Związek

Z kontrahentami i przetargami Magda daje radę, zachowując pełen profesjonalizm. Z matką swojego męża walczy od pięciu lat. Nadal bez sukcesu…

Poli Ann
Poli Ann
19 września 2021
fot. fesoj/iStock
 

Magda właśnie umyła włosy. Ułożyła je na szczotce w delikatne fale, będą ładnie spływać kaskadą na ramiona. Do twarzy jej w takiej fryzurze. Jest skromnie, ale elegancko. Za chwilę zrobi makijaż. Podkład dobrze dobrany do karnacji, bladoróżowy cień do powiek, mocno wytuszowane rzęsy, róż na policzki, delikatny błyszczyk. Dziś założy elegancką sukienkę, obcisłą, z krótkim rękawem, tę ciemnozieloną, która tak uwypukla jej kształty. Do tego rajstopy i wysokie obcasy. Szykownie, kobieco, z klasą. Ma dziś ważne spotkanie. Chce wygrać ten przetarg. Jest naprawdę dobra w tym, co robi. Nie jeden raz wygrywała z mężczyznami. Jest szalenie kompetentna, wyważona, asertywna. Da radę i tym razem. Jest tego pewna.


Po trzech godzinach wraca do biura. Kładzie nogi na stół. To jej taki mały zwyczaj. Zawsze pozwala sobie na taką chwilową słabość, gdy osiąga cel. Faktycznie była dobra. Nawet bardzo. Bezkonkurencyjna. Wygrała. Będzie miała tego klienta. Ktoś powie, że uroda jej pomogła, jednak gdy gra idzie o tak duże pieniądze, to liczy się doświadczenie, opanowanie i atrakcyjność oferty, a nie osoby ją prezentującej. Wiedza i pewność siebie są takimi atutami Magdy, którymi wygrywa trudne rozmowy. W swoim fachu radzi sobie znakomicie. Każdy myśli, że w domu podobnie ustawia męża, że z rozmowach z nim stosuje te same triki, a on je jej z ręki. Nawet po cichu robią zakłady i plotkują, jak wygląda ich seks, gdy Magda wygra przetarg. No cóż… Pozory mylą.

Początkowo może i tak było. Faktycznie jadł jej z ręki, najchętniej truskawki, gdy kochali się namiętnie. Był jej tak głodny, że w sumie zjadłby wszystko, co by mu podała. I nie przeszkadzało mu nic, ani że za mało soli, za tłuste, za twarde czy miękkie. Eldorado. Trwało to kilkanaście dobrych miesięcy. W międzyczasie był ślub, wspaniała podróż poślubna, a następnie do sielanki dołączyło życie. I pokazało, kto rządzi na tym parkiecie. Rachunki, obowiązki, problemy. Mimo to, wciąż zakochani szaleńczo, wierzyli, że stawią czoła przeciwnościom. Każdy związek przecież miewa lepsze i gorsze dni. Tych gorszych miało być jednak więcej.

Na horyzoncie pojawiła się ta trzecia. I to nie blondynka, z wielkim biustem i nogami do samej ziemi. Magda ze swoją urodą byłaby dla niej zbyt dużą konkurencją. Przeciwnik wagi ciężkiej, po trzech ciążach, farbowany, z trwałą na włosach, którego Rafał, mąż Magdy, kocha bezwarunkowo, ponad życie.

Teściowa…Tak teściowa. Z kontrahentami i przetargami Magda daje radę, zachowując pełen profesjonalizm. Z matką swojego męża walczy od pięciu lat. Nadal bez sukcesu. Czemu walczy? Bo od początku traktowana jest jak wróg. Teściowa wtrąca się do wszystkiego. Zaczęło się od niezapowiedzianych wizyt w piątek, celem kontroli, czy aby na pewno Magda sprząta mieszkanie na weekend. Kobieta podchodziła do sprawy najpierw ambitnie. Choć padała na twarz po całym tygodniu pracy, zakasywała rękawy i sprzątała chałupę na błysk. Rafał czasem pomagał, ale generalnie był zmęczony i leżał na kanapie.

