilne, taka relacja zmusza nas często do trudnych poświęceń i kompromisów, na które nie zawsze jesteśmy gotowi.

Miłości nie buduje się na poświęceniu

Często nie jesteśmy do końca pewni, czego szukamy. Wiemy natomiast, że jesteśmy gotowi dla tego, co zdaje się być miłością, poświęcić bardzo wiele, ponieważ traktujemy to uczucie, jak naszą polisę na szczęście, inwestycję, w którą głęboko wierzymy. A raczej bardzo chcemy tak myśleć.

To cudowne, że często w swoich związkach tak bardzo się uzupełniamy. Każdy wnosi swoje odmienne kompetencje, ale powiedzmy sobie szczerze – zawsze zaczyna się od tej jednej, jedynej niepowtarzalnej rzeczy, która nas połączyła: podobieństwa, czyli wspólna pasja, marzenie… coś, co nigdy nie jest tylko przypadkiem.

Czy jesteśmy gotowi na miłość?

To, co nas do siebie przyciąga, pozwala w odpowiednim miejscu i czasie zderzyć się nagle ze sobą. Są to często nasze cechy charakteru, hobby, czy chociażby upodobania muzyczne. To, kim jesteśmy prowadzi nas w te, a nie inne miejsca. Czy bycie prawdziwym pomaga znaleźć miłość?

Kiedy dojrzewamy do tego, że chcemy stworzyć prawdziwą relację, uświadamiamy sobie, że wygląd to sprawa drugorzędna. Aby była głęboka, potrzeba przede wszystkim osoby, z którą jesteśmy w stanie się porozumieć. Na taką relację wpływa w dużej mierze zgodność charakterów, a właściwie jej brak, o czym właśnie mówi popularne przysłowie, że przeciwieństwa się przyciągają. Charakter zdecyduje o tym, czy zauroczymy się daną osobą, ale to zdolność do porozumiewania się, umiejętne spędzanie wspólnego czasu i pasjonowanie się wspólnymi tematami pozwala zbudować długotrwały związek.

Duży wpływ na to ma coraz większa świadomość kobiet, które w mężczyznach chcą widzieć partnera, a nie głowę tradycyjnego modelu rodziny. Zmiany priorytetów w budowaniu związku sprawiają, że staje się to trudniejsze, głównie ze względu na problem ze znalezieniem właściwej osoby. Dlatego właśnie powstał Kissograph, czyli aplikacja do poznawania ludzi, którzy „pasują” do naszego stylu życia.
Bartłomiej Nizio, współtwórca aplikacji Kissograph

Powiedz mi, co lubisz, a powiem ci, czy będziemy szczęśliwi

Dziś kochamy inaczej niż kiedyś, a jednak podobnie. To, co się zmienia, to sposoby na znalezienie miłości, która również podąża z duchem czasu. Mowa oczywiście o internecie, ogromna część życia każdego z nas przeniosła się do świata wirtualnego, w tym również poszukiwania przyjaźni i miłości.

Wciąż szukamy księcia z bajki lub księżniczki do ocalenia, wciąż tak samo pragniemy wsparcia i namiętności, łakniemy ideałów. Bywa, że z czasem zaczynamy sami pisać swoją bajkę, bardziej prawdziwą, z takim zakończeniem, jakiego pragniemy, a nie jakie ktoś kazał nam ułożyć. Naszym motorem zawsze jest potrzeba bliskości i miłości. Na szczęście znów zaczęliśmy doceniać relację z drugim, prawdziwym człowiekiem.

Po chwilowym zachłyśnięciu się aplikacjami stworzonymi do szybkiego kochania, gdzie jednym ruchem, przebieramy w kandydatach dość dobrych na wieczór, seks czy spacer po plaży, zaczęliśmy doceniać to, co prawdziwe. Zaczęliśmy szukać tych, którzy tak, ja my…

…też lubią wstawać bardzo wcześnie rano i robić zakupy na lokalnym targu.

… kochają jazz albo hip hop.

… wybierają wakacje pod namiotem.

… co piątek lubią wyjść ze znajomymi lub zupełnie odwrotnie, zaszyć się w domu i obejrzeć stare, dobre komedie.

Bo randki „z internetu” miały przecież nam pomagać, a nie odwracać uwagę i oddalać od tego, czego szukamy.

Potrzebujemy prawdziwych ludzi, nie iluzji

Długo zastanawialiśmy się, co zrobić, by wydobyć w serwisie randkowym osobowość użytkownika, zachowując przy tym autentyczność, a zarazem prostotę całego systemu. Kiedy trafiło do nas, że moglibyśmy wykorzystać Facebooka do nakreślenia profili użytkowników oraz dobierać ich na podstawie wspólnych zainteresowań i aktywności, to było jak strzał w dziesiątkę. Zrozumieliśmy, że za każdym polubieniem kryje się prawdziwa historia, która może połączyć osoby żyjące podobnym stylem życia. To było coś niesamowitego.
Bartłomiej Nizio, współtwórca aplikacji Kissograph

Przypadki się zdarzają, ale mało który trwa wiecznie. A my życzymy wam tego najcenniejszego dopasowania,  kogoś, kto podobnie jak wy, szuka dobrej miłości i idzie w podobną stronę.

Partnerem artykułu jest Kissograph,

pierwsza na świecie aplikacja, która pomaga znaleźć pokrewne dusze, porównując nasze zainteresowania na Facebooku. Stworzona z wielką starannością, by dobrać najlepiej dopasowane do nas osoby.
Poznaj wyjątkowe osoby, z którymi mijasz się codziennie.


Zobacz także

Kup babo rower, żaden lowelas tak cię nie odmłodzi! Wsiadłam, pojechałam, żyję i mam się świetnie. Jak testowałam "miejskie cudo"

Kup babo rower, żaden lowelas tak cię nie odmłodzi! Wsiadłam, pojechałam, żyję i mam się świetnie. Jak testowałam „miejskie cudo”

11 najczęstszych powodów zaburzeń miesiączkowania

11 najczęstszych powodów zaburzeń miesiączkowania

Kawa opóźnia nasz zegar biologiczny