Związek

W życiu nic nie jest nam dane na zawsze, dlatego nie bądź tak głupia, jak ja. Nie trać swojej niezależności w imię miłości

Listy do redakcji
Listy do redakcji
6 listopada 2016
Fot. iStock/Sensay
 

Dlaczego piszę? Żeby was ostrzec, żebyście nie były takie głupie jak ja, nie rozsiadały się wygodnie w waszych związkach, ze spokojem i poczuciem bezpieczeństwa wierząc, że teraz to już na zawsze i wszędzie i na pewno.

Nic nie jest na pewno i na zawsze. Nie ma takiej rzeczy, do której możesz mieć niepodważalną pewność, a już na pewno nie do drugiego człowieka. To tylko człowiek, tak jak ty, jak ja. I choćby wydawało ci się, że znacie się jak łyse konie, że po tylu latach związku on już nie jest w stanie niczym cię zaskoczyć, to może bardzo się zdziwić. Bardzo.

Byliśmy razem 17 lat. Poznaliśmy się jeszcze na studiach. Ja na trzecim roku, on pisał pracę magisterską. Ja z rozbitej rodziny, ojca właściwie nie znałam, odszedł, gdy miałam niecałe trzy lata. Mama dwoiła się i troiła, by nigdy niczego mi nie brakowało, jakby wypruwanie sobie przez nią żył na nowe spodnie dla mnie miały mi zrekompensować jego nieobecność. Patrzyłam na jej starania ponad siły i nienawidziłam go za to, co jej zrobił…

On, jak się okazało z rodziny sukcesu. Rodzinna firma, dochodowa od wielu lat z dobrą renomą, właściwie działalność rozpoczynał jeszcze jego dziadek. Fajny, spokojny chłopak. Co poczułam pierwsze: poczucie bezpieczeństwa. A przecież to jedna z tych potrzeb, którą w pierwszej kolejności chcemy zaspokoić. Ja – z domu, w którym każda złotówka obracana była trzy razy, gdzie mama pracowała na dwa, czasami trzy etaty, gdzie ja pracowałam od kiedy mogłam, żeby mamie pomóc, nagle poznaję chłopaka, który nigdy tego nie doświadczył.

Nie był typem, który na lewo i prawo szasta pieniędzmi. Ale miał w sobie taką pewność, która mnie pociągała. Jego mama powiedziała: „Fajna, taka skromna” – myślała, że nie słyszę.

To nie była przekalkulowana miłość. Po prostu się w nim zakochałam. W chłopaku, który zabrał mnie w wakacje na żagle, który zapraszał do kina, który swoim starym co prawda oplem, ale jednak własnym autem woził za miasto na wycieczki. Była w nim taka beztroska… Kiedy powiedział: „kocham cię”, byłam najszczęśliwszą kobietą na świecie.

Nie wiem, kiedy to się stało. Kiedy z zaradnej dziewczyny, która zawsze umiała o siebie zadbać stałam się zależna od drugiego człowieka. Kiedy straciłam pewność siebie, kiedy pozwoliłam, by powoli odbierano moją niezależność…

Wzięliśmy ślub. Piękne wesele. Miałam z mamą o nich się nie martwić, choć czułyśmy się nieswojo na początku, że to jego rodzice finansują niemal wszystko. Ale przyszła teściowa przytulała mnie i mówiła: „Kochanie, przecież to wszystko zaraz będzie też twoje”. Szybko zaszłam w ciążę. Chyba nawet w naszą noc poślubną. Nie poszłam do pracy po studiach, zostałam w domu. Miałam zająć się urządzaniem naszego miejsca na ziemi, domu, który mój mąż dostał w spadku po swojej babci. Piękny z dużym ogrodem. „Jeszcze się nie pracujesz, teraz najważniejsze, żebyś dbała o siebie i naszą córeczkę” – mówił on. Ufałam mu. Było nam dobrze. On pracował w firmie ojca. Jego rodzice raczej nie wtrącali się w nasze życie. Dzwonili pytając jak się czuje, wpadali na kawę. Zapraszałam ich na obiad. Normalne życie.

