Związek

Zrozum, nie odeszłam do innego mężczyzny. Odeszłam, bo nie czułam się kochana

Z życia kobiety
Z życia kobiety
25 stycznia 2017
Fot. iStock/SandraKavas
 

Wiem, że mnie nie wysłuchasz. Zwłaszcza teraz, kiedy szalejesz, obrzucasz mnie najgorszymi epitetami. Bo zdradziłam, bo odeszłam, bo zniszczyłam tobie, nam, dzieciom życie.

Wiedziałam, że tę furię będę musiała przeżyć, a jednocześnie tak bardzo mnie ona dziwi, bo dopiero, kiedy powiedziałam wprost, że odchodzę, na nowo zaistniałam w twojej przestrzeni. Zauważyłeś, że jestem, że jednak istnieję, nie jestem meblem do przesunięcia, który można ominąć, udawać, że nie słyszy się jak trzeszczy. Tak, bo dla ciebie trzeszczałam już jak zdarta płyta, że nas mało, że brakuje mi czułości, miłości, bliskości.

Szalejesz z wściekłości, a przecież ja nie odeszłam dziś, z dnia na dzień. Teraz wydarzyła się dla ciebie tragedia, bo nagle nie ma kto wrzucić skarpetek do prania, zrobić rano kawy i podać późnego, ale jednak ciepłego obiadu?

Przyjrzy się sobie, zobacz nas, których przez ostatnie lata zupełnie nie było. Były za to moje fochy, moje oczekiwania, moje wymagania. Tak to widziałeś. Na nic zdały się tłumaczenia, rozmowy. Przez chwilę było lepiej, a później i tak wszystko wracało do wygodnej dla ciebie normy. Ja byłam dobrym dodatkiem. Nabyta jako żona. Bo w końcu jak przypieczętowane podpisem w urzędzie, przysięgane pod ołtarzem, to już na zawsze.

I tu się mylisz. To jest ta lekcja, którą powinieneś wyciągnąć – otóż nic nie jest na zawsze, a już na pewno nie moja miłość do ciebie. Ona też, jak się okazało miała, swoje granice.

Nie planowałam tego. Nie działałam w afekcie. Po prostu, stało się, kiedy na mnie spojrzał, kiedy magnetyzm jego wzroku sprawił, że ugięły się pode mną kolana. Dawno żaden mężczyzna tak na mnie nie patrzył, dawno nie czułam, że właśnie ktoś rozbiera mnie wzrokiem. Tak. Dla ciebie byłam żoną i matką. Tą, która jest w domu, kiedy ty wracasz z pracy, czasami coś pomarudzi, ale ogólnie nie ma na co narzekać. W końcu żyło się nam dobrze. Zaraz jak to było: „czego ci brakowało? Miałaś wszystko!!!”. To mi wykrzyczałeś, ale za późno. Bo ja nie raz mówiłam, próbowałam tłumaczyć, że twoje wszystko, to nie jest to czego ja chcę, czego potrzebuję.

Mówiłam, że brak mi czułości. Nie chciałam dużo, tylko przytulenia, gestów, delikatności, takiej nieuchwytnej chwili, kiedy wiem, że mnie kochasz, że dotykasz mnie, stajesz obok, łapiesz mnie za rękę z miłością, naturalnie, jak kiedyś. Tak, to „kiedyś” stawało między nami. Nie mogłeś tego znieść: „pokaż mi parę, która jest w sobie cały czas zakochana, jak na początku” – to była twoja odpowiedź. Ty po prostu tego nie czułeś, nie widziałeś, nie chciałeś.

