Psychologia Związek

„Ty też możesz zmienić nasz związek”. 7 próśb męża do żony

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
28 listopada 2015
Fot. iStock / kupicoo
 

Zaczęło się mniej więcej tak. Żona Nieidealna (tak ją nazwijmy) w piątkowy wieczór zaczęła czepiać się wszystkiego. Konkretniej: spraw fundamentalnych, jej zdaniem. Wiadomo, listopad. Depresja i smutek czyha wszędzie. Jak ktoś nie lubi być smutny emocje przerabia na złość. Dialog ( monolog, bądźmy konkretni) wyglądał mniej więcej tak:

– Dlaczego nie zadzwoniłeś w ciągu dnia spytać jak się czuję?

– Bo pracowałem.

– A, czyli nie masz sekundy, żeby zadzwonić?! Czy twoim zdaniem to jest miłość?! Nie pamiętanie o kimś w czasie pracy?

– Dlaczego mnie już nie przytulasz?

– Dlaczego właściwie już nie zapraszasz mnie na kolację?

– Czy jestem dla ciebie tylko matką dziecka?

Mąż Nieidealny w końcu spytał:  A powiedz szczerze, co ty robisz dla mnie? Jak ty dbasz o nasz związek?

Nieidealna wrzeszczała: powiedz mi zatem jak mam dbać?!

W sobotni poranek na stole znalazła taką oto kartkę. Tak, nic oryginalnego. Ale w sumie może przyda się też innym żonom (partnerkom).

Droga Żono,

Nie atakuj mnie już w progu. Nie jest fajnie wracać do domu po którym krąży kobieta– chmura gradowa. Nie, nie chodzi o to, żebyś witała mnie w szpilkach i seksownej sukience, ale… jest gdzieś złoty środek. Poszukałabyś go, poproszę?

Nie krytykuj. Albo krytykuj konstruktywnie. Mam ochotę ukryć w ciemnej dziurze, gdy słyszę: „Znowu zrobiłeś nie takie zakupy”, „Dlaczego NIGDY o mnie nie pomyślisz?!”. Co to znaczy NIGDY? To abstrakt. Przecież myślę o Tobie wciąż, inaczej bym z Tobą nie był. Ile razy mam Ci to tłumaczyć

Mów wprost. Jeśli mówisz w ciągu dnia, że nie jesteś na mnie zła– to zrozum, że ja potem nie pojmuję, że byłaś zła, ale nie chciałaś o tym mówić. „Nie”  znaczy „nie”, „tak” znaczy tak. Po prostu nie jestem w stanie zorientować się, kiedy mówisz: „nie potrzebuje pomocy” to naprawdę jej nie potrzebujesz czy właśnie chcesz mnie poinformować: „Weź się do roboty”. Uwierz, minę masz wciąż taką samą. A ja czuję się bezradny szczególnie, gdy mówię „ok”, siadam do swoich rzeczy, a ty się obrażasz. Nie wiem o co się obrażasz.

Dotykaj mnie sama z siebie. Przepraszam, że bywam nieuważny i o tym zapominam Jeśli potrzebujesz bliskości, podejdź do mnie, obejmij mnie, dotknij mojej ręki. Czasem jestem zajęty, nie czuję potrzeby w danym momencie, ale przecież nigdy Cię nie odrzucę.

Pozwól mi poczuć się ważnym. Po prostu osłabia mnie, gdy mówisz, że nie daję z czymś rady.  I wszystko ZAWSZE Ty. Ale czego konkretnie nie ogarniam? Co to jest „zawsze”. Mów konkretami. I nie wzdychaj teatralnie jeśli coś zawalam. To jest bardziej niż okropne.

Wspieraj mnie. Gdy mam problemy w pracy, gdy jestem znudzony nią, gdy mówię, że może ją rzucę. Nie denerwuj się wtedy mówiąc: „nie możesz jej rzucić”. Wiem to doskonale sam. Nieraz pokazałem Ci, że jestem odpowiedzialny. Czasem też potrzebuje się wygadać, a ty wydajesz się być zaskoczona, że mówię o sobie. Albo za wszelką cenę chcesz mnie pocieszyć, proponujesz milion rozwiązań. Mówię i w sumie potrzebuję potem ciszy. Albo zwykłego: „rozumiem”.