Urodziła się Ola. Macierzyński. Wszyscy mówili, że lepiej jak z nią zostanę w domu, w końcu to najważniejszy czas w jej życiu i mama powinna być blisko. Druga ciąża, bo lepiej przecież od razu dwójka, na co czekać. Nawet nie wiem, kiedy stałam się częścią ich scenariusza idealnego życia.

Córka, syn. Piękny dom. Ładna synowa. Szczęśliwa rodzina. Sielski obrazek. Dzieci poszły do przedszkola, a ja chciałam w końcu iść do pracy. Trudno było mi coś znaleźć, a on powtarzał: „no przestań za takie pieniądze? Lepiej, żebyś w domu była”. No i byłam.

Zmieniłam się. Z roześmianej dziewczyny, stałam się spiętą kobietą, która wszystko musi mieć pod kontrolą. Jakbym nieustannie była na cenzurowanym. Między nami dochodziło do kłótni, przede wszystkim o to, że w domu wszystko jest na mojej głowie – sprzątanie, gotowanie, opieka nad dziećmi, on wiecznie w pracy, albo na delegacjach. Jak już na weekend wracał do domu, to potrzebował odpocząć, wyluzować. Chodził na basen, siłownię, wyjeżdżał na żagle. Sam. Bo przecież musiał odpocząć. Ja nie mogłam narzekać? Ja, która miała wszystko. Jak Kopciuszek, którego książę uratował i dał jej wszystko. Tylko bucik zaczął być trochę przyciasny…

„Czego ty jeszcze ode mnie chcesz” – słyszałam, gdy prosiłam, żebyśmy wspólnie wybrali się na wycieczkę do lasu. „Nie za dużo wymagasz” – gdy pytałam o wakacje i jego czas wolny, żeby było wiadomo, jak się zorganizować. Przejął firmę wraz z bratem po ojcu. Jeszcze więcej nie było go w domu.

Postanowiłam poszukać czegoś dla siebie. Skończyłam pedagogikę. Dostałam pracę w jednej ze szkół z oddziałami integracyjnymi. Kilka godzin na szkolnej świetlicy. Nie musiałam zarabiać nie wiadomo ile– tak wtedy mi się wydawało. Jego postawiłam już przed faktem, że idę do pracy i że ta w żadnej sposób nie koliduje z opieką nad dziećmi. Chciałam wyrwać się z domu, do normalnych ludzi, oderwać od zależności, kiedy ktoś zapraszał nas na imprezę ze względu na pozycję mojego męża.

Nie wiem, kiedy to się zaczęło. Kłóciliśmy się coraz więcej. On pakował się i wyjeżdżał bez słowa na weekend. Ja z dziećmi, z pracą. Pamiętam, jak pomyślałam: „A co, jeśli będziesz chciała odejść?”. I nagle dotarło do mnie, że nie mam nic. Kilkaset złotych wypłaty. Bez doświadczenia. Z dwójką dzieci. Dom był jego, firma jego. My nawet nie mieliśmy wspólnego konta. On mi po prostu przelewał pieniądze. Nigdy nie brakowało, nigdy też nie wyliczał, zresztą ja też ich nie wydawałam bez powodu.

Kiedy dowiedziałam się, że ma romans, pierwsza myśl: „Wyprowadzam się”. I stajesz z pustą walizką w ręce i nagle z całą siłą dociera do ciebie – ale gdzie? Z czym? Jak? Do matki, która by tego nie przeżyła? Co z dziećmi? Za co je utrzymam. Za co będę żyć. Wysyczał mi tylko: „Jak odejdziesz, zniszczę cię”.