A ja chciałam, żebyś się mną zachwycał, by w twoich oczach widać było ten błysk, kiedy mnie widzisz. Jasne, że nie zawsze. Ale przecież ja tobie mówiłam, jak zakładałeś tę niebieską koszulę, że uwielbiam cię w niej. Powtarzałam, jaka jestem z ciebie dumna, kiedy opowiadałeś o kolejnych sukcesach w pracy, śmiałam się z twoich żartów. I to nie było wymuszone, to naturalne, tylko ja byłam przezroczysta. Czasami miałam wrażenie, że patrzysz przez mnie, gdzieś w dal. Mówiłam, że potrzebuję tych słów. A tobie było wszystko jedno, czy schudłam, czy podobam ci się w tej czy innej sukience. Pamiętam, jak spytałam, czy podoba ci się mój nowy kolor włosów, usłyszałam standardowo: „tak, świetnie”, tyle, że ja wtedy nie byłam u żadnego fryzjera, nie farbowałam włosów od trzech tygodni…

A on widział wszystko. On się mną zachwycał. „Jesteś taka piękna” – mówił. A mi trudno było w to uwierzyć, bo przecież dawno tych słów nie słyszałam. Od wielu lat nikt mi nie powiedział, że mam cudowny uśmiech, że w moich oczach można zniknąć. Tak, dla ciebie to banały, ty mówiłeś „komplementami cię i dzieci nie nakarmię”. Tylko widzisz, miłość karmi się też takimi banałam, ty lubiłeś ich słuchać, gdy mówiłam, że kocham twoje ramiona – takie silne i mocne.

Mówiłam: „nie ma ciebie”, „potrzebuję, żebyś był bliżej”, „martwię się o nas”.

„Czepiasz się. O co ci znowu chodzi” – odpowiadłeś, a kiedy kolejny raz próbowałam wytłumaczyć, przewracałeś oczami. „Już dobrze, rozumiem, będę się starał” – mówiłeś. Jakiś czas miałam nadzieję, że naprawdę coś się zmieni. Wysyłałam SMS-y, na które odpisywałeś. Całowałeś rano przez kilka dni. Nawet do kina mnie zabrałeś, po tym, kiedy zagroziłam, że będę spać na kanapie.

Nie wytrzymałam raz krzycząc, że odejdę, że mam dość bycia traktowaną jak przedmiot pozbawiony uczuć, gdzie nie czuję się szanowana, doceniana, gdzie ktoś k,ogo kocham, robi ze mnie robota od sprzątania, zajmowania się dziećmi, przygotowania imprezy dla znajomych i uśmiechania się, kiedy jest taka potrzeba.

Wiedziałeś, że kłamię. Wtedy kłamałam, bo nie odeszłabym, bo myślałam, że to ostatnia deska ratunku dla nas, że zrozumiesz, że chcę być w twoim życiu tak samo ważna, jak ty byłeś w moim. Ale dla ciebie ważniejsza była praca, mecze, tenis, na który biegałeś w każdej wolnej chwili, rower, na którym znikałeś w weekend, bo musisz się odestresować, zrelaksować. Jakbyśmy ja i dzieci byli także źródłem twojego stresu…

A on? On lubił te same filmy, co ja. Dostałam od niego płytę, o której marzyłam, tylko wiecznie zapominałam jej sobie kupić. Od ciebie na prezenty przestałam liczyć, a ty przyzwyczaiłeś się, kiedy pokazywałam ci coś nowego mówiąc: „kupiłam sobie od ciebie na urodziny”. Nawet nie zaprotestowałeś. Z nim mogłam rozmawiać o podróżach. Nawet nie wiem, kiedy zaczęliśmy planować wspólne wakacje. Ty zgadzałeś się na wszystko, co wymyśliłam, byle nie daleko, bo nie chciałeś się kisić w samochodzie po kilkanaście godzin…

Nie wiesz o mnie jednej rzeczy, ja też jej nie wiedziałam, do czasu, aż zrozumiałam, że stoimy w miejscu, że między nami nic się nie zmienia. Jakby ktoś nam założył betonowe buty i uniemożliwił jakiekolwiek ruchy. Ja się jeszcze wiłam, próbowałam nas wydostać, ale tobie było zbyt wygodnie, zbyt bardzo byłeś skupiony na sobie, żeby wyjść mi naprzeciw. Nie chciałam tak żyć.