Ciesz się, że jesteśmy inni. Inaczej byśmy się zagryźli. Inaczej już dawno bylibyśmy po rozwodzie. Jesteś emocjonalna, ja mniej. Nie będę z Tobą w każdej części Twojego świata, bo po prostu go nie rozumiem. Tak jak Ty nie rozumiesz mojego. Nie wypominam Ci tego. Miejmy swoją wspólną część. Cieszmy się tym, tak jak ja się tym cieszę

Jeśli potrzebujesz uciec od codzienności– zrób to. Nie wypominaj mi braku myślenia o nas. Jeśli potrzebujesz ze mną uciec– po prostu kup sama gdzieś bilety i zrób mi niespodziankę. Ok, spontaniczność jest moją słabą stroną, ale nigdy nie odmówię ci wyjazdu, bo też chcę być z tobą

Nie umiem wciąż mówić: „kocham”. Tak, wiem. Dziesięć lat temu napisałem na ścianie: „Kocham cię”.  Ale czy Ty myślisz, że nie zmieniłaś się przez te dziesięć lat? Zmieniłaś się i to bardzo. Nie będę gadać, że myje Twój samochód, bo nie myję. Ale pilnuję ubezpieczenia, wymieniam Ci żarówkę, lecę do apteki, gdy masz gorączkę i pozwalam Ci płakać, gdy tego potrzebujesz. Dla mnie to wyznanie.

Przepraszam, że Cię rozczarowuję i wybaczam, że Ty czasem rozczarowujesz mnie:).

Fajnej soboty. Bez focha.


Psychologia Związek

Zrozumcie, że są ludzie, którzy czują i wiedzą więcej. Znajoma stawia tarota i mówi – to nie czary, to podświadomość

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
30 listopada 2015
Fot. iStock / kzenon
 

„Ej, postawisz mi dziś karty? W końcu Andrzejki, zobacz, dziecko chore, jestem uwiązana, zalana tekstami. Pociesz, niech usłyszę, że coś mnie jeszcze czeka”  proszę znajomą. Znajoma nie jest żadną panią ze szklaną kulą, żadną wariatką i psychopatką. Jest historykiem, filozofem. Kiedyś, przy okazji pracy zawodowej zainteresowała się tarotem, przez lata zgłębiała jego historie, ale też znaczenie. Jej, bardzo intelektualni znajomi, bardzo się z tego śmiali. Do czasu, gdy znajoma poproszona o postawienie kart, zaczęła rzucać w nich szczegółami z życia, o których nie mogła wiedzieć. Do czasu, gdy jednej z nas nie powiedziała: „Widzę ciężką chorobę twojego syna, musicie koniecznie iść do lekarza”.  Potem był, rzeczywiście, lekarz i bardzo skomplikowana operacja. Jak można to przewidzieć?

Nie wiem. Rozumiem argumenty tych, którzy mówią, że życie to samospełniające się proroctwo. Masz to, na co czekasz i się spodziewasz. Według takiego rozumowania, jeśli ktoś przepowiedział mi męża z północnego-wschodu (a tak było, pozdrawiam znanego wróżbitę Ryszarda Zawadzkiego u którego byłam kiedyś na wywiadzie)  to ja byłam bardziej otwarta na mężczyzn, którzy przyjeżdżali z tamtego regionu. Pamiętam jak z przyjaciółką i jej chłopakiem chichraliśmy się z tego północnego-wschodu i innych cech mego męża in spe. Jeszcze z tego, że będę miała z nim syna. I jeszcze z tego, jak wyglądać będzie mój związek. No cóż, mam nawet nagarnie. Wróżba (w którą nie wierzyłam nic a  nic) spełniła się co do joty. Mąż pochodzi z Warmii, mamy syna, itd….

No dobra, mam taką siłę, że stworzyłam sobie rzeczywistość sama. Wspaniale. Jest moc.

„Masz moc” powiedziała do mnie kiedyś pewna jasnowidz, która przyszła do nas na zajęcia z dziennikarstwa. „Widzisz śmierć bliskich, więcej czujesz. I będziesz w swoim życiu pisać”.

Pamiętam, że zadzwoniłam potem do mamy, lekko przestraszona. A mama powiedziała: „Tak, od dziecka widzisz więcej”. Moja bardzo racjonalna mama.

Ale tak, wyśniłam śmierć jednej babci. I drugiej.  Ze szczegółami. „Miałam sen…” powiedziałam tacie w wieku 11 lat. Przybiegłam do rodziców do łóżka nad ranem. „Babcia umarła” zakomunikowałam.  „Śpij, kotku, coś ci się złego śniło”  powiedział tata. O siódmej rano telefon – babcia nad ranem, rzeczywiście, umarła.

Takich sytuacji było wiele. Od bardzo strasznych ( śmierć, rozstania) po zabawne, na przykład wtedy, gdy, w ciąży wymyślałam z mężem imię dla córki. Potem zasnęłam, obudziłam się i zobaczyłam stojącego obok łóżka, obruszonego, małego chłopca, który groził mi palcem: „Mamo, weź przestań, nie jestem żadną dziewczynką, mam na imię X”– powiedział. Tak, śmialiśmy się z tego z moim mężem bardzo bardzo, ale on poprosił: „Weź wariatko, nie opowiadaj nikomu, że masz wizję”. Doooobra, no prawie nie opowiadam.

W dzisiejszym, bardzo racjonalnym świecie, nie wypada mówić, że:

– wiedziałaś, kiedy będziesz w ciąży (po miesiącach starań)

– wiedziałaś, z którym mężczyzną będziesz związana. Klik. Spojrzenie. I niezależnie od wszystkiego czujesz, że on kiedyś stanie się ważny.

– wyśniłaś śmierć każdej osoby z rodziny

– wchodzisz do jakiegoś domu i wiesz, że ktoś tam umarł. Czujesz energię miejsc.

– często śni ci się to, co się wydarza. Rewolucja w pracy, choroby, zdarzenia dotyczące bliskich ci ludzi, których nie da się przewidzieć.

Ale milcz o tym, bo to cholerne tabu. A liczy się się tylko co namacalne i sprawdzone.

No cóż, te bardzo racjonalne osoby prosiły potem tatę mojej koleżanki, żeby sprawdził co ich czeka (tata był sinologiem– jego przepowiednie, według chińskiej astrologii,  sprawdzały się w 100 proc.).

Te same – bardzo sceptyczne osoby – prosiły, żeby znajoma „sprawdziła” co się wydarzy w ich życiu. Śmiech śmiechem, ale niektórzy lubią mieć choć odrobinę kontroli w swoim życiu, prawda?

Długo nie mogłam spać w domu mojej mamy w Trójmieście.  Milion razy mówiłam: nie będę tu spała, ktoś tu jest, śni mi się, że tu tańczą ludzie.  Wkurzał się mój mąż, którego budziłam z płaczem i mama, której nie dawałam spać: „Tylko Ci się WYDAJE, tu nic nie ma” tłumaczyli. A potem przepraszali, gdy okazało się, że ten wielki pokój to była kiedyś sala balowa w niemieckiej posiadłości. A właściciel został rozstrzelany. Dokładnie w tym pomieszczeniu, w którym spałam z mężem.

Zanim to wyśmiejecie, zrozumcie, że są ludzie, którzy czują i wiedzą więcej. Czasem są rzeczy, których nie da się racjonalnie wytłumaczyć. I te rzeczy przychodzą w snach, albo w postaci przeczuć. Nie wierzysz, masz w d… – zazdroszczę, też bym chciała. Ale to przychodzi samo. Nieproszone.

Hahahahhaaha – słyszę. Ale wierzysz we wróżbitę Macieja i 0-700 wierzysz? Nie, nie wierzę. Znane osoby podobno wydają tysiące, żeby usłyszeć: „będzie dobrze”,„on wróci”. Nieznane też. Biznesmeni, by dowiedzieć się: „nie splajtujesz, ten pomysł się uda”. Jest mnóstwo osób, które stawiają karty i w ogóle się na tym nie znają. Albo udają, że się znają mącąc w głowach innych ludzi. Mnóstwo osób zarabia na naiwności innych.

Ale jeśli ktoś mnie spyta czy rozumiem tylko racjonalny świat – odpowiem, że nie, bo doświadczyłam innego.

Choć nie umiem go wytłumaczyć.

Intuicja to jest moc. I potęga.

Znajoma stawa tarota i mówi – to nie czary, to podświadomość.

Nie wiem co to jest – wiem, że to istnieje.

Fajnego wieczoru, pełnego dobrych ( i zabawnych ) wróżb.

Czarownica w przebraniu matki, żony, kłopotów i codzienności. Nie wariatka, obiecuję:).


Psychologia Związek

Chcieliśmy kochać nasze dzieci idealnie, za każdą obojętność naszych rodziców. Tak się hoduje egoistę?

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
26 listopada 2015
Fot. iStock / ZoneCreative S.r.l.

Jestem dzieckiem lat 80-tych. Oboje rodzice pracowali, biegałam z kluczem do domu, a ze szkoły pierwszy raz wracałam, gdy miałam osiem lat (kilka przystanków autobusem, w Warszawie). Nikt nam nie tłumaczył dlaczego musimy się uczyć, nie pytał, gdzie chcemy spędzać wakacje, co jeść i jak się ubierać. „Dzieci i ryby głosu nie mają” powtarzał mój wujek, tata trójki dzieci. Był dobrym człowiekiem, ale w jego domu panowała żelazna dyscyplina.

Nasi ojcowie raczej domem się nie zajmowali, często bywali nieobecni (choćby emocjonalnie). Podział obowiązków w domu był tradycyjny. Słowo „żona” długo budziło mój wstręt. Bo wszystkie znane mi żony piekły ciasta, sprzątały, szorowały wanny i mówiły, że mężczyzna jest głową rodziny, a kobieta szyją. Niedobrze mi było od tych teorii, co kobieta powinna.

„Moje życie będzie inne” powtarzałam sobie. Podobne zdanie powtarzało wiele moich koleżanek (kolegów zresztą też). W domu często nie mieliśmy wsparcia, niektórzy dostawali lanie – i nawet do głowy nie przyszłoby im, żeby pomocy szukać u innych członków rodziny, a co dopiero na policji. Inni na wszystkie swoje argumenty słyszeli: „bo tak”.

Marzyliśmy,  żeby dorosnąć. Bo dorosłość równała się wolność. Od rodziców, którzy kochali, ale którym daleko było do ideału. I od przymusu.

Zrozumienia szukałam w psychologii. Jedne studia, kolejne, setki przeczytanych książek, terapia. Na życiowego partnera wybrałam mężczyznę odpowiedzialnego, mądrego i dobrego. Nie chciałam powtarzać scenariusza życia mojej mamy.

Matką też chciałam być inną. Podobnie jak inne kobiety w moim wieku wiedziałyśmy, że ponosimy konsekwencje za problemy swoich rodziców, ich walki, niezrozumienie siebie i nas. Nasze macierzyństwo zaczynało  się już w ciąży – gdy czytałyśmy książki o rozwoju płodu i kartkowałyśmy „Pierwszy rok z życia dziecka” i „Język niemowląt” Tracy Hogg biblię naszej idealności.

Moja mama podobno nie karmiła mnie piersią i odstawiała – choć płakałam – do łóżeczka. Bo wtedy mówiło się: „nic nie szkodzi, niech sobie popłacze”. Ja karmiłam ponad rok i reagowałam na każde jęknięcie dziecka. Świat przestał istnieć. Było tylko nasze mieszkanie, salon i kilkanaście kroków – od ściany do ściany, bo  dziecko kochało być noszone i czasem tylko tak zasypiało. No i, oczywiście, spacery. Kilkugodzinne. Niemowlę wystawione na balkon? Boże, groza. Mnie mama wystawiała do ogrodu. Czy to nie był dowód jej nieuwagi i egoizmu?

Chciałam być też dobrych pracownikiem, koleżanką, przyjaciółką, dorosłą córką, chciałam nauczyć się nowych języków i uprawiać regularnie sporty – bo przecież czytałam artykuły w kolorowej prasie i wszystkie matki mówiły, że to żaden problem robić wszystko. Że tylko organizacja.

Udawałam sama przed sobą, że mam nieograniczone zasoby – cierpliwość, spokój wewnętrzny, poświęcenie. Ale  im bardziej czułam się winna, że nie poświęcam dziecku odpowiedniej ilości czasu, że nie jestem matką idealną – tym częściej mu ustępowałam, tym więcej błędów popełniałam –  byłam niekonsekwentna,  nadopiekuńcza, chroniąca, wyręczająca i przede wszystkim chroniąca przed frustracją.  Chciałam, żeby moje dziecko miało inaczej niż miało moje pokolenie – żeby było wolne, szczęśliwe, bezpieczne.  Dużo moich koleżanek popełniało podobne błędy.

Mijały lata.

Ostatnio przeżyłam wstrząs.  Wizyta u jednej z takich koleżanek. Siedzimy i rozmawiamy. Właściwie próbujemy, bo jej syn (13 lat) wciąż przerywa, chce, by zawieźć go do sklepu. Po co do sklepu o 20.00, gdy wszystko w domu jest?„Zawieź mnieeeee” on ciśnie, dręczy przerywa tak długo, aż w końcu wsiadamy do auta (chociaż koleżanka wcześniej pięć razy powiedziała „nie”) i jedziemy do sklepu. A on chciał tylko …. hot doga. Ot, fanaberia piątkowego wieczoru. Ja pewnie postąpiłabym podobnie. Ale czy to naprawdę jest w porządku, że trzynastolatek przerywa matce spotkanie, bo chce kawałek – niezdrowej– bułki z parówką?

Inna scena, wyjazd, kilka rodzin. Dzieci mają pod nos podetknięte wszystko – śniadanie, obiad i kolacje – tylko dwie dziewczynki wynoszą po sobie naczynia do zlewu. „Ech, są wakacje” mówi jedna z matek. Jednocześnie dzieci rządzą wyjazdem. Gdzie pojedziemy, co zobaczymy. Tutaj tylko dzieci mają głos, bo ryby już nie.

I trzeci wstrząs. Niedawno spotkałam znajomą. Jej syn ma 16 lat, a historia, którą mi opowiedziała przypomina nieco „Balladę o Januszku”. Współczesną wersję. Z komputerem w tle. Z dopalaczami w tle – ale motyw podobny. Dziecko ma matkę gdzieś. Szukałam rozpaczliwie błędów tej matki. Nie była czuła? Była bardzo. Nie poświęciła czasu? Poświęciła mnóstwo. Nie kochała? Kochała, może aż za bardzo. Ona miała strasznego ojca – chciała, żeby jej dziecko nie doświadczyło nawet cienia przemocy i frustracji. Więc gdzie błąd? Miłość za bardzo, brak granic? Tak się hoduje egoistę?

Chcąc nie popełniać błędów rodziców – wielu z nas znalazło się po drugiej stronie skrajności. Nasze dzieci nie jeżdżą same autobusami, są często nadwrażliwe, delikatne, za to genialne w słowach: „chcę”, „potrzebuję”, „zrozum moje uczucia”. Mieliśmy dać im siłę – a w rezultacie je osłabiliśmy, bo nie wiedzą często co to cierpliwość, pokora, odraczanie swoich potrzeb i troska o innych.

Jak znaleźć złoty środek? Jak wychowywać mądrze? I czy w ogóle możemy jeszcze coś zmienić? My, matki nadopiekuńcze, które tak bardzo chciały być idealne?