Nie znalazłam wtedy w sobie tyle siły i odwagi, by odejść. Zaczął się największy koszmar mojego życia, który trwał cztery lata… Cztery lata upokorzeń, poniżania, żebrania najpierw o miłość, później o możliwość odejścia. Były dni, kiedy nie mogłam wstać z łóżka. Gdyby nie dzieci, nie byłoby mnie dzisiaj. Musiałam w końcu zobaczyć na jak głębokim dnie się znalazłam. Jak pogubiłam się, jak bardzo zaufałam drugiemu człowiekowi, jak stałam się od niego zależna tłumacząc to kiedyś poczuciem bezpieczeństwa. Dzisiaj wiem, że prawdziwe bezpieczeństwo możemy dać sobie same nie oglądając się na nikogo.

Zrobiłam to. Stanęłam na nogi. Z dziećmi mieszkam w wynajmowanym mieszkaniu, mam własną działalność, on na szczęście po wielkiej batalii płaci alimenty, ale nie liczę już na to, że tak będzie zawsze. Znalazłam sposób na siebie. Tyle tylko, że zdecydowanie za późno. Wiem, że mogłabym uniknąć całego koszmaru, gdybym nie straciła swojej czujności… Odzyskuję spokój.

Jeśli patrzycie dziś na faceta, który siedzi obok was, który was utrzymuje. Jeśli myślicie – praca może poczekać, na nic nam nie brakuje. Jeśli nie zależy ci na twoim zawodowym rozwoju, bo dzieci, bo dom, bo obiad dla niego. Otrząśnij się! Zacznij działać, zadbaj o siebie, o własną niezależność. Nie mówię, że kiedyś musicie się rozstać, ale mówię, że nic nie jest nam dane na zawsze. Proszę cię, nie bądź tak głupia jak ja.


Związek

Złote zasady miłości. Czyli jak „to” się udaje innym

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
7 listopada 2016
Złote zasady miłości. Czyli jak "to" się udaje innym
Fot. iStock / Geber86
 

Podobno w miłości i na wojnie wszystkie chwyty dozwolone…  Aż chciało by się powiedzieć „bullshit” jakich mało! Bo czy prawdziwa miłość – relacja między dwojgiem kochających się ludzi, może opierać się na jakichkolwiek chwytach? Czy tu można wygrać, walczyć, manipulować? Bzdura i kropka. Jeśli pragniecie miłości, a nie czyjegoś serca w roli trofeum, zasady są bardzo proste.

9 złotych zasad miłości w związku

1. Nigdy nie walcz z prawdziwą osobowością swojego partnera

Jesteśmy w miłości zachłanni, wciąż oczekujemy więcej od kogoś – niż od siebie. I tak jak możemy oczekiwać wsparcia czy szacunku dla własnych poglądów i przekonań – nie możemy oczekiwać, że partner z naszego powodu zmieni swoje. To działa w dwie strony.

Największym grzechem związkowym był, jest i będzie grzeszek oczekiwania zmiany. „On się dla mnie zmieni, zobaczysz”… Jeśli zakochałaś się w „nim”, tym „jedynym” – dlaczego chcesz, żeby został kimś innym? Czy chciałabyś, żeby on kazał ci zmieniać się w inną kobietę, nie pozwalał ci byc sobą?

2. Kompromis może się udać tylko wtedy, gdy każdy z partnerów dąży do znalezienia porozumienia

Nie może być ciągłym ustępstwem jednej ze stron. To się po prostu nie uda. To nie kompromis, a brak równowagi i przewaga nad jednym z uczestników tej relacji. Jeżeli konflikty i kłótnie, spowodowane różnicą zdań prowadzicie po to, aby wygrać i postawić na swoim – nie tędy droga. Tu się ni da wygrać. Można tylko coś dostać w prezencie (i warto być za to wdzięcznym) lub oddać w prezencie (i cieszyć się z tego, że się kogoś obdarowało). Dopóki wasze kompromisy będą się równoważyć po obu stronach szali, dopóty nie będziecie ze sobą walczyć.

