Lifestyle Związek

Emocje na bok, czyli jak rozmawiać o pieniądzach w związku. Siedem podstawowych zasad

Redakcja
Redakcja
12 marca 2021
Fot. iStock
 

Temat nierówności ekonomicznej w związku jest zawsze aktualny. Tracimy pracę albo zarabiamy mniej niż wcześniej, a czasem wspólnie ustalamy, że tylko jedno będzie pracować. I nagle znajdujemy się w zależności finansowej od naszego partnera. I przecież kochamy się nadal, a on nadal jest czułym mężem i ojcem, ale coś jest inaczej niż zwykle. Ty czujesz się niezręcznie prosząc o przelew. A on pyta: naprawdę Ci to potrzebne?

Atmosfera w relacji zmienia się. I bywa, że on wykorzystuje, nawet nieświadomie, jej zależność, a ona czuje się upokorzona i bezsilna. Jeśli ta zależność trwa miesiącami, sytuacja pogarsza się, prowadzi do frustracji. Emocje na bok! Nie umiemy rozmawiać o pieniądzach w związku, nauczmy się tego. To bardzo naturalne, że czasem jedna strona radzi sobie finansowo lepiej, inna gorzej. Związek jest przecież unią dusz, a nie portfeli. A zatem:

Ustalcie to, kto za co zapłaci

Najlepiej zacząć od najprostszych rzeczy, takich jak ustalenie, kto będzie płacił za co w jakim terminie. Większe rachunki niech leżą po stronie tego, kto aktualnie ma większe możliwości. Mniejsze – obiady dzieci w szkole, opłata za Internet – opłaca osoba o niższych dochodach. Zakupy dobrze robić ze wspólnej kasy, do której każdy wrzuca tyle, ile może.

Nie mijajcie się z prawdą jeśli chodzi o waszą sytuację finansową

Kiedy się dopiero poznajemy, chcemy pokazać się z najlepszej strony. Wspólne życie weryfikuje wszystkie wyobrażenia na temat partnera. Jak na dłoni widać, kto jest oszczędny, kto skąpy, kto nie umie zarządzać pieniędzmi, a kto ich nigdy nie ma wystarczająco dużo. Warto być w tej sprawie od początku szczerym: jeśli chcecie prowadzić osobne rachunki i tylko składać się na wspólne wydatki, może to być naprawdę dobrym rozwiązaniem, pod warunkiem, że obie strony sumiennie wypełniają ten obowiązek (proporcjonalnie do swoich możliwości!).

Słuchaj i obserwuj

Na wczesnych etapach związku możesz się wiele dowiedzieć o życiu finansowym swojej drugiej połowy i to bez zadawania wścibskich pytań. Obserwuj jego decyzje dotyczące stylu życia. Czy jest rozrzutny, oszczędny, czy może prawda leży gdzieś pośrodku? Czy otwarcie mówi o swoich długach? A może ukrywa swoją sytuację finansową? Jak lubi spędzać wolny czas i na co najczęściej wydaje pieniądze? Dzięki temu dowiesz się, co jest dla niego w tej kwestii ważne i jak to się ma do twojego stosunku do pieniędzy.

Zacznij od wspólnych wartości

Jeśli obojgu wam zależy na zdrowym odżywianiu i zdrowym trybie życia, wasze rozmowy o pieniądzach powinny koncentrować się wokół tego, jak osiągnąć ten cel, wspólnie dzieląc koszty. Jakie życie chcielibyście mieć i jak pieniądze pomogą wam osiągnąć te cele? Racjonalne podejście i mówienie o tym, na czym obojgu wam zależy uspokaja emocje.

Ważne rozmowy wymagają odpowiednich warunków

Jeśli chcesz omówić coś szczególnie trudnego, nie rób tego w środku nocy (bo dzieci w końcu zasnęły) lub gdy jedna osoba miała stresujący tydzień. Trzeba znaleźć moment, w którym twoje słowa nie trafią jak groch w ścianę, ale doprowadzą do konstruktywnych wniosków i konkretnych działań.

Pamiętaj, że uzgodnienia dotyczące pieniędzy najlepiej przeanalizować przed decyzją o wspólnym zamieszkaniu

Takie ustalenia są po prostu niezbędne. Czy podzielicie po równo wydatki na czynsz i inne rachunki, czy też będziecie je opłacać na zmianę? Czy planujesz otworzyć wspólny rachunek, a jeśli to zrobisz, czy będziecie mieć również oddzielne konta bankowe? Czy jedna osoba będzie odpowiedzialna za sprawy finansowe, czy chcesz współdzielić zarządzanie finansami gospodarstwa domowego?

