Lifestyle Związek

Wspólne życie, wspólna kasa. 5 powodów, dlaczego warto mieć wspólne konto

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
30 października 2015
Fot. iStock
 

– Miłość miłością, ale na co wydaję to, co zarobię, to moja sprawa – lub mniej dyplomatycznie – Od mojej kasy WARA! – Znacie? Albo w drugą stronę – My z Misiaczkiem nie mamy przed sobą tajemnic, prawda? Ale masz ci los, Misiaczek jakoś bez przekonania kiwa główką, jakby mu się po tym pytaniu zrobiło odrobinkę gorąco. Nie trzeba być Einsteinem, żeby od razu domyślić się, że wspólna kasa to temat drażliwy
i niewygodny. I na palcach jednej ręki wśród swoich znajomych policzyć można te pary, które naprawdę nigdy, przenigdy nie spięły się o sprawy rachunkowe.

Nie trzeba po ślubie zamieniać się w pasożytujące pluskwy albo porosty na każdym możliwym polu. Takie stwierdzenia można usłyszeć coraz częściej, szczególnie dlatego, że dziś kobieta zazwyczaj nie jest uzależniona od pieniędzy męża. Pracuje, zarabia, wydaje. Ale czy rozdzielność majątkowa (tak straszliwie nazwano, to zjawisko w świecie pieniądza) faktycznie sprzyja kochankom?

Oddzielne konta? Zwolennicy będą bronić tego rozwiązania własną piersią. Ale skoro razem (na zawsze), to czy jest miejsce na „separację” czegoś? Niby to takie oczywiste, ale gdy mamy już nie tylko deklarować – okazuje się, że łatwiej powiedzieć niż zrobić, no bo…

1. Kto i ile?

Mężczyźni częściej wydają pieniądze na alkohol, kobiety potrafią nieco zapomnieć się podczas zakupów.  Każdy z nas wydaje na coś innego i zazwyczaj okazuje się, że akurat na to, co w mniemaniu obozu przeciwnego wcale nie jest dobrym pomysłem.

Oni, zupełnie inaczej postrzegają kategorię „niezbędny” wydatek – np. taki lunch w mieście, to wydatek – okazuje się – niezbędny, bo przecież jeść każdy musi. Ona nie rozumie dlaczego wydawać przez 20 dni w miesiącu 35 zł, skoro można zabrać jedzenie z domu w cenie piątaka.

One upłynniają większość pensji na zakupy domowe i wszystko dla dzieci, bo przecież On nie wie co kupić, jak i dlaczego. A jak wie, to i tak kupi źle (zresztą panowie chętnie korzystają z tego stereotypu jako rozgrzeszenia z biegania po markecie). I gdzie tu sprawiedliwość? Ona zazwyczaj zarabia mniej, wydaje więcej. A gdy na koncie hula wiatr, trzeba poprosić o małżeńskie zasilenie.

Jak widzicie, taka niezależność może nas razem i oddzielne sporo kosztować. Wspólne konto wydaje się być dobrym rozwiązaniem. Wspólne wydatki – ze wspólnej kasy. Czarno na białym. – Dziwisz się mój drogi na co ja tyle wydaje, to się pofatyguj i sprawdź wyciąg – i po bólu, bo na wyciągu zakupy, opłata za przedszkole, rachunki i paliwo. A cóż miałoby się tam znaleźć?

2. (auto)Kontrola

A kwestia kontroli i zaufania? „No nie, daj spokój. Nie chcę żeby widział ile wydaję na fryzjera, albo robił mi wymówki ile kosztowały moje buty”. „Przecież Ona nie przeżyłaby tego, ile wydałem w pubie z chłopakami” – Po co to komu? Pytają Ona i On.

Owszem trzeba sobie ufać i chyba w żadnej zdrowej relacji, nikt nie będzie tłukł talerzy
o jedno wyjście na piwo (nawet to kosztowne), albo parę szpilek (jeśli nie kupuje się ich codziennie). A jeżeli boimy się reakcji drugiej strony? Hmm, to chyba coś tu jest nie tak – albo z kontrolującym, albo z wydającym. Może wstydzimy się, że tyle wydajemy? Niepotrzebnie, bo zwyczajnie „nie mamy racji”.