Kompromis nie jest permanentnym poświęceniem jednej z osób…

3. Ona i On stoją bronią wspólnych przekonań

Bez względu na to, co wydarzyło się już w waszym wspólnym życiu, ile kryzysów, wzlotów i upadków macie za sobą – coś was kiedyś połączyło, i tego „cosia” trzeba bronić jak lew! Wspólne idee, przekonania, to co stworzyło między wami porozumienie dusz i chęć pójścia w tę samą stronę – jest filarem waszego związku. Bez względu na to ile razy będziecie w tym tańcu zbliżać się i oddalać od siebie, tak długo, jak to „coś” będzie dla was ważne, warte walki – tak długo wy będziecie dla siebie ważni (i warci każdej walki o związek).

4. Pamiętaj, dlaczego siebie wybraliście

Dlaczego akurat on? Dlaczego? Pamiętasz jeszcze?

Skoro właśnie przypomniałaś sobie jak i dlaczego ta osoba jest dla ciebie taka ważna – to chyba oczywiste, że chcesz dla niej jak najlepiej? A gdy trafiają się trudne momenty – pielęgnuj te myśli jeszcze mocniej – to one potrafią budować i leczyć. Te złe, które kłębią się w chwili złości lepiej wyrzucić do kosza.

5. Graj do jednej bramki

I razem. Bo na sukces w każdej grze zespołowej składa się wysiłek i praca wszystkich członków drużyny. Pamiętaj o tym, zwłaszcza, gdy masz ochotę strzelić „samobója” i dać komuś nauczkę.

6. Nie udawaj nikogo, bądź najlepszą wersją siebie

Bo całe życie nie da się grać. Udając kogoś kim nie jesteś oczekujesz dwie osoby – siebie i partnera. Naprawdę nie warto, nic nie jest warte starty samego siebie i nikt nie zasługuje na to by żyć z kimś obcym, nawet tego nie wiedząc.

7. Nie wiń za swoje błędy i problemy

Choć to bardzo kusząca, ta łatwiejsza opcja. Wykrzyczeć: to twoja wina, to wszystko to twoja wina! Wszystko, zawsze, nigdy – co tak naprawdę oznaczają te słowa? Niewiele prawda. Zamiast tracić lub krzywdzić, zdecydowanie lepiej skonfrontować się z rzeczywistością. Nawet, gdy na początku to wydaje się niemożliwe i bolesne.

8. W miłości nie ma miejsca na władzę

Nie ma miejsca na przewagę, na argumenty nie do obalenia, na szantaż, na poczucie wyższości. To się nie może udać, nigdy. Miłość zawsze jest równością. Miłość wybieramy sami – nie musimy w niej żyć, nie wiąże nas więzami krwi, obowiązkiem. I właśnie dlatego, nigdy, przenigdy nie powinna być zależnością, niewolnictwem emocjonalnym. Miłość to decyzja dorosłych ludzi. Sami ją wybieramy – i sami możemy ją albo rozwinąć albo zniszczyć.

9. Zawsze się rozwijaj i pokonuj własne ograniczenia

Bo, gdy nie potrafisz zadbać o siebie – trudno zadbać o kogoś innego…

Jednak to wszystko, można zamknąć w jednej złotej zasadzie. Prostej, oczywistej – a jednak tak cholernie trudnej do wyegzekwowania od siebie, gdy człowiek zły, zmęczony, rozczarowany, gdy toczy się zwykłe życie.

Złota zasada: Kochaj, szanuj i traktuj tak, jak sam byś chciał być kochany, szanowany i traktowany! 