Nie narzucajcie sobie wzajemnie stylu zarządzania osobistymi środkami

Jeśli chodzi o pieniądze, które zostają wam po opłaceniu podstawowych wydatków, to osobista sprawa każdego z was (o ile oczywiście nie obciąża to drugiej strony) w jaki sposób nimi zarządzacie. Niektórzy lubią odkładać co miesiąc jakąś sumę, inni przeznaczać jakąś kwotę na hobby lub drobne przyjemności. Ważne, by nie robić sobie z tego powodu wyrzutów. Póki rachunki są opłacone, a lodówka jest pełna, naprawdę nie ma powodu, by kruszyć o to kopie.

 

 


Lifestyle Związek

Nikogo się na da zatrzymać na siłę… Zgodziłabyś się na wolność w seksie?

ROZMÓWKI NIEOBYCZAJNE
ROZMÓWKI NIEOBYCZAJNE
12 marca 2021
Fot. iStock/stock_colors
 

„Jest bardzo dużo związków, że kobieta „przymyka oko”, dając ukochanemu się wyszaleć, bo wie że i tak wróci i to z lepszą energią. Mało kto się do tego przyznaje. To jak wypuszczenie psa, pobiega i wróci zadowolony. Trzymanie na siłę może doprowadzić do pogryzienia…” – zapraszamy na #RozmówkiNieobyczajne – o seksie i nie tylko, damsko-męskie pogaduchy. Odcinek 11

Melisandra: Marcinie, czym jest dla Ciebie wolność w związku? Na co byś pozwolił partnerce? Jak dalekie są Twoje granice ?

Marcin Michał Wysocki: Wolność, droga Meli, to zachowanie integralności. W skrócie rozumiem to w ten sposób:

  • mam swoich przyjaciół i to nie tylko facetów (o toksycznej zazdrości kiedy indziej);
  • mam swoje pasje, które możemy dzielić, byłoby wspaniale, ale nie musimy. Nic na siłę. Ja nie zacznę uczęszczać do cerkiewnego chóru, tak jak i Ty nie zagrasz z chłopakami w palanta😊;
  • mam swoje zdanie, opinie, preferencje, gust, poglądy, wiarę itp.;
  • mam swoje przyzwyczajenia, marzenia, plany, tęsknoty…
  • MAM SWOJE ŚRODKI, abym nie musiał pożyczać od żony/męża ani na moje potrzeby, ani na lody;
  • najchętniej: mam własne locum. Może coś, co zostawili mi rodzice, może zarobiłem na to przed małżeństwem. Wiem, że to trudna sprawa, lecz JEŚLI TYLKO dałoby się zachować MOJE kawalerskie MIESZKANIE i je np. wynajmować, to dałoby mi to olbrzymie, niepowtarzalne poczucie komfortu. Świadomość, że nic nie muszę i że mogę być ZAWSZE SOBĄ.

Zbyt wiele, szczególnie kobiet, które znam, po burzy wokół swojego małżeństwa, tak po 7, a często i po 20 latach od ślubu, zostawało po rozwodzie BEZ NICZEGO. Widziałem tyle osób, które znowu funkcjonowały w toksycznym związku tylko dlatego, że NIE MIAŁY GDZIE UCIEC, bo np. oddały cały swój majątek do wspólnego gospodarstwa, a potem zostawały z niczym. Ech, jeśli to możliwe, to takiego losu sobie nie fundujcie, kochani!

M: Z moich obserwacji wynika, że ludzie lubią sobie zawłaszczać drugą osobę. Obejrzałam teraz serial „Bazaar de la Charite”, gdzie mężczyźni uważali swoje żony za własność, byli ich panami życia i śmierci. To było dwieście lat temu, natomiast te przypadki nie są odosobnione i dzisiaj. Wolność to podstawa związku partnerskiego, czas dla siebie, wolność decyzji i wyboru, przestrzeń dla swoich pasji, przyjaciół i rodziny, zaufanie, brak zazdrości. Im więcej jest wolności i też własnego egoizmu, a nie zajmowanie się partnerem, tym miłość może być bardziej bezwarunkowa, a związek bliższy i trwalszy. Wolność to też przestrzeń na przemijanie, jeśli partner chce odejść, to pozwala się na to, nie przywiązuje do siebie, a daje wolność i zgodę na odejście z miłości.