Teściowa niczym Perfekcyjna Pani Domu wpadała do nich znienacka, sprawdzała, czy Magda zdała test (z reguły na tróję z plusem) i sama zaczynała sprzątać. Jeszcze gdyby wzięła się za łazienkę, Magda by to przebolała, ale gdy tamta zaczęła układać staniki synowej, często je niewybrednie komentując, ta się wściekła. Po wyjściu teściowej, która nie omieszkała zostawić jeszcze obiadu na sobotę, by „Rafał nie schudł jej aby za dużo”, przeprowadziła rozmowę z mężem. Ten grzecznie przyznał rację żonie i obiecał stopować matkę w jej zapędach. Dał radę przez dwa tygodnie, po czym mamusia wparowała, obrażona już nie sprzątając, ale na głos komentując gusta Magdy. Nie te zasłony, ohydny wazon, niepraktyczny dywan. Zdążyła jeszcze zasugerować, że okna wymagają umycia, a gdy Magda odparła, że czekają na Rafała, teściowa obruszyła się okrutnie, bo przecież w weekend jej syn powinien odpoczywać.

Wizyty zaczęła składać im rzadziej, ale dzwonić za to postanowiła częściej. Na przykład w sobotę o trzynastej, wyrażając oburzenie, że obiadu u nich jeszcze nie było albo że zaprasza syna na flaczki czy pierogi z mięsem, bo takich jak ona to Magda zrobić nie umie na pewno. Nie zważała na to, że synowa zrobiła łososia ze szpinakiem, którego jeść będzie kolejne dni, bo mąż obdarowany słoikami od mamy, ryby nie tknie.

Mama Rafała Magdę krytykuje ciągle. Za wyzywająco ubrana, za wysokie buty, za gruba, a jak schudnie to za chuda. Dzieci nie chce, pewnie chora albo egoistka jakaś, skupiona na karierze. A tak w ogóle to po co ta synowa tyle pracuje, materialistka jedna. Ona –  teściowa – nigdy pracowała, poświęciła się dzieciom – trzem synom, z których to tylko jeden się ożenił i to, biedak jeden, z Magdą właśnie. No mógł lepiej trafić. Nie przyjmuje do wiadomości, że to synowa ogarnia dom, jest świetna w pracy, o dzieciach marzy, ale ciągłe przytyki ją bardzo stresują i najprawdopodobniej kobieta przez to blokuje się z łóżku. Odwiedziła już klinikę bezpłodności, jest zdrowa jak rydz, problemem zatem jest jej głowa, ewentualnie mąż, który na badania iść nie chce, bo mamusia twierdzi, że na pewno z nim jest wszystko w porządku.

Magda w tygodniu nie gotuje, na wieść czego teściowa mało zawału nie dostała. Kobieta ma w pracy bar z domowymi jedzeniem, w którym zamawia obiad też dla Rafała. A teściowa pomstuje. No jak tak można!

Mąż cierpi, bo żona taka niegospodarna i inna niż mama. Ma czelność robić karierę, jeździć na konferencje i szkolenie. Ostatnio wymarzyła sobie drugie studia. Zarabia więcej niestety. Czemu niestety? Bo mąż czuje się sfrustrowany, chodzi wściekły, punktuje za niedokładnie wytarty kurz. I pyta dla kogo kupiła ten gorset koronkowy i po co taki drogi, skoro w Lidlu są za 29,99. Nie rozumie aluzji, że gorset ma go skusić i może go z niej nawet zedrzeć, bo ona desperacko pragnie dziecka. Rafał zaczyna więc dostrzegać w żonie same wady, wsparcie ma w mamie, z którą rozmawia więcej niż z Magdą. O seksie najwyraźniej też, bo ostatnio teściowa zaczęła wspominać, że dziecko na pewno by uratowało ich związek i że Rafał na pewno jest zdrowy, i że na pewno przez to kupne jedzenie ona w ciążę zajść nie może. I w związku z tym zakupiła dla synka bokserki z niewybrednymi testami, aby na małżonkę podziałały. Póki co to działają jej na nerwy nie tyle seksowne gacie męża, co teściowa, która zdaje się mieszkać w ich kuchni, łazience i sypialni nawet. Taki trójkącik im się zrobił. Niezbyt atrakcyjny, bo nikt tu satysfakcji nie odczuwa. Każdy w tym układzie jest nieszczęśliwy. Mąż, Magda i teściowa.

To trójkąt, gdzie nie ma wyznaczonych terytoriów i ich granic.
Trójkąt, w którym męczy się każdy.
Trójkąt, który wysysa od środka każdego.
Trójkąt, gdzie nie da się wytrzymać i z którego Magda marzy się wydostać, tylko jeszcze nie wie, jak….