Źródło: Randi Gunther – psychologytodayStan Tatkin – psychologytoday


Związek

10 pytań, które musisz sobie zadać, zanim odejdziesz

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
6 listopada 2016
Fot. iStock / Neustockimages

„Do widzenia” – to jedne z najtrudniejszych słów, jakie przychodzi nam w życiu wypowiedzieć. Pożegnania ludzi, a przede wszystkim relacji z nimi, może okazać się największym wyzwaniem. Jednak zanim powiesz „żegnaj”, odpowiedź sobie na kilka pytań. Nawet nie wiesz, jak bardzo pomogą puścić to, co było kiedyś ważne, a  już nie jest – i nie zgubić w afekcie tego, co nadal jest tobą, kawałkiem twojego świata.

Naucz się puszczać…

Ludzie przychodzą i odchodzą, niektórzy towarzyszą nam naprawdę aż „do końca”, inni są częścią naszego życia, tylko na moment,  na chwilę, idą z nami tylko w jakimś etapie – to naturalne. Czasem zostawiają po sobie bolesne blizny, innym razem poczucie, że było warto, nawet jeśli się skończyło. Zawsze znajdą się relacje, które po prostu się kończą – bez względu na to ile łez, cierpienia i poświęcenia w nie zainwestujemy.

Drugą najtrudniejszą lekcją w życiu po odchodzeniu, jest nauka puszczania tego, czego nie możemy lub nie chcemy zatrzymać. Bo nawet, gdy decyzji jesteśmy pewni – wcale nie tak łatwo przeciąć łaczącą nas z kimś innym nić.

To co każe nam kurczowo trzymać się związku z drugim człowiekiem, to niepewność, strach – wszystko co czeka nas w nowym, zmienionym już świecie bez niego. Dlatego od podjęcia decyzji do realizacji zazwyczaj czeka długa droga. Umiejętność godzenia się na pewną stratę jest dla większości ludzi dużym wyzwaniem. Pożegnania zawsze pozostawiają po sobie uczucie niepewności.

Poczekaj jeszcze chwilę…

… Jeśli masz wątpliwości. To nic złego, potrzebować czasu.

Udany związek, to jak ładnie ktoś opisał „ulica dwukierunkowa”, nie można oczekiwać, że związek będzie funkcjonował, jeśli jedna ze stron szuka zjazdu na autostradę lub już dawno zaparkowała gdzieś i ucina sobie drzemkę. Ale tak długo, jak trzyma nas poczucie, że warto spróbować, i że jeszcze można coś zrobić – zawsze warto podjąć próbę. I tu pojawia się bardzo ważna kwestia – podjąć próbę – dotyczy obu stron. Jeśli więc relacja jest dla ciebie cenna i jest realna szansa na to, by mogła na nowo zamienić się w tę prawdziwą, uczciwą, budującą. Spróbuj.

Czego nie warto na pewno robić? W odchodzeniu tylko dwóch rzeczy: irracjonalnie i bez nadziei tkwić w miejscu w nieskończoność oraz impulsywnie podejmować decyzje pod wpływem jednej chwili. Więc zanim zdecydujesz się opuścić kogoś dla ciebie ważnego (kiedyś), zadaj sobie te pytania. Nie oczekuj, że odpowiedzi pozwolą ci tego uniknąć – ale na pewno pomogą ci puścić zbyt cieniutką nić.

10 pytań, które musisz sobie zadać zanim odejdziesz

Dlaczego odchodzisz?

Kop głęboko w swoich myślach i uczuciach, daj sobie czas, żeby odpowiedzieć na to pytanie. Zazwyczaj odpowiedzieć automatyczna różni się od tej, którą przychodzi po dłuższej chwili zastanowania. Warto zapytać siebie: dlaczego chcesz naprawdę odejść od swojego partnera.

Czy nadal będę sobą, gdy odejdę?