Nikogo się na da zatrzymać na siłę, a życie to też sztuka i zgoda na zmiany.

MMW: To ciekawe… Przestrzeń na przemijanie, odejście. Bardzo altruistyczne to, co mówisz. Naprawdę mi zaimponowałaś. Nie wiem czy byłbym zdolny, do takiego poświęcenia własnego ja. Nie ma w tym krztyny egoizmu, własnego interesu, nawet miejsca na własny żal, godność, dumę, które oddajemy komuś w ramach szacunku dla jego wolności. To jest PRAWDZIWA miłość…

M: Podkręcę Ci tempo i przyspieszę tętno… A co powiesz na wolność w seksie? Na pozwolenie na swoich dodatkowych partnerów? Pozwolenie na trójkąt lub czworokąt, bo para nie lubi się ograniczać, a chciałaby spróbować czegoś nowego? Dajesz wolność ukochanej osobie po to, aby spróbowała czegoś, o czym marzy…

MMW: Hmm. Moim zdaniem, dwie osoby mogą robić w łóżku, co im się tylko żywnie podoba i nikomu nic do tego, pod warunkiem jednak, że obojgu sprawia to przyjemność. Trochę piszę o tym w nowej powieści, z cyklu „# Portal randkowy”, pod roboczym podtytułem „Miguel”, gdzie bohaterowie mają bardzo wyszukane gusta erotyczne. Mawiam: „Jak dla mnie, to mogą skakać z szafy”, o ile oczywiście nikomu nie dzieje się krzywda.

Osobiście lubię eksperymentować w seksie, rozumiem też różne klimaty, związane z BDSM, z którym staram się oswoić Czytelników w swojej najnowszej książce😊. Jednak w życiu, do takich poszukiwań trzeba mieć właściwego partnera, którego te eksploracje także pociągają. Dla mnie seks – nazwijmy go „urozmaiconym” – to bezpiecznik, że w łóżku, a za tym i w związku, nigdy nie powieje nudą, a w konsekwencji nie dojdzie do rozkładu. Przynajmniej z tej przyczyny, a wierz mi, że to jeden z piątki głównych powodów rozstań. Brak namiętności – znaczy się.

Pytanie, czy daję wolność partnerce, żeby, jak rozumiem, próbowała czegoś innego na własną rękę – to już pójście znacznie dalej. Dla mnie, zbyt daleko. Razem, tak, ale osobno, już nie. Bo tak jak wspólne poszukiwania łączą, o czym mówiłem wcześniej, to osobne niszczą. Ale to jedynie mój pogląd… A Ty, pozwoliłabyś facetowi eksperymentować seksualnie poza Waszą sypialnią? Nawet jeśli byłaby to cena Twojej wolności w tym względzie, to nie bałabyś się, że mu to nie wystarczy i któregoś dnia zniknie?

M: Tak, w długotrwałym związku czasem namiętność gdzieś gaśnie, seks staje się smutnym obowiązkiem, ale są inne wartości lub … zobowiązania wrrrrr. I może nasz partner być szczęśliwy też z kimś innym. Nawet na chwilę. Poszukać swojej przygody. To jest właśnie bardzo wysoki level zaufania do siebie, a gdy my ufamy sobie to i też partnerowi. O zaufaniu mówimy, kiedy sobie wierzymy. Nie kontrolujemy, nie krytykujemy, nie osądzamy, nie jesteśmy zaborczy. Te lekcje zaczynamy od siebie, nie od partnera. Wówczas związek płynie lekko i z fantazją, jest odkrywaniem i smakowaniem życia. Pojawia się fajne napięcie, ciągła fascynacja, odkrywania siebie na nowo. Bo nikt nie należy do nikogo. Nie jest niczyją własnością. I błagam nie rób na mnie takich oczu…

MMW: Okej, myślę, że to nie jest do zaakceptowania przez zdecydowaną większość społeczeństwa…

M: Jest bardzo dużo związków, że kobieta „przymyka oko”, dając ukochanemu się wyszaleć, bo wie że i tak wróci i to z lepszą energią. Mało kto się do tego przyznaje. To jak wypuszczenie psa, pobiega i wróci zadowolony. Trzymanie na siłę może doprowadzić do pogryzienia.

MMW: Tak, mówisz o prowincjonalnej hipokryzji. Kobiety udają, że faceci nie biegają po wsi.