3. Gwóźdź do małżeńskiej trumny

Przecież WY nigdy nie będziecie się kłócić o pieniądze, przecież jesteście inny. Aha, milion razy. Na pewno. Tamci inni też tak mówili. Dopóki nie ma żadnych trudności, kasy starcza każdemu na wszystko, to i problemów nie ma (bo skądże miałyby się brać?). Ale kiedy zamiast PLN-ów na koncie jest wielkie i okrągłe „nic”, a kolejny SMS z działu windykacji twojej sieci komórkowej wyskakuje jak mina, już nie jest tak różowo. Prędzej czy później zaczynają się problemy. Bo Ty nie wiesz na co On tyle wydaje, a On nie rozumie jak może nie wystarczyć to, co zarabiasz.

A skoro nie wie i ma nie wiedzieć to przecież zaczyna się wojna pt. „To nie twoja sprawa, pilnuj swojego portfela”- Ależ pilnuję – usłyszysz – i  złotóweczka już z niego nie umknie na twoją kawę i pomidorki… I nieważne, że kawa tak naprawdę jest wasza, to już kwestia honoru. Warto?

4. Pokusa kolorowania rzeczywistości

Praca. Czasem się ją traci, czasem los przynosi nam awans i … „podniżkę”. Takie czasy: redukcje, zmienność. I czasem korci, żeby nie martwić tej biednej żony, że na ratę nie będzie – z miłości. Przecież zamysł jest taki, aby szybko znaleźć nową pracę i tylko odrobinę nagiąć rzeczywistość. Ale to szybko może zamienić się w cholernie wolno, a przyznać się do kłamstwa trudna sprawa. Ona z kolei trochę straciła rachubę korzystając z karty kredytowej, ajć, strasznie wstyd się przyznać. Już nie mówiąc o tym zarysowanym zderzaku – na szczęście nigdy się nie dowiedział (ale kosztowało ja to 500 zł limitu).
A teraz jakoś tak zapomniała spłacić na czas. Klops.

Ale u licha, przecież pobraliście się po to żeby to wszystko „razem”. I ten zderzak i rozsyłanie CV. A może nie?

5. Kasa i władza

Gdy wkłada do skarbonki tylko jedna strona – układ sił staje się mocno nierówny. I nawet jeśli tak się umawiacie, a On wcale nie żałuje ci na waciki, sam fakt, że musisz prosić może być powodem dużego dyskomfortu. Takie życie, czy nie byłoby prościej gdybyś mogła spokojnie robić zakupy bez tego cyrku? Przecież tak się umówiliście i kropka.

I chyba mimo wszystkich wad wspólny układ na 100% maja swoją przewagę. Jak razem, to razem. A jak chcemy się ukrywać lub oszukiwać ukochaną osobę – to chyba problem nie tkwi w 26-cio cyfrowym numerze rachunku…


Lifestyle Związek

Jaka matka, taka córka?

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
30 października 2015
Fot. iStock
 

Właśnie pokłóciłaś się ze swoim partnerem. Ponieważ skończyły mu się argumenty, wytoczył najcięższe działo: – Jesteś taka sama jak twoja matka! – pada z jego ust. No i co teraz?

Już zaczynasz zastanawiać się, czy powinnaś się teraz obrazić (nie wiadomo przecież, czy to komplement, czy zarzut) kiedy przypominasz sobie wczorajsze popołudnie. Tłumaczyłaś dziecku zadanie z matematyki i zniecierpliwiona odezwałaś się do niego właśnie TYM, dobrze znanym tonem. Sięgasz pamięcią jeszcze dalej i przywołujesz to uczucie, kiedy spojrzałaś na swoje zdjęcie z urodzin wujka Mańka. Na fotografii siedzisz w fotelu zakładając nogę na nogę dokładnie tak, jak robiła to twoja mama. Im jesteś starsza tym więcej tych podobnych szczegółów odkrywasz.

Jaka matka, taka córka?

Jeśli najbliższa osoba próbuje obrazić cię wytykając ci podobieństwo do któregoś z rodziców, oznacza to najczęściej, że sama ma lub miała trudne relacje z jednym z rodziców, a może nawet z obojgiem. Jest to bowiem gest obliczony na zadanie ci bólu, sprawienie przykrości. Gdy twoje relacje z mamą czy ojcem są dobre, nie dasz się wciągnąć w tę nieczystą grę. Jeśli jednak coś jest nie tak, jak trzeba – bez pardonu odpalisz na przykład„ a ty zrzędzisz zupełnie jak twój tata”.