Bardzo często zatracamy się w związkach, oddajemy im całkowicie, każdym kosztem – szczególnie my, kobiety, zakopujemy głęboko „siebie sprzed związku”. Po co masz zadać to pytanie? Nie po to, by dokładać sobie zmartwień. Nie po to, by płakać nad tym, ile straciłaś, zapomniałaś. Jeśli zatraciłas siebie w tym związku, możesz obawiać się zmian, świata, który opiera się na nim – jego znajomi, hobby, a nawet marka herbaty, którą kupowaliście. Skonfrontuj to, co się zmieniło i co razem ze związkiem zamknęłaś w pudełku i to co, zmieni się teraz, gdy związek zakończysz.

A może właśnie odejście zamiast przytłaczać, pozwoli ci swoje pudełko na nowo otworzyć albo zrobić całkiem nowe?

Jeśli jednak czujesz, że te wszystkie rzeczy nie są ważne, a ty nie będziesz już bez niego sobą – może to moment, żeby rozważyć decyzję, czy nie była podjęta pod wpływem impulsu?

Czy widzę siebie z tą osobą za pięć lat?

Czy to w ogóle możliwe, czy potrafisz o tym pomyśleć? Czy chcesz być z tą osobą za pięć lat? Pamiętaj, że czas może niszczyć lub budować, pytanie czy chcesz jeszcze się przekonać o tym, jak ten czas wy wykorzystacie.

Czy z tą osobą czuję się szczęśliwa?

Tak po ludzku, zwyczajnie. Gdy sie budzisz, gdy zasypiasz. To szczególnie ważne pytanie, jeśli decyzja o rozstaniu spowodowana jest jakimś jednym nagłym wydarzeniem.

Czy jestem lepszym człowiekiem dzięki temu związkowi?

Co zyskałaś dzięki tej relacji? Czego się nauczyłaś? A może po analizie okaże się, że jest odwrotnie. To również jedno z kluczowych pytań, czy dzięki temu związkowi jestem sobą, taką jaką pragnę być – czy może sama stałam się kimś trochę obcym.

Czy kochasz tę osobę, prawdziwą – a nie swoje wyobrażenie o niej?

Czy kochasz go takim, jakim jest?  A może związek okazał się pasmem rozczarowań. Pytanie brzmi: czy jestem rozczarowana tym, co on robi – czy może tym, że zupełnie inaczej to sobie wyobrazałam, planowałam (choć on zawsze taki był)?

Czy jeśli nie zakończę tego teraz, będę żałować?

Są sytuacje, w której odejście może okazac się jedynym wyjściem – przynajmniej w danej chwili. To przede wszystkim sytucje, w których występuję przemoc w jakiejkolwiek formie. Wtedy żaden obietnice nie są warte poświęcenia. Powiecie, że zdarza się, że ludzie się zmieniają, że można taki związke naprawić – owszem, ale zamiast obietnic, wymaga to ogromnej pracy i czasu.

Jaką wartość ma dla mnie ta osoba?

Czy naprawdę on jest dla mnie tak ważny, czy po prostu boję się życia w pojedynkę? Czasem ten czas ze sobą samą, jest najcenniejszym prezentem na przyszłość.

Czy jesteś zaangażowana w ten związek, poświęcasz mu czas?

Czas jest najcenniejszym towarem, czas, który poświęcasz bliskim ci osobom. Pamiętaj, że ten zawsze znajdzie się, dopóki bedziesz tego chciała. To jak jest teraz?

Jakie będzie moje życie, kiedy odejdę?

Spójrz po raz kolejny w przyszłość, odważnie, i powiedz jakie bedzie (może być) twoje życie za rok, dwa trzy – jeśli odejdziesz. Co tam widzisz?


Źródło: Lovepanky


Zobacz także

Rozstaliście się? Oto dlaczego powinnaś jak najszybciej usunąć jego zdjęcia z Facebooka

Czego boimy się z miłości? 5 lęków, których doświadczasz, gdy kogoś kochasz

Nie potrzebujesz doskonałego związku, żeby być szczęśliwą. Zakochaj się w tym, co masz!