M: Ludzie w związkach, szczególnie z tym długim stażem, domawiają się na pewne „rozwiązania”, które mogą uatrakcyjnić związek i stworzyć znowu zainteresowanie sobą, jednak miłość jest zawsze ponad to. Prawdziwa miłość zawsze wybacza i nie ocenia.

MMW: Zgoda: uatrakcyjnić, ale nie w osobnych sypialniach z osobami trzecimi. Hmm… Jestem cholernie otwarty, wierz mi, ale nawet dla mnie to dużo. Chyba bym nie dźwignął, o ile mówimy o poważnym związku.

M: Znam wielu mężczyzn i kobiet, którzy cenią sobie niezależność, wolność w związku, to napięcie i cieszenie się na swój widok. Nie siedzenie w rutynie domowej, a posiadanie własnego świata pasji, wyzwań, realizacji. Jestem jak najbardziej za tą kawalerką lub inną skrytką, bo zwyczajnie cudownie jest posiedzieć samemu, lub samemu wybrać się na miasto. Poeksplorować. Mieć czas na męskie czy babskie wypady i znikanie na jakiś czas bez smyczy na komórce. Wówczas budzi się w nich ta dzikość, tęsknota za partnerem, ciekawość.

Kiedy mówi się na temat zobowiązań, oczekiwań, wkładania w pudełka schematów, to im się robi duszno. Uciekają. Muszą mieć czas aby sobie poobserwować i oswoić się, a nie wpadać w rolę. Czy taki związek, w ogóle, czy może dojść do związku w życiu takich wolnych ptaków? Tak. Wtedy, gdy znajdą partnera, który ich wiecznie inspiruje, jest nieuchwytny, że wiesz co zawsze do końca myśli, tworzy to kreatywne napięcie, żyje swoim życiem, a nie poświęceniem. Play, a nie od razu wkłada rzeczy do szafy. To otworzenie przestrzeni dla partnera i bez względu na staż, uwodzenie go. Wówczas oddają z miłością jej/jemu kawałek swojej wolności. Związek to też sztuka. Przez duże „S”.

MMW: Widzisz, każdy ma swoje imponderabilia, i w tym miejscu trafiłaś na moje…

O autorach:

 

Fot. iStock

Melisandra, Projekt Szczęście, to autorski pomysł fundatorki Fundacji, która występuje pod pseudonimem Melissandra, czyli ta mityczna która służy światłu i wyprowadza innych z cienia. Fundacja jest szczególnym miejscem dla ludzi, którzy po różnych związkach pragną ponownie doświadczyć szczęścia i znaleźć ukochanego i jedynego partnera. Ludzi, którzy, w czasie organizowanych przez Fundację warsztatów, chcą zrozumieć do czego były im potrzebne poprzednie związki, a potrzeba miłości i zrozumienia staje się ich drogą do światła. Warsztaty są miejscem tak dla singli, jak i dla par, które chcą jeszcze zobaczyć czy coś zostało jeszcze z ich miłości i jak tę miłość odnaleźć.

Archiwum prywatne

Marcin Michał Wysocki

Urodzony w 1965 roku w Warszawie, absolwent kilku fakultetów na uczelniach krajowych i zagranicznych, doktor nauk humanistycznych UŁ. Był m.in. asystentem oraz tłumaczem Jeffa Goffa i Jacka Wrighta w musicalu Narzeczona rozbójnika (Teatr Popularny). W Teatrze Ateneum asystował takim osobowościom teatru polskiego, jak: Laco Adamik, Krzysztof Zaleski, Wojciech Młynarski czy Janusz Warmiński. Współpracował z TVP w programach: LUZ, Sportowa apteka, Kawa czy herbata?. Był autorem muzyki do programów Mur, Sportowa Apteka oraz nagrał autorską płytę Head. Próbował swych sił w roli speakera w Radio Zet u Andrzeja Wojciechowskiego. Dotąd wydano sześć pozycji jego autorstwa: pracę naukową Wyznaczniki tożsamości etnicznej […]; wyróżnioną monografię żołnierza AK, Michał Wysocki. Wspomnienia z lat 1921–1955; impresję historyczną Remedium na śmierć – historie prawdziwe; relacje kombatantów z okresu Powstania Warszawskiego, A jednak przeżyliśmy. Niezwykłe wspomnienia, powieść obyczajową Baku, Moskwa, Warszawa oraz zbiór historii o poznawaniu się przez internet #Portal randkowy.