Związek

Polskiej szkoły się nie wspiera, od niej się wymaga, ją się rozlicza i publicznie chłoszcze, szczując społeczeństwo na nauczycieli

Poli Ann
Poli Ann
27 września 2021
fot. Fertnig/iStock
 

Anka wróciła z pracy. Jest połowa września. Szkolna machina już się rozkręca. Kobieta pracuje już od kilku tygodni, przygotowując sale, szykując podręczniki, uczestnicząc w radach i szkoleniach. Jej praca ma wiele plusów i minusów. Jak każda zresztą. Tylko Anka wciąż zadaje sobie pytanie, skąd ta wszechobecna niechęć do nauczycieli, która krótko po wakacjach szczególnie przybiera na sile?

Nagłówki w internetach krzyczą: jacy belfrzy są niedobrzy, ile wymagają, że dzieciaki po tyle godzin w szkole siedzą i przeżywają katusze. I z roku na rok coraz mniej się Ance chce się śmiać. Ileż można walczyć z hejtem, znosić przycinki, ciągłe niezadowolenie, obelgi? Ileż można uśmiechać się i udawać, że ma się to w nosie, jeśli raz po raz po tym nosie się obrywa? Czy można ponosić winę za plan, który zmieniany jest, bo w szkole brakuje sal, bo podstawa programowa jest przeciążona, bo nie ma nauczycieli, gdyż ktoś łączy dwa etaty lub właśnie złożył wypowiedzenie?

Czyżby społeczeństwo zapomniało, że nauczyciele to też ludzie, mający lekcje do siedemnastej i często będący rodzicami, także na złamanie karku pędzący po swoje pociechy?

Anka przyszła ze szkoły po dwudziestej. Była w szkole od rana, miała godzinną przerwę między lekcjami a radą, a że blisko mieszka to wpadła na chwilę do domu. Zrobiła dzieciom szybki obiad i pędem wróciła do pracy. Rada wrześniowa nigdy nie jest krótka. Trzeba omówić mnóstwo spraw, a prócz tego złożyć mnóstwo dokumentów. Na wczoraj oczywiście – plany, sprawozdania, innowacje, projekty. Anka jest nauczycielką od kilkunastu lat i zdążyła się przyzwyczaić, że na początku roku szkolnego jest tyle spraw do ogarnięcia, jednak po ostatniej radzie wróciła do domu milcząca, zamyślona. Wypalona? Nie, bo uwielbia tę robotę i nie jest w niej za karę. Wybrała ten zawód świadomie. Wiedziała, że będzie mało zarabiać i że lekko nie będzie. Skończyła jedne studia, potem kolejne, zrobiła kursy, szkolenia. Nie przerażało jej to. Podnoszenie kwalifikacji jest wpisane w ten zawód. Zresztą Anka jest wielozadaniowa, otwarta, lubi się uczyć i nauczać, jednak po ostatnim zebraniu w pracy czuje złość. Nie do dyrekcji, która o gawiedź szkolną dba jak o rodzinę. Nie do rodziców, którzy czasem potrafią dać w kość. Nie do dzieci, które bywają naprawdę nieznośne.
Anka czuje złość do systemu i tych, którzy nim zarządzają, którzy nie mają pojęcia, jak wyglądają realia w polskiej szkole, ale udają, że są w nich świetnie zorientowani.

Na pracowników oświaty nakładają coraz więcej obowiązków, polegających głównie na tworzeniu dokumentów. Owszem papier wszystko przyjmie, jednak czy samą papierologią stoi szkoła? Może cnotami niewieścimi, dobrem, prawdą (tak brzmią najnowsze chwytliwe hasła, nijak wyjaśnione, po prostu narzucone gronu pedagogicznemu)? A gdzie miejsce na kreatywność, swobodę, wolność słowa, krytyczne myślenie i co najważniejsze, gdzie jest miejsce na POMOC?

Współczesne panie i współcześni panowie na wysokich stołkach, w modnych garsonkach i garniturach, pozornie dbający o polskie szkolnictwo, tworzą piękne maksymy, media o nich huczą, jedni popierają, inni ostro krytykują. Spirala się nakręca, społeczeństwo się zagryza, motta krzyczą, wszyscy je słyszą, chcąc nie chcąc, a tego co najistotniejsze, niestety nie da się usłyszeć.