Wróćmy jednak do matek i córek. Dlaczego tak uporczywie uciekamy przed porównaniami? Czy jest się przed czym bronić?

Ewa – nie chcę, bo się boję…

Rozmawiamy w gronie znajomych. Ewa wyznaje, że nigdy nie miała trudnych relacji z mamą, a i tak zawsze mówiła sobie, że chce być zupełnie inna. Że w życiu trzeba być otwartym, szalonym, a nie chować ogon pod siebie, jak jej mama. Że z takim podejściem niczego się nie osiągnie, nie wywalczy dla siebie ani kawałka życiowego tortu. Mama Ewy, osoba wycofana, skromna ale i silna, przez 27 lat zmagała się z alkoholizmem męża. Nie odeszła od niego nawet wtedy, gdy był już na samym dnie.  – Zostaw go, dlaczego się tak męczysz – krzyczała na mamę dorastająca Ewa – zacznij żyć, znajdź sobie kogoś. Nie musisz się tak kurczowo trzymać tego małżeństwa.

Dziś, mając dwójkę prawie dorosłych dzieci i bardzo skomplikowany związek za sobą, Ewa przyznaje, że najłatwiej osądzać innych, nie mając tego całego bagażu życiowych doświadczeń. Ona sama w swoim małżeństwie popełniła chyba wszystkie błędy mamy, przeanalizowała to dokładnie kilka dni po rozwodzie. Te same mechanizmy sprawiły, że trwała w związku jak w letargu, dając się ciągnąć za sobą w dół.

Łapała się na tym, że kieruje do męża te same czułe, błagające słowa, które nie raz słyszała w ustach mamy przemawiającej do jej ojca. Jednak dzięki podobnym doświadczeniom, to właśnie mama była dla niej największym wsparciem i wykazała największe zrozumienie dla trudnej sytuacji Ewy i jej dzieci podczas ciągnącej się w nieskończoność sprawy rozwodowej. – Może gdybym w młodości miała rozwagę i opanowanie mojej mamy i swoją przebojowość jednocześnie, moje życie potoczyłoby się inaczej – zastanawia się głośno Ewa.

Marta – nie chcę ranić, jak ona…

Marta z mamą nie rozmawia od lat. Są do siebie podobne jak dwie krople wody. Gdy odbiera telefon, niektórzy krewni zastanawiają się, czy na pewno wybrali dobry numer, bo nawet głosy obu pań brzmią identycznie… Niestety, na podobieństwie fizycznym nie koniec.

Marta mówi, że co chwila łapie się na tym, że jest równie surowa, apodyktyczna i wymagająca w stosunku do swojej córki, co jej matka w stosunku do niej. A przecież tak się przed tym broniła! Boi się tego, płacze po nocach i często przeprasza swoje dziecko, która na tej matczynej, emocjonalnej huśtawce nie może sobie znaleźć miejsca. Dodatkowo sprawę komplikuje fakt, że babcia i mama się ze sobą nie mogą porozumieć. Ich sporadyczne spotkania, to jedynie okazja do wyrzutów i wzajemnych oskarżeń. – W moim wypadku podobieństwo do matki, to przekleństwo – ostro kwituje Marta. Zaraz jednak głos jej się załamuje – A przecież tak ją kocham…

Kasia – nie chcę tracić siebie…

U Kasi sprawa wygląda jeszcze inaczej. Tu problemem jest właśnie brak podobieństwa. Całe 30 lat przeżyła w cieniu swojej matki, znanej aktorki. Porównań nie udało się uniknąć. Mama – piękna, radosna, otoczona tłumem zachwyconych wielbicieli i ona – brzydka, nieśmiała, zamknięta w swoim świecie. – To naprawdę twoja córka? – usłyszała kiedyś mała Kasia pytanie jednej z serialowych koleżanek mamy i … sama zaczęła się nad tym zastanawiać. Przez pewien czas buntowała się sama przeciw sobie, próbowała być taka jak mama. Zapuściła wtedy włosy, żeby zrobić sobie podobną fryzurę, mówiąc uważała by w podobny sposób dobierać słownictwo i w ten sam, charakterystyczny sposób układała usta, paląc papierosy. Aż pewnego dnia stanęła przed lustrem i stwierdziła, że woli być sobą. Po prostu. Podziwia mamę, ale też chciałaby się wreszcie od niej „uwolnić”. I powoli jej się to udaje.

Relacje między matką a córką, dwiema najbliższymi sobie kobietami są niekiedy bardzo skomplikowane. Wiele z nas, pod wpływem różnych doświadczeń z dzieciństwa i wczesnej młodości przez całe dorosłe życie dąży do tego, by być przeciwieństwem swoich mam. Chcemy reagować inaczej, wyglądać inaczej, działać inaczej, podejmować inne decyzje. A jednak pewnego dnia stajemy przed lustrem i dociera do nas całą mocą to niezaprzeczalne podobieństwo. Pieprzyk na policzku, gest jakim poprawiamy włosy, spojrzenie… Czy to naprawdę tak źle? Przecież jesteśmy w końcu żywym dowodem na to, że naszym rodzicom coś jednak w życiu wyszło jak trzeba, prawda?


Lifestyle Związek

Czekolada, koc i beznadziejność. Uwaga, nadchodzi listopad!

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
30 października 2015

To chyba jeden z najbardziej znienawidzonych miesięcy. Właściwie po co znajduje się w naszym kalendarzu? Czy po październiku nie mógłby od razu przyjść pachnący Świętami grudzień? A te 30 listopadowych dni można by rozdzielić na inne miesiące?

Bo przecież maj mógłby trwać o pięć dni dłużej. I nikt by się nie obraził, gdyby wydłużono lipiec i sierpień. Święta można by było przedłużyć dzięki likwidacji listopadowych dni. Tak, nie cierpię tego miesiąca. I poważnie zaczęłam się zastanawiać nad obywatelskim projektem: „Wykreślmy listopad z kalendarza”. Pewnie problemów z zebraniem podpisów by nie było… No nic, ale to nie w tym roku. Bo listopad tuż tuż i na myśl o nim najchętniej schowałabym się pod kocem. Nic mi się nie chce. Bieganie – bleee, książka – fuj, chętniej sięgnęłabym po grzane wino. I nie dosyć, że wkurza mnie listopad, to jeszcze ja wkurzam samą siebie ulegając jego nastrojowi.

Przyjaciel napisał do mnie ostatnio: „Przewalcz to”. Jasne, łatwo mówić, zwłaszcza jak z zewsząd rozbrzmiewają głosy podobne do tych w mojej głowie: „Mam chu**owy dzień”, „Szkoda, że słońce tylko za oknem” (choć i tak chwała, że jeszcze się pokazuje w ogóle), „Jakoś tak do d**py się czuję”. Słowem beznadzieja i bylejakość.

A gdyby tak raz inaczej? Gdyby podjąć próbę przezwyciężenia listopadowego smęcenia? Czytam, że to miesiąc, w którym zwalniamy, bo tak jak każdy sportowiec, tak my również potrzebujemy czasu na odpoczynek. Ma to sens. W końcu nie możemy cały rok biegać maratonów… Ale jak odpocząć nie popadając w jesienną depresję? Wypisałam sobie listę rzeczy, które pozwolą mi się zrelaksować, ale nie zdołować. Mam zamiar wprowadzić je w życie.

Będę oglądać komedie romantyczne

To w końcu filmy, które nie zmuszają naszego mózgu do specjalnego wysiłku. Lekki i przyjemny – to jest nam potrzebne w listopadzie. Pewnie każdy ma swoją listę takich filmów. Po raz setny można obejrzeć Brigitte Jones, „Lejdis”, „Cztery wesela i pogrzeb”. Albo odgrzać wszystkie sezony „Przyjaciół” – to chyba nawet bezpieczniejsze. Bo przy „Przyjaciołach” nie będziemy płakać nad swoim losem: „Dlaczego mnie taka piękna miłość nie spotkała”, „Może popełniłam błąd zrywając z Wojtkiem/Tomkiem/Krzysiem w podstawówce. Może to on był miłością mojego życia?”. Tak, listopad to czasem zbieranina absurdalnych myśli.

Zamierzam słuchać pozytywnej muzyki

Żadnych tam starych smutków Kasi Kowalskiej, że on mnie traktował jak rzecz, czy o innych nieszczęśliwych miłościach, rozstaniach i cierpieniu. Basta. Pan Jutjub nie sprzyja walce z listopadowym nastrojem, bo zawsze natkniemy się na coś, przy czym zaczniemy ryczeć w poduszkę. I nikogo nie będzie dziwić, że akurat przy Irenie Santor i jej „Kawiarenkach”. W końcu to listopad. Więc poszukam lepiej płyty z pozytywną muzyką. O może ścieżka dźwiękowa do filmu „Mamma Mia”. „You are the dancing queen” i tego się w listopadzie będę trzymać! Tanecznym krokiem w grudzień!

Fot. Pixabay / kaboompics / CC0 Public Domain

Fot. Pixabay / kaboompics / CC0 Public Domain

Wyciągnę z szafy kolorowe ciuchy

Obojętnie czy to szale, chustki, bluzki, buty. Ważne, żeby było kolorowe. Trochę mam z tym problem, bo u mnie króluje jednak szarość, ale czego się nie robi dla poprawy nastroju. Kolorowe apaszki wiszą na pierwszym wieszaku. A zielone, fioletowe i czerwone rajstopy znalazły specjalne, widoczne miejsce w mojej szafie. Co z tego, że szaro buro i ciemno. A ja właśnie tupnę nogą w kolorowym bucie i nie dam się szarości! Nie wiedziałam, że to aż tak zmienia humor na lepszy

Przeczytam książki, która mnie rozśmieszą

Ciężko tu coś polecać, bo każdego śmieszy coś innego. Jednak w listopadzie nie mam najmniejszego zamiaru sięgać po ciężary, które mają mnie uduchowić, zwrócić uwagę na jakiś problem, zmusić do refleksji. Co to, to nie! W listopadzie mam się śmiać. Choćbym miała to robić nad książką kucharską!

Jedzenie wprawi mnie w dobry humor

Mam to szczęście, że dla mnie dobre jedzenie, to nie słodycze. Uff. Bo wiecie, niby czekolada poprawia nastrój, ale może skutecznie go popsuć wiosną, kiedy będziemy się wciskać w ulubioną sukienkę sprzed roku… Szukałam i znalazłam. Czekolada zalecana jest, bo zawiera magnez. Ale na szczęście ma go także szpinak (hmmm tarta ze szpinakiem), fasolka (na szczęście można kupić mrożoną), ryby (mniami) i orzechy, które przecież najlepsze są jesienią. Robię listę zakupów, żeby te rzeczy mieć zawsze w lodówce i móc ugotować sobie pyszny makaron ze szpinakiem. No i żeby się nie frustrować, że w ten beznadziejny listopad nie mam co zjeść. Każdy powód do narzekania, jest przecież dobry.

Mam zamiar spać, ile się da

Jak ja zazdroszczę niedźwiedziom, a w listopadzie zazdroszczę im potrójnie zimowego snu. Bo ja też chciałabym przespać 30 dni, nie wychodzić z łóżka, popijać ciepłą herbatę z cytryną i miodem i nic nie robić. Marzenie ściętej głowy, która w listopadzie syczy: „Widzisz, jak fatalnie, nie możesz nawet pospać”. Każdy argument na pogłębienie doła jest dobry. Więc w tym roku postanawiam uroczyście spać w listopadzie. Nie siedzieć do późna, nie prasować o północy, nie myć podłogi po 23-ej. Odkładam to na lepsze czasy, a teraz idę spać. Wyspać się. Wyleżeć. Człowiek wyspany, to człowiek szczęśliwszy, a szczęście w listopadzie to towar deficytowy.

Muszę się jeszcze zmusić do ruszenia tyłka. Dla mnie ruch to przyjemność, ale ta niemoc… Przełamanie się do założenia butów do biegania i dresu w listopadzie graniczy z cudem. Obiecuję sobie małe nagrody. „Jak pójdziesz pobiegać, to masz lody w zamrażalce do zjedzenia”. W końcu to listopad, miesiąc kiedy nie można odmawiać sobie przyjemności. O i właśnie był listonosz z przesyłką od przyjaciółki, w której znalazłam magiczny krem pod oczy. I cudownie pachnące perfumy. Tak, w tym roku zamienię listopad w przyjemnościopad. A wy? Macie sprawdzone sposoby na jesienną beznadzieję? Podpowiedzcie, z chęcią wprowadzę w listopadowe życie!


Zobacz także

Ludzie czasem mówią: „będę mieć życie piękne”. Najczęściej, gdy są młodzi. 7 wskazówek jak być sobą

Czasami myślę: „Ucieknę, nie odwrócę się za siebie, wyciągnę rękę i wsiądę do pierwszego samochodu, który się zatrzyma”

Gdzie się podziała tamta dziewczyna. Choroba Hashimoto prawie zniszczyła jej związek