Lifestyle Związek

Kinga Głyk: bas jest moim głosem, chcę kilkoma dźwiękami dotknąć czyjegoś serca

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
11 marca 2021

Kinga Głyk ma 24 lata i choć jest samoukiem, to dzisiaj jedna z największych nadziei młodego pokolenia jazzu i bluesa. Swoją siłę budowała talentem, niezależnością w brzmieniu muzyki. To dla niej bardzo ważne. Musi czuć swobodę w tworzeniu, inaczej traci pewność siebie. W tej drodze do pewności siebie najbardziej zbudowała ją … scena. Prawdziwa siła według niej, nie może pozbawiać wrażliwości.

Gdzie jest Twoje 100% Kinga?

Kinga Głyk: Chciałabym odpowiedzieć, że muzyka. Jednak przez to, że jestem osobą, która robi dużo rzeczy w jednym czasie, ciężko mi pogodzić muzykę ze wszystkim innym, co lubię. Obserwując mojego tatę, który jest muzykiem, widzę, że dla niego muzyka na pewno jest czymś, czemu poświęca swoje 100%, nie jest rozproszony. Ja natomiast często sama narzucam sobie dużo zajęć, co powoduje, że czasem trudno mi się skupić całkowicie na muzyce.

Ostatnio przeprowadziłam się do Londynu, będę tu na jakiś czas. To inne środowisko niż te, w którym się wychowałam, więc cieszę się, że mam możliwość rozwinięcia się też w trochę inny sposób. Myślę, że będzie to dobra okazja do tego, żeby być bardziej skoncentrowaną i sprecyzowaną na tym, czego chcę.

Skąd w ogóle muzyka wzięła się w Twoim życiu? Nie zawsze jest tak, że dzieci idą w ślady swoich rodziców, a Twój tata jest muzykiem…

Od zawsze byłam zafascynowana basem. Jako dziecko wyłapywałam w utworach te niskie dźwięki i przysłuchiwałam się nim. Marzyłam o tym, żeby grać na basie i kiedy byłam wystarczająco duża, tata kupił mi mały bas, na którym uczyłam się grać.

I to tata również wpadł na pomysł, żebyśmy wspólnie, razem z moim starszym o trzy lata bratem, założyli zespół rodzinny. Miałam wtedy 12 lat i to był  początek muzycznej przygody i tego, że zostałam w muzyce do dzisiaj. W wieku 18 lat nagrałam swoją pierwszą autorską płytę.

Fot. Materiały prasowe

Nie ukończyłaś żadnej szkoły muzycznej? Jesteś samoukiem?

Tak, w większości uczyłam się sama, chociaż miałam parę prywatnych lekcji. Jestem też wdzięczna, że mam tatę, którego mogę pytać o różne rzeczy związane z tą dziedziną życia. Kiedyś o wiele trudniej było znaleźć przydatne materiały do nauki, teraz od czasu pandemii, w internecie pojawiło się wiele informacji dotyczących gry na basie i nie tylko. Są strony, dzięki którym można krok po kroku rozwijać swoją wiedzę na temat muzyki.

Jak w szkole, w gimnazjum, Twoi rówieśnicy przyjmowali fakt, że muzyka jest Twoją pasją i poświęcasz jej cały swój czas?

Cóż, prawda jest taka, że często nie chodziłam do szkoły, bo wyjeżdżaliśmy i graliśmy koncerty. Bardzo szybko od etapu początków nauki gry na basie stanęłam na scenie i musiałam się zmierzyć z całkiem inną rzeczywistością. Szkoła nie była dla mnie priorytetem, nie zależało mi na byciu najlepszą uczennicą, czego często nie rozumieli nauczyciele, którym tłumaczyłam, że nie potrzebuję szóstki z matematyki, bo wiem, że pójdę inną drogą.

Niektórzy frustrowali się, gdy mówiłam, że mam swoją pasję, w której chcę się realizować i bardzo dobre oceny ze wszystkich przedmiotów nie mają dla mnie dużego znaczenia.

To niezwykle ważne, co mówisz, bo często rodzice wychodzą z założenia, że najpierw szkoła, a później pasje. Warunkują możliwość jej realizacji dobrymi wynikami w nauce.

U mnie faktycznie rodzice byli zgodni i nie wymagali ani ode mnie, ani od mojego brata, żebyśmy byli szóstkowymi uczniami. Oboje wspierali mnie w muzyce, choć zastanawiam się czasami, jak moja mama wytrzymała te wszystkie próby, które przecież odbywały się w domu. Wspólnie dużo podróżowaliśmy po Polsce grając koncerty. To też nie zawsze było łatwe – przebywanie ze swoją rodziną 24 godziny na dobę. Zresztą do dziś trzymamy się razem, bo tata jest moim menadżerem, a brat realizatorem dźwięku.