Nie usłyszymy niemego krzyku dziecka połykającego łzy, kiedy za drzwiami jego pokoju rodzice kłócą się o wszystko. Gdy latają talerze, wyzwiska, a ciemne okulary i fluidy przykrywają siniaki nabite podobno podczas spotkania z szafą.

Nie usłyszymy dźwięku żyletki, tnącej dziecięce ciało raz po raz. Ani niemego krzyku tegoż dzieciaka każdym cięciem wołającego o pomoc.

Nie usłyszymy bulimiczki wymiotującej obiad ani anorektyczki jedzącej pół jabłka dziennie, które szepczą do swojego odbicia w lustrze słowa pełne nienawiści.

Nie usłyszymy myśli samobójczych, strachu, lęku, depresji młodych ludzi, przerażonych pandemią, niepewnością, zmianami w ich ciele, na które nie mają wpływu i których nie rozumieją, bo przecież nauczyciel nie zawsze ma prawo wyjaśniać takie sprawy.

Nie usłyszymy hejtu pisanego na Messengerze ani wysyczanego do ucha.

Nie usłyszymy, jak nasze dzieciaki toną w przerażeniu i samotności. Te w podstawówkach, liceach i technikach.

Nie usłyszymy głosów w ich głowach, które miażdżą ich wewnętrznie.

Wiemy, ile mniej więcej pandemia zabiła ludzi. Ile ludzi chorowało, a ile wyzdrowiało. Nikt nie mówi natomiast, jak wielu uczniów pandemia złamała, dotknęła i uśmierciła wewnętrznie. O tym się milczy. Uparcie i tchórzliwie. Rzuca się hasła, promujące bliżej nieokreślone wartości.

Proponuje dofinansowanie wycieczki, która nie ma szans być zrealizowana, bo na rozpisanie dokładnego planu i kosztorysu ma się raptem kilka dni. Oferuje zajęcia wyrównawcze, które muszą być zorganizowane po godzinach, gdyż w przeładowanym do granic możliwości planie nie ma gdzie ich wcisnąć.

Mówi o odchudzaniu podstawy programowej, podczas gdy dzieciaki już w czwartej klasie mają po sześć czy siedem lekcji dziennie.

Strajkującym nauczycielom każe się iść pracować do hipermarketu, a gdy niektórzy faktycznie tam poszli i w szkole brakuje kompetentnych pedagogów, to tych pozostałych obarcza się za przeciążone plany, skrócone lekcje czy nagłe zastępstwa.

Dlaczego nikt nie mówi, że wakaty łata się naprędce?

Że w szkole Anki psycholog ma tylko pół etatu i jeśli chce pomóc wszystkim tym, którzy wsparcia potrzebują, to pracuje na wolontariacie?

Że zawsze na wszystko brakuje pieniędzy? Na papier ksero, na dodatkowe warsztaty, wsparcie psychologiczne?

Dlaczego na Ankę patrzy się spode łba, oczekując od niej, że będzie nauczycielem, wychowawcą, psychologiem, pedagogiem, mentorem, animatorem, pielęgniarką, mediatorem, trenerem? Anka by chciała po prostu uczyć. Najlepiej jak potrafi, a na serio jest w tym dobra.

Jej przestrzeń na uczenie jednak kurczy się w zastraszającym tempie, dając miejsce papierom, czekającym na wypełnienie. Anka chciałaby też pomóc podopiecznym, ale nie jest w stanie nauczać i robić terapii jednocześnie. Marzy o wsparciu wykwalifikowanych specjalistów, którzy pomogą jej uczniom pokonać demony i czerpać radość z życia. Póki co, dzieje się to w zakresie mniej niż ubogim. System bagatelizuje, ba, ukrywa problemy psychiczne dzieci oraz fakt, że szczególnie w okresie (po)pandemicznym potrzebują one godziwej opieki.

Anka nie ponosi winy za przeładowany plan lekcji, ciągłe jego zmiany, nasilone problemy uczniów, braki w kadrze nauczycielskiej, jednak jest za to wciąż punktowana. Jak i za swoją pracę, na temat której musi pisać elaboraty tylko dlatego, że ktoś tam z góry sobie tego życzy, nie będąc świadomym, że czas ten Anka mogła spożytkować na dodatkowe warsztaty czy szkolenia, dzięki którym wiedziałaby, jak pomóc tym najgłośniej krzyczącym niemym głosem i przerażająco spokojną twarzą.

Albo po prostu odpocząć, spędzić czas z rodziną, gdyż ona sama też do spokoju ma prawo.

Gdzie jest odwaga tych, którzy o szkole wiedzą rzekomo najwięcej, a jej progu nie przekroczą, udając, że wszystko jest w porządku? Wygodnie przemawia się z gabinetu w błysku fleszy, rzucając chwytliwe hasła, dając poczucie kontroli nad tym, o czym nie ma się pojęcia.

Anka i każdy inny nauczyciel, czy pracownik oświaty wie, że nie jest w porządku. Że dzieci i nauczycieli znów rzuca się na głęboką wodę, a społeczeństwo szczuje, by nie szanowało tych, którzy z dziećmi spędzają sporą część dnia. Polskiej szkoły się nie wspiera, od niej się wymaga, ją się rozlicza i publicznie chłoszcze.

Anka jak i dziesiątki tysięcy innych belfrów, pedagogów, psychologów, terapeutów dzielnie uczy i rozwiązuje problemy. Robi to dla dzieci, zagubionych w pocovidowej rzeczywistości. Oni wszyscy ciągną ten wózek, bo decyzję o zawodzie podjęli świadomie, chyba w przeciwieństwie do tych, którzy na szkołę patrzą z samej góry, głosząc chwytliwe maksymy, niemające z rzeczywistością nic wspólnego i nie chcąc widzieć ani problemów szkoły ani drzemiącego w niej potencjału.


Związek

Każdą życie przeorało, doświadczyło i nauczyło pokory. To, co przeszły, było przecież po coś. Po to, by pojęły, że szczęścia trzeba się nauczyć

Poli Ann
Poli Ann
8 września 2021
fot. Constantinis/iStock

Beata kilka dni temu skończyła czterdzieści jeden lat. Kolejną wiosnę świętowała w dobrze sobie znanym ścisłym gronie. Cztery przyjaciółki i ona, znające się jak łyse konie. Razem studiowały i mieszkały. Śmiały się, płakały, zakochiwały, rozstawały. Przez jakiś czas nierozłączne, ale nadal w dużej zażyłości, gdy ułożyły sobie życia osobno.


Najmłodsza Laura, trzydzieści osiem lat, najstarsza Dorota- czterdzieści trzy na liczniku. Dziewczyny wykształcone, aktywne zawodowo, matki, żony i rozwódki. Każdą życie przeorało, doświadczyło i nauczyło pokory. Jednak one dalej z uśmiechem idą dziarsko i się nie poddają.

Laura trzy razy poroniła. Jej małżeństwo zawisło na włosku, gdy męża zaczęła traktować jak reproduktora i gdy, wrzeszcząc, zaczęła żądać rozwodu skoro do niczego się nie nadaje i ciąży donosić nie umie. Dopiero czwarta ciąża, zagrożona, dała jej upragnioną córeczkę i uratowała związek. I ją samą.

Kaśka trafiła na męża socjopatę, przeszła ciężką depresję i jeszcze cięższy rozwód. Wyśmiewana, manipulowana, skomląca o uwagę toksyka, traktującego ją jak szmacianą lalkę i wyżywającego się na niej do woli. Była workiem treningowym, śmieciem, zabawką, boginią. Dzięki dziewczynom dziś wstaje na nogi, skupia na sobie, cieszy się wolnością. Póki co jest szczęśliwa sama ze sobą i w końcu zasypia spokojnie.

Beata była mobbingowana w pracy do tego stopnia, że tylko pomyślawszy o szefowej dostawała ataków paniki. Trwała w tym układzie kilka lat. Przecież jest taka ambitna. Dopiero po jakimś czasie zrozumiała, że czuje się jak wyczerpana bateria, że boi się iść do biura, nie śpi, nie je i nie kontroluje oddechu gdy przełożona jest w pobliżu. Nawet nie wie, która już zniewaga otworzyła jej oczy i znalazła siłę, by wielką karierę porzucić dla spokoju ducha. Z pożytkiem dla niej samej i rodziny.

Anita ma za sobą walkę z nowotworem. Zna smak chemioterapii i radioterapii, wypadające włosy, torsje, słabość taką, że nie ma się siły wstać. Wygrała. Póki co jeden zero dla niej. I życie stojące otworem.

Dorota w pożarze domu kilka lat temu straciła cały dorobek życia. Poznała prawdziwą przyjaźń, kiedy była w finansowym i emocjonalnym dołku. Gdy nie miała mebli, ubrań, książek. Gdy nie umiała powiedzieć dzieciom, gdzie jutro będą spali. Zahartowała się, choć niejedną noc bezgłośnie wyła w poduszkę. Obecnie z dumą budują z mężem nowy dom odzyskując siebie kawałek po kawałku i dając dzieciom poczucie bezpieczeństwa.

Choć każda z nich ma swoje demony i przeżyte traumy, to uśmiechają się do losu. Gdyby nie te tragedie nie byłyby tu, gdzie są dziś. Dzielnie niosą swój bagaż doświadczeń, zostawiły w nim siłę, wiarę w siebie, upór. Wyrzuciły słabości i negatywne myślenie.

Każda ma pracę, czuje się niezależna i bezpieczna finansowo. Nie chodzi o trzy auta w garażu, markowe torebki czy wakacje na egzotycznej wyspie. Starcza im na przyzwoite życie, na potrzeby rodziny, a gdy wyskoczą do hotelu jak teraz nie myślą, czy na koniec miesiąca na koncie będzie debet.

Jest pokora, doświadczenie, ale i pewność siebie. Jest spokój w głowie, dojrzałość i przekonanie, że sobie poradzą. Nie chciałyby znów mieć dwudziestu lat, by przechodzić przez te zawody, rozczarowania, chichoty losu. Ile te młode dziewczyny mają jeszcze przed sobą nauki, pochylania głowy, posypywania jej popiołem, wyciągania wniosków, ocierania łez, nieprzespanych nocy? O nie. Limit w przypadku tych pięciu jest już wyczerpany.

Beata dziś ma w końcu czas dla siebie,  stać ją na zdrowy egoizm, piętnastoletnia córka wspiera jej wybory, robi z nią zakupy i ogląda seriale na Netflixie. Beata zmieniła pracę, zdecydowała się pracować na własny rachunek i z hobby uczynić swój zawód. Nie ma nad sobą toksycznej szefowej, punktującej za każdy źle wykonany oddech. Sama oddycha pełną piersią na swoich warunkach. Nie boi się rozmawiać z ludźmi, walczyć o swoje, mówić o swoich potrzebach, pracować według swoich planów. Mąż w końcu widzi silną kobietę, a nie przestraszoną dziewczynkę drżącą, gdy tylko ktoś wchodzi do jej biura lub do niej dzwonił. Ona mu imponuje. Dba o siebie, jest aktywna fizycznie. Lubi mieć delikatny makijaż, miodowe refleksy na brązowych włosach, czerwoną hybrydę. Kocha się z mężem często, dotarli się, znają swoje wady i przywary, nauczyli się siebie na pamięć. Gdy zakładała swój biznes, on był obok i trzymał za nią kciuki. Lubią wyskoczyć gdzieś we dwójkę lub z córką. Czas spędzają ze sobą, a nie obok.

Beata widzi w lustrze nadal młodą kobietę, z drobnymi zmarszczkami wokół oczu, atrakcyjną, która wie czego chce i nie godzi się na to, czego nie chce. Jest szczęśliwa. Jak i jej cztery przyjaciółki. Dziewczyny ulepione przez szorstkie ręce losu lubią swoje odbicia w lustrze, nie walczą o to, co nieosiągalne, pogodziły się ze swoimi sylwetkami, podkreślają swoje walory. W życiu zawodowym każda z nich sporo osiągnęła, jest cenionym pracownikiem, wie co potrafi, ciągle się rozwija. I żadna z nich nie będzie przepraszać za to, że jest szczęśliwa. Nie będzie ze wstydem w oczach mówić, że siebie lubi. Powie to otwarcie i głośno.

Każda zapytana o to, jak się czuje, odpowie: „świetnie”, wywołując w otoczeniu niemałe zaskoczenie, bo przecież należałoby ponarzekać na pogodę, chłopa, szefa, korki czy dzieciaki. One zaś z uśmiechem idą w dzień. Łatwo nie jest, czasem trzeba zacisnąć dłonie w pięści i przygryźć wargi, ale w żadnym wypadku nie przestają wierzyć w siebie i swoją siłę. To, co przeszły, było przecież po coś. Po to, by pojęły, że szczęścia trzeba się nauczyć i zrozumieć, że to nie jest permanentny haj, tylko to, co właśnie sobie same zaprojektowały i noszą to szczęście uszyte na miarę z gracją i już  bez wyrzutów sumienia.