W końcu zrozumiałam, że to nie moja wina, przestałam wyrzucać sobie, że coś robię źle, że za mało się staram, że zbyt dużo wymagam. W oczach, gestach i słowach innego mężczyzny zrozumiałam, że jeśli chcemy, jeśli kochamy, możemy wszystko zmienić.

Nie odeszłam do innego mężczyzny. Odeszłam, bo nie czułam się kochana, bo ja ze swoimi pragnieniami i potrzebami byłam ignorowana, tłamszona, wpędzana w poczucie winy, zamykana w czterech ścianach wyrzutów sumienia, gdzie odbijało się twoje „ale o co ci znowu chodzi”. Przy nim zrozumiałam, że nie wymagam wiele, że można być razem inaczej, że miłość może być czuła, może być blisko, że może wymykać się rutynie wczesnym porankiem kawą pitą na balkonie i leniwym seksem, nim wstaniemy i szybko wejdziemy w dzień, wsuniemy na siebie ubrania.

Nie wrócę. Choćbyś nie wiem, jak się odgrażał. Choćbyś nie wiem, jak głośno powtarzał, że jeszcze zrozumiem, gdzie było mi dobrze, to wiedz dziś jedno: nie wrócę, bo zrozumiałam, że można być szczęśliwym, że można czuć się kochanym.

 

 

 

 


Związek

Nagle dociera do ciebie, że to, co zawsze było dla ciebie najważniejsze – miłość, w twoim życiu nie istnieje

Z życia kobiety
Z życia kobiety
19 lutego 2017
Fot. iStock / tatyana_tomsickova
 

Jak długo czekasz? Jak wiele rozczarowań przeżyłaś, jak wiele razy zostałaś skrzywdzona?

Siedzisz na kanapie i cała jesteś czekaniem. Na gest, na słowo, na chociażby jeden sygnał, że on cię kocha, że jesteś dla niego ważna, potrzebna.

Być może masz około 40 lat, niemal 20 lat związku za sobą. I nagle dociera do ciebie, że to, co zawsze było dla ciebie najważniejsze – miłość, w twoim życiu nie istnieje. Rozglądasz się ze zdumieniem, patrzysz na mężczyznę, który śpi obok ciebie i zastanawiasz się: „co ja właściwie tu robię?”, co mnie przy nim trzyma, dlaczego wciąż tutaj jestem?

Bo wydawało ci się, że miłość wszystko pokona, że jakoś się ułoży? Że z czasem będzie lepiej? I pewnie było, nie raz. Kiedy rodziły się wasze dzieci, kiedy jeszcze z nimi wyjeżdżaliście na wakacje. Ile takich chwil pełnych miłości możesz naliczyć? Jak wiele dobrego między wam się zadziało, jaki jest bilans zysków i strat?

On śpi obok, a ty co czujesz? O czym marzysz? Chcesz być kochana? Tak po prostu? Chcesz tych gestów delikatności, czułości, tego spojrzenia, w którym ukryty jest zachwyt i podziw? Mówisz sobie, że przecież nie wymagasz wiele, a jednak nawet to nie przychodzi.

A może jesteś po 30-tce, po nieudanym związku, który zostawił po sobie głęboką ranę. Może wierzysz, że tylko miłość jest w stanie cię uleczyć. Czekasz, aż ktoś zapuka do twoich drzwi, aż zacznie cię kochać, aż pozwoli na nowo uwierzyć, że świat jest piękny i dobry. Tymczasem rozglądasz się głodnym wzrokiem, każdy najmniejszy gest w twoją stronę napełnia cię nadzieją, że może teraz i rozczarowuje, że jednak nie ten, że nie tym razem. Bo szczęście może dać ci tylko miłość widziana w oczach mężczyzny. To jest twoja siła napędowa, to ci daje chęć do działania, do dawania, do otulania jego i siebie kochaniem, poświęceniem, bo właśnie tego miłość oczekuje.

Tyle, że mijają miesiące, a ona nie nadchodzi, a ty jesteś coraz bardziej jej głodna, bo bez miłości twoje życie traci sens. Wszystko traci sens. Musisz ją znaleźć, musisz ją mieć, inaczej nie potrafisz być szczęśliwa.