 


Weź udział w akcji Tymbark Vitamini, zgłoś siebie lub znajomą, która robi coś na 100%!


Kiedy Ciebie zauważono? 

Pierwszych siedem lat to była naprawdę ciężka praca. Tata przez cały czas nam powtarzał, że na każdym koncercie trzeba dać z siebie wszystko, bez znaczenia, gdzie i dla kogo gramy. Pamiętam koncert, który graliśmy dla jednego pana, który siedział na widowni. Nie odpuściliśmy, zawsze dawaliśmy z siebie 100% i tego trzymam się do dzisiaj. Nie zawsze było łatwo.

Kiedy miałam 18 lat, dzięki tacie i jego determinacji, nagrałam pierwszą płytę “Rejestracja”, a rok później następną “Happy Birthday”. To był live koncert zarejestrowany w Rybnickim Centrum Kultury.

Wtedy moja muzyczna droga przyspieszyła, płyty dawały mi motywację do tego, żeby dawać z siebie jeszcze więcej, rozwijać się. Wiedziałam też, że publiczność cały czas potrzebuje czegoś nowego, świeżego, żeby ją przy sobie zatrzymać, żeby się nie nudziła. Czasami żartowaliśmy, że przyjdzie dzień, kiedy zagram na naprawdę wielkiej scenie

Nie przypuszczałam jednak, że tak szybko trafię do szerokiego grona odbiorców. Myślę, że przełomowym punktem artystycznym, co było dla mnie ogromną niespodzianką i zaskoczeniem, stało się nagranie “Tears In Heaven” Erica Claptona. Opublikowałam filmik na YouTube i Facebooku, który udostępniony przez facebookowy portal Bass Player United i w ciągu paru dni osiągnął ponad 22 mln wyświetleń!

Odezwało się do mnie wiele agencji koncertowych, także z zagranicy. Przez chwilę ta sytuacja nas przerosła, ale na szczęście byliśmy w kontakcie z naszym bliskim znajomym, który pracuje z artystami w zagranicznym środowisku jazzowym. On nam pomógł odnaleźć się w tym całym zamieszaniu.

Fot. Materiały prasowe

Kinga, ale umówmy się, bas raczej nie jest instrumentem wiodącym, potrzebuje zespołu…

To prawda i ludzie często pytają przed koncertem, kto będzie śpiewał. Trochę mnie to stresuje, bo zastanawiam się wówczas, czy zdołam publiczność zadowolić. Ale po koncercie przychodzą i dziękują, mówią, że to im wystarczyło, że pozwoliło skupić się trochę inaczej na muzyce niż dotychczas.

Staram się, by to bas był moim głosem. Cieszę się, że mam cztery struny i że mogę się rozwijać grając na tym instrumencie, choć jego możliwości wydają się być dla wielu ograniczone. Ja chcę tymi kilkoma dźwiękami dotknąć czyjegoś serca.

Chciałabym móc nadal się kształcić w muzycznym kierunku, uczyć się od najlepszych. Przede mną nagranie nowej płyty i mam nadzieję, że uda mi stworzyć coś świeżego, innego od tego, co robiłam dotychczas, co da mi satysfakcję i będzie kolejnym krokiem w przód.

***

Kinga Głyk jest ambasadorką akcji „100% siebie” organizowaną przez markę Tymbark Vitamini.

Ty też jesteś wyjątkowa!

Wiesz o tym, prawda? Twoja przyjaciółka też jest wyjątkowa. Wyjątkowa jest Twoja siostra i mama, a może też córka! Robią wspaniałe i wyjątkowe rzeczy, wkładają w to 100% serca, pasji i zaangażowania – 100% siebie. Warto o tym opowiedzieć światu, nie sądzisz?

Weź udział w naszej akcji, zgłoś siebie lub znajomą, która robi coś na 100%!

 


Zobacz także

Co zrobić, gdy ktoś cię molestuje? „(…) nie bądź niegrzeczna, nie okazuj niesmaku…”

5 najlepszych kierunków na udane wakacje

To, co najlepsze, przychodzi samo, kiedy się nie spodziewasz. Nie trać nadziei i nie czekaj, aż się wydarzy