Związek

„W rywalizacji z żoną przegrywam. Nawet, jeśli Robert twierdzi, że jestem boginią seksu. Dziewczyny, serio nie polecam…”

Poli Ann
Poli Ann
7 czerwca 2021
Photo by dusan jovic on Unsplash
 

– Jestem kochanką – napisała mi wiadomość na Messengerze z konta nazwanego jakimś nickiem i niewidocznego dla nieznajomych. – Twój blog jest życiowy, więc też chcę Ci opisać moją historię.

„Oboje mamy małżonków. I jak w wielu historiach nie planowaliśmy romansu. Pracujemy razem. Na początku się nawet nie lubiliśmy, dopiero wigilia firmowa wszystko zmieniła. Rozmowa na luzie, kilka drinków, zapomnieliśmy o problemach dnia codziennego. Tak dobrze się nam gadało i tańczyło. Wracaliśmy tą samą taksówką i choć się nie dotykaliśmy, to w powietrzu czuć było napięcie. Napisałam do Roberta jeszcze stojąc na klatce. Cała drżałam. Nie wiem, co mi się stało. Odpisał natychmiast. Pisaliśmy do rana nie chcąc kończyć tej konwersacji.

W pracy zachowywaliśmy pozory, ale te spojrzenia, smsy, wymykanie się na papierosa… Byliśmy jak na haju. Pocałunki w windzie, seks w konferencyjnej, gdy wszyscy już poszli, niby przypadkowe spotkania na siłowni czy basenie.

Mieliśmy dzieci w podobnym wieku, te same problemy, a w domu niczego nieświadome połówki. Długo nazywaliśmy siebie przyjaciółmi, jednak po kolejnych upojnych chwilach tym razem w jego aucie, zdałam sobie sprawę, że ja mam klasyczny romans. Najzwyczajniej w świecie zdradzam męża, a on żonę. Rozpłakałam się wtedy jak dziecko. Zerknęłam w lusterko, z którego spojrzała na mnie z rozmazanym na oczach tuszem jeszcze przepełniona żądzą KOCHANKA.

Byłam kochanką, od pierwszego momentu, pocałunku, sprośnego smsa czy seksownego selfie, jakie Robertowi wysyłałam. Chciałam, ale nie potrafiłam tego zakończyć. Zaangażowałam się, on też. To nie był seks dla sportu, to były rozmowy, zwierzenia, doradzanie sobie i wzajemna pomoc. Oraz zazdrość. On wyjeżdżał z rodziną, a ja śledziłam na fejsie, gdzie są, co robią i czy na zdjęciu obejmuje żonę.

Gdy ja spędzałam czas z najbliższymi, on pisał po kryjomu, że cholernie tęskni i zazdrości mojemu mężowi. Wszystko działo się w sekrecie, w emocjach, bo przecież trzeba uważać, by nie wpaść w głupi sposób. Moje życie kręciło się wokół romansu. Gdy szłam do pracy i miałam Roberta dla siebie, byłam spokojna i radosna. Poza pracą traciłam kontrolę nad tym, co on robi. Byłam nerwowa, złośliwa, wręcz neurotyczna. Nie mogliśmy świętować razem urodzin, świąt, sukcesów. Byłam bliższa niż żona, ale to z nią jeździł na wakacje, na wesela czy weekendy. Z nią zapewne sypiał, jej kupował kwiaty i prezenty. Ja nie istniałam.

Panuje przekonanie, że kochanka rządzi facetem, oplata go niczym bluszcz i przysłania mu świat.

Gdy spędzaliśmy nasze ukradzione chwile być może tak przez moment było, ale potem cały czas to kochanka czeka aż on napisze, zadzwoni. To ja – kochanka walczę sama ze sobą i z wyrzutami sumienia. Z miłosnego haju wpadam w czarną nicość. To nie wokół mnie kręci się jego życie. Ja jestem tylko dodatkiem. W rywalizacji z żoną przegrywam nawet jeśli Robert twierdzi, że jestem boginią seksu. To ja czekam, myślę, tęsknię i czuję na plecach oddech jego żony, bo to z nią spędza weekendy, wybiera płytki do łazienki i komodę do salonu. To z nią jeździ do rodziny, bierze kredyt i ustala urlop.