Kiedyś byłam jedną z was. Byłam tą dziewczyną, którą w urodziny zostawił facet, który miał być na całe życie, miał być ojcem moich dzieci, to z nim układałam sobie w głowie całą moją przyszłość, ale on nie chciał jednak jej dzielić. Wrócił, bo tak na niego czekałam, bo tak bez tej miłość żyć nie potrafiłam. Wydawało mi się, że tylko z nim mogę być szczęśliwa. A później spał obok mnie, a ja zastanawiałam się, jak ty, co ja obok niego robię.

Czekałam na gesty, na słowa. Czekałam, aż miłość do nas wróci, bo przecież kryzysy spotykają każdy związek. Ale miłość wszystko przetrwa, wszystko zwycięży, jeśli… jest.

Jak długo się oszukiwałam? Pewnie zbyt długo. Tak bardzo czekałam na tę miłość, tak bardzo jej potrzebowałam, że karmiłam ją każdego dnia. Dawałam tak wiele, jednocześnie tak mało otrzymując w zamian. Była czekaniem i dawaniem. Wierzyłam, że ona się obudzi, że dostrzeże, że zrozumie, że w moich ramionach może być bezpieczna, bo jej nigdy nie opuszczę.

Spytałam go dlaczego mnie kocha. Zaspany spojrzał na mnie ze złością: „O co ci znowu chodzi”. „Dlaczego mnie kochasz?” – nie dawałam za wygraną. Było we mnie tyle determinacji. Chciałam usłyszeć, że tak, że kocha, że nie powinnam mieć wątpliwości. „Daj mi spokój” – obrócił się na drugi bok, a ja zamarłam. Nagle dotarło do mnie, że wszystko to, w co chciałam wierzyć, nie istnieje, że żyłam wyobrażeniami, ideałami, których w moim życiu zwyczajnie nie było.

Ot, dwoje ludzi żyjących obok siebie, którzy tworzą coś, co nazywa się rodziną. I tylko rodziną, formalnym układem, w którym miłość, jak się okazuje, nie zawsze jest niezbędnym składnikiem.

Nie poddałam się wcale tak szybko. Nie wstałam tego dnia pakując swoje rzeczy do walizki. Chciałam, żeby o mnie zawalczył, żeby poczucie nadchodzącej straty obudziło w nim uczucia, które – miałam nadzieję, zakopał głęboko. Ale jemu było wszystko jedno: „Rób, co chcesz” – i nie było tu podtekstu, nie było skamlania – kocham cię, zostań, wszystko się zmieni.

Przestałam czekać. Miłość zamiast uczynić mnie szczęśliwą – zaprzepaściła wiele lat mojego życia, życia w iluzji, w zakłamaniu, w udawaniu kogoś, kim nigdy nie byłam.

Chciałam ci powiedzieć jedno: jeśli czekasz – odpuść. Miłość nie przyjdzie tylko dlatego, że jej potrzebujesz. Skup się na sobie. Spytaj siebie czego pragniesz, nie czego pragnie on, wy – czego ty chcesz, czego potrzebujesz. Stań przed lustrem i spójrz na kobietę, która na ciebie patrzy. Kim jest? Jest szczęśliwa? Porozmawiaj z nią. Ja pewnego wieczoru odbyłam bardzo długą rozmowę, która zmieniła moje życie. Rozmawiałam ze sobą, szczerze, otwarcie, jak nigdy wcześniej. Czego się boisz? – pytałam, kim chcesz być? – drążyłam. Co potrzebne ci jest do szczęścia, do spokoju?

I wiesz, zrozumiałam, że tak – miłość jest najważniejsza, ale ta, którą ja siebie obdarzę, którą dam sobie. Ona jest największą wartością. Ona pozwoli ci zadbać o siebie, żyć tak jak masz na to ochotę. I być szczęśliwą. To cała tajemnica. Jeśli pokochasz siebie, zaufasz tej miłości – to dojrzysz ją w końcu w oczach innego mężczyzny, kiedy się jej najmniej spodziewasz. I będzie pięknie… Wiem, co mówię.


