Lifestyle Związek

„Zobacz co za ludzie, jeszcze zwieją i nie przeproszą, że zarysowali nam auto”. 10 bardzo kobiecych kłamstewek

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
29 stycznia 2016
Fot. iStock / tarasov_vl
 

No dobra, może strzelimy sobie właśnie w kolano, a może żaden facet po prostu tego nie przeczyta. Ale popłakałam się ze śmiechu, kiedy koleżanka próbowała przekonać swojego męża, że wcale nie była u fryzjera, a jej włosy to efekt dzisiejszej pogody – deszczowej. Jak to jest, że normalnie mężczyźni nie zauważają zmiany naszej fryzury, a kiedy tak bardzo nam zależy, żeby jej nie zauważyli, bo przecież byłyśmy dłużej w pracy, a nie u naszej ulubionej fryzjerki – to dostrzegają najmniejsze cięcia.

Możemy teraz dyskutować, że szczerość wobec partnera jest najważniejsze, że nawet najdrobniejsze kłamstwa mogą zniszczyć związek. Ok., wszystko się zgadza. Ale przyjrzymy się sobie szczerze – która z nas choć raz nie skłamała.

„Wychodzę ze sklepu patrzę – zarysowane auto”

To nic, że szrama ciągnie się na pół drzwi albo, że zderzak połamany. Idziemy w zaparte. W życiu się nie przyznamy, że dawaliśmy facetowi na parkingu kasę w rękę dla świętego spokoju, żeby mógł sobie podlakierować bok  auta po tym, jak go nie zauważyłyśmy wyjeżdżając z parkingu. Albo, że rozmawiałyśmy z przyjaciółką przez telefon i nie zdążyłyśmy zauważyć we wstecznym lusterku lampy… Albo, że wózek nam „uciekł” i uderzył w samochód: „Zobacz co za ludzie, jeszcze zwieją i nie przeproszą, że zarysowali nam auto”. A lusterko urwał nam „jakiś palant” pod sklepem i jeszcze podał zły numer telefonu, więc nie ma jak ściągnąć kasy z ubezpieczenia.

„Kochanie pyszny ten gulasz” – „Dziękuję, cieszę się, że ci smakuje”

I nawet się nie zająkniemy w myślach prosząc, żeby nasza mama nie spytała przy jakieś okazji: „I jak gulasz smakował, zrobiłam wielki gar, to wam podrzuciłam na obiad”. I przysięgasz sobie, że dopytasz jej dokładnie, jak go robi. Bo tobie nigdy nie wychodzi, aż tak dobry. Ale on – a niech sobie myśli, że to ty. W końcu przedwczoraj zrobiłaś pyszną fasolową, to nawet nie skomentował, choć zjadł dwa talerze.

„Za słone? No co ty, wsypałam tylko pół łyżeczki”

To także z naszych kulinarnych wpadek. Tyle, że to pół łyżeczki było razy trzy, bo zapomniałaś, że soliłaś. „Ta sól chyba jakaś inna”, brniesz i dolewa wody do szklanki, żeby miał czym popić. Po soli chce się w końcu pić.

„Jestem na diecie”

Hahahaha, aż się sama rozśmieszyłam, choć kiedy tak mówimy jesteśmy święcie przekonane, że na tej diecie jesteśmy. Choćby miała ona trwać dwie godziny. Odmawiamy sobie ziemniaków, mówimy, że słone paluszki wieczorem, to zło. Ale kiedy nikt nie widzi podjadamy z lodówki kawałek szynki, a później ogórka, aż kończymy na kanapce robionej po kryjomu w nocy. Nasz partner rano widząc jak wciągamy białą bułkę z dżemem – milczy. On udaje, że nie pamięta o diecie, a my jesteśmy mu wdzięczne, że nie komentuje.

„Ta kiecka – no co ty stara, nie pamiętam, kiedy ją kupiłam”

Klasyka. Metki od nowej bluzki jeszcze w śmietniku, ale my twardo twierdzimy, że to bluzka, którą kupiłaś dwa miesiące temu na urodziny teściowej, tylko ostatecznie założyłaś coś innego. A jeśli już musisz przyznać, ze to coś nowego mówisz: „Kochanie nie uwierzysz, jakie są teraz wyprzedaże. Zobacz to wszystko – koszulkę, sukienkę, pasek, korale i okulary przeciwsłoneczne kupiłam za 120 złotych. O i tobie kupiłam jeszcze majtki”.

„Kochanie, wrócę później, szef oszalał i na jutro muszę przygotować raport. Poradzisz sobie”.

Ostatnią część kłamstwa dodajemy z taką troską, że nie ulega wątpliwości, że wolałybyśmy być już dawno w domu. O raporcie zapominamy zaraz po odłożeniu telefonu, bo przecież ten spokojnie zdążymy zrobić jutro, a teraz mamy czas na pyszną kawę w ulubionej kawiarni z przyjaciółką i na plotki. Taaak, takie popołudnia bez wyrzutów sumienia (bo przecież ciężko pracowałyśmy) – bezcenne.

„Widziałaś mój sweter?” „Nie, może w praniu?”

Tymczasem sweter – przez nas znienawidzony, bo źle mu w tym kolorze i w ogóle wygląda w nim kiepsko i przytulić się nie możesz, bo gryzie, już kilka dni temu wylądował w śmietniku. „Pewnie nie zauważy, a w końcu o nim zapomni” – usprawiedliwiamy się w myślach i oddychamy z ulgą, kiedy on zakłada w końcu coś innego i przestaję drążyć temat „tego” swetra.

„Nie słyszałam, że dzwoniłeś”

Mówimy, gdy w końcu on się dodzwonił i pyta: „Dlaczego nie odbierasz”. Jasne – nie słyszałam. A masz – też się trochę o mnie pomartw. Zobacz jak to jest, kiedy ty nie odbierasz telefonu, bo spotkałeś się z kumplami, miałeś wrócić godzinę temu i zero – ani telefonu ani SMS-a, a ja umierałam ze strachu.

„Nie, nie śpię, tylko oczy na chwilę zamknęłam”

Tłumaczymy, gdy przysypiamy na kanapie, a on opowiada nam co wydarzyło się dziś w pracy. Owszem – bardzo interesujące, ale dziś marzymy tylko o drzemce, wiec na pytanie: „Czy ty w ogóle mnie słuchasz?”, odpowiadamy: „Kochanie, ależ oczywiście, naprawdę rozumiem cię” – wystarczy, by móc znowu zmrużyć oko.

„Wiesz co, Anka właśnie wysłała mi SMS-a. Coś się dzieje, muszę do niej jechać. Ok?”

To nic, że już wczoraj umówiłyście się na wspólny wieczór, tylko ty zupełnie o tym zapomniałaś i nie powiedziałaś, że masz wieczorne plany. By wyjść z twarzą i oczywiście bez poczucia winy, że nagle zostawiasz mu cały dom na głowie – biegniesz ratować przyjaciółkę. A kiedy rano on pyta: „I co tam u Anki się stało” mówisz: „A znasz ją, znowu przejaskrawiła”.

U mnie w domu klasyką jest, gdy mąż robiąc sobie wieczorem kanapki pyta, czy też mam ochotę. Zawsze zaprzeczam, a on zawsze robi jedną lub dwie więcej, bo wie, że i tak po nie sięgnę 🙂

A wy – macie jakieś swoje małe kłamstwa? Coś byście dodały?

P.S. Tekst skonsultowałam z mężem, który tylko pobłażliwie się uśmiechnął mówiąc: „Sama prawda” 😉


Lifestyle Związek

Uwaga! Tata wraca!!! Idealny sposób, by odpocząć w weekend. Obejrzyj

Redakcja
Redakcja
29 stycznia 2016
Fot. Screen z Facebooka
 

Piątek – w końcu weekend. A ty po całym tygodniu z dziećmi padasz na twarz i marzysz o tym, by w końcu odpocząć. Oczywiście twoi najbliżsi nie widzą, ile energii wkładasz, by dom wyglądał tak, jak wygląda, a dzieci były nakarmione i szczęśliwe. 

„Świetnie sobie radzisz” – jeśli jeszcze raz to usłyszysz to oszalejesz? Jest na to naprawdę bardzo prosty sposób. Zobaczcie koniecznie i już umówcie się do kosmetyczki albo na masaż 😉

o Boże , tata idzie!!!

Posted by Ewa Dreibrodt on 24 wrzesień 2015


Lifestyle Związek

„Chcę być dalej kobietą, a nie porozciąganą matroną”. Wojna o cesarskie cięcie

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
29 stycznia 2016
cesarskie cięcie
Fot. iStock / bukharova / slovegrove
„Znacie lekarza, który zrobi cesarskie cięcie na życzenie?”, „Nie mam zamiaru rodzić naturalnie, chcę dalej być kobietą, a nie porozciąganą matroną”. To fragmenty wypowiedzi na jednym z forów dla matek.  Według Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) tylko około 15 proc ciąż powinno kończyć się cesarskim cięciem. Tymczasem Polsce 40 proc kobiet rodzi przez cesarskie cięcie. Część z nich po prostu dlatego, że tak wybiera. Kontrowersyjny, trudny temat, który dzieli i ciężarne i często lekarzy. Jaka jest prawda o cesarskim cięciu? Kto w tym konflikcie ma rację? Rozmawiamy o tym z doktor Agnieszką Łojek-Ozgą, specjalistą w zakresie ginekologii i położnictwa.

 Iwona Zgliczyńska: Pani doktor, wiele moich znajomych tak bardzo boi się porodu, że chce zrobić sobie cesarkę. Za każdą cenę! W przenośni i dosłownie.
Dr Agnieszka Łojek- Ozga: Każda kobieta boi się porodu. To są naturalne emocje. Zwykle przecież boimy się rzeczy nieznanych, które w dodatku są demonizowane. Moje pacjentki opowiadają, że nasłuchały się od mam, ciotek i babć o ich traumatycznych przeżyciach podczas porodu. Ich wyobraźnia, podsycona opowieściami tych kobiet, podsuwa im już tylko czarne scenariusze. Tyle, że koleżanki, które napędziły im stracha, nie mają wiedzy medycznej: czym tak naprawdę jest cięcie cesarskie. One nie wiedzą, że to nie jest żaden drobny zabieg, ale poważna brzuszna operacja.

Kobiety, słysząc od swoich matek, że ich poród był traumą, myślą, że to może się powtórzyć. Stąd chyba strach i pomysł, że cięcie cesarskie trwa dwadzieścia minut i jest po tzw. krzyku.

Weźmy pod uwagę, że nasze matki rodziły trzydzieści lat temu, kiedy musiały leżeć w pozycji klasycznej na plecach. Nie wolno im było wstać podczas porodu. Rodziły w salach wieloosobowych. Nie miały do dyspozycji nowoczesnych metod uśmierzania bólu, np. znieczulenia zewnątrzoponowego. Nie mogły wejść pod prysznic czy do wanny, by się odprężyć. A dziś kobiety mogą rodzić razem z partnerem, słuchać ulubionej muzyki. To wszystko przecież sprawia, że poród staje się bardziej komfortowy. Nie mogę natomiast zgodzić się ze stwierdzeniem, że cięcie cesarskie trwa dwadzieścia minut i jest już „po krzyku”. Pacjentki zapominają, iż taki poród to operacja, w trakcie której mogą pojawić się różne komplikacje.

Wiele kobiet pisze na blogach, że trudny poród to w ich rodzinie sprawa dziedziczna, bo np. wszystkie kobiety mają wąskie biodra i trudno im rodzić dzieci. I jak tu się nie przestraszyć?

Owszem po matce można odziedziczyć wzrost, szerokość bioder czy nawet długość trwania cyklu miesiączkowego. Ale nie mam takiej wiedzy, że można odziedziczyć skłonność do trudności w rodzeniu. Zbyt dużo mamy zmiennych. Nawet jeśli matka i córka mają wąskie miednice, to matka mogła rodzić duże dziecko, a jej córka niewielkie. I wtedy historia się już nie powtórzy.

Jakie słowa zwykle uspokajają pacjentkę?

Jeśli widzę, że kobieta odczuwa lęk, podkreślam, że w szpitalu zawsze jest zespół lekarzy i jeśli tylko pojawią się wskazania, to natychmiast zrobimy cesarskie cięcie. Nikt kobiety nie zostawi samej, nikt nie będzie jej kazał rodzić w nieskończoność w sposób naturalny. Pacjentki w takiej sytuacji potrzebują wsparcia. Dlatego bardzo chcę tu podkreślić, że nie powinnyśmy straszyć ciężarnych opowieściami o swoich porodach sprzed wielu lat. Poza tym przecież każdy poród jest inny!

W jakich wypadkach kobieta bezdyskusyjnie jest dziś kierowana na cesarkę?

W przypadku łożyska przodującego, przedwcześnie odklejonego oraz objawów zagrożenia dla dziecka – czyli np. spadków tętna płodu. Coraz częściej cesarskie cięcie wykonuje się w ciążach mnogich, zwłaszcza jeśli jest to pierwszy poród pacjentki. Wskazaniem mogą być problemy kardiologiczne lub ortopedyczne u matki, takie jak dyskopatia.

Czy to prawda, że dla malucha jest lepiej, by urodził się w sposób naturalny?

Kiedy dziecko rodzi się w sposób naturalny i przepycha swoją główkę przez kanał rodny, pozbywa się jednocześnie ze swoich płuc wód płodowych. A maluch po cięciu, musi mieć te wody płodowe odessane w sposób mechaniczny przez lekarzy. Ponadto skóra dziecka, rodzącego się naturalnie, zostaje skolonizowana przez florę bakteryjną, która znajduje się w drogach rodnych matki. To genialnie stymuluje układ immunologiczny. Potem takie dzieci rzadziej mają astmę, alergię, ADHD, cukrzycę typu pierwszego, trudności z zasypianiem, ale również zaburzenia psychiczne w życiu dorosłym. Niedawno czytałam o badaniach, które przeprowadzono na grupie pięciolatków, które przyszły na świat po planowanych cięciach cesarskich i takich, które urodziły się w sposób naturalny, ale z komplikacjami, czyli za pomocą kleszczy lub próżniociągu. Co ciekawe, okazało się, że lepiej rozwijają się te drugie, choć wydawałoby się, że przyszły na świat podczas trudnych porodów.

Jak szybko po cięciu wyjmuje się maleństwo z brzucha matki?

To trwa sekundy! Dlatego to taki szok dla dziecka, które przed chwilą jeszcze słyszało w brzuchu mamy jej serce. Wyjęte przez lekarza ginekologa, natychmiast ląduje w rękach neonatologa, który musi je zbadać. Zwykle trwa to około dziesięciu minut. Niestety w niewielu szpitalach w Polsce dziecko po takim badaniu wraca jeszcze do matki, by posłuchać jej serca i poczuć się bezpiecznie. Kiedy w trakcie konferencji dla ginekologów pada pytanie, w którym szpitalu dba się, by po cięciu cesarskim położyć matce na klatce piersiowej dziecko, ze zdumieniem widzę, że tylko my ze szpitala Św. Zofii w Warszawie podnosimy ręce do góry. Zazwyczaj owija się więc dziecko w szorstki becik i przewozi na oddzielną salę dla noworodków.

Jestem ciekawa, co by pani powiedziała kobiecie, które miała tak trudny pierwszy poród, że będąc w kolejnej ciąży, marzy tylko, by mieć cięcie.

Powiedziałabym, że zwykle drugi poród postępuje szybciej, a każdy jest inny. Poza tym drugie dziecko może być mniejsze lub inaczej ułożone. Jest dużo zmiennych. Nie każdy poród przebiega identycznie. Warto też poświęcić czas i dokładnie omówić przebieg tego pierwszego trudnego porodu. Podczas takiej rozmowy często okazuje się, że kiedy pacjentka dostaje odpowiedzi na wszystkie nurtujące ją pytania, wzrasta jej poczucie bezpieczeństwa.

Czy kobieta, która upiera się, że chce mieć cięcie cesarskie, może postawić na swoim?

Rekomendacja Polskiego Towarzystwa Ginekologicznego mówi jednoznacznie, że nie ma czegoś takiego jak „cięcia cesarskie na życzenie pacjenta”. Takie jest też stanowisko Departamentu Prawnego Ministerstwa Zdrowia. Pamiętajmy, że pod każdą kwalifikacją do cięcia podpisuje się lekarz, co oznacza, że to on bierze na siebie całą odpowiedzialność. Lęk kobiety przed porodem nie jest czymś, co może kwalifikować ciężarną pacjentkę do cięcia cesarskiego. Lekarz, który podjąłby się takiej operacji może być pociągnięty nawet do odpowiedzialności karnej, bo Kodeks Karny mówi, że jeśli zabieg został wykonany niezgodnie z obecną wiedzą medyczną i dochodzi do zgonu czy uszczerbku na zdrowiu pacjenta, to mówimy wtedy o przestępstwie.

Niektóre pacjentki boją się naturalnego porodu w sposób paniczny. Co z nimi?

Wtedy możemy mieć do czynienia z tokofobią, czyli głębokim lękiem przed ciąża i porodem. Jednak to jest już zaburzenie psychiczne, które diagnozuje nie ginekolog, ale – psychiatra. Jeśli lekarz psychiatra uzna, że to jest problem niepodlegający leczeniu i jedyne wyjście widzi w operacji, to wtedy jest możliwe wykonanie cięcia cesarskiego. W tym wypadku nie mówimy o zwykłym strachu, który odczuwa większość kobiet. Ale o natężonym lęku, pod wpływem którego wysoki poziom hormonów stresu może zablokować fizjologiczny przebieg porodu.

I co wtedy?

Kończy się na cięciu cesarskim lub porodem zabiegowym, czyli przy użyciu na przykład próżniociągu – takiej gumowej przyssawki, która ułatwia dziecku przyjście na świat.

Która kobieta może jeszcze prosić lekarza o skierowanie na cesarkę?

Jeśli pacjentka zaszła w ciążę metodą in vitro lub jest po cięciu cesarskim, rekomendujemy jej poród drogami natury. Ale musimy uwzględnić również jej wolę. Kobieta, która długo starała się o dziecko i w końcu zaszła w ciążę dzięki in vitro, może powiedzieć, że nie wyraża zgody na poród drogami naturalnymi. To jest zrozumiale, bo ciąża po leczeniu niepłodności jest ciążą podwyższonego ryzyka. I muszę przyznać, że wiele kobiet w tej sytuacji wybiera cięcie. Mimo, że przez cały okres ciąży ma zapewnioną opiekę psychologa.

A jeśli pacjentka już miała jedną cesarkę i teraz nosi drugie dziecko?

Przy kolejnych porodach ma prawo wyboru. My lekarze zwykle rekomendujemy jej, by spróbowała rodzić drogami natury, pod warunkiem, że ciąża rozwija się prawidłowo. Przebiega to oczywiście z różnym efektem. Jednym udaje się urodzić w sposób naturalny. A u drugich niestety, pomimo wielkiej chęci, poród kończy się kolejnym cięciem. Trzeba pamiętać, że nikt nie zagwarantuje takiej pacjentce, że cięcia nie będzie. Nie ma też gwarancji, że w przyszłości jej dziecko nie będzie miało żadnych trudności adaptacyjnych, a w szkole zacznie zdobywać same świadectwa z czerwonym paskiem.

Czy kobiety po cesarce chcą rodzić drugie, trzecie dziecko naturalnie?

Średnio co druga kobieta, która już urodziła dziecko poprzez cesarskie cięcie, wybiera poród naturalny. Ale wiem, że w niektórych szpitalach takich kolejnych cięć jest nawet 70 %. Dlaczego tak się dzieje? Kiedyś obowiązywała taka zasada „raz cięcie – zawsze cięcie”. Niektórzy lekarze ciągle się tego trzymają. Są takie ośrodki, w których nadal mówi się kobietom, że po pierwszym cięciu, powinna już trzymać się tej metody porodu. Ale dziś kobiety szukają również innych rozwiązań. Wiem, że powstają fora w Internecie np. naturalniepocesarce, gdzie pacjentki wspierają się w podjęciu decyzji, wymieniają wiedzą i doświadczeniami. Co ciekawe do ośrodka, w którym pracuję, do szpitala Św. Zofii w Warszawie przyjeżdżają pacjentki nawet z drugiego końca Polski, które po cesarkach chcą spróbować porodu drogami natury.

Fot. iStock / bukharova

Fot. iStock / bukharova

Ile można mieć cięć cesarskich?

Nie potrafię tego sprecyzować. Mogę tylko powiedzieć, że każde kolejne wiąże się z większym ryzykiem powikłań. Vicki Nisenblat, ginekolog z Uniwersytetu w Adelaide podaje, że ryzyko powikłań przy drugim cięciu wynosi 4,3 %, a przy czwartym aż 12,5%. W tej sytuacji zawsze musimy wziąć pod uwagę możliwość wystąpienia krwotoku, łożyska przodującego, a nawet okołoporodowego wycięcia macicy.

Po której cesarce mówicie kobiecie, że nie powinna już mieć więcej dzieci?

Nigdy tak nie mówimy pacjentce. Mówimy raczej, że po każdym cięciu jest większe ryzyko powikłań i dokładnie omawiamy sytuację. Po licznych cieciach mówimy, że kolejna ciąża będzie obciążeniem i może być dla  pacjentki niebezpieczna. Dlatego dobrze, by kobieta porozmawiała z ginekologiem, który wykonywał jej operację. I tu kolejna bardzo ważna sprawa – pacjentka po cesarce musi pamiętać, że przerwa między ciążami nie powinna być mniejsza niż osiemnaście miesięcy. Po tym czasie ryzyko pęknięcia macicy w bliźnie spada poniżej 1%.

Dlaczego macica może pęknąć?

Macica w bliźnie po cięciu cesarskim ma około 2 mm grubości. To jest tkanka, która nie jest miejscem już tak wytrzymałym jak pozostała część mięśnia. Proszę sobie wyobrazić, że przecina pani tkaninę, a potem bardzo dokładnie ją zszywa. To miejsce nigdy już nie będzie miało takiej samej wytrzymałości jak lity materiał.

Ile cięć cesarskich miała rekordzistka, którą pani doktor widziała?

Sześć. I wszystko zakończyło się sukcesem.

Czy może pani powiedzieć, czemu w przypadku ciąż obumarłych kobiety muszą rodzić w sposób naturalny?

Absolutnie rozumiem, że to jest bardzo trudna sytuacja emocjonalna dla kobiety i dla całej rodziny. Jednak to właśnie ze względu na jej dobro nie wykonujemy w tym przypadku cesarskiego cięcia. Po cięciu istnieje ryzyko, że macica nie będzie się obkurczać prawidłowo i dojdzie do krwotoku, zaburzeń krzepnięcia, zakażenia, a czasem nawet w rzadkich przypadkach usunięcia macicy. A przecież ta kobieta będzie kiedyś jeszcze chciała mieć dzieci.

Wielkość dziecka podczas porodu może mieć znaczenie?

Przed porodem każda kobieta ma wykonywane badanie, podczas którego szacujemy szansę na powodzenie porodu drogami natury. Podczas USG określamy wielkość dziecka. Przyjmuje się do cięcia cesarskiego kierowane są kobiety, u których dziecko waży ponad 4500 gramów lub 4250 gramów (dla pacjentek z cukrzycą). Zdarza się, że do operacji kwalifikowane są też kobiety, których dzieci szacowane są na mniejsze, ale podczas badania znajdujemy cechy dysproporcji między mamą a maluchem. Mówiąc kolokwialnie, oznacza to, że dziecko jest dla kobiety za duże. Ale opowiem pani, że są pacjentki, które w takich sytuacjach decydują się na poród drogami natury. Przypadek z mojego ostatniego dyżuru: kobieta 156 cm wzrostu urodziła dziecko 4 kg 80 gramów. Wszystko dzięki doświadczonej położnej, która cierpliwie i sprawnie ten poród poprowadziła. Ale podkreślę, że to była kobieta bardzo zdeterminowana, by rodzić naturalnie.

Czy to nie jest za duże ryzyko?

W takich sytuacjach zawsze czuję ogromną odpowiedzialność. Oczywiście, że dla lekarza wygodniej i łatwiej jest umówić pacjentkę na cięcie cesarskie, które trwa 20­ – 30 minut. Ale przecież nie w tym rzecz. Musimy postępować zgodnie z aktualną wiedzą medyczną i własnym doświadczeniem. Pacjentki ufają nam i oczekują, że finałem ciąży będzie zdrowe dziecko i szczęśliwa mama, a nie wygoda lekarza.

Ile w Polsce robi się teraz cieć cesarskich?

WHO zaleca, aby liczba cięć cesarskich nie przekraczała 15%!!! Natomiast według najnowszych badań Instytutu Matki i Dziecka w Polsce koło 40 % wszystkich ciąż jest dziś zakończona cesarskim cięciem.

Jestem zszokowana. To bardzo dużo.

W Brazylii robi się jeszcze więcej cięć – 85%. Ale już np. w Holandii jest ich znacznie mniej –15,6%. Pamiętajmy, że cięcia cesarskie są wbrew naturze. Gdyby kobieta była stworzona do tego, by rodzić za pomocą cięcia, to miałaby na brzuchu – suwaczek. Ale z jakiegoś powodu tak jeszcze nie jest!

Fot. Archiwum prywatne

Fot. Archiwum prywatne

Agnieszka Łojek-Ozga
Absolwentka Akademii Medycznej w Warszawie. Specjalista w zakresie położnictwa i ginekologii. Obecnie pracuje w Centrum Medycznym Żelazna, gdzie opiekuje się pacjentkami z patologią ciąży oraz Centrum Płodności FertiMedica gdzie zajmuje się diagnostyką i leczeniem pacjentek z problematyką niepłodności. Na swoim koncie ma wiele wykonanych cięć cesarskich.

 


Zobacz także

Idealna kawa? Każdy ma na nią swój własny sposób. Ja swoją przygotowuję w domu!

“Metamorfozy według Ewy Chodakowskiej”

Regulamin konkursu “Metamorfozy według Ewy Chodakowskiej”

„I nie płacz już, bo tym razem jeszcze wrócę. Obiecuję…”