Ja jestem tylko przygodą, urozmaiceniem, słabością, narkotykiem. Jestem w jego życiu ważna, ale nie na tyle by zostawił żonę i wybrał mnie. Umówmy się, mnie przecież nigdy nie wybierze. Po co Robert ma rezygnować ze stabilizacji? Dlaczego ja mam porzucać dotychczasowe życie, zabierać dzieciom rodzinę? Nasze małżeństwa nie są takie złe…

A romans? Romans jest pociągający, ale przecież w ogóle się nie opłaca. A kochanka? To na niej zawsze skupia się otoczenie obarczając ją winą. Jakby nie spojrzeć zawsze będzie tą złą…Po co Ci to piszę? Bo bycie kochanką to uwłaczająca sprawa, poniżej godności, to nałóg, z którego nie potrafię zrezygnować. Pewnie czekam aż mnie zniszczy, może wtedy któryś związek zakończę. Z żadnym z tych dwóch mężczyzn nie jestem w pełni szczęśliwa. Przy mężu zjadają mnie wyrzuty sumienia, przy Robercie zazdrość. Spalam się. Bywam na haju i w czarnej d…

Dziewczyny, serio nie polecam…


Związek

„A gdzie byłeś Ty, kiedy ja nie wiedziałam w co włożyć ręce? Kiedy padałam na pysk?

Poli Ann
Poli Ann
14 czerwca 2021
Photo by Huyen Pham on Unsplash
 

Kochaliśmy się jak wariaci. W kieszeni matura, studiowaliśmy zaocznie i pracowaliśmy, by nie musieć być na utrzymaniu rodziców. Chcieliśmy być razem ponad wszelką wątpliwość. I byliśmy. Rety, tacy dorośli i samodzielni! To było takie proste.

Imponowało mi wszystko, co robiłeś. Ja byłam Twoją jedyną. To mi wysyłałeś bukiety do pracy pocztą kwiatową i za połowę pensji kupiłeś oryginalne dżinsy, których wcześniej nigdy nie miałam. Ja wstawałam o piątej, by zrobić Ci kanapki na pierwszą zmianę, a swoją pierwszą premię przeznaczyłam na rower, o jakim marzyłeś. To było takie proste.

Potem był ślub i huczne wesele na dwieście osób. Miłość przysięgana aż po grób. I kredyt jak wszyscy nasi znajomi i upragnione ciąże. Dwie, które dały nam trójkę wspaniałych dziewczynek. I nadal wszystko było proste, choć padaliśmy na twarz ze zmęczenia, rezygnowaliśmy z przyjemności i szaleństw na rzecz obowiązków. Zdawało mi się, że nic nas nie pokona. Ani choroba Twojej mamy, utrata mojej pierwszej posady, Twój konflikt z szefem ani podrywający mnie w pracy kolega.  Przecież wystarczyło się tylko kochać, a my się kochaliśmy. To było takie proste.

Aż w końcu nadeszły dni, kiedy nasza miłość się skończyła. Niemal z dnia na dzień, gdy pojawiła się ona – pandemia. Wpakowała się bezczelnie w nasze życie, rozwaliła się w salonie i zaczęła swoje rządy. Nie było już prosto.

Ty straciłeś pracę, więc ja mojej trzymałam się kurczowo, by móc utrzymać rodzinę. Choć już nie wstawałam o piątej, by wyjść na spacer z psem, to nadal rano trzeba było przygotować całą ferajnę na zdalną szkołę, doglądać ich zajęć, potem godzinami pomagać w lekcjach, w międzyczasie samej pracować, ugotować obiad, zrobić pranie, odbierać telefony, godzić co chwila wybuchające konflikty, a po nocach pisać wcześniej niedokończone, na rzecz pracy z plastyki czy muzyki, maile. A gdzie byłeś w tym wszystkim Ty, kiedy ja nie wiedziałam w co włożyć ręce? Kiedy padałam na pysk?

Na kanapie, obrażony na cały świat, znudzony, marudny, taki biedny, bo bez pracy. Gdzie podział się ten pomysłowy chłopak, który skradł moje serce? Który wyciągał mnie z tarapatów i miał milion pomysłów na minutę? Mężczyzna, któremu zaufałam i z którym chciałam iść przez życie? Z którym miałam wspólnie ciągnąć ten wózek? Nie pomogła ani groźba ani prośba, ani lekarz ani moje pomysły na spędzanie wolnego czasu. Pracy też nie zamierzałeś szukać. Po co, skoro wszystko ogarniałam ja? A seks?

Byłam dla Ciebie niewidzialna, choć po 2 ciążach zachowałam świetną figurę i dbałam o siebie. Byłam wołem roboczym, kucharką, sprzątaczką, opiekunką. Twoje odburknięcia, leżenie na sofie do popołudnia, brak jakiegokolwiek wsparcia w domu i pomocy przy córkach, i bierność pokazały mi nowego Ciebie. Pandemia bezlitośnie uświadomiła mi, że już nie jest prosto, że jest cholernie trudno i że Ty nic sobie z tego nie robisz. Leżysz na tej pieprzonej kanapie, wybredzasz w ofertach pracy, choć wiesz, że ledwo starcza do pierwszego, że fizycznie i psychicznie jestem szalenie zmęczona, bo kładę się późną nocą, a wstaję skoro świt. Nie chcesz rozmawiać, nie chcesz pomocy ani pomagać, nawet z dziewczynami się już nie bawisz. Zaczynasz być współlokatorem, z którym niemal nie rozmawiam, choć pandemia zamknęła nas na cztery spusty. Staliśmy się więźniami w swoim własnym
domu. Życie już nie było proste.