Związek

„O wszystko, co złe w moim życiu winiłam jego. A to były moje wybory, moje wyobrażenia, jaki powinien być nasz związek”

Z życia kobiety
Z życia kobiety
12 stycznia 2017
Fot. iStock/eclipse_images

Mówią: „Takie z was fajne małżeństwo”, „Wy to macie szczęście, że na siebie trafiliście”. Uśmiecham się, bo co innego mam zrobić. Tłumaczyć, że to nie tak. Że to, co widzą inni okupione jest ogromem pracy, złości, awantur, pakowania walizek?

Tak, dziś, kiedy na nas patrzę, mam pewność, że „fajna” z nas para, kiedyś jej nie miałam, nie miałam jej przez wiele lat, gdy to raz ja chciałam się wyprowadzić, gdy innym razem jego pakowałam.

Nie jestem łatwym człowiekiem, muszę postawić na swoim, muszę mieć rację, muszę udowodnić, że to nie ja się mylę. Dużo tego „ja muszę” było w między nami. Ja musiałam, a on – miałam wrażenie – nie musiał nic. Jemu wystarczało, że był, że to ja dźwigam ciężar i odpowiedzialność naszego wspólnego w końcu życia na barkach.

Łatwo jest wszystko co wspólne wyrzucić na śmietnik, odwrócić się na pięcie, wyjść, dogadać się po ludzku, co z dziećmi, co z majątkiem.

A nas jednak coś trzymało blisko siebie, nawet wtedy, gdy byliśmy tak daleko, że nie widać było drogi powrotnej do siebie, do nas. Jakbyśmy oddali się przyczepieni do niewidzialnej nici, dzięki której możemy do siebie wrócić, jeśli tylko tak zadecydujemy,

Było w nas dużo buntu, wiele własnych racji, nieprzejednanych opinii. Raz jedno uważało się za lepsze, drugi raz inne.

Pamiętam wyjazd na wakacje, gdy dzieci były małe. W czwórkę w ciasnym samochodzie wypełnionym po brzegi bagażami i… skończył się olej, gdzieś w środku szczerego pola. Wpadłam w szał. Alarmującą lampkę widziałam już kilka dni wcześniej, ale oczywistym wydawało mi się, że to ty o to zadbasz. Ja nas pakowałam, prałam, tworzyłam listy, co brać, a czego jednak nie. Nasz pierwszy z dziećmi wyjazd za granicę. Jeny jak ja wtedy krzyczałam. Że jest nieodpowiedzialny, że jak tak skrajnie można być zapatrzonym w siebie, że nie dba o nasze bezpieczeństwo, o nasz komfort, że na niego nigdy nie można liczyć, że mogłam sama pojechać na te wakacje, że go nie potrzebuję.

Było we mnie tyle żalu, tyle pretensji o to, że moje życie nie jest idealne, że on nie jest idealny, że tak bardzo mnie rozczarował, że byłam przekonana, że jest inny. Świadoma jego braków, ale licząc, że pewnych rzeczy, jak się kocha, można się nauczyć – ot tak po prostu.

I to moje życie – nudne do bólu, oparte jedynie o filar rutyny, gdzie poza nią nic. Przewidywalne do bólu – dzieci, śniadanie, obiad, brudna podłoga, rozlane mleko, obiad, jakiś spacer z dziećmi, żeby on odpoczął, kąpiel, kolacja, bajki do czytania i seks od czasu do czasu – od wielu miesięcy wtedy nie miałam orgazmu. Udawałam dla świętego spokoju myśląc tylko, jak bardzo jestem zmęczona.

Oczywiście, że nie rozmawialiśmy. Klasyka gatunku. O wszystko, co złe w moim życiu winiłam jego. O to, że mam taką pracę, a nie inną, że nie mogę iść z koleżankami do kina, bo on na pewno sobie z dziećmi nie poradzi, że nie wyjadę na weekend, bo jemu się nie chce. Tysiące usprawiedliwień pod wspólnym mianownikiem tego, kto całemu złu jest winien.

Wtedy nie rozumiałam, że to wszystko to moje wybory, moje decyzje, moje wyobrażenia o tym, jak życie wyglądać powinno, a jak rozczarowywało.

Pamiętam, jak się wyprowadził. Bo tak lepiej, bo odpocznijmy od siebie, bo może nabierzemy dystansu. Poczułam ulgę, że on to zaproponować, coś, co mi chodziło po głowie od dawna. Dzieci u dziadków na wakacjach, później każde na obóz. Wspólne dwa tygodnie bez dzieci już przerabialiśmy, prowadziły donikąd. Staraliśmy się być dla siebie mili, wierzyliśmy, że czas, który zyskujemy, bo nie poświęcamy go dzieciom, wystarczy, żeby było dobrze. I było. Na chwilę, na kilka tygodni.

A później przestaliśmy się nawet kłócić, zawsze jedno machnęło ręką, wyszło, mówiło, a na pewno myślało: „Daj już spokój”.

On wynajął pokój, ja napawałam się ciszą i spokojem w domu. Mogłam czytać książki, dopóki nie było dzieci, mogłam jeść to, na co miałam ochotę, nie czułam żadnego przymusu, że coś muszę, że coś powinnam. Dobrze mi było. Szłam biegać, popływać, na spacer. Wolność, której tak potrzebowałam. Wolność wyborów, decyzji od nikogo nie uzależnionych.

Ale ucieszyłam się, jak zadzwonił. Ot wyjście na piwo. Chyba wtedy pierwszy raz rozmawialiśmy, tak naprawdę, tak do bólu szczerze. To nie było miłe. Usłyszałam, że ja zawsze chcę o wszystkim decydować, że nawet gdy on coś proponował – i tak miałam swój plan, a później pretensje, że on niedecyzyjny. „Przyzwyczaiłaś mnie do takiej miłości. Miłości, w której ty ze wszystkim dajesz sobie radę, a ja jestem na doczepkę, czasami jak piąte koło u wozu…”.

Argument po argumencie, ale bez złości, bez kłótni, awantury. Jak dwoje dorosłych ludzi siedzących na kozetce u terapeuty. Bolało jego, bolało mnie. Nie mogłam wtedy zasnąć. Coś we mnie pękło.

Wiele takich rozmów odbyliśmy. Wiele godziny przegadaliśmy, przepłakaliśmy. Czułam, że po tej linie wracamy do siebie. Tacy zupełnie inni, dostrzegający, jak bardzo się zmieniliśmy, jak bardzo nam na sobie zależy, jak chcemy zrozumieć, co się stało.

Tak, jesteśmy „fajną” parą, ale to efekt naszych chęci, naszego zrozumienia i akceptacji siebie nawzajem. Bo nagle okazało się, że będąc w związku też mogę być wolna, że jeśli tylko pozwolę mu na siebie liczyć, to mogę wszystko. A w zamian dostanę ogromne wsparcie. Zrozumiałam, jak bardzo jesteśmy inni, jak każde z nas czego innego oczekuje, w innym tempie dąży do tego, na czym mu zależy. Zrozumiałam, że związek to dwa zbiory, gdzie tylko pewna część jest wspólna, gdzie każdy ma prawo do własnych poglądów, pasji, wyborów, ale to co nas łączy jest fundamentem naszej miłości.

I kiedy dziś myślę o nas – uśmiecham się do siebie. Jak jesteśmy pogodzeni z tym, jacy jesteśmy. Jak nie przestaliśmy sobie wyobrażać, jak być powinno, tylko cieszymy się z tego, co mamy.

Tak to takie rzewne, i „nudne”, ale to dobra miłość, dziś bez potrzeby fajerwerków, spokojna, i pewna nas samych.

Życzę wam byście takiej miłości doświadczali każdego dnia.