To starsza córka zapytała, czemu się z Tobą nie rozwiodę. Uświadomiłam sobie wtedy, że ja tego chcę. To było takie oczywiste i proste. I teraz, gdy powoli wszystko wraca do życia, pragnę tego jeszcze bardziej. Umiem żyć bez Ciebie, a obecnej Twojej wersji po prostu nie kocham. Złożyłam wniosek, a Ty mi się śmiałeś w nos krzycząc potem, że chcesz mi zabrać dzieci, strasząc alimentami na Ciebie i tym, że się nie wyprowadzisz. Dziś każdego dnia wyzywasz mnie przy  dziewczynkach od idiotek, debilek i psychicznie chorych. Straszysz, grozisz,  wyśmiewasz. Pokazujesz dotąd Twoje mi nieznane oblicze. I nie chcę Cię już w życiu jako mojego mężczyzny.

Zarzekasz, że nie dasz mi rozwodu, że zamienisz moje życie w piekło. W sumie to już Ci się udało. Gorzej już być nie może i wiem, że przez jakiś czas jeszcze tak będzie. Po rozwodzie jednak, który bez problemu dostanę, będzie już tylko lepiej, pandemia kiedyś się skończy, nasze ścieżki się rozejdą i moje życie stanie się prostsze.


Związek

„Wiesz jak to jest być z Panem Bumerangiem? Nie? To ja Ci opowiem”

Poli Ann
Poli Ann
23 maja 2021
Photo by Soulseeker - Creative Photography on Unsplash

– Wiesz jak to jest być z Panem Bumerangiem? Nie? To ja Ci opowiem – Laura patrzy na mnie zielonymi oczami. Ma jakieś dwadzieścia kilka lat. Szczupła, niewysoka. Mówi cicho.

– Poznaliśmy się w liceum. To była szczenięca miłość, która miała trwać wiecznie. To z nim uczyłam się bliskości. Te niemal dziesięć lat było bardzo intensywne. Pełne pasji, emocji i miłości. Bo przecież się kochaliśmy jak wariaci. Dwójka małolatów oczarowana sobą. Tylko każde z nas to uczucie pojmowało…

Laura znów spojrzała na mnie. Z jej zielonych oczu biła taka radość. Jej twarz się rozpromieniła. Musiała być wtedy naprawdę szczęśliwa. Łukasz żył chwilą, a ja oczekiwałam już czegoś innego. Wszak związek powinien ewoluować, dojrzewać. Ja chciałam czegoś więcej, po kilku latach, dziesiątkach zjedzonych obiadów z rodzicami, wspólnych wakacjach, miałam prawo myśleć, że jestem tą jedyną.

– Nawet mi to mówił… – tym razem posmutniała. Kolor oczu jej się zmienił, a może tylko przymknęła powieki i mi się zdawało? – Pokłóciliśmy się i powiedziałam mu, co czuję, że chciałabym wiedzieć na czym stoję. Przestraszył się. Wtedy odszedł pierwszy raz. Twierdził, że nie jest gotowy na jakiekolwiek deklaracje. Mówił, że wciskam go w ramy, w których się dusi. Boże, zabrakło mi wtedy tchu. Złamał mi serce. Rozłupał mi je na miliony kawałeczków. Zniknął na dwa miesiące bez śladu, by nagle pojawić się w domu moich rodziców i przy nich błagać mnie o wybaczenie. Cóż mogłam odpowiedzieć? Ja – kobieta młoda i zakochana po same paznokcie?

– tu uśmiechnęła się lekko. Ścisnęła dłonie w pięści. Przygryzła dolną wargę. Nie musiała nic mówić. Znałam odpowiedź.

– Zaczęły się miodowe miesiące, nosił mnie na rękach, kiedy znienacka znów oznajmił, że nie czuje się gotowy. A ja nawet nie wspomniałam o ślubie, dzieciach i kredycie na pięćdziesiąt lat. Chciałam po prostu mężczyzny, a nie chłopaka. Znów zerwaliśmy. Ryczałam całe dnie i chudłam w zastraszającym tempie. Mój świat się skończył. Gdyby nie przyjaciółka leżałabym w łóżku tępo gapiąc się w sufit. Wydawało mi się, że bez niego nie umiem samodzielnie oddychać ani mrugać oczami. Gdy taka poraniona próbowałam resztkami sił zdawać kolejne egzaminy na uczelni,  pojawił się Ktoś. I poczułam dreszcze

– Laura uśmiechnęła się szeroko. Miała nierówne zęby, ale to dodawało jej tylko uroku.

– Powieki mrugały same – kontynuowała. – a płuca uczyły się na nowo nabierać powietrze. Zaczęłam wierzyć, że moje życie bez Łukasza jest realne. Że mogę być kochana, i szczęśliwa. Świat jest mały. Szybko doszło do niego, że z Kimś się spotykam.  Musiało to Łukasza bardzo zaboleć. Nie byłam już jego. Przecież nie chciał, bym była. Nagle stałam się w jego oczach atrakcyjna. Wydawało mi się, że jestem już silna, że potrafię oddychać już innym mężczyzną. I gdy tak utwierdzona we własne siły zaczynałam kochać, Łukasz znów spektakularnie wtargnął w moje życie, deklarując, że oto jestem kobietą jego życia. Znów stał się księciem z mojej bajki, ja zapragnęłam być jego księżniczką. I było bajecznie, liczyło się dziś. Potem kolejno śluby naszych przyjaciół, na których ciągle łapałam welon i zmuszając się do śmiechu, wmawiałam sobie, że przecież ślub nie jest najważniejszy. Wróciliśmy do punktu wyjścia. Patrzyłam na Łukasza i widziałam wiecznego chłopca, który wraca do mnie niczym bumerang. Chce bym go złapała, pobawiła się, a on po jakimś czasie chce polecieć w drugą stronę – Laura spojrzała w okno jakby chciała tę dal wypatrzeć.

– Uznałam, że do trzech razy sztuka. Tym razem to ja odeszłam, po trudnej całonocnej rozmowie, która nie dała nam nic. Wróciłam nad ranem na stancję. Kaśka, moja najlepsza przyjaciółka czekała z kubkiem kakao. Położyłyśmy się razem w łóżku i koło południa zasnęłyśmy. To ona ocierała mi łzy, gotowała zupy i zmuszała do jedzenia. To ona co rano kazała mi wyjść na spacer, wyciągała do kina i na zakupy. Totalnie się rozsypałam. Gdyby nie Kasia nie wiem, ile by trwała ta moja „żałoba” po Łukaszu. Musiałam odczekać, ułożyć sobie wszystko w głowie, przeboleć i wybaczyć najpierw sobie, by móc potem wybaczyć jemu. Wybaczyć sobie, że tyle tkwiłam w związku, który nie miał przyszłości. Opierał się na dziś, a ja chciałam by było w nim obecne też jutro. Wybaczyć Łukaszowi, bo wiem, że pozwoliłam mu wierzyć w nieprawdziwą wersję mnie. Oboje chyba kochaliśmy swoje wyobrażenia o nas samych. Mieliśmy inne oczekiwania, plany i wizje. Gdy w końcu to pojęłam, byłam gotowa oddać mu jego wolność. Sobie pozwoliłam zastanowić się nad tym, czego naprawdę chcę – dziewczyna spojrzała na mnie przyjaźnie.

– Dziś już wiem, że nie chcę chłopaka, który nie wie, co będzie robił następnego dnia. Nie chcę się bać, że się mu odwidzę. Chcę mężczyzny, który da mi poczucie bezpieczeństwa i który będzie to jutro ze mną planował, który będzie miał podobny pogląd na związek – Laura się wyprostowała. Uśmiechnęła swobodnie.

– Odeszłam więc od chłopca. Nie szukam nikogo, skupiam na sobie. Wiem, że kiedyś spotkam tego, z którym będę patrzeć sobie nie tylko w oczy, ale i w tym samym kierunku. Wiem też, że Łukasz znów się nagle pojawi. Wróci niczym bumerang chcąc znów namieszać w moim życiu. Ja jednak już jestem silniejsza. Będę widziała jak do mnie leci, prosto w moje dłonie, pragnąc bym rozpostarła ramiona na jego przyjęcie. Dziś już pewna siebie po prostu go nie złapię i pozwolę polecieć mu dalej. Ku jego, tylko jemu znanym przestworzom. Ja zaś pójdę sobie w swoją stronę. Razem iść było nam dobrze. Osobno będzie nam lepiej – to wypowiedziała już głośno, pewnie siebie patrząc mi prosto w oczy, utwierdzając mnie w przekonaniu, że zabawa z bumerangiem dobiegła końca i że ona już wie